
───────────────────────────────
KATHERINE H. HOLMES
27 lat · weterynarz prawa ręka lekarza · panna
───────────────────────────────
Nigdy nie przepadała za kinem grozy – wydawało jej
się kiczowate, przewidywalne i niezmiernie naiwne. Już prędzej uwierzyłaby w przypadkowe
spotkanie z seryjnym mordercą w supermarkecie, niż w apokalipsę zombie. Odkąd
jednak, od paru miesięcy, zmaga się z tym drugim, stara się kształtować własny
realizm do odpowiednio elastycznego w
obecnych realiach stopnia.
Kiedyś
jej największym pragnieniem było otwarcie własnej kliniki weterynaryjnej.
Dzieciństwo spędzone na rancho, w południowym Teksasie, ukształtowało w niej
niebywale silną miłość do zwierząt, silniejszą nawet od przywiązania względem
własnych bliźnich. Zamiast stroić lalki, podpatrywała ojca w pracy, przy
zaganianiu bydła, a latem, gdy już odpowiednio podrosła, udzielała lekcji jazdy
konnej, dorabiając sobie do kieszonkowego. Wykształciła w sobie typową
zaradność dziewczyny z prerii, która
w wieku osiemnastu lat, wypchnęła ją z rodzinnych stron prosto w nieznane. Chęć
odkrycia większego świata, posmakowania charakterystycznej dla wielkich aglomeracji
energii… dom zawsze pozostanie domem, ale urodziła się po to, by żyć w dużym
mieście. Stypendium przyznane z Uniwersytetu Kalifornijskiego było przepustką
do marzeń z dzieciństwa. Osiadła w San Francisco, gdzie po prawie dziesięciu
latach zadomowiła się na stałe. Wynajęte mieszkanie w dobrej dzielnicy, stała
praca w jednej z klinik weterynaryjnych w centrum miasta, własny samochód,
studia doktoranckie na ukończeniu – to wszystko odebrała jej epidemia,
zapoczątkowana w samym sercu jej ukochanego Alma
Mater.
Z
powodu pilnego zapotrzebowania na personel medyczny pracuje, jako pomoc lekarza w
obozowym ambulatorium; nocami wertuje wyproszone u zaznajomionego
zaopatrzeniowca podręczniki medycyny, starając się nie skąpić ludziom tej samej
empatii, którą żywi w stosunku do zwierząt; brak jakichkolwiek wieści o
krewnych; przewlekłe problemy z bezsennością, niewyparzonym językiem oraz
akceptowaniem przydomku Kitty; na szyi
złoty krzyżyk, w kieszeni srebrny scyzoryk, a pod łóżkiem kasetka ze stalowym
rewolwerem; zaklasyfikowana, jako wysoce skomplikowany
przypadek kobiety niezależnej, której
idealny świat legł w gruzach.
→
___________________
Witamy, zapraszamy do wspólnych wątków.
Mary
Elizabeth Winstead
na załączonym obrazku.
<3
OdpowiedzUsuń[To ja się dzisiaj powitam. Świetne zdjęcie. ;)]
OdpowiedzUsuńMichael Davis
[Zgadzam się z powyższym - zdjęcie świetne. I mamy koleżanki po fachu. :)]
OdpowiedzUsuńMeredith
[ Ciekawe czy ta pani powyżej też tak postrzega podobne wyznania... Bo Josh jest absolutnie oczarowany i cieszy się z znalezienia osobistej pielęgniarki :) ]
OdpowiedzUsuń[Oczywiście, chodziło mi o pracę w obozowym szpitalu. :) Jakby nie było, są skazane na swoje towarzystwo. I może właśnie Kitty czasami podpytywałaby o drobnostki, których nie wie, o ile istnieje taka opcja?]
OdpowiedzUsuńMeredith
[ Jestem dziwnie spokojna o Josha. To Kitty nie ma pojęcia w co się pakuje... ]
OdpowiedzUsuń[Zazwyczaj to jakieś katastrofy i dramaty jednoczą ludzi. Można byłoby pójść w tym kierunku. Na chwilę obecną nic konkretniejszego nie wymyślę, ale do napisania w godzinach późniejszych. Mam nadzieję :)]
OdpowiedzUsuń[Również witam i cieszę się, że się podoba :) A Kitty również jest piękna, trzeba to przyznać :)]
OdpowiedzUsuńAlyssa
Od samego rana zanosiło się na deszcz, jednak uparcie aż do zachodu słońca ciężkie chmury jedynie wisiały groźnie na niebie, zabierając ciepłe promienie słońca, nie decydując się lunąć ulewą na głowy z niepokojem patrzących w górę mieszkańców Obozu. Późnym wieczorem, niespełna kilkanaście minut przed północą księżycowe światło ledwo przebijało się przez zasłonę ciemnych kłębów i kto tylko pozostawał jeszcze z różnych powodów na nogach, nie obawiał się już obfitych opadów. Josh w ogóle nie był w nastroju do martwienia się, a już na pewno nie pogodą. Dzisiejszego popołudnia wrócił transport zaopatrzeniowców, wysłanych po żywność i świeże ubrania. Wyprawa okazała się niezwykle udana, bowiem przy ogromnych zyskach materialnych nie zanotowali żadnego choćby zadrapanego, przebywając wręcz zaskakująco bezpieczną i spokojną podróż. Dzięki temu, mieli okazję rozejrzeć się nieco dookoła, znajdując kilka rzeczy zdecydowanie ponadprogramowych, których przywiezienia do Obozu raczej nikt z Rady im nie zlecił… Handel wewnątrz szczelnych murów kwitł, a chociaż w założeniu każdy otrzymywał tylko tyle i aż tyle, na ile sam zapracował, a dzięki temu zasługiwał, istniały pewne metody wzbogacenia się innymi drogami. Poker był ulubioną grą szeroko pojętej grupy ryzykantów, którzy pchali się do owładniętego chmarą zombie miasta albo w celu zabicia krwiożerczych bestii, albo też mając na celu zdobycie zapasów dla mieszkańców. Zasady znał niemal każdy, o karty było nietrudno, a obstawianie było na tyle wdzięczne, że nie było takiego wieczora spędzonego w męskim towarzystwie by nie znalazła się choć jedna spłukana osoba. Josh, przegrawszy całkiem niezły scyzoryk, zdecydował się odpuścić, mając jeszcze dość dobre wyczucie kiedy należy zejść z pola bitwy. Zamiast tego uśmiechnął się przyjaźniej do zgrzewki piwa, która jeszcze jakimś cudem ostała się; alkohol był towarem niewątpliwie chodliwym. W przypadku apokalipsy zombie trudno o jakiekolwiek pozytywy, a wysokie procenty we krwi zapewniały choć tymczasowo dobry humor.
OdpowiedzUsuńNadszedł ten moment gdy przyszło się znajomym rozejść w swoją stronę, a przynajmniej Josh nie znajdował nic ciekawego w dłuższemu przyglądaniu się jak inni przegrywają swój dobytek próbując go powiększyć. Pożegnawszy się z towarzystwem wracał waśnie do swojego mieszkania gdy mijając ambulatorium dostrzegł znajomą sylwetkę. No, może słowo znajoma jest lekką przesadą, acz kojarzył kobietę z pewnej nocy przesiedzianej na średnio wygodnym fotelu w ramach bycia dżentelmenem.
- Katherine! - zawołał, rozpogadzając się jeszcze bardziej i podchodząc bliżej. Był już na tym etapie upojenia alkoholowego gdy humor dopisuje, ale nie można określić go mianem pijanego bowiem wszystko kojarzył doskonale i zachowywał trzeźwość umysłu.
Mimo późnej pory nie zawahał się, dziwnym trafem znając każdą z pracujących w punkcie pomocy medycznej osobę na tyle dobrze by być pewnym swojej nieomylności. Całkiem możliwe, że częste wizyty w prowizorycznym szpitalu były dla niego niemal codziennością; sam dwukrotnie miał przyjemność być zszywanym, w dodatku gdy któryś z kolegów został ranny, przeważnie Josh upewniał się, że faktycznie trafi w ręce medyków, bowiem zdarzali się i tacy, upierający się, iż organizm najlepiej zregeneruje się samoistnie, a tak poza tym nic im nie jest. Młodemu zwiadowcy można było zarzucić wiele, ale w sprawach zdrowotnych wykazywał się sporą odpowiedzialnością.
OdpowiedzUsuń- Zawsze i wszędzie – odparł, niezrażony tonem głosu, który w każdych normalnych warunkach wyraźnie wskazałby mu, iż powinien rozważyć wycofanie się, bowiem niekoniecznie jego towarzystwo jest pożądane. W tej jednak chwili podobne drobiazgi nie trapiły jego jasnowłosej główki, a sam potraktował uwagę z pewną dozą żartu. – Chociaż sądziłem, że podobne oskarżenia już mamy za sobą… - dodał z nieco smutniejszą miną. Pamiętał doskonale jej niepewność tamtej nocy gdy zjawił się z całym ekwipunkiem, proponując zupełnie obcej kobiecie zaopiekowanie się ambulatorium po to by ona mogła się zdrzemnąć choć na krótką chwilę. Rozumiał wtedy jej obawy, nie czuł się więc urażony. Nie można wymagać od kobiety by czuła się bezpiecznie w towarzystwie mężczyzny którego nie zna oferującego zaopiekowanie się nią w pomieszczeniu gdzie są tylko we dwoje. Aczkolwiek tamto wydarzenie przetrwali bez większych spięć czy pamiętnych incydentów, a zwiadowca zgodnie z obietnicą obudził ją na tyle wcześnie by nikt nie zauważył jej małej ucieczki od obowiązków i opuścił ambulatorium bladym świtem, tuż przed przyjściem zmienniczki.
- I spokojnie, Kitty. Przybywam w pokojowych zamiarach. Kto wie jakie niebezpieczeństwa kryją się za rogiem… - Niechęć do zdrobnienia zapadła mu w pamięć, ale początkowo był na tyle układny by nie wyciągać tej karty. Ale zwracanie się po nazwisku, naprawdę? Może nie mieli zbyt bliskich relacji, ale po co od razu tak oficjalnie? Wewnątrz obozowych murów byli bezpieczni. Istniał zaledwie mały procent zagrożenia atakiem, ale strażnicy trwali na swych stanowiskach dniem i nocą nie bez istotnego powodu.
- Na przykład. Nie wyobrażasz sobie ilu ich o tej porze się kręci. – Miał zbyt dobry humor by potraktować to obraźliwie. Oboje doskonale wiedzieli, że nawet pijany w sztok nie stanowiłby dla niej zagrożenia, a mowa była tylko o kilku piwach dla podtrzymania atmosfery w męskim gronie. Jeszcze przed chwilą miał świadomość, że powinien udać się do łóżka i przespać w spokoju resztę nocy, zważywszy na poranne obowiązki. Należało opracować trasę którą pokonają, robiąc to ze szczególną starannością, bowiem już za kilka dni zwiadowcy mieli pod swoje opiekuńcze skrzydła przyjąć wysłannika z sztabu medycznego by fachowym okiem zerknął na dostawy leków, które mieli przywieźć i ocenić podczas wizyty w jednej z położonych niedaleko, mających dość dobre zaplecze farmaceutyczne, aptek, co jeszcze może się nadać. Josh z lekarstw rozpoznałby pewnie tylko zwykłe przeciwbólowe, ewentualnie jeszcze nazwa morfina by powiedziała coś konkretnego, ale na tym jego jakże specjalistyczna wiedza się kończyła. – Nasza znajomość tak dobrze się zaczęła… No, przynajmniej nie zostałem pożarty żywcem jak to mi prorokowali koledzy widząc kto zmierza do ambulatorium – westchnął. Zdecydowanie zbyt dużo mówił, nie wiedząc nawet, że właśnie oto wkopuje swoich kompanów i niech się nad nimi los zlituje jeżeli trafią w ręce tej konkretnej pani doktor. – Bądź tak miła i pozwól się odprowadzić. Będę spokojniejszy, a mając pewność, że nic się nie stało, zgodnie z zaleceniem, szybko wrócę do siebie – zapewnił. Nie było mowy by zapomniał o tym spotkaniu lada moment i pewnie dręczyłoby go poczucie, że kobieta sama musi w ciemną, zimną noc wracać do mieszkania, nawet jeżeli potencjalne zagrożenie było uważnie trzymane w ryzach. Przed wybuchem epidemii zdarzało mu się na różnych imprezach pić sporo. Jednak od dłuższego czasu alkoholu smakował zdecydowanie rzadziej i przez to spożycie trunku było po nim lepiej widoczne. Mimo wyraźnie przeszklonych oczu i postury mogącej budzić respekt, gdy stał tak przed Katherine, jego uśmiech pozostawał niezmienny, zawadiacko chłopięcy, którym niegdyś potrafił zaskarbić sobie niejedno kobiece serce, jednak najwyraźniej ta jedna przedstawicielka płci pięknej pozostawała nieczuła.
OdpowiedzUsuńMoże chodziło o to, że nie dalej jak dwie godziny temu nad kartami, z butelkami w ręce słyszał uwagi samotnych – a także nie, acz towarzyszki życia nie muszą się nigdy dowiedzieć o słowach które wtedy padły – kompanów, oceniających samotne panie w Obozie. Zatrzymali się na chwilę przy medycznym sztabie, dyskutując o pracujących tam kobietach. I gdzieś w tle wiedział, że sam będzie trzymał rączki przy sobie, ani myśląc dopowiedzieć sobie zbyt wiele po tym odprowadzeniu, bardziej zresztą narzuconym z jego woli niż jej. I choć z tamtymi mężczyznami osłaniał się poza murami, nie znał ich na tyle dobrze by być pewnym czego alkohol w głowie nie podsunie. Tak więc usatysfakcjonowany odpowiedzią otrzymał to, czego chciał, może w niekoniecznie przyjaznej formie, ale to jakoś był w stanie przeżyć.
OdpowiedzUsuń- Mniej więcej. Ale jesteś pierwszą, która narzeka z tego powodu – przyznał z rozbrajającą szczerością. Dogonił ją w kilku krokach, zrównując się marszem z Katherine. – I dlaczego zakładasz, że mi się nudzi? Może po prostu chcę poznać cię lepiej? – Zerknął na nią z ukosa, marszcząc lekko jasne brwi. Nie było ich tu wielu, trudno o zachowanie resztek prywatności. Należało przywyknąć do tego, że każdy znał twoje imię, wiedział skąd pochodzisz i czym się zajmujesz. Nauczył się już, że mijane na ulicach Obozu osoby witają się z nim czasem uśmiechem, czasem tylko urwanym skinieniem głowy. Z wieloma nie miał bliższego kontaktu, choć może to i lepiej. Zaprzyjaźnianie się, zacieśnianie bliższych więzi, zwłaszcza z kimś wykonującym jego zajęcie, było niebezpieczne. Josh pokładał zaufanie w swoje umiejętności i kompanów, gotowych pomóc mu poza murami. Ale jednak… Nie miał pewności, że z następnej wyprawy wróci w jednym kawałku, o ile w ogóle.
Nieskromnie musiał przyznać, iż nie narzekał na brak zainteresowania i gdyby okazał większą uwagę jakiejś kobiecie, mógłby liczyć na odwzajemnienie. Problem w tym, że choć urodziwych pań nie brakowało, żadna nie przykuła jego uwagi na tyle by zdecydował się na jakieś zaangażowanie. W takich małych osadach nie było mowy o łamaniu serc, bowiem prowadziło w linii prostej do wewnętrznych podziałów i niepotrzebnych sporów. Wolał więc nie kusić losu niepotrzebnym dawaniem komuś nadziei na bycie przy jego boku na dobre i na złe, nie będąc pewnym czy jest to stałe postanowienie.
[Musisz mi niestety powiedzieć, na jakim blogu mogłyśmy na siebie wpaść i kim byłaś, bo trochę się tego w mojej karierze przewinęło, a ostatnio miałam przerwę...
OdpowiedzUsuńJeśli zaś chodzi o wątek, to może ja coś wymyślę, jeno daj mi sekundkę.
Mogli mieć ze sobą styczność przed epidemią. Kate poznała Jinxa jako dziennikarza śledczego w pośredniej gazecie, zajmującego się akurat jakąś sensacją, związaną na przykład z jednym ze współpracowników Kate. A jak już są w Obozie, ona go rozpoznaje, co wprawia jego w wyraźne zaniepokojenie i przy nadarzającej się okazji, postanawia wypytać o szczegóły ich "poprzedniej" znajomości.
Może być?]
Jinx
[A więc nie ma już miejsca w internecie, w którym mogłabym się schować i żyć jako ktoś inny. Co ja robię nie tak? Przecież Jinx nie ma łuku, meteopatii ani nawet psa. No i postarałam się o inny model pistoletu, porzucając moją ukochaną Berettę...
OdpowiedzUsuńPodoba mi się pomysł z promotorem, bardzo mi się podoba. A jeśli chodzi o to, dlaczego Jinx nie będzie mógł do późna zasnąć, próbując przypomnieć sobie tamtą wiadomość, to - cóż - on lubi mieć swoje sekrety. I muszę to uszanować. W przeciwnym razie administracja ukręci mi łeb.
Kto zaczyna?]
Jinx
Nie ukrywał swojej przeszłości, bo i tylko duszenie jej w sobie było gorsze od akceptowania tego, co się wydarzyło. To jednak nie znaczyło, że zwierzał się każdemu z wydarzeń sprzed epidemii a także jej początków. Wiele osób wiedziało, że był niegdyś strażakiem, mieszkającym w San Francisco, zaznajomionym z Obozem niemal od pierwszych dni. Nie było tajemnicą, iż stracił rodzinę, przynajmniej takiej był myśli, nie mając kontaktu z nikim z bliskich. Bez wdawania się w szczegóły pozwolił by mieli o nim choć część informacji jeżeli dzięki temu mieli poczuć się pewniej w towarzystwie osoby, którą rzekomo przez to lepiej znają.
OdpowiedzUsuń- I uważasz, że lepiej spędzić ostatni miesiąc życia odcinając się od wszystkich, zostając sama ze sobą, bo istnieje spora szansa na to, że więcej nie zobaczysz osób, które zdążyłaś poznać? – Jasna brew mężczyzny uniosła się jeszcze bardziej w geście zdumienia. Nie znali się zbyt dobrze, a właściwie to niemal wcale. Nie wiedział więc jak bardzo różnorakie podejście mają do niektórych spraw, ale teraz jedna okazała się być całkiem jasna. – Możesz się ze mną nie zgadzać, ale dla mnie bez sensu jest żyć niepełnie, ciągle mając w głowie perspektywę niechybnej śmierci. Bo zresztą co to właściwie za życie kiedy definiuje cię przyszłość, która może się zdarzyć? – To pewnie kwestia alkoholu, a może po prostu smętnej atmosfery otaczającej go od kilku tygodni, ledwie postawił stopę w tym obozie. Niektórzy cieszyli się, czując jak wybrańcy, wierząc, że nie bez powodu im się udało. Inni, a tych było więcej, prezentowali zgoła odrębne podejście. Uważali, że przedłużają tylko swoją agonię i koniec jest nieunikniony, bo epidemii nie da się powstrzymać, lada moment dosięgnie i ich.
Sięgnął do kieszeni, wyciągając papierosa z pogniecionej paczuszki i odpalając go starą zapalniczką, reagującą dopiero za trzecim razem. Zaciągnął się dymem, wpatrując w ciemne uliczki przed nimi. Uśmiechnął się lekko na przekór do własnych myśli. – Będziemy w tych niespełna trzydziestu procentach, zobaczysz. – Nie była to kwestia tylko niepoprawnego optymizmu. Josh stanie na głowie by udowodnić jej, że jest w stanie przeżyć kolejne tygodnie. O nią się raczej nie martwił. Mieszkańcy Obozu byli bezpieczni dopóki strażnicy wypełniali swoje obowiązki bez zarzutu. Te myśli przerwała jedna, niespodziewana kropla wody, która wylądowała na jego policzku i spłynęła w kierunku brody. Zerknął w górę, zwalniając automatycznie kroku; z ciemnych chmur po całym dniu niewypowiedzianej groźby zaczynały spadać ciężkie krople deszczu.
- Tylko po paru piwach. – Nie poruszył więcej tematu, uważając podobnie jak kobieta, że każde z nich ma prawo do swojego zdania, zresztą bez względu jakie słowa by nie padły, on nie przekona jej, ani też ona jego. Josh mimo bycia nie do końca zachwyconym podobną sytuacją, nigdzie się nie wybierał, a wrodzone szczęście, które trzymało się go uparcie od najmłodszych lat zapewne jeszcze nie raz wyratuje go z kłopotów, nawet jeżeli miałby się przy tym nieco bardziej poturbować niż zwykle.
OdpowiedzUsuńW tej chwili żałował, że dopraszał się o towarzyszenie jej. Kobieta ani trochę nie wydawała się zadowolona z jego obecności, a gdyby nie zdecydował się pójść razem z nią, dawno byłby już w swoim mieszkaniu, obserwując ulewę zza okna, nie myśląc przy tym nawet, iż jakiś nieszczęśnik mógłby się feralnie znaleźć poza ciepłymi murami domostw. Powinien być z wodą zaprzyjaźniony po tylu latach spędzonych w straży, ale teraz, czując jak lodowate krople moczą mu ubranie coraz bardziej przylegające do zmarzniętego ciała, zatęsknił za ciepłym latem.
- Odsuń się – polecił zdecydowanym tonem, nie dopuszczając tym samym by z wrodzonej przekory próbowała się z nim sprzeczać, co zakładałby w ciemno mimo krótkiej historii znajomości. Rozumiał, że kobiety są samodzielne i w ogóle, ale ustalmy na wstępie, że o ile nie spędziły połowy swojego życia na siłowni, raczej nie są w stanie dorównać siłą mężczyźnie. Zbliżył się do drzwi wejściowych i mocno pociągnął za klamkę, ale wrota nie ustąpiły. Wydawało mu się jednak, że słyszy żałosne skrzypnięcie, co skłoniło go do powtórzenia próby, tym razem nieco bardziej owocnej. – Dawno nie były używane, teraz powinny już lżej chodzić – powiedział, cofając się o dwa kroki. Przesunął dłonią po czuprynie jasnych włosów, których mokre kosmyki przylepiły mu się do czoła, odgarniając je do tyłu. – Panie przodem. – I wcale w tym uśmiechu nie było ani trochę wymownego wypomnienia, iż gdyby nie jego obecność sterczałaby na deszczu, zmuszona biec dalej do mieszkania w tej ulewie… To, że oboje i tak byli przemoczeni do suchej nitki, a kilkaset metrów więcej nie czyniłoby różnicy było najmniej ważne.
Podłoga skrzypiała coraz niebezpieczniej z każdym jego krokiem, ale uspokajał się myślą, że przecież nie jest na piętrze i nie runie zaraz w dół, bo i po prostu nie ma gdzie. Wzrok w miarę szybko przyzwyczaił się do ciemności, jednak w tak słabym świetle, rozróżnienie czegokolwiek oprócz kształtów było niemożliwe bez latarki, której oczywiście ze sobą nie wziął. Oprócz niepokojących odgłosów wydawanych z dołu po stąpnięciach i ich zmachanych oddechów, wewnątrz panowała względna cisza, przerywana tylko jeszcze kroplami wody skapującymi z ich przemoczonych ubrań. Narzuciłby jej na kark kurtkę by się rozgrzała, ale w tej sytuacji było to bezcelowe, bowiem na żadnym z nich nie ostał się choć jeden suchy fragment. Zrównawszy się z Katherine zrozumiał co miała na myśli mówiąc o smrodzie. Zapach był paskudny, ale przecież nie mogli znaleźć tu martwego ciała, prawda? Przy wprowadzaniu na wyspę, każdy kąt został dokładnie sprawdzony. Błyskawica rozświetliła niebo, a jasny blask wdarł się nawet do środka. Skorzystał z tej krótkiej chwili by przeczesać spojrzeniem pomieszczenie. Dostrzegł dziwne kształty w kącie. Zmarszczywszy jasne brwi podążył w tamtym kierunku, starając się zignorować okropny zapach, nasilający się z każdą chwilą.
OdpowiedzUsuń- To tylko szczury. – Odwrócił się w stronę kobiety. W jego głosie nie słychać było jednak ulgi. Wiedział, że akurat te stworzenia wykaraskają się z większości paskudztw, a jednak teraz leżały bez tchu, powoli rozkładając się. – Musiały zarazić się i przedostać na wyspę nim zdechły – stwierdził, myślami będąc gdzieś daleko. Alkohol szumiał mu w głowie, a teraz, kiedy doskonały humor wyparował, wcale nie było to na rękę. – Nie zdążyły chyba zainfekować niczego, w każdym razie nikt nie zachorował… Ale trzeba się ich będzie z rana pozbyć i przeszukać inne miejsca. – Mówił właściwie bardziej do siebie, bo wątpliwe by kobieta, mimo swej profesji, mogła jakoś pomóc przy spalaniu rozkładających się szczątków. Była tylko jedna zła wiadomość, z której oboje na pewno zdawali sobie sprawę. Baraszkujące tu zarażone zwierzęta na pewno zaplątały się w wszelakie możliwe materiały, których chcieli użyć do ewentualnego ogrzania się, czyniąc je potencjalnie niebezpiecznymi dla zdrowia i życia. – Jak daleko jest stąd do twojego mieszkania?
- Szkoda, że o tobie nie mogę tego powiedzieć. Śliczna jak zawsze – mruknął w odpowiedzi, zresztą zgodnie z prawdą. Słabe światło zapalniczki nie pozwalało mu dostrzec zbyt wiele, ale jakkolwiek nie miał ochoty odpowiedzieć kobiecie drobną złośliwością, nawet z kosmykami włosów przylepionymi do twarzy wyglądała ładnie. Irytujące kobiece stworzenia i ich (na szczęście w tym przypadku nieświadomy) urok. Pokręcił jednak tylko głową, znajdując w kieszeni swoją zapalniczkę, której jednak nie było sensu używać, o czym przekonał się przy próbie odpalenia papierosa kilka minut temu. Równie dobrze mógł się nieprzydatnego ustrojstwa pozbyć.
OdpowiedzUsuńSpokojnym krokiem ruszył za kobietą, woląc mieć na oku jej poczynania niż później męczyć się z wyrzutami sumienia bo nie dopilnował przemądrzałej pani sama-dam-sobie-doskonale-radę, która najwyraźniej nie dopuszczała do głosu myśli, że mężczyźni jednak mogą być czasem przydatni. Nie dostrzegał we wnętrzu nic przydatnego, brakowało nawet miejsca w którym mogliby przysiąść, nie mówiąc o czymś do ogrzania, bowiem w pomieszczeniu wyraźnie doskwierał ziąb; od czasu do czasu pojawiał się chłodny podmuch wiatru, najwyraźniej wpadający przez jakieś stłuczone okno na piętrze.
Josh zatrzymał się, dostrzegając kątem oka dziwny zarys na ścianie. Korytarz się kończył i nie mieli żadnej alternatywy. Brakowało pokojów w których mogliby przysiąść, przemyśleć w ogóle zostawanie tutaj. Pozostawały jednak schody. Budynek nie był aż tak stary, a skrzypiąca podłoga to pewnie tylko zbieg okoliczności, więc raczej wejście na piętro nie było niebezpieczne.
- Chodź do góry, może tam coś znajdziemy – powiedział, zerkając przez ramię na ciemnowłosą towarzyszkę tej feralnej przygody. Nie wiedział czy w ogóle zdecyduje się podążyć jego śladami, więc zignorował zawodzenie pierwszego schodka i wspiął się na górę, zatrzymując dopiero przy dużym oknie. Na zewnątrz widoczność była znacznie lepsza niż jeszcze przed burzą. Błyskawice regularnie rozświetlały niebo, szalejąc nad San Francisco. Przystanął, obserwując jak ściana deszczu tuż za oknem rozbija się o ziemię. Wyjście stąd graniczyło z szaleństwem. A przynajmniej gwarantowało zapalenie płuc.
Nigdy nie narzekał na samotność, choć te liczne, maksymalnie kilkumiesięczne, związki trudno nazwać prawdziwym zaangażowaniem i poważnym myśleniem o wspólnej przyszłości. Lubił kobiety i ich towarzystwo, jednak rozstawali się zdecydowanie zbyt szybko by doszło do jakichkolwiek deklaracji. Może to wina jego nieco chłopięcego usposobienia. Mimo odpowiedzialnego zawodu i podjętych decyzji, które można zakwalifikować jako niezwykle dojrzałe, nadal jednak lubił się bawić, a zobowiązania w życiu osobistym, zwłaszcza na stopie damsko-męskiej nie wchodziły w grę. Teraz trochę tego żałował. Brakowało mu prawdziwie bliskiej osoby z którą spędzałby wieczory zamiast wychodząc z kumplami na pokera. Cóż jednak z tego, skoro w obozie nie było nikogo, kogo obdarzyłby odwzajemnionym zainteresowaniem?
OdpowiedzUsuń- To, czy wyjdziemy, nic nie zmieni. Bardziej mokrzy nie możemy być, a zostawanie tutaj tylko przedłuża nieciekawą sytuację – powiedział, odszukując spojrzeniem wskazywany przez nią dom. Pięć minut… Na pewno pieszo, natomiast szybki bieg dwójki przemarzniętych ludzi skróci czas pokonywania tej odległości do maksymalnie dwóch minut. Jego mieszkanie było trochę dalej, poza tym nawet gdyby sytuacja była odwrotna, wątpił by Kitty zgodziła się pójść do niego i tam osuszyć. Pamiętał jej wahanie przy każdym z ich spotkań, kiedy nie była pewna jego intencji. Propozycja chodźmy do mnie raczej nie wyglądałaby w takiej sytuacji zbyt dobrze w jej oczach. Westchnął, na chwilę odpływając myślami. Wypity alkohol niby powinien sprawić, że będzie mu cieplej, ale czuł tylko przejmujący ziąb. Wolał wobec tego nie zastanawiać się jak marznie ciemnowłosa kobieta stojąca tuż za nim… Jak na potwierdzenie tych rozważań usłyszał uderzanie o siebie zębów i urywany oddech, wskazujący na stan gorszy niż się spodziewał. Odwrócił się w jej stronę, obrzucając pobladłą twarzyczkę uważnym spojrzeniem. Potarł rękoma jej ramiona, wiedząc, że da to skutek tylko tymczasowy. – Chodźmy. – Nie czekając na jej decyzję, chwycił ją za rękę, schodząc na parter. Czuł jak zimne ma palce i zaczynał się poważnie niepokoić. Otworzył silnym pchnięciem drzwi wejściowe, które zatrzasnęły się z hukiem ledwo wybiegli wprost w strugę deszczu.
San Francisco rzekomo słynące z pięknych lat i łagodnych jesieni… Jak widać na załączonym obrazku, niekoniecznie zawsze, a kiedy pogoda powinna być idealna i wieczory ciepłe, wszystko jak na złość obracało się przeciw dwójce niewinnych ludzi. Sam przyzwyczajony był do łagodniejszego klimatu, choć może Teksas to nie był. Mogliby tak stać jeszcze przez kwadrans, ale nauczył się działać, a nie myśleć. Dlatego też gdy wybiegł na drogę skąpaną w strumieniach wody czuł jak jego ciało przeszywają dreszcze. Nie zwolnił jednak ani na chwilę. Nie puścił też ręki Kitty, nie pozwalając jej tym samym na zostanie w tyle. Na szczęście trafił bez problemu, kierując się światłem strażniczej latarni.
OdpowiedzUsuńZaśmiał się głośno, potrząsając jasną czupryną jak mokry pies, do którego zresztą nie tak dawno go porównała, wzbijając w powietrze krople wody, przez co kosmyki włosów ułożyły się w jeszcze większym nieładzie, ale ogarnął go jako tako, przeczesując po raz kolejny niesforną fryzurę dłońmi. Niezrażony zachowaniem kobiety, której uderzenie w zamyśle miało być chyba choć trochę bolesne, odwrócił się, spoglądając na nią z góry. Nadal była zdecydowanie zbyt blisko niego niż mogłaby sobie tego życzyć, ale akurat Josh był ostatnią osobą, która czułaby z takiego drobiazgu jakiekolwiek skrępowanie.
- Wystarczyło powiedzieć, że mam cię ogrzać, nie musisz na mnie wpadać – powiedział z absolutnie niewinną miną, dla własnego bezpieczeństwa cofając się jednak o dwa kroki. Coś wewnątrz mu podpowiadało, że Katherine raczej nie uzna tej uwagi za dobry żart. – I nie marudź, dzięki mnie nie sterczysz w opuszczonej papierni, a jesteś zaledwie piętro od własnego, ciepłego mieszkania. – Nawet nie próbował kryć samozadowolenia. Gdyby posłuchał protestów tej oto tutaj, nadal sterczeliby w drzwiach wejściowych, nie mogąc zdecydować się biec czy zostać. Szybka męska decyzja pozbawiła ich zbędnych dylematów. – A teraz zmykaj na górę, na pewno chcesz się ogrzać czym prędzej – powiedział, opierając się o ścianę i przymknąwszy oczy, odchylił głowę do tyłu, ciężko oddychając. Miał doskonałą kondycję, ale ten szaleńczy bieg był małym wyzwaniem. Dotarcie stąd do siebie będzie katorgą. Mieszkał niemal po drugiej stronie Obozu. A jak na złość, nie zanosiło się na zmianę pogody.
Miał dziwne wrażenie, że odkrył w sobie nowy, niebywały talent, który przypadnie do gustu tylko jemu jedynemu. Otóż prowokowanie tej ciemnowłosej, drobnej osóbki mogło się wydawać trudne, jednak Josh jakimś cudem znajdował odpowiednie słowa by na chwilę zrzuciła maskę nieprzystępnej i opanowanej pani doktor. Tak jak teraz, gdy doskonale widział jak rozdrażnienie pojawiają się na twarzy Katherine zaledwie chwilę po wypowiedzeniu przez niego złośliwej uwagi i był niemal pewny czemu zawdzięcza te urocze rumieńce na jej bladych policzkach. Nie brał jedynie pod uwagę umiejętności wyprowadzenia godnego uwagi prawego sierpowego, ale miejmy nadzieję, iż o tym nie będzie musiał się przekonywać na własnej skórze. Postanowił jedynie, że popracuje nieco nad poczuciem humoru tej złośnicy, bo następnym razem może nie mieć tyle rozsądku by się w porę odsunąć, nie prowokując jej przy tym aż nadto.
OdpowiedzUsuń- Chciałabyś - mruknął, nadal będąc w doskonałym humorze. – Możesz nawet kiedyś spróbować, a nuż ci się uda. - Było mu potwornie zimno, ale chyba dopiero teraz zaczął odczuwać jak bardzo. Czuł nieprzyjemne dreszcze chłodu przeszywające całe ciało, a choć tego nie widział, jego roześmiana twarz straciła nieco kolorytu. Wcześniej martwił się znaleziskiem w postaci kilku martwych szczurów, później tym jak jego towarzyszka znosi nieciekawe warunki pogodowe połączone (by nie mieli zbyt lekko) z przemoknięciem jak bardzo tylko się dało, a dopiero teraz zastanowił się nad swoim losem, który wcale nie prezentował się ciekawie. Bieg do swojego mieszkania to chyba najrozsądniejsze wyjście, jednak wyjątkowo mało zachęcające. Zamierzał odpocząć chwilę i przezwyciężyć niechęć, ale słowa kobiety nieco wytrąciły go z równowagi.
Nie zamierzał wpraszać się do jej mieszkania. Wiedział, że nie była zachwycona jego towarzystwem już od samego początku, a teraz miała doskonałą okazję spławić go i móc wreszcie odpocząć, sama ze sobą. Z niedowierzania uchylił aż jedną powiekę, patrząc na nią z wyraźnym zdziwieniem. Skoro jednak propozycja wyszła od niej (uznajmy to za propozycję, choć zachęcająco nie brzmiało ani trochę), odepchnął się od ściany, bez słowa ruszając na pierwsze piętro, podążając śladem ciemnowłosej kobiety.
To nie tak, że doceniał jej starań… Ba, gdyby dowiedział się, że w jej oczach jest przemokniętym bezpańskim psem ubawiłby się, nawet nie myśląc o obrażeniu. To już kolejny raz gdy przyrównywała go do tego konkretnego zwierzęcia i może faktycznie coś w tym było… Wchodząc do mieszkania odwiesił koło drzwi ciężką od wody kurtkę, zdejmując nieprzyjemny ciężar z ramion. A rzekomo miała go ogrzewać, jasne.
OdpowiedzUsuń- Tak jest – zasalutował, bez większych sporów udając się we wskazanym kierunku. Nawet Josh wiedział kiedy należy odpuścić, a teraz był czas na grzeczne skorzystanie z uprzejmości pani domu; zwłaszcza, iż podobna gościnność mogła się szybko nie powtórzyć. Zawahał się czy aby na pewno otrzymał odpowiednie instrukcje wchodząc do sypialni kobiety, jednak po obrzuceniem krótkim spojrzeniem pomieszczenia, podszedł do następnych dni, wchodząc już do łazienki. Pozbywszy się rzeczy w tempie ekspresowym wskoczył pod prysznic, a ciepła woda (dobra wiadomość dla sąsiadów Katherine – mogli być spokojni o własne życia) obmyła jego ciało zarówno z brudu, jak i efektów zmęczenia. Doprowadziwszy się do porządku w tempie ekspresowym, rozwiesił koszulkę na ciepłym kaloryferze, naciągnąwszy jednak na biodra wilgotne spodnie. Gdyby sytuacja była odwrotna i znaleźli się u niego, problemu by nie było. Najwyraźniej kobieta utonęłaby w jego za dużych koszulach, natomiast teraz… Cóż, Josh nie oszukiwał się, że będzie trudno o coś suchego w jego rozmiarze. Jeżeli nie mieszkała tu z mężczyzną to szanse były niemal bliskie zeru, bo i po co jej takie rzeczy? Z nadal wilgotnymi włosami i kropelkami wody spływającymi po nagim torsie pojawił się znów w salonie.
- Łazienka wolna – zakomunikował. Mieszkanie było małe, ale za to przyjemnie ciepłe, dzięki czemu chłód nie doskwierał mu nawet w nie do końca pełnym odzieniu. W razie potrzeby mógł zawsze okryć się kocem by nie razić niewieścich oczu, choć w chwili obecnej, już wykąpany i odprężony, bardziej zainteresowany był otoczeniem. W obecnych czasach kto by się przejmował porządkiem? Poza tym Josh nie należał do pedantów, dlatego takie drobnostki jak zalegające pranie zignorował, zerkając za to z zainteresowaniem na piętrzące się stosy książek. Pytania jednak później, nie zamierzał jej zatrzymywać.
- Dzięki – odparł, uświadamiając sobie, że tak naprawdę te słowa jeszcze nie padły, a przecież powinny i to nie tylko z powodu wyszperanych jakimś cudem ubrań i zrobienia herbaty. Gdyby nie jej zlitowanie się, najprawdopodobniej dopiero docierałby do mieszkania, przemoczony, kichający i z pierwszymi objawami przeziębienia.
OdpowiedzUsuńUśmiechnął się pod nosem, sięgając po podkoszulek, który niemal natychmiast naciągnął na siebie by nie krępować kobiety. Zdziwił się jej spłoszeniem, w końcu już podczas pierwszego spotkania miała do czynienia z jego częściowym negliżem, zresztą z bliższej odległości i żadnej reakcji nie dostrzegł. Założył też wygodną bluzę, pasującą na niego niemal idealnie, z zmianą spodni wstrzymując się do momentu gdy Katherine zniknęła już za drzwiami. Zastanawiało go skąd wytrzasnęła te rzeczy, ale postanowił nie pytać, pozostawiając to jej tajemnicą. Przybrudzone od błota spodnie rozwiesił z planem wyprania ich już u siebie, odstawiając też na bok buty i dopiero wtedy poczuł się naprawdę wygodnie. Korzystając z chwilowej samotności, rozwalił się na kanapie z kubkiem gorącej herbaty, wyciągając długie nogi niemal na całą długość mebla. Zabrawszy uprzednio jedną z książek o typowo medycznym tytule, właściwie tylko dlatego, że była najbliżej i zagłębił się w niezbyt pochłaniającej lekturze. Kilkadziesiąt stron i wypity kubek herbaty (nawet nie przejął się początkowo lekkim sparzeniem sobie języka) później, usłyszał ciche kroki, mogące należeć tylko do jednej osoby.
- Ciekawa pozycja. Doszkalasz się w wolnym czasie? – spytał, tym razem bez cienia złośliwości. Nie miał wątpliwości, że gdyby w Obozie nagle pojawiła się konieczność zajęcia się jakimś zwierzęciem, Kitty miałaby największe kompetencje. Jednak wielu podchodziło sceptycznie co do jej leczenia ludzi, co niewątpliwie mogło irytować samą zainteresowaną.
Miał szczerą nadzieję, że nagła burza wkrótce minie, znikając tak szybko jak się pojawiła, a on po prostu przy okazji podrzuci jej pożyczone rzeczy, ale przeliczył się. Za oknem nadal lało i błyskało, a wiatr zawodził żałośnie, uniemożliwiając wyściubienie nosa z ciepłych czterech ścian mieszkania. Co prawda wydawało mu się, że jakoś powoli wszystko traci na sile i przesuwa się w głąb lądu, wciąż jednak nie prezentowało się to w kolorowych barwach. Na razie jednak utknęli tutaj, skazani na własne towarzystwo.
Dopiero kilka minut po narzuceniu na siebie czystych ubrań i daniu ciału trochę czasu na zrelaksowanie się oraz zregenerowanie sił, zaczął dostrzegać drobiazgi, które wcześniej umknęły jego uwadze. Jak na przykład delikatny, kobiecy zapach mogący należeć tylko do niej, bijący od obszernej bluzy. Momentalnie przed oczyma stanęła mu scena gdy zakopana pod kocem siedzi w kubkiem czegoś ciepłego i książką w ręku późnym, chłodnym wieczorem, ubrana właśnie w tą bluzę. Zapach był na tyle intensywny, iż domyślił się, że musi ją lubić i często nosić, tym bardziej zdziwił się, że pożyczyła ją obcemu facetowi, do którego nie pałała chyba specjalną sympatią. Choć Josh uczył się szybko i zauważył, że jej postawa i czyny często sobie przeczą. Był niemal pewny, że nie może być w jej oczach aż tak zły, skoro wpuściła go do swojego mieszkania i okazała gościnność. A to, że przy okazji warczała i zachowywała się jak królowa śniegu…. To już chyba taki urok.
OdpowiedzUsuń- Radzisz sobie całkiem nieźle. Moja blizna jest niemal niewidoczna – powiedział, odkładając książkę na bok i siadając już normalnie, by nie zajmować swoją osobą całej kanapy, jak to czynił przez ostatnie pół godziny, robiąc miejsce także dla kobiety. Nie mówił tego w celu pocieszenia jej czy poprawienia humoru. Jeżeli ktoś nie przyjrzał się z naprawdę bliska, kilkucentymetrowa biała pręga biegnąca po jego ramieniu w kierunku obojczyka była niedostrzegalna. – Poza tym jest lekarz główny… Domyślam się, że to on dostaje te najgorsze przypadki – dodał. Sztab medyczny mieli całkiem nieźle rozbudowany jak na tak mały Obóz, ale było to tylko z korzyścią dla mieszkańców, choć nie ulegało wątpliwości, że zdecydowanie najczęstszymi gośćmi w ambulatorium byli ci ryzykanci pchający się poza mury kiedy tylko się dało. Na razie jednak mogli pochwalić się całkiem niezłymi statystykami, a poważniejsze urazy należały do rzadkości, przeważnie mowa była o powierzchownych ranach, nie stanowiących zagrożenia dla zdrowia czy życia.
- Nie wychowałaś się w San Francisco, prawda? – spytał, dość niespodziewanie zmieniając temat, jednak to zagadnienie nurtowało go od momentu gdy się spotkali po raz pierwszy. Nie potrafił tego racjonalnie wytłumaczyć. Żadnego akcentu, dziwnych naleciałości czy charakterystycznych zachowań, które mógłby dostrzec przez ten czas. Ale jakoś tak… Może to kwestia osoby, jednak spędził w tym mieście całe swoje życie i odnosił dziwne wrażenie, że ona nie jest dziewczyną stąd.
Prawdopodobnie gdyby nie apokalipsa zombie ich drogi by się nie skrzyżowały. A już na pewno nie spędzaliby wieczoru w jednym mieszkaniu, po szalonym pędzie w strugach ulewnego deszczu. W innej rzeczywistości Josh mógłby przynieść rannego psa do najbliższej kliniki, powierzając go w jej ręce. Panna Holmes równie dobrze patrząc na płonącą kamienicę naprzeciwko jej mieszkania zobaczyłaby osmalonego strażaka, którego więcej by nie zobaczyła. A jednak ich losy potoczyły się tak dziwnie, że siedzieli parę metrów od siebie, prowadząc odrobinę dziwną rozmowę.
OdpowiedzUsuń- Jesteśmy skromni, co..? – mruknął w odpowiedzi, rozbawiony dumnym tonem kobiety. Ciekaw był czy jest świadoma tego samozadowolenia wymalowanego w oczach, które dostrzegł po jej uwadze. Ktoś mu kiedyś wypomniał, że miewa podobne. I choć inną ścieżkę życiową sobie obrał, mając ambitny plan ukończenia studiów, to jednak wypadki losowe zdecydowały inaczej, o dziwo spychając go chyba na właściwą drogę. A przynajmniej taką, którą wyjątkowo polubił. I nie żałował zrezygnowania z dyplomu na rzecz podjęcia pracy dającej mu niemało satysfakcji. Szybko został jednak sprowadzony do rzeczywistości, bowiem zaledwie w ułamku sekundy dostrzegł na obliczu ciemnowłosej kobiety zwątpienie, a chwilę potem widział już jej plecy. Nieco zdezorientowany, podniósł się z kanapy i udał za Katherine.
- Coś się stało? – spytał, zatrzymując się kilka kroków od niej, tak, by nie czuła, że narzuca się jej ze swoją obecnością. Zdziwiła go ta nagła reakcja i zerwanie się z miejsca, będące wręcz ucieczką. Zmarszczył jasne brwi, przyglądając się jej uważnie. Jego pytanie nie miało na celu ingerowania w jej prywatność, chciał po prostu zaspokoić własną ciekawość i upewnić się czy jakiś tam wewnętrzny głos słusznie podpowiadał mu, że młoda kobieta nie jest rodzimą mieszkanką San Francisco. – Jeżeli nie mam pytać, nie ma sprawy – powiedział, domyślając się, że przypadkiem musiał nadepnąć na jakiś wyjątkowo bolesny odcisk. Pamiętał jej uwagę z początków rozmowy, gdy stwierdziła, że nie ma sensu tracić czasu na zapoznawanie się, gdyż jest to bezcelowe. I chociaż wydawało mu się, że to jedno z tych niewinnych pytań najwyraźniej mieli nieco inne kryteria w tej kwestii. Wycofał się, dając Kitty czas dla siebie i przystanął w części kuchennej, opierając się o blat stołu. Poczuł się dziwnie skrępowany, jako intruz, który powinien wynieść się jak najszybciej. I zerknąwszy przez okno uzmysłowił sobie, że choćby i ta cholerna burza miała trwać całą noc nieprzerwanie, zaśnie dziś w swoim łóżku.
Mógłby pomyśleć, że to tylko medalik, ale zamiast tego wzrok Josha powędrował w kierunku lewego nadgarstka, na którym przepasany był stary zegarek z kilkoma zarysowaniami na szkiełku. Nosił go od śmierci ojca, nie zdejmując jeżeli nie było takiej konieczności. Wiedział, że gdyby go zgubił, prędzej wyprułby sobie żyły, niż odpuścił poszukiwań za wszelką cenę. To jedna z tych pamiątek, które mieć będzie nawet gdy zegarmistrz jasno stwierdzi, iż nie ma najmniejszych szans na naprawę i drobiazg może służyć tylko w celach wątpliwie ozdobnych.
OdpowiedzUsuń- Pomogę ci go jutro znaleźć – zapewnił, czując się winny zajścia. Znaleźć, nie szukać. Medalik mógł spaść tylko w opuszczonej papierni albo podczas ich szaleńczego biegu, jednak pierwsza opcja była zdecydowanie bardziej optymistyczna, nie przewidywała bowiem błota w którym odnalezienie czegokolwiek graniczyło niemal z cudem. Gdyby były sprzyjające ku temu warunki, zabrałby latarkę i wyszedł na poszukiwania już teraz, zmniejszając tym samym prawdopodobieństwo, że ktoś łasy na bezpańską biżuterię przywłaszczy go sobie. Jednak deszcz zacinał zbyt mocno by dostrzec cokolwiek, nawet przy dodatkowym oświetleniu i skrajną głupotą byłoby się pakować wprost w ulewę, nie mając najmniejszych szans na znalezienie drobnej zguby. Miał wprawne oko i liczył, że tak jak przydawało się do dostrzegania zombie z znacznej odległości, tak teraz przysłuży się nieco mniej ekstremalnym celom.
Odepchnął się od blatu, wymijając kobietę i idąc do łazienki. Zabrał zostawioną tam koszulkę, która pozostawała wilgotna już tylko w paru nielicznych miejscach. Przewiesił ją przez oparcie kanapy.
- To był długi wieczór, na pewno jesteś zmęczona. – Nie wspomniał też o tym, że przez odkrycie zaginięcia ważnej dla niej pamiątki wyzbyła się też resztek dobrego humoru. Sam nie wiedział co właściwie powinien zrobić, a rzekome wygadanie dziwnym trafem gdzieś się ulotniło. Pogoda na zewnątrz nie ustępowała, zbliżała się druga w nocy, co oznaczało, iż zaledwie za kilka godzin musiał wstać na spotkanie dotyczące ustalenia jednej z najbliższych tras. Resztki alkoholu wyparowały z jego organizmu i sam zaczął odczuwać nieprzyjemne znużenie, coraz silniej dające o sobie znać. Ciepłe pomieszczenie, gorąca herbata i chwila rozleniwienia – wszystko to skutecznie pozbawiło go znacznej części energii.
Sporo wody w rzece musi upłynąć nim przekona do siebie Katherine, ale był pewien, że ostatecznie uda mu się przywołać na jej poważnym obliczu szczery, choćby nawet przelotny, uśmiech. Dotychczas warunki nie sprzyjały w nawiązywaniu jakichkolwiek przyjaznych relacji, a i sam musiał przyznać, że oboje mieli tu trochę za uszami. Na wszystko jednak przyjdzie pora, a widok poduszek skutecznie rozwiał jakiekolwiek wybiegające w przyszłość myśli. Perspektywa zdrzemnięcia się była zbyt kusząca by mógł się dłużej powstrzymywać. Rzucił jeszcze tylko krótkie dobranoc nim zatrzasnęły się za nią drzwi i niezwłocznie położył spać.
OdpowiedzUsuńSen nie trwał tak długo jak by sobie tego życzył. Nauczony zrywać się bladym świtem, otworzył oczy krótko przed pojawieniem się złocistej obręczy na jaśniejącym powoli niebie. Kanapa połamała mu lekko plecy i wstając, czuł skutki skulenia na zbyt małym meblu, zdecydowanie mniej wygodnym od jego własnego łóżka, do którego zdążył już przywyknąć. Wylegiwanie się nie wchodziło w grę i bez względu jak bardzo nie powinno się wychodzić bez pożegnania, Josh wiedział, że czekanie aż Kitty wstanie, tylko po to by powiedzieć jej do widzenia i podziękować jeszcze raz byłoby nadużyciem gościnności. Złożył pożyczone ubrania w porządną (jak na faceta, który nigdy nie przywiązywał do takich spraw uwagi) kostkę, rozważając chwilę czy nie powinien ich uprzednio uprać przed zwrotem, ale doszedł do wniosku, że ta godzina noszenia ich przed zdjęciem do spania nie mogła aż tak bardzo ich zbrudzić, zostawił je na jednym z krzeseł. Założył swoje ubrania i chwilę później był już na klatce schodowej, zbiegając w dół. Idąc przez pogrążony jeszcze w śnie Obóz pogwizdywał wesoło, wciskając dłonie w kieszenie kurtki. W połowie drogi coś mignęło mu przed oczami nieprzyjemnym, zbyt jasnym blaskiem. Zatrzymał się, odnajdując wzrokiem małą błyskotkę od której odbijało się światło wschodzącego słońca. Nachyliwszy się jego oczom ukazał się fragment złotego krzyżyka, którego znaczna część zanurzona była w błocie. Uśmiechnął się pod nosem, dochodząc do wniosku, że jednak szczęście mu dopisuje. A może raczej Katherine, bo to jej zguba odnalazła się cała. Wrócił do mieszkania kobiety, zachowując się na tyle cicho, by nie zbudzić ciemnowłosej kobiety, zapewne jeszcze smacznie śpiącej. Opłukał w zlewie medalik i łańcuszek, zauważając, że zapięcie jest zerwane, ale ktoś o dostatecznie wprawnych palcach mógłby to naprawić przy odrobinie zdolności. Położył go na stole, skrobiąc zamaszystym, typowo męskim pismem krótką notatkę. Dziękuję, za przenocowanie.. Zatrzasnął za sobą drzwi, wracając tą samą ścieżką do swojego mieszkania.
Nadszedł niebezpieczny czas dla mieszkańców Obozu, gdy zagrożeniem nie były jedynie wałęsające się po opustoszałych uliczkach San Francisco wygłodniałe zombie, z każdym dniem coraz bardziej agresywne i żądne świeżego pożywienia, którego nie miały zbyt dużo, ale teraz także pogoda zwiastowała poważne problemy, będąc równie wielkim źródłem niebezpieczeństwa. Ostatnia burza, którą udało się Joshowi przeżyć w bardzo przyjemnych warunkach dotknęła między innymi jego mieszkanie. Wewnątrz nic nie zostało zniszczone, ale dziękował w duchu za prysznic u pewnej zionącej chłodem pani doktor, bowiem u siebie ciepłej wody nie zastał po powrocie. Podminowany podobnym obrotem spraw, z niepokojem zerkał w przyszłość. Nie mieli na stanie działającej stacji meteorologicznej, ale mieszkał w tym mieście na tyle długo, by wiedzieć, że kwestią czasu jest powtórzenie się podobnej wichury, co zresztą potwierdzało kilka bardziej doświadczonych od niego osób. Do czasu uprzątnięcia wszelakich zniszczeń inne zajęcia zostały tymczasowo anulowane i tylko lekarze oraz kucharze wykonywali niezmiennie swoje obowiązki. Natomiast wszyscy zwiadowcy, zaopatrzeniowcy i technicy zagonieni zostali do ogarnięcia pobojowiska, które dzięki wspólnym zabiegom po dwóch dniach zaczynało wyglądać w miarę przyzwoicie. Na razie wszystkie straty nie były pewne, jednak najpilniejszym zadaniem było przywiezienie jedzenia oraz leków. Po południu ruszała kilkuosobowa ekipa po to pierwsze, natomiast z samego rana zaplanowane było wyjście po medykamenty. Josh i dwója jego kolegów z zespołu zwiadowców mieli nadzorować oba wyjścia, patrolując czy na trasie pojawiają się żadne nieprzewidziane wypadki. Najbliższa w miarę dobrze zaopatrzona apteka znajdowała się blisko centrum, co oznaczało co najmniej kilkanaście minut jazdy samochodem. Ryzyko było warte podjęcia, bowiem w okolicy nie pozostało wiele większych obiektów, w dodatku takich, które uchowałyby się przed zniszczeniami. Z samego rana stawił się na miejscu, może odrobinę później niż planował, odbierając po drodze jeszcze bezpośrednie nakazy z góry. Idąc w stronę ustalających jeszcze coś mężczyzn dostrzegł sylwetkę ciemnowłosej kobiety pakującej się do samochodu. No jasne. Któżby inny miałby być wysłany ze sztabu medycznego jeżeli nie panienka Holmes? Mijając wóz do którego wsiadła, zapukał w szybę obdarzając kobietę przelotnym uśmiechem gdy go dostrzegła. Nie zatrzymał się jednak na dłużej, podchodząc do stojących opodal zaopatrzeniowców. Upewnili się, że szczegóły trasy się zgadzają i wyprawa dostała zielone światło by ruszyć poza mury.
OdpowiedzUsuńW społeczności liczącej plus minus sto osób ciągłe wpadanie na siebie jest zdecydowanie bardziej prawdopodobne niż jeszcze kilka miesięcy temu, w tętniącym życiem mieście liczącym setki tysięcy mieszkańców. Nie miał specjalnie nic przeciwko widywaniu częściej panienki Holmes, oczywiście zakładając, że ta nie będzie próbowała przy pierwszej lepszej z jakiegoś powodu wydłubać mu oczu… Z kobietami nic nie wiadomo, a wstrzelenie się w dobry humor tej konkretnej na razie wychodziło Joshowi niezbyt dobrze. Niemniej jednak nie myślał teraz o dodatkowej pasażerce drugiego samochodu, skupiając się na ustaleniach. Omawiając co i jak, wszyscy byli uśmiechnięci, wręcz zadowoleni. Kiedy nauczysz się już wychodzić poza mury Obozu, odcięcie wypraw sprawia, iż zwiadowcy czuli się trochę jak w klatce, pozbawieni swojego obowiązku, ale też prawa. Oglądanie zniszczeń na wyspie nie było miłym doświadczeniem, zwłaszcza, że stanowiła ona jedyną ostoję nadziei jaka im pozostała. Jeżeli utracą to miejsce, rozproszeni w mieście zostaną skazani na niechybną śmierć. Jednak w momencie gdy przekroczyli bramę wjazdową na zmarszczonych w geście powagi czołach zaprawionych w bojach zwiadowców i zaopatrzeniowców odmalowało się skupienie oraz powaga. Wkraczali na niebezpieczny teren.
OdpowiedzUsuńJosh i jego dwaj kompani ruszyli przodem, jako pierwszy samochód, jadąc kilkaset metrów z przodu, utrzymując się jednak w niemal stałym kontakcie. Każdy wóz posiadał też zestaw do komunikowania się przez odpowiednio nastawione radio łapiące sygnał nawet z odległości kilku kilometrów. Droga przebiegała dziwnie spokojnie, co w głowie pewnego jasnowłosego mężczyzny zapaliło czerwoną lampkę. Istniała spora możliwość, że wichura pozbawiła życia jakąś część grasujących zainfekowanych (przynajmniej byłby z niej jakiś pożytek), jednak nie liczył by większość padła jak muchy z powodu trochę silniejszego wiatru i opadów. Kałuże nadal pozostawały na drodze, budynki wydawały się być jeszcze bardziej zniszczone niż kilka dni temu. Coś jednak było nie tak i coś wewnątrz niego krzyczało, że pakują się w paskudną sytuację. Jednak zdrowy rozsądek nakazywał posuwać się dalej i korzystać z okazji, która mogła się szybko nie nadarzyć ponownie.
Zaparkowali samochód przy aptece, której wejście zagrodzone było sporą ilością drobną fragmentów ułamanych z budynków, ale uwinęli się z utworzeniem przejścia bardzo szybko, a nim pojawiły się kolejne samochody, dwóch zwiadowców wspinało się już na dachy dwóch niskich, sąsiadujących budynków, by lepiej widzieć, a Josh nakazał gestem podjechać zaopatrzeniowcom, po czym ostrożnie przekroczył próg, sprawdzając czy nic nie czai się wewnątrz.
Kręcił się po pomieszczeniu, mniejszą uwagę zwracając na wnętrze, a znacznie większą na opustoszałą ulicę. Kątem oka jednak zauważył zamieszanie z lewej strony i przystanął, nasłuchując.
OdpowiedzUsuń- Trzy przecznice dalej jest mniejsza apteka w której jeszcze nie byliśmy. Podjedziemy tam, możliwe, że ostało się w niej więcej rzeczy. – Josh zmaterializował się za plecami Katherine, nie zwracając jednak na drobną kobietę stojącą przed nim najmniejszej uwagi. Patrzył hardo w ciemne oczy starszego o kilka lat zaopatrzeniowca, który natychmiast przeniósł uwagę na młodego zwiadowcę, zdecydowanie zbyt arogancko przemawiającego w tej chwili.
- Mi powierzono opiekę nad tą misją i zostajemy tutaj. Musi wystarczyć to zaopatrzenie. – Tyler skomentował te surowe, wypowiedziane stanowczym tonem słowa pełnym politowania prychnięciem.
- Już widzę jak mówisz Hansonowi, że medycy nie mają potrzebnych lekarstw bo ty nie chciałeś posłuchać kobiety. – Znał wąsatego zaopatrzeniowca na tyle by wiedzieć jak negatywnie nastawiony był do pań poza kuchnią czy pokojem dziecięcym. Nie bez powodu podczas jego wyjść żadna kobieta nie miała prawa opuszczać z grupą murów i uczestniczyć w zadaniu. – Nie odpowiadam przed tobą, a skoro panna Holmes twierdzi, że to za mało, jej słowo jest przeważające. Biorę samochód zwiadowców i jadę z nią do pobliskiej apteki. Jeden z moich ludzi będzie ubezpieczał was, jak chcecie to tu sterczcie, jak nie, to pół kilometra na zachód powinien być sklep z ubraniami, przydajcie się na coś. Drugi natomiast obserwuje nas. Będziemy za pół godziny. – Nie pytał o pozwolenie, oznajmiając podjętą decyzję. Prawda była taka, że stojący naprzeciwko zaopatrzeniowiec mógł jedynie zakwestionować odłączenie się Katherine, ale nawet nie próbował wykorzystać jej jako karty przetargowej, wiedząc z góry jaka będzie odpowiedź. Josh natomiast był całkiem oficjalną prawą ręką dowódcy zwiadowców i niepisany regulamin stanowił, że podczas każdego wyjścia gdy głównodowodzącego nie ma, on jest od podejmowania decyzji. Nie tracił ani chwili na wpatrywanie się w ciskające błyskawicami spojrzenie rozmówcy, tylko chwycił za łokieć Kitty, wyprowadzając ją bez słowa na zewnątrz. O nie, nie po to nadstawia dla niej karku by ta teraz jeszcze zgłaszała obiekcje.
Przystanął pod budynkami, wydając polecenia zwiadowcom, którzy bez szemrania spełnili jego prośbę. Zaopatrzeniowcy przyglądali się z zainteresowaniem, jednak żaden nie zdecydował się zapytać co się dzieje. A może po prostu nie było sensu udawać, że w takiej ciszy jaka tu panowała ostra wymiana zdań umknęła czyjejkolwiek uwadze…?
- Nie umiesz grzecznie poprosić i przekonać do siebie mężczyzny, hmm? Dużym, brzydkim facetom z bronią się nie pyskuje i nie wydaje rozkazów – marudził, idąc z ciemnowłosą kobietą w stronę samochodu. Wręczył jej kluczyki do samochodu i skierował na miejsce pasażera. – Prowadzisz, ja muszę mieć oko na okolicę.
Ostatnim czego potrzebował, to grabić sobie u zaopatrzeniowców. Pomiędzy nimi i zwiadowcami często dochodziło do spięć, chociażby na tle dowodzenia misjami. Jedni upierali się, że lepiej wiedzą czego potrzeba, drudzy byli od zapewniania bezpieczeństwa. Napięte stosunki tylko miały się pogorszyć dzięki temu starciu. Nie wiedział co go podkusiło by stanąć po stronie Katherine, ale liczył, że chociaż leki znajdą, inaczej wolał nie myśleć jak będzie się tłumaczył z odłączenia od grupy i narażenia jej na niebezpieczeństwo.
OdpowiedzUsuń- Oczekuję, że możesz postarać się być miła. Widziałaś przecież, że facet ma przerośnięte ego i za cholerę nie wykona czyjegoś polecenia, zwłaszcza kobiety, skoro jest przekonany o własnej wszechmocy tutaj – odburknął w odpowiedzi, wpatrując się w przesuwający się za samochodową szybą krajobraz zrujnowanego miasta. Jeżeli kiedykolwiek uda im się z tego wyjść i będą chcieli zamieszkać ponownie wielkie metropolie… Pochłonie to lata pracy i miliardy zagubionych gdzieś z skarbca pieniędzy. Wrócił jednak myślami do teraźniejszości. Mieli szczęście, że wąsaty dowódca wiedział gdzie jego miejsce i że dyskutowanie o tym kto jest samcem alfa nic mu nie da. Gdyby spróbował, sytuacja pewnie zrobiłaby się bardzo nieprzyjemna i doszło do rozłamu w już i tak zbyt małej grupie.
Dopóki nie dostrzegł na jednym z dachów pobliskich budynków znajomej sylwetki ubranej tradycyjnie na czarno, żadne z nich nie opuściło samochodu. Dopiero po wyraźnym zamachaniu trzy razy miał pewność, że są bezpieczni. Otworzył schowek przed miejscem pasażera, wyjmując z niego mały pistolet. Zapasowa sztuka broni w poręcznym miejscu zawsze się przydaje, tak jak na przykład tym razem. Upewniwszy się, że wszystko jest w porządku i kobieta będzie mogła go użyć, wręczył go jej.
- Będę cię osłaniał, ale nie mogę być wszędzie. – Na razie panował spokój, ale to nie było pierwsze jego wyjście, a doświadczenie nauczyło go, że różne przypadki chodzą po ludziach. Wyszedł z samochodu, kierując się w stronę apteki. O dziwo, pomieszczenie wydawało się być niemal nietknięte. Na podłodze leżało sporo szkła, jednak na półkach nadal było sporo leków; zdecydowanie więcej niż w poprzednim miejscu poszukiwań.
Zachowywali się jak stare małżeństwo, w którym oboje mają swoją rację i za żadne skarby nie zamierzają przyznawać się jakoby popełnili najmniejszy błąd, a idealnym rozwiązaniem było wymownie milczeć. Josh uznał to nawet za wygodne, bo kłótnia z kobietą mogłaby go niepotrzebnie rozproszyć i zamiast skupić się na patrolowaniu otoczenia, pochłonęłaby go jałowa, nieprowadząca donikąd dyskusja. Po opuszczeniu samochodu kątem oka przyglądał się jej, obserwując jak reaguje na ciężar broni spoczywający w dłoni. Po paru pewniejszych ruchach i zdecydowanym wepchnięciu pistoletu za pasek, doszedł do wniosku, że najwyraźniej wie o niej jeszcze mniej niż mógłby przypuszczać i na pewno Kitty dobrze da sobie radę z obsługą niezbyt skomplikowanej broni. Sprawdził wnętrze, a kiedy był pewny, że w środku nie czai się żadne niebezpieczeństwo, przesunął się ponownie od strony wejścia, by patrolować co się dzieje na zewnątrz. Nie przeszkadzał Katherine, choć miło byłoby wiedzieć w miarę szybko czy będą musieli szukać dodatkowego źródła zaopatrzenia, czy to tutaj w zupełności wystarczy. W niedalekiej przyszłości planowano odwiedzić jeden z opustoszałych szpitali i spróbować przewieźć trochę działającego sprzętu oraz bardziej specjalistycznych leków, jednak na razie były to tylko założenia, a mała zawierucha, która nawiedziła Obóz nieco pokrzyżowała im plany i wszystko musiało zostać przełożone na potem.
OdpowiedzUsuńPanowała cisza. Nieprzerwana nawet silniejszym podmuchem wiatru, co zważywszy na ostatnie warunki pogodowe było niemałą anomalią. Powietrze znosiło tylko czysty, słonawy zapach oceanu, a Josh denerwował się coraz bardziej. Zerkał przez ramię, próbując dostrzec poruszającą się za nim kobietę. Cały czas miał ją w zasięgu wzroku, wiedząc, że jeżeli coś jej się stanie, to jego głowa poleci. Stary zegarek na jego nadgarstku wskazywał, iż pierwszy kwadrans już dobiegał końca i niedługo będą musieli wracać do reszty. Jeżeli nie z oznajmieniem o zakończeniu zadania, to informując o konieczności udania się w parę innych miejsc. Krążył w tą i z powrotem gdy wysoki, przeciągły dźwięk dobiegł jego uszu. Zatrzymał się momentalnie, patrząc przez ułamek sekundy w górę, na zwiadowcę którego gwizd go zaalarmował. Później jego wzrok skierowany był już tylko na ulicę. Nic nie widział, ale coś musiało się zbliżać.
- Katherine! – zawołał, nie oglądając się za siebie. Kilka uderzeń serca i nadal nie słyszał tupotania. Obrócił się i momentalnie zdusił przekleństwo w ustach. – Kitty! – skierował się niemal biegiem w głąb pomieszczenia. Nie było duże, więc jakim cudem mógł stracić ją z oczu?
Zagrożenie na opustoszałych ulicach San Francisco stanowiły jedynie hordy ogarniętych nigdy niezaspokojonym głodem zombie. Josh od utworzenia Obozu wychodził poza bezpieczne mury na tyle często by móc pokładać pewność w osądzie swojego kolegi z zespołu. Jeżeli wydał z siebie dźwięk alarmujący, niewątpliwie coś było nie tak i należało się jak najszybciej ewakuować. Wiedział, że kolega na pewno postara się o powiadomienie drugiej grupy, być może teraz pakującej do bagażników kartony z odzieżą, tak potrzebną, zwłaszcza w formie zimowej. Sam nie miał jednak czasu na rozważanie co należy zrobić. Decyzja była banalna: odnaleźć Katherine i wyciągnąć ich oboje z tego bagna. Obracając się na pięcie i wchodząc do apteki dostrzegł to, przed czym zaledwie chwilę temu został ostrzeżony. Zombie wynurzył się zza rogu, kierując w ich stronę, zwabiony najprawdopodobniej zapachem świeżego mięsa. Zbyt daleko by strzelić, zbyt blisko by zignorować. Klnąc pod nosem wpadł do apteki, rozglądając się za zaginioną w akcji ciemnowłosą kobietą, za której bezpieczeństwo rzekomo odpowiadał. Uchylone drzwi były wskazówką, z której natychmiast skorzystał. Zatrzymał się w progu, a jego serce na ułamek sekundy stanęło. Kitty, trzymająca w ramionach pudło, spoglądająca wprost w wypełnione wściekłością przekrwione oczy czegoś co niegdyś musiało być młodą, całkiem atrakcyjną kobietą. Uderzenie serca zajęło mu opanowanie nerwów i uniesienie broni. Wycelował, a przy naciskaniu spustu nie drgnęła mu nawet powieka. Huk rozszedł się po okolicy zdecydowanie głośniej niż by tego pragnął. Odda lewą nerkę za tłumik… Bezwładne ciało zombie opadło z głuchym łoskotem na podłogę.
OdpowiedzUsuń- Zostaw to pudło – polecił, wyciągając w jej stronę wolną rękę ni to w zachęcającym, ni pośpieszającym geście. Wiedział, że na pewno znajduje się tam coś bardzo ważnego, ale dla niego istotniejsze było by miała wolne ręce i możliwość wyciągnięcia broni. Wrócą tu, na pewno. Zombie nie byli zainteresowani lekami, mogli być więc spokojni, że nic nie zostanie zniszczone czy wykorzystane. W większej, lepiej zorganizowanej grupie. Odwrócił się w stronę drzwi wejściowych, słysząc jak dobiega stamtąd niepokojący dźwięk. Za późno. Już tu byli. Nie wiedział ilu, sądząc jednak po odgłosach szurania nogami – co najmniej trójka. Musieli wytrzymać. Przynajmniej do momentu gdy nadejdzie pomoc.
Ten komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńTo tylko zombie. Nie było już człowiekiem, nawet jeżeli z samego ubioru i akcesoriów oboje mogli prześledzić domyślny los młodej kobiety. Josh zdążył się tego nauczyć. Strzelasz kiedy tylko znajdzie się w odpowiednim zasięgu, zapewniającym celność. Nie zastanawiał się kogo zabija, czy ten człowiek miał dom i rodzinę, kim był w przeszłości. Początkowo miał z tym problemy. Łapał się na wahaniu, analizowaniu. I choć minął niespełna miesiąc odkąd piastował funkcję zwiadowcy, teraz tego odruchu już nie miał. Może to bestialskie i nieco pozbawione człowieczeństwa, ale wmówił sobie, że tak należy jeżeli chcą przeżyć. I miał rację. Zaledwie kilka chwil dzieliło Katherine od niechybnej śmierci z rąk zombie. Nawet gdyby nie została rozczłonkowana, po kilku dniach sama zaczęłaby się zmieniać w jednego z nich, co było chyba gorsze od śmierci.
OdpowiedzUsuńMiał ochotę na nią krzyknąć, wyrzucić z siebie całą złość, jaka pojawiła się w chwili gdy zobaczył jak patrzy bez najmniejszego drgnięcia na stojące przed nią zombie, nie robiąc absolutnie nic. Najchętniej złapałby ją za ramiona i potrząsnął mocno, pytając po co w ogóle dawał jej ten pistolet. A co gdyby się spóźnił tą minutę? Później przyjdzie czas na jakiekolwiek żale i pretensje. Najpierw musieli przetrwać, a to wcale nie było takie pewne. Nie spodziewał się, że chwyci go za rękę, jednak zacisnął palce na jej dłoni, ni to geście pocieszenia, ni upewniając się, że nigdzie mu nie ucieknie. Ostrożnie wychylił się, dostrzegając trzech zainfekowanych zmierzających w ich kierunku, dwójka kolejnych przybywała kilka metrów za nimi, także kierując się w stronę zapędzonych w pułapkę ludzi. Mogli cofnąć się do magazynu, jednak to była ostateczność. Tam nie będą widoczni dla ewentualnej ekipy ratunkowej, co mogło zaważyć na ich życiach. Przesunął się nieco w przód i lewo, automatycznie zasłaniając własnym ciałem Katherine. Wycelował i oddał trzy szybkie strzały, jednak nie przy drugim źle ocenił kierunek i musiał go powtórzyć. Trzy ciała padły na ziemię, a Josh, nieświadomy zostawienia drugiego magazynku w samochodzie, strzelił do następnego, niestety tylko go raniąc i marnując cenne naboje na wkurzenie owładniętej głodem bestii.
Później nadejdzie moment na wyjaśnienie tamtej feralnej sytuacji, którą Josh widział w zdecydowanie innym świetle. Strzał nie był rozsądnym rozwiązaniem gdy znajdowali się w zamkniętym pomieszczeniu, z nie wiadomo jak wielką liczbą zombie otaczających budynek, gotowych ruszyć bez namysłu w stronę z której dochodził dźwięk. Jednak była to opcja jedyna jeżeli nie chciał ryzykować zbliżeniem się do Szwędacza, tym samym narażając się na ugryzienie i, w konsekwencji, zarażenie. Liczył też, że zombie, które widział idące w ich stronę będzie nieco wolniejsze, tu jednak wyraźnie nie sprzyjało im szczęście.
OdpowiedzUsuńKątem oka dostrzegł ruch po swojej lewej stronie i czmychnięcie w bok alejki Katherine, oczywiście dźwigającej ten ciężki plecach na ramionach. O dziwo, wcale nie miał nic przeciwko. Narażali się dla tych leków i ważne by trafiły do lekarzy w Obozie. Szybko przeliczył ilość zombie w aptece, dostrzegając zdecydowanie zbyt dużo osobników. Na szczęście chociaż na ulicy nie widać było kolejnych, więc trzeba było tylko uporać się z tymi… Tylko, a może aż. Cofnął się o dwa kroki, celując do najbliższego zakażonego. Nim jednak wystrzelił, zdało mu się, że słyszy charakterystyczny dla broni palnej huk dobiegający z ulicy. Nie miał jednak żadnej pewności, nadal czując dekoncentrujące, ciche brzęczenie w uszach po ostatniej serii. Drugi zwiadowca, który miał za zadanie patrolować okolicę i ostrzegł go w porę, najprawdopodobniej wykorzystywał przewagę jaką dawał mu teren, oczyszczając nieco okolicę. Nie wahając się już ani sekundy, umieścił rozpędzony pocisk w samym środku głowy najbliższego Szwędacza. Młoda pani doktor nadal pozostawała nieuchwytna, choć Josh nie tracił czasu na wypatrywanie jej, skupiając się na pozbywaniu się kolejnych osobników. Mała apteka wypełniła się rzężeniem wygłodniałych zombie, których odgłosy urywały się wraz z każdym pojedynczym, ogłuszającym strzałem.
I kiedy został już ostatni, będący niemal na wyciągnięcie ręki, czuł bliskie zwycięstwo. Samochód zaparkowany tuż obok apteki, wystarczyło zatrzasnąć się wewnątrz, odpalić silnik i odjechać jak najdalej, najlepiej wprost do Obozu. Uśmiechnąwszy się lekko pod nosem nacisnął spust… I nic się nie stało. Natychmiast sięgnął do kieszeni po zapasowy magazynek. Wyczuł jednak tylko przerażającą pustkę, a na obliczu mężczyzny wymalował się strach zmieszany z zdziwieniem. Zombie zaledwie dwa metry od niego i pod ręką jedynie pudełka z tabletkami.
Podobno na chwilę przed śmiercią widzi się to, co w życiu było dla nas najistotniejsze. Być może Josh podświadomie wiedział, że to jeszcze nie jego czas, ale jedyne co przychodziło mu do głowy to wyrzucanie własnej głupoty, przez którą skazany był na niebezpieczną walkę wręcz, gdy najmniejszy błąd mógł skutkować pozornie drobnym ugryzieniem. Pistolet nadal spoczywał w jego prawej dłoni, choć teraz mógł nim tylko zdzielić szykującego się do ataku zombie po wykrzywionej głodem twarzy. Cofnął się jeszcze o krok, ale na drodze stanęła mu chłodna ściana, uniemożliwiająca jakąkolwiek ucieczkę. Wstrzymał oddech, gotów walczyć o własne życie. W oczach Szwędacza zobaczył dziwny błysk, zdecydowanie zwierzęcy, stanowiący wystarczającą wskazówkę o tym, co się w ciągu kilku uderzeń serca stanie. Nie wydarzyło się jednak nic, a stwór znieruchomiał, upadając z głuchym łoskotem pod jego nogi. Ostatnie drgawki szarpnęły jego ciałem nim znieruchomiał. Nie rozumiejąc co właśnie się stało, uniósł wzrok, dostrzegając ciemnowłosą kobietę stojącą kilka metrów dalej. Pistolet w jej dłoni i opanowanie w oczach upewniło go, że to właśnie jej zawdzięcza życie. I cały ten strach oraz gniew opuścił jego ciało, zastąpiony niepochamowaną falą wszechogarniającej ulgi. Niewiele myśląc przekroczył nad trupem, znajdując się przy niej po zaledwie kilku szybkich krokach. Zapomniał na chwilę, że znajdują się w wypełnionej gnijącymi ciałami aptece i bez najmniejszego uprzedzenia nachylił się, łapiąc ją i podrzucając w górę, wybuchając przy tym donośnym śmiechem.
OdpowiedzUsuń- Ty uparta, nieznośna kobieto. Jeżeli przetrwamy te dwa miesiące o których marudziłaś, ożenię się z tobą – oświadczył z szerokim uśmiechem wymalowanym na ustach. Poza murami Obozu rzadko tracił powagę i skupienie, teraz jednak śmiały się nawet błękitne ślepia, wpatrzone wprost w twarz młodej kobiety. Jego dłonie oplatały ją w biodrach, tak, że teraz stopy panny Holmes wisiały w powietrzu dobre pół metra nad podłogą i spoglądała na niego z góry.
- Josh? Jesteście cali? – Donośne wołanie rozległo się w okolicy samochodu. Katherine najprawdopodobniej nie skojarzyłaby głosu, ale jasnowłosy blondyn natychmiast rozpoznał swojego kompana. Skierował spojrzenie natychmiast w tamtą stronę, przywołując się do porządku. Nie jego wina, że zareagował aż tak entuzjastycznie w obliczu niechybnej śmierci, która nieco się oddaliła dzięki drobnej istotce spoczywającej aktualnie bez możliwości ruchu w jego ramionach.
- Tak, już idziemy! – odkrzyknął, stawiając Kitty na ziemi. Chyba cudem jeszcze nie oberwał po buziuchnie za śmiałość. Chwycił za uchwyt ciężkiego plecaka, sugerując gestem by pozwoliła mu ponieść sporych rozmiarów przesyłkę dla ambulatorium, stanowiącą dla niego nieco mniejszy ciężar niż dla niej. Teraz wystarczyło już tylko wpakować się do samochodu i dotrzeć do Obozu.
[ Czuję się jak mniej więcej dwa lata temu, znów tracąc dobre dwadzieścia minut snu by Ci odpisać jeszcze przed wyjściem z domu... Całkiem fajne uczucie :) I możesz trochę skrócić, odbiegłyśmy od normy długościowej. ]
OdpowiedzUsuńJosh nie wiedział i w tym kryło się wyjaśnienie wybuchu jego niespodziewanej radości, który zaskoczył również samego zainteresowanego, działającego zdecydowanie pod wpływem impulsu i tego, że coś go do tego podkusiło. Miał pełną świadomość, że jego kolega z grupy zwiadowców jest gdzieś tam na ulicy, najprawdopodobniej kręcący się koło samochodu. Absolutnie żadnych szans na iście snajperski strzał w tył głowy. I bez umniejszania umiejętności Katherine, nie dalej jak kilkanaście minut temu, był świadkiem sceny w której młoda pani doktor stała oko w oko, nie robiąc nawet najmniejszego ruchu w celu zabicia Szwędacza. Chociaż później radziła sobie wybornie, to jednak tamten obraz utkwił w głowie najwyraźniej, może ze względu na to, że sam się nieźle przestraszył patrząc na wydarzenia na zapleczu. Któż więc mógłby się spodziewać, że panna Holmes wychowała się w Teksasie, mając pod nosem nie tylko łatwo dostępną broń niekoniecznie zamykaną szczelnie w szufladach, ale też inne podejście do samego strzelania. Nie wyobrażał sobie żadnej z towarzyszek swoich dziecięcych zabaw rezygnującej z typowo dziewczęcych zajęć, a tutaj czekało go spore zaskoczenie. Tak więc w momencie gdy nic dobrego nie mogło go spotkać, ciemnowłosa kobieta zadziwiła go po raz kolejny, tym razem przy okazji jeszcze ratując mu skórę. I tak jak w przypadku każdej zwykłej akcji zwiadowców, gdy to jeden z nich byłby na jej miejscu, skończyłoby się na Dzięki i odwdzięczeniu przysługi przy najbliżej okazji.
- Co z tamtymi? – spytał swojego ogolonego niemal na łyso kolegę, zajmującego niechętnie miejsce z tyłu pojazdu, gdy plecak wypełniony po brzegi niesłychanie ważnym dla lekarzy asortymentem wylądował u stóp Josha, a ten wpakował się na siedzisko pasażera.
- Też zostali zaskoczeni. Nawet większą ilością niż tych tutaj. – Usłyszał w odpowiedzi. I nie, wcale podobne słowa go nie cieszyły jednak… Cóż, przynajmniej wąsaty zaopatrzeniowiec nie będzie mógł mu się dobrać do dupy, wypominając niespotykanie poważne starcie z zombie, jakiego nie mieli chyba od momentu założenia Obozu.
To nie tak, że ignorował swoją rzekomą narzeczoną (czy może przyszłą, choć właściwie w tych całych spontanicznych oświadczynach zabrakło gdzieś po drodze znaku zapytania i zainteresowania zdaniem ewentualnie przyszłej małżonki), po prostu dawał jej czas na ochłonięcie. Miała niezbyt wyraźną minę gdy postawił ją wtedy na ziemi, nie uszło też jego uwadze odsunięcie się na kilka kroków w ramach bezpieczeństwa. Zza rogu wyłonił się nadjeżdżający wolno pojazd należący do drugiej grupy. Rychło w porę. Josh wychylił się, sięgając ręką do kierownicy i mrugnął trzy razy długimi światłami do kierowcy.
- Jedź prosto do Obozu – powiedział, dostrzegając w tle zarys kolejnego pokaźnych rozmiarów auta. - I dzięki, niezły strzał, Kitty – dodał z uśmiechem, tym razem reagując tak, jak pewnie tego się spodziewała. Choć tej dwójki raczej nie ominie rozmowa gdy on doniesie plecak do ambulatorium, chyba, że panna Holmes czmychnie przed nim, unikając towarzystwa.
Samochody przeznaczone na wyjazdy miały jedną, główną cechę: wytrzymałość. Sprawdzone, że po przejechaniu z całkiem przyzwoitą szybkością przez trójkę zombie nie zostaje większe wgniecenie. Oczywiście modele były starannie wybierane z wszelakich wraków w lepszym i gorszym stanie napotykanych niemal na każdej ulicy. Zwiadowcy cenili sobie samochody szybkie, zaopatrzeniowcy pojemne. I mimo, że Katherine to nadal była kobieta i żaden mężczyzna o zdrowych zmysłach samochodu by jej nie powierzył… To jednak była ta pewność, że chyba tylko wjeżdżając w jakiś budynek mogłaby coś popsuć. Choć te nerwowo zaciśnięte dłonie na kierownicy i wzrok wbity w drogę nie podobał mu się ani trochę.
OdpowiedzUsuń- Coś się…? – urwał w połowie pytania, reflektując, że nie są w samochodzie sami. Nawet gdyby byli, szanse na to, że wydusi z Katherine tą dziwną nawet jak na nią obojętność, która wydawała mu się wręcz wymuszona; natomiast siedzący z tyłu pasażer co prawda był cicho, jednak wątpliwe by kobieta zapomniała o jego obecności i wyjawiła mu cokolwiek. Odpuścił więc, mając zamiar drążyć temat później. Nawet nie wziął pod uwagę, że przyczyną takiego zachowania mogłoby być to spontaniczne podrzucenie jej w górę. Nie było w tym przecież nic niewłaściwego, mogła się czuć ewentualnie zaskoczona. Nasunął mu się za to inny, całkiem logiczny wniosek, ale o tym już nieco później. By w samochodzie nie zapadła niezręczna cisza, Josh nawiązał rozmowę z zwiadowcą, rozważając powody dla których zostali tak licznie zaatakowani i wypytując o nieliczne znane mu szczegóły pojawienia się zombie w okolicy drugiej, zdecydowanie większej grupy. Nim zdążyli jednak dokończyć dyskusję, zarysował się między nimi most prowadzący do Obozu, którego bramy wjazdowe po chwili stanęły otworem.
Ledwo samochód stanął, jasnowłosy zwiadowca wyszedł na zewnątrz, przerzucając przez ramię plecak wypakowany, kierując się w stronę dwóch pozostałych samochodów. Mimo wcześniejszego starcia, teraz rozmawiał już zupełnie normalnie z wąsatym zaopatrzeniowcem, dowiadując się więcej o tamtej sytuacji. Zważywszy, że czekała go najprawdopodobniej jeszcze jedna wyprawa do miasta (o ile Rada nie odwoła zaplanowanego wyjazdu), wolał dowiedzieć się jak najwięcej. Zamierzał po skończonej rozmowie podrzucić do ambulatorium zdobycze medyczne i spróbować zahaczyć o stołówkę, gdzie może ostały się jeszcze jakieś poranne wypieki domowej roboty.
Plecak wypełniony lekami był całkiem wygodnym pretekstem. Panna Holmes była osóbką na tyle trudną w kontaktach, że wolał mieć konkretny powód do nachodzenia jej w ambulatorium jeżeli na dzień dobry nie miał zostać posądzony o jakieś niecne plany, jak to się właściwie zdarzało przy niemal każdym ich spotkaniu. Właściwie tylko w tym dzisiejszym jakoś udało mu się obejść bez oskarżeń o próby wykorzystania czy nachodzenie. Dżentelmeńskie gesty zeszły więc na dalszy plan (choć nawet on musiał przyznać, że dało się odczuć ciężar na ramieniu), zastąpione chłodną kalkulacją. Niestety znał Katherine zbyt krótko by z góry odruchowo założyć, że ta dołoży wszelkich starań – świadomie bądź nawet nie, takie już miał szczęście – by wejść mu w drogę. Zajęty dowiadywaniem się na temat obławy, zbyt późno zorientował się, że drobna dłoń sięga do jego ramienia, ściągając plecak. Gdy chciał protestować, ciemnowłosa kobieta już się oddalała, a rozmówca domagał uwagi, bo w końcu duża dziewczynka na pewno sama da sobie radę donieść przesyłkę do ambulatorium. Odpuścił więc, mając do załatwienia jeszcze jedną ważną sprawę nim zacznie narażać swoje życie na większe niebezpieczeństwo niż spotkanie z Szwędaczami sam na sam. Złożył dokładny raport z wyprawy, otrzymując jakże dużo mówiące informacje, że o późniejszym wyjściu wciąż myślą co oznaczało ni mniej ni więcej, że musiał czekać. Nieco ponad pół godziny po powrocie do Obozu miał trochę czasu dla siebie i coraz donośniej burczący brzuch, dopominający się o jakieś późniejsze śniadanie, którego rano oczywiście nie zdążył zjeść. Zahaczywszy o przygotowującą się powoli do przygotowywania obiadu stołówkę, uśmiechnął się ładnie do pań kucharek i dziwnym trafem okazało się, że zostało trochę bułek, a skoro on tak bardzo zmęczony to i nawet chętnie mu przygotują kanapki… Do ambulatorium wszedł bez pytania, nie fatygując się nawet by zapukać. Zgodnie z przewidywaniami, zastał Kitty na segregowaniu przywiezionych leków.
OdpowiedzUsuń- Powiesz mi co cię ugryzło tam, w mieście? – spytał, opierając się o drzwi, które za sobą zamknął. Wbił czujne spojrzenie niebieskich oczu w ciemnowłosą kobietę – Zabijałaś już Szwędaczy? – To pytanie zadane było nieco ciszej, z większą ostrożnością. Obawiał się, że mogło chodzić o pewną trudność z zaakceptowaniem zabicia czegoś tak podobnego do człowieka.
Spodziewał się, że będzie trudno i nieprzyjemnie. Nie sądził jednak, że spotka się z otwartą wrogością. Zaczęło się źle już od samego spojrzenia jakim go obdarzyła na samym wstępie, ledwie przekroczył próg ambulatorium. Potem było już tylko gorzej i Josh poczuł, że jego cierpliwość, którą nadwyrężała systematycznie wyczerpywała od samego początku jest już na wyczerpaniu. Gdy słodki, prześmiewczy głos wypełnił pomieszczenie, pierwszy raz odkąd się poznali w jego błękitnych oczach pojawił się gniew.
OdpowiedzUsuńSam nie wiedział czy był bardziej zły na nią, czy na siebie. Katherine Holmes była zamknięta w sobie, uparta i przy tym niezwykle intrygująca, co stanowiło iście diabelską mieszankę. Wiedział doskonale co go do niej ciągnęło i równie dobrze zdawał sobie sprawę, że dla własnego zdrowia psychicznego powinien wycofać się jak najszybciej, starając się omijać ją szerokim łukiem, czego z całą pewnością sobie życzyła. A jednak, cholera, przejął się niespodziewaną reakcją i chciał jej jakoś pomóc gdyby faktycznie nie mogła się pogodzić z tamtym zdarzeniem. Tak naprawdę nie wiedział o niej nic oprócz tego, że wieczory spędzała na samotnej nauce, była zdecydowanie bardziej wrażliwa na chłód od przeciętnego człowieka i zgrywała silniejszą niż była w rzeczywistości. Do Obozu ludzie trafiali w różny sposób, niektórym z nich udało się uniknąć bliższego spotkania z zombie dzięki opatrzności losu. Mógłby na palcach jednej ręki zliczyć kobiety, o których miał pewność, że własnoręcznie zabijały Szwędaczy. I choć Kitty uparcie nie chciała się z tym pogodzić, należała jednak do tej słabszej płci, która w podobnych sytuacjach przeważnie do wykonywania brudnej roboty wykorzystywała mężczyzn, nie brudząc sobie ani rąk, ani psychiki.
- Nieważne, zapomnij – powiedział po prostu, nie zamierzając się z nią wykłócać. Skoro tak uparcie chciała być sama i odpychać każdą osobę, która zainteresowała się nią w najmniejszym stopniu, skazując na straty znajomość nim w ogóle miałaby okazję się zacząć, nie zmusi jej do zmiany zdania. Nie mówiąc już nic, odepchnął się od drzwi tylko po to by wyjść przez nie, nie mówiąc już ani słowa. I tak jak sobie tego życzyła, miała w końcu święty spokój.
Minął nieco ponad tydzień od momentu gdy stracił cierpliwość do pewnej ciemnowłosej pani weterynarz, której mozolne próby odepchnięcia go od siebie w końcu podziałały. I choć złość przechodziła mu szybko, tamta krótka wymiana zdań była ostatnią jaką odbyli. Mijając Katherine na ulicy czy w stołówce zawsze z uśmiechem kiwnął głową lub rzucił jakieś przywitanie, ani razu jednak nie decydując się na dotrzymanie jej towarzystwa. Wszakże taka była wola samej zainteresowanej, a tego negować nie miał już najmniejszej ochoty. Jak zawsze w porach wydawania posiłków, stołówka była wypełniona po brzegi, a każdy z ogromną chęcią odbierał swoją porcję jedzenia. Zaobserwować można było specyficzne grupki ludzi, zawsze siadających razem. Technicy przeważnie w swoim towarzystwie, podobnie zresztą jak nieliczne ocalałe rodziny. Przyjęło się już, że jeden z długich stołów zajmowany jest przez grupy wychodzące poza mury, gdzie bywało tez najgłośniej ze względu na donośne żarty i częste salwy śmiechu. Gwar panujący w pomieszczeniu nie sprawił jednak, że pewne uderzenie pięścią w stół zostało przeoczone. Wręcz przeciwnie, parę osób zerknęło z zaciekawieniem w tamtym kierunku, między innymi Josh. I choć sprawa absolutnie nie powinna go interesować, zmarszczył jasne brwi, przyglądając się z milczeniu sytuacji z drugiego końca sali. Obserwował jak Katherine idzie w stronę drzwi, a w ślad za nią rusza postawny mężczyzna. Dopiero gdy ten minął go, kierując się do wyjścia, powiedział:
OdpowiedzUsuń- Warren, nie tknąłeś nawet kolacji… - Głos Josha nie był ani specjalnie głośny, ani też wypowiedziany natarczywym tonem, jednak coś sprawiło, że tanatonauta zatrzymał się momentalnie, zaciskając dłonie w pięści, a w stołówce zrobiło się jakby trochę ciszej. Stał tyłem do jasnowłosego zwiadowcy przez kilka dłuższych sekund, a napięcie między tą dwójką stało się niemal namacalnie wyczuwalne. Josh żył w zgodzie z zdecydowaną większością Obozu, a nawet jeżeli zdarzały mu się drobniejsze spięcia, po kilku godzinach nie było po nich najmniejszego śladu. Ot, przykład wąsatego dowódcy z którym jeszcze tego samego wieczora po pamiętnym wyjściu do miasta normalnie rozmawiał i żartował. Jednak istniała pewna niepisana zasada, według której on i Warren nigdy nie opuszczali razem murów Wyspy Skarbów. Zwiadowcy z tanatonautami współpracowali niezwykle często i podobne rotacje w składzie, wykluczające obecność jednego lub drugiego nie raz stały kością w gardle przełożonym, jednak dotychczas ta reguła złamana nie została i nikt nie chciał narażać wyprawy przez ich wzajemną niechęć.
- Jakoś nie mam ochoty, weź ją sobie – odwarknął w odpowiedzi. Wyraźnie walczyła w nim chęć starcia do którego ich ciągnęło od pierwszego spotkania z planem dalszego napastowania Katherine o leki. Najwyraźniej to druga opcja wydała się bardziej pożądania do zrealizowania, a Warren powoli, z niemałym trudem rozprostował palce. Uczynił jednak dwa kroki do przodu kiedy Josh w końcu podniósł talerz znad swojego talerza, odłożył z cichym brzękiem łyżkę i wbił surowe spojrzenie jasnoniebieskich oczu w mężczyznę.
- Siadaj na dupie i zostaw Holmes w spokoju. – Stołówka nie była odpowiednim miejscem do prowadzenia podobnych rozmów, jednak tylko fakt, że była przepełniona mieszkańcami wśród których było też parę dzieci, sprawił, iż krew nie zdążyła się polać. Nic jednak straconego, bowiem takiej uwagi butny tanatonauta znieść nie mógł, w jednej sekundzie tracąc zainteresowanie rzekomo niezbędną mu morfiną; przynajmniej na chwilę. Odwrócił się w stronę blondyna, a na smagłym obliczu malowała się wściekłość. Atmosferę, która zawisła w powietrzu spokojnie można było kroić nożem i choć wydawać by się mogło, że nie może być już gorzej, jeszcze wszystko było przed nimi.
Najwyraźniej odseparowanie się panny Holmes od obozowych plotek było na tyle skuteczne, że ustrzegła się przed podszeptami co chętniej snujących najróżniejsze wersje, że tych dwóch panów z pewnych względów ma ze sobą na pieńku od pierwszego spotkania. Cóż stało się kością niezgody – nie wiadomo, jedna i druga strona uparcie milczały, reagując niemal alergicznie o tym drugim. Domysły były najróżniejsze, zwłaszcza, iż dotychczas nikt nie widział ich kłócących się ze sobą. Co więcej, zdarzało się im jedynie się mierzyć wzrokiem gdy tylko Obóz ponownie okazywał się zbyt mały na skuteczne unikanie się, poza tym jakichkolwiek poważniejszych incydentów nie odnotowano. Niemniej jednak Josh swoje powody do zareagowania miał i prawdopodobnie gdyby na miejscu Katherine znajdowała się jakakolwiek inna osoba, w jego zachowaniu nic by się nie zmieniło. Przynajmniej tak sądził i tej wersji należało się uparcie trzymać. Ich ostatnie spotkanie zakończyło się w bardzo napiętej atmosferze i to skutecznie ukróciło ich kontakty. Nie oznaczało to jednak, że Josh zignorowałby ewidentne zagrożenie, które mogło ugodzić w kobietę. Z mężczyznami takimi jak Warren był prosty problem – sądzili, że wszystko im wolno. I w wielu przypadkach mieli rację. Nikt poza Radą nie sprzeciwiał się chodzącej górze mięśni, która w razie niechęci do skorzystania z siły ogromnego ciała, przy pasku przymocowaną miała dodatkowo broń. Nic dziwnego, że parę bardziej zapobiegawczych kobiet wystrzegało się samotnego chodzenia po zmroku i zamykało swoje mieszkania na trzy spusty nim położyły się spać.
OdpowiedzUsuńPodniósł się powoli, tracąc resztki zainteresowania całkiem smaczną kolacją, której najwyraźniej nie będzie mu dane skończyć. Kolega siedzący po lewej próbował chwycić go za rękaw, wywęszywszy w porę zbliżające się kłopoty, jednak jasnowłosy zwiadowca wyszarpnął rękę, wychodząc w stronę szykującego się do ataku Warrena. W Obozie znany był jako osoba o pozytywnym nastawieniu do świata i wściekłość malująca się w niebieskich oczach mogła być zaskoczeniem dla praktycznie każdego.
- Przeproś – warknął lodowatym tonem, stając tuż za jego plecami. W odpowiedzi usłyszał tylko prychnięcie. Choć teoretycznie na razie tylko dochodziło do nieco ostrzejszej przepychanki słownej, żaden z nich nie mógł zrezygnować. I gdy mężczyzna odwracał się do niego, koniec był bardzo prosty do przewidzenia.
- Zmuś mnie. – Uśmiech wymalowany na ustach Warrena aż kusił by go zmazać z tych parszywych ust jednym, szybkim ciosem. Josh to natomiast człowiek niezwykle słabej woli w podobnych przypadkach i ani myślał powstrzymywać wewnętrzną potrzebę, która kumulowała się w nim od miesiąca. Oszczędził sobie rzucenia bardzo wymownego Z przyjemnością. Ledwo dobiegły go okrzyki przerażonych niespodziewanym atakiem kobiet, usłyszał jedynie nieprzyjemny dźwięk łamanych kości gdy szybkie uderzenie trafiło wprost w nos impertynenta. Dając się ponieść w końcu uzewnętrznionej złości wyprowadził kolejne dwa ciosy nim tanatonaucie udało się zablokować następny. Szurnięcie krzeseł w tle i co ciekawsi wspięli się na podwyższenie by lepiej widzieć. Pięść Warrena próbowała trafić Josha w twarz, jednak minęła się z celem, spowolniona zarówno przez niedokładność, jak i jeszcze nie do końca sprawny bark. Tyler nie miał jednak najmniejszych zahamowani by uderzyć go z całej siły łokciem w klatkę piersiową i potem powalić na ziemię, podcinając kolana. Ciche, mimowolne stęknięcie bólu dobiegło go z dołu.
- Powiedziałem: przeproś. – Odetchnął ciężej, gotów na więcej.
Nigdy nie pchaj się z pięściami jeżeli nie masz pewności, że wygrasz. Gdzieś po drodze, przy wybuchu tych wszystkich silnych emocji, Josh zapomniał o tak ważnej zasadzie i teraz zaczynało się to na nim coraz dotkliwiej mścić. Warrenowi odmówić można było wielu cech, począwszy od inteligencji, przez ogładę, by wreszcie skończyć na opanowaniu. Niemniej jednak potrafił walczyć i to nie ulegało wątpliwości. Do Obozu przybywali najróżniejsi ludzie, i – jeżeli wierzyć plotkom – tanatonauta miał za sobą kilkuletni pobyt w więzieniu za napaść i rabunek, a epidemia wyratowała go przed powrotem za kratki. Choć były to tylko uparcie powtarzane pogłoski, patrząc zarówno na jego tężyznę fizyczną jak i sposób zachowania, wydawały się być całkiem prawdopodobne. Tyler wiedział doskonale, że pakuje się w nieprzyjemną bójkę, która nie skończy się na paru siniakach. Jednak gdy Warren go zaatakował, coś było nie tak. Facet oberwał, całkiem mocno zresztą. A mimo to wciąż był w stanie wykorzystać działające na jego korzyść warunki fizyczne; obu mężczyzn dzieliło ponad dziesięć centymetrów i kilkanaście kilogramów, co w podobnym starciu mogło być bardzo istotne. Upadł na podłogę z głuchym łoskotem, czując metaliczny posmak krwi w ustach. Niedobrze. Na kilka sekund został jednak rozproszony, gdy sylwetka ciemnowłosej kobiety zmaterializowała się przy jego boku, patrząc jakoś tak… inaczej. Pewnie to kwestia uderzenia głową o ścianę, ale Josh mógłby uciąć sobie prawą rękę za przekonanie, że dostrzegł w ciemnych oczach troskę i strach. Skłonny nieco się wycofać, załagodzić jakoś sytuację, nie zdążył nawet się odezwać nim ciężka dłoń Warrena wylądowała na ramieniu Kitty, a w błękitnych oczach znów zabłysły ogniki gniewu. To był męski spór, nie należało wciągać do niego kobiety, nawet jeżeli tanatonauta miał z nią jakieś indywidualne niesnaski. Podniósł się z małym trudem, odtrącając na bok Katherine; nie był delikatny przy tym, jednak nie mogła mieć najmniejszych pretensji – nie należało się pchać pomiędzy dwóch wielkich, bijących się facetów, choćby nie wiem co. A już zwłaszcza będąc drobną niewiastą narażoną na przypadkowe zranienie. Kilka osób zdążyło skorzystać z tymczasowego uspokojenia się sytuacji, wymykając się niezauważenie. Reszta słusznie czekała aż nastąpi ciąg dalszy. Paskudny uśmiech nie znikał z ust Warrena, ale w momencie kotłujący się mężczyźni z hukiem wpadli na drewniany stół zmienił się w grymas bólu. Mebel mógł albo się złamać, albo przewrócić razem z nimi i przez chwilę wydawało się, że zdarzą się dwie rzeczy na raz, skończyło się jednak jedynie na tej drugiej. Obaj panowie zsunęli się z zgodnym jękiem bólu na posadzkę. Nie przeszkodziło im to w niczym, a dwie sekundy później na zmianę okładali się pięściami, wzajemnie kalecząc.
OdpowiedzUsuń- Co do…?! – Niewypowiedziane przekleństwo zawisło w powietrzu, gdy do stołówki, będącej teraz przynajmniej w pewnej części pobojowiskiem rozrzuconego jedzenia, śladów krwi i tłumu gapiów, wkroczyli z małym opóźnieniem członkowie Rady. I choć nie dotarły te słowa jeszcze do dwójki głównych aktorów tego spektaklu, podziałały skutecznie na ich kolegów, którzy rychło w czas oprzytomnieli, odciągając poturbowanych mężczyzn od siebie. Kilka sekund wyrywania się i dopiero zrozumieli, że coś się zmieniło. Nadal buzując złością, rzucając w siebie co rusz spojrzeniami mogącymi zabijać, powoli uspokajali się, patrząc w stronę Hansona. Pułkownik jako człowiek starszy od nich o dobre ćwierć wieku zdziałać pięścią nie mógłby zbyt wiele. Miał jednak ogromny autorytet, dzięki któremu w stołówce momentalnie zapanowała cisza. Przez chwilę bez słowa patrzył na winowajców. Warrenowi z nosa ciekła krew, teraz głównie już zakrzepnięta, układająca się w zaschniętą, odrażającą maskę na szczęce. Gdy wyszczerzył zęby w ostatnim warknięciu, okazało się, że przyżółknięte uzębienie nie uszło bez szanku, a połowa górnej jedynki została wybita. Josh prezentował się równie kiepsko; z jego rozciętej skroni po policzku również płynęła strużka ciepłej, lepkiej krwi.
Usuń- Stołówka ma zostać posprzątana. – Żadnych słów o łamaniu regulaminu i tym, że więcej podobna sytuacja nie może się powtórzyć, bo i to było oczywiste. Zreflektował się jednak, że zbyt wcześnie by zostawić tą dwójkę sam na sam i dopowiedział. – Matthews, ty to zrobisz. Tyler, nie myśl, że zapomnę o tobie i minie cię kara. – Znów zapadła cisza, przerwana dopiero krótkim, iście żołnierskim Tak jest wypowiedzianym niemal jednocześnie. Josh nie zamierzając zostawać tu ani chwili dłużej, odwrócił się, ignorując tępy ból w klatce piersiowej rozchodzący się po całym ciele i wyszedł z pomieszczenia. Nie odszedł daleko, bo zatrzymał się zaledwie kilkanaście metrów dalej, opierając o mur. Kolano Warrena w pewnym momencie trafiło z ogromną siłą w jego żebra, boleśnie je obijając, co niby zrewanżował mu silnym ciosem przez który jego przeciwnik aktualnie kulał, jednak mimo tego czuł się fatalnie.
Obozowe środowisko było na tyle małe, by to wydarzenie stało się główną sensacją na pewno tygodnia, jeżeli nawet nie miesiąca. Brakowało powodów do wymieniania konspiracyjnych szeptów, a dzisiaj ci dwaj chwilowo (w przypadku Warrena było to bardziej długotrwałe) wyłączyli myślenie i dali się ponieść iście zwierzęcym emocjom, dlaczego by nie skorzystać z ich uprzejmości i omawiać to zajście w kółko, zwłaszcza przy okazji zobaczenia któregoś. I w ten oto sposób Josh sam wpakował się w niezbyt ciekawą sytuację, której ani trochę nie chciał. Niepokoiła go też kwestia kary, jaką miał otrzymać za ten szczenięcy wybryk. Ani trochę nie uśmiechało mu się opuszczanie wyjść z grupą zwiadowców, na co najbardziej się nastawiał. Choć z drugiej strony po tym, jak potraktował dziś swoje ciało – czy raczej pozwolił by zostało potraktowane – nie miał co liczyć na bycie w pełni dyspozycyjnym. Pewnie gdyby walczył z pierwszym lepszym facetem, nie skończyłoby się to aż tak źle. No cóż, miał to szczęście trafić na dwumetrowego tanatonautę z nieciekawą przeszłością. Można się było tego spodziewać.
OdpowiedzUsuń- A więc by usłyszeć ten słodki głosik muszę częściej wdawać się w burdy… - zaśmiał się, jednak szybko ochota na to mu przeszła, gdy wraz z pierwszym poważniejszym ruchem klatką piersiową coś wewnątrz niego gwałtownie zaprotestowało, dla przykładu każąc go tępym, dość silnym bólem. Mógł się spodziewać, że Kitty jako osoba bezpośrednio zaangażowana nie zniknie tak po prostu, ulatniając się bez słowa, co przecież wyjątkowo lubiła czynić z tego co zdążył zaobserwować. Dopiero kilka sekund później coś istotnego do niego dotarło.
Powoli wyprostował się, czując już w kościach, że kilka następnych dni będzie koszmarnych, a już najgorsze wstawanie z łóżka każdego ranka. Skierował wzrok na stojącą tuż obok Katherine, marszcząc lekko jasne brwi w geście zdziwienia. Przed chwilą na niego nakrzyczała, czy on miał już omamy? Całkiem możliwe, że przy okazji uderzył się zbyt mocno w głowę i stąd te przedziwne halucynacje.
- Masz chłodne dłonie – zauważył, czując przyjemne, znieczulające ból mrowienie w miejscu, gdzie jej palce stykały się z jego twarzą. Niedługo jednak mógł się nacieszyć uczuciem ulgi, bowiem cofnęła ręce równie szybko jak się pojawiły. Westchnął cicho, przymykając na chwilę oczy.
- Nic mi… - No dobrze, nawet Josh był na tyle świadom swojego stanu by powstrzymać skrajnie idiotyczną odpowiedź i urwać w połowie. Udawanie, że wszystko w porządku mijało się z celem, bowiem czuł się naprawdę paskudnie. – Tylko trochę, oberwałem po żebrach – odparł grzecznie i zgodnie z prawdą jak na spowiedzi u której nie był… oj, od bardzo dawna. Pomijając nieprzyjemne pulsowanie w okolicy dolnej wargi i prawego łuku brwiowego, tylko klatka piersiowa dawała o sobie znać, resztę śmiało mógł zaliczyć do problemów nieistotnych, wręcz niegodnych zwrócenia na nie najmniejszej uwagi.
- I kto tu jest uparty? – mruknął w odpowiedzi, nie zamierzając się jednak z nią wykłócać. Powoli zaczynał już rozróżniać dwa tony rozkazujące u Kitty. Ten, z którym śmiało można się było sprzeczać, a nawet było to wskazane, a także ten drugi, kiedy należało zacisnąć zęby, ugryźć się w porę w język i przemóc męską dumę, słuchając kobiety. Na szczęście to drugie miało zastosowanie głównie w kwestiach medycznych, tak jak właśnie teraz. Co prawda Josh był przekonany, że mowa jedynie o bolesnym stłuczeniu, jednak lekarzem nie był i trudno ocenić ból w skali jeden do dziesięciu gdy nie ma się aktualnego porównania. Westchnął bardziej z irytacji niż cierpienia fizycznego, przewrócił oczami i tylko troszkę marudząc pod nosem ruszył razem z nią w kierunku ambulatorium. Wiedząc, jak wielkim jest ciężarem dla drobnej kobiety, starał się przede wszystkim iść o własnych siłach. Wszakże ze stołówki wyszedł bez niczyjej pomocy, te kilkaset metrów może pokonać, to nie był żaden maraton.
OdpowiedzUsuńNim jednak zdążyli się oddalić na tyle by zniknąć z oczu wychodzącym z jadalni ludziom, dwójka małych dziewczynek przebiegła koło nich, chichocząc i non stop obracając się w ich kierunku. Josh zerknął przez ramię, dostrzegając kilka ciekawych spojrzeń skierowanych w ich kierunku. To się zdecydowanie nie spodoba jego towarzyszce.
- Cały Obóz był obecny przy bójce, ale zobaczysz, że jutro przy śniadaniu wszyscy będą plotkowali, że to o ciebie poszło – zaśmiał się. I tym razem w klatce piersiowej poczuł ucisk, który jednak nie zmazał mu z ust uśmiechu. Tak naprawdę dla postronnych sytuacja była niejasna. Dopóki obaj panowie nie rozpoczęli pogawędki mało kto zwrócił uwagę na podążającego śladem Katherine Warrena. Dwóch mężczyzn i kobieta, dla plotkarzy to idealna sytuacja do wysnucia nawet najbardziej nieprawdopodobnych teorii, a Josh był przekonany, że co najmniej kilka z nich usłyszą.
Ambulatorium rosło w ich oczach, już po kilku krótkich chwilach stojąc otworem. Czuł się dziwnie zmęczony i nie był to efekt niedawnej bójki. Pokonanie tego dystansu okazało się większym wyzwaniem niż początkowo zakładał i powoli zaczynał się obawiać, że czarnowidzenie odnośnie złamania mogłoby być jak najbardziej na miejscu…. Na razie wolał nie myśleć jak trafi do swojego mieszkania i ile czasu zajmie mu wylizanie się z ran. Dolną wargę miał rozciętą, ale ta rana sama musiała się zagoić. Nie miał pojęcia czy łuk brwiowy wymagał zszycia, ale sądząc po ilości krwi, która zakrzepła na jego policzku – najprawdopodobniej tak. Dodatkowo feralne żebra i nici z odpoczynku Kitty.
Może to dla Katherine było absurdalne, ale Josh naprawdę wolał myśleć o błahostkach niż skupiać na silnym bólu w klatce piersiowej. Rozbawienie związane z wizją następnych dni, kiedy wszyscy będą posyłali im ukradkowe spojrzenia zastanawiając się jak to z nimi jest (choć przecież nie jest, ale powiedz to spragnionym plotkom babom) sprawiało, że jakoś tak łatwiej stawiało się kolejne kroki. Zwłaszcza, że dostrzegł delikatny rumieniec na licach Kitty, co tylko upewniło go w przekonaniu, że jej to na rękę wybitnie nie będzie. Nie ma to jak wpakować się w największe wydarzenie ostatnich tygodni po tym, gdy przez cały swój pobyt próbowało się zachować największą możliwą prywatność. Mogła się z tym pożegnać, a zamiast tego powitać na swoich zmianach ciekawskie osoby szukające okazji do wypytywania.
OdpowiedzUsuńSkinął głową na znak, że rozumie, siadając na łóżku i nie robiąc absolutnie nic. Dziwne uczucie, zwłaszcza po przeżyciach sprzed chwili. Miał ogromną ochotę podejść do stolika oddalonego o jakieś trzy metry od jego miejsca czekania by wziąć ściereczkę i obmyć sobie twarz wodą, zmywając choć trochę z śladów walki. Co prawda pozbyłby się tylko krwi i kropelek potu, z całą resztą już prawdopodobnie za późno na próby naprawiania, ale przynajmniej nie wyglądałby aż tak przerażająco.
- I tak to zrobisz, więc śmiało. Sprawię sobie nową – mruknął, trochę żałując całkiem niezłej bluzy. Jednak bycie zwiadowcą miało te zalety, że wychodząc do miasta miało się całkiem sporo darmowych sklepów… Oczywiście pomijając fakt, że większość została zdemolowana, gdy już się trafiło na jakiś, wystarczyło tylko narzucić coś na siebie i gotowe. Nieco szybciej niż czekający na dostawę w Obozie. Był wieczór, a w ambulatorium tradycyjnie panował niepodzielnie chłód, co dało o sobie znać gdy bluza została już rozcięta na pół i zimne powietrze uderzyło w jego nagie ciało. Tors Josha przynajmniej nie miał na sobie żadnych (nowych) szram i jedynym zmartwieniem było dające o sobie znać żebro. Mimo spędzenia dzieciństwa na dzikich harcach z kolegami, licealnego okresu uprawiając najróżniejsze, również brutalne, sporty by kończąc na ponadprzeciętnie ryzykownej pracy jakoś nigdy nie zdarzyło mu się niczego złamać. Długo uważał się za szczęściarza, który wyliże się z każdej sytuacji. I naprawdę nie chciał by tym razem okazało się inaczej.
Zabawnie wypadały ich spotkania zważywszy na ilość razy kiedy pozbywał się przynajmniej górnej części odzienia w porównaniu z upartą rezerwą z jaką starała się go traktować panna Holmes, co raz bawiło, raz irytowało Josha. Nie miał powodu czuć się skrępowany z powodu swojej połowicznej nagości, traktując to całkowicie naturalnie; inną kwestią były niewątpliwe atuty wyćwiczonej sylwetki, co dało się dostrzec już na pierwszy, choćby przelotny, rzut oka. Jednak to od pasa w górę znajdowały się wszystkie jego blizny i mogła przez te kilka spotkań zaznajomić się wizualnie z całą historią jego ran. Najświeższa była wyjątkowo mało widoczna głównie dzięki dokładności kobiety i pewnie ta zapadła jej najlepiej w pamięć. Chociaż Josh przyzwyczaił się, że latem bez koszulki wygodniej, to jednak lato się skończyło i zaczął odczuwać nieprzyjemny chłód coraz dotkliwiej.
OdpowiedzUsuńPosłał jej pełne politowania spojrzenie znad uniesionych wysoko brwi. Naprawdę? Zadawała mu pytanie i nim zdążył na nie odpowiedzieć nakazywała milczeć? Nie odezwał się jednak ani słowem, czekając aż dokończy badanie. Zaniepokoiła go jedynie możliwość wyczucia delikatnej zmiany pulsu wraz z przesuwaniem się jej dłoni po jego nagim torsie. Czuł delikatny ból towarzyszący sprawdzaniu stanu żeber, jednak było też inaczej niż za pierwszym razem w tym pomieszczeniu, gdy zszywanie traktował wyłącznie jako zabieg medyczny. Teraz jednak z niezrozumiałego powodu nie widział w niej tylko pielęgniarki, co ani trochę nie było rozsądne i wskazane. Nie zadając żadnych pytań skazany był na obserwowanie twarzy Katherine w celu odczytania jakiś wskazówek. Fala ulgi przeszyła jego ciało gdy zobaczył uśmiech zadowolenia na jej twarzy i potem usłyszał słowa brzmiące niemal jak wyrok uniewinniający.
- Tylko to co można zobaczyć – odpowiedział na wcześniejsze pytanie, przyglądając się jak odchodzi w stronę przylegającego pomieszczenia. Chyba rozmiłowała się w rozkazywaniu, bowiem to kolejny raz gdy wydawała polecenie, a on czuł się jak mały chłopczyk. Tym większa była ochota się sprzeciwić. Na szczęście pozostawał na tyle rozsądny by nie podejmować głupich decyzji. – Bardzo zawiedziona perspektywą dalszego użerania się ze mną? – Wiadomość o całkiem niezłym stanie zdrowia (a przynajmniej nie krytycznym) wyraźnie poprawiła mu nastrój.
[Cóż, niestety wpadłam na dość okrutny pomysł zapełnienia każdego mojego "poszkolnego" popołudnia jakimiś zajęciami dodatkowymi, więc praktycznie rzecz biorąc dopiero dzisiaj miałam okazję usiąść przy komputerze i zająć się tym co naprawdę ważne... No, czyli blogowaniem. :D
OdpowiedzUsuńMyślę, że chcąc nie chcąc tych dwoje spędza ze sobą dużo czasu i jakieś relacje po prostu musiały się wykształcić. Mark jest facetem irytująco spokojnym i ugodowym, więc powinien z łatwością przetrawić niewyparzony język Katherine. Zapewne będzie również cieszył się z jej postępów w próbach traktowania ludzkich pacjentów z podobną czułością co tych zwierzęcych, którzy to przecież też mogą się okazjonalnie trafić. Przede wszystkim sądzę jednak, że będzie po prostu zadowolony z posiadania dobrej prawej ręki, która to będzie często zmuszona do wysłuchiwania jego medycznej paplaniny. Tak to mniej więcej bym widziała.]
Mark
W ten oto sposób pożegnał się z naiwnymi marzeniami o położeniu się wieczorem we własnym łóżku i próbie zignorowania tego, że absolutnie wszystko go boli, planując już kiedy następny raz będzie mógł w pełni sprawny zameldować przełożonemu o gotowości do podjęcia obowiązków. Jedyną zaletą było to, że w czasie gdy on będzie się kurował, najprawdopodobniej cała sprawa choć trochę ucichnie i nie będzie musiał przez długi czas spotykać się z zaciekawionymi spojrzeniami. Niech tą przyjemnością dzielą się Warren i Katherine. Niemniej jednak ostatnim czego potrzebował było bezużyteczne wylegiwanie się w łóżku, sam na sam ze swoimi myślami. Jasne, spodziewał się, że przez jego próg przewinie się mnóstwo osób. A to znajomych zwiadowców przynoszących wieści zza muru i głupie żarty, przez które Josh będzie żałował, że nie mógł być ich świadkiem, a jedynie słucha relacji. Pewnie też jakieś miłe osoby podrzucą mu coś do jedzenia, racząc rozmową i życząc rychłego powrotu do zdrowia. Bez względu na wszystko przywiązanie do łóżka nigdy nie wchodziło w grę i ktokolwiek znał go choć trochę, wiedział, że prędzej czy później jakiś zakaz złamie. Nie z przekory czy konieczności udowodnienia, że ma rację. Dbał o własne zdrowie i jeżeli istniało ryzyko urazu, zwracał się natychmiast do lekarza. Ale bierność i wpatrywanie się w sufit doprowadzi go do szału.
OdpowiedzUsuńSkinął głową, beznamiętnie wpatrując się jak igła wbija się w jego ciało, wstrzykując zbawienną dawkę morfiny. Nie był masochistą, czekał tylko aż ból minie, czując jak po jego ciele rozpływa się zaaplikowana substancja, powoli likwidując to uczucie nieprzyjemnej ciężkości w klatce piersiowej. Uśmiechnął się lekko pod nosem, spostrzegając, że gdy chodzi o rannego, Kitty potrafiła być delikatna. A może to kwestia powodów dla których te rany otrzymał? Nawet mając porządnie obite żebra i rozcięty łuk brwiowy, nie żałował swojej decyzji. Czy jeszcze raz zainterweniowałby wtedy w stołówce? Oczywiście. Choć może nieco bardziej uważałby na to gdzie uderza Warren i w którą stronę kierują się jego kolana…
- Jak długo to wszystko potrwa? – spytał, korzystając z okazji, że kobieta jeszcze nie zaczęła usztywniać jego klatki piersiowej i nie rozproszy jej niepotrzebnym gadaniem. Jasnym było, iż nie pyta o sam zabieg, ale o rekonwalescencję.
Nic nie mógł poradzić na automatyczne spięcie się jego obolałego ciała w momencie oczekiwania. Wiedział, że dobrze nie jest. Spodziewał się pesymistycznego założenia, jednak nie przewidział aż tak złych wieści. Pięć miesięcy... Te dwa słowa rozbrzmiewały w jego głowie, nie dając się zepchnąć się gdzieś na bok. Katherine stała tuż przed nim, na wyciągnięcie ręki. Jednak nagle zgubił gdzieś jej obecność. To nie był wyrok, choć tak właśnie się czuł. Co prawda usłyszał też tą bardziej optymistyczną część, ale w tej chwili było to mniej ważne. W jasnoniebieskich oczach nikły wesołe ogniki, dotychczas obecne mimo nieustępliwego bólu. Wyraźnie przygaszony skinął głową na znak, że rozumie. Lepiej nie myśleć co zrobiłby gdyby dostał w tej chwili w swoje ręce Warrena. Na samą myśl jego dłonie zacisnęły się z ogromną siłą na materacu łóżka, zdradzając wściekłość. Pięć miesięcy bezużytecznego, pozbawionego najmniejszego sensu, egzystowania w bezpiecznych murach Obozu, kiedy koledzy będą narażać swoje życia, a jemu przyjdzie tylko z frustracją patrzeć na to. I wszystko to przez naćpanego idiotę, który zaczepił właściwie obcą mu kobietę. Nie wiedział nawet o co dokładnie poszło. Zainteresował się zachowaniem tanatonauty dopiero gdy zareagował złością, nie miał jednak pojęcia jaka rozmowa toczyła się między nimi przed wybuchem niekontrolowanej wściekłości i jaka uwaga go sprowokowała. Możliwe, że Katherine miała rację, uważając, iż pchał się niepotrzebnie między tą dwójkę. Ale nie byłby sobą ignorując niebezpieczeństwo grożące kobiecie ze strony Warrena. No i inna kwestia, że po prostu dupka nie lubił, czekając tylko na okazję...
OdpowiedzUsuń- Dlaczego nikt nic nie zrobił kiedy zgłosiłaś, że się naprzykrza? - spytał, zmieniając temat. Skoro już oberwał, to chciał choć dowiedzieć się jakie były tego powody. Warren sprawiał kłopoty swoim przełożonym, to ogólnie znany fakt. Gdyby doszły do tego wieści o nachodzeniu jednej z lekarek, miałby naprawdę ciężką sytuację. Przynajmniej w teorii, ale przecież sztab medyczny cieszył się specjalnymi względami. Zastanowił się jeszcze, uzmysławiając sobie, że z Kitty należało rozmawiać odrobinę inaczej. Choć przecież nawet ona, z tym jej upierdliwym upieraniem się o własnej niezależności nie lekceważyłaby podobnego typa... Prawda? - Bo powiedziałaś komuś, tak? - upewnił się, patrząc na nią uważnie. Wygodniej byłoby rozpaczać nad jej lekkomyślnością niż swoim stanem zdrowia.
- Tak, Radzie. Z jakiegoś powodu tu chyba są – odparł, zirytowany nieco politowaniem wymalowanym w jej oczach. Nawet jeżeli Warren nie zostałby wezwany na dywanik, przynajmniej nakazano by zwrócić na niego szczególną uwagę, pilnując by nie zrobił krzywdy żadnej z kobiet. Wątpliwe by zagroził głównemu lekarzowi, choć on też nie stanowił dla tanatonauty godnego przeciwnika w walce wręcz. - Dzisiaj chciał cię zaatakować – stwierdził, przyglądając się jej uważnie, czekając na jakąkolwiek reakcję. Widział wściekłość na twarzy Warrena gdy szedł za nią, gotów dopomnieć się o swoje siłą. I wiedział doskonale, że ten mężczyzna jest nieprzewidywalny, skłonny uczynić wszystko, łącznie z chociażby pobiciem niewinnej kobiety, tylko po to by dostać to, czego pragnął i udowodnić własną siłę. - Kitty, wtedy wieczorem, kiedy upierałem się by cię odprowadzić, nie była to tylko kwestia wypitego alkoholu. Samotna kobieta późnym wieczorem... Nie twierdzę, że nie potrafiłabyś się obronić. Ale sama też nie możesz być pewna – powiedział całkiem poważnie. Gdyby nie fakt, że przypadkiem na nią wpadł, nawet by o tym nie pomyślał, ale tak... Mógł się przejść ten kawałek dalej niż normalnie i pójść spać z czystym sumieniem. Żyli w rzekomo cywilizowanym społeczeństwie, ale jednak trudno uniknąć skojarzeń, że powoli cofają się do etapu gdy to silniejszy ma władzę i tylko wpływy mogą uchronić przed zepchnięciem. Osobniki takie jak Warren tylko dążyły do podobnego układu, podświadomie wiedząc, że znajdą się wtedy na samym szczycie hierarchii.
OdpowiedzUsuńPowoli podniósł ręce, czując gdzieś na wysokości ramion jak jego ciało protestuje i mimo morfiny w klatce piersiowej znów odzywa się coraz lepiej znajomy ból, jednak nie tak silny jak jeszcze chwilę temu. Odetchnął, upewniając się, że taka wysokość wystarczy, pozwalając by opatrunek zaciskał się wokół jego ciała. Tak jak zapowiedziała, nie było to przyjemne. Starał się jednak nie krzywić z bólu, wiedząc, że nie ułatwi jej swoim demonstrowaniem odczuć. Kiedy skończyła, opuścił ręce, wykonując nimi kilka ruchów, sprawdzając na ile może sobie pozwolić.
- Dzięki – rzucił, wstając. Nie chciał zajmować jej czasu, a do swojego mieszkania jakoś dotrze. Tam będzie mógł obmyć się i wziąć coś mniej medycznego do znieczulenia.
Zamilkł, odbierając jej wymowne milczenie jako wyraźną wskazówkę do porzucenia tematu. Doskonale, powiedział wszystko co powinna wiedzieć, choć domyślał się, że samo przekonanie kobiety do jego racji będzie znacznie trudniejsze niż tylko zarysowanie nieprzyjemnej rzeczywistości. A bez względu na to jak chciałby wierzyć w utopijną wizję Obozu, był akurat w tej kwestii realistą. Warren i jemu podobni stanowili zaledwie kilka osób, jednak to wystarczyło by bezpieczeństwo nie było tak pewne. Niewiele szczęśliwych par się ostało. W murach gromadziło się sporo samotnych matek, wielu mężczyzn straciło swoje partnerki. Mało osób mogło uznawać swoje ocalenie za prawdziwie szczęśliwe. A bez względu na ekstremalną sytuację niektórych potrzeb nie dało się zignorować, były wpisane w ludzką naturę. Sądził, że Warren nie posunąłby się do najbardziej drastycznych kroków, ale odbiegając od dzisiejszej sprzeczki… Gdyby cokolwiek zrobił jakiejś kobiecie, jego słowo przeciwko jej, a Rada musiałaby nagle przyjąć formę najzwyklejszego sądu rozstrzygającego sporne sprawy. Nie mieli ani doświadczenia, ani kompetencji. A mimo to podjęliby decyzję kogo wysłać za mury z pojedynczą kulką. I choć Katherine nie była takim typem kobiety, zaobserwował już, że od początku utworzenia Obozu dwóch jego towarzyszy związało się z mieszkankami. Nie dostrzegał u nich porywającego uczucia, a bardziej chłodną kalkulację.
OdpowiedzUsuńZawarczał cicho ze złości, ale jej słowa skutecznie przekonały go jak bardzo nierozsądne byłoby zbuntowanie się i wybranie się do własnego mieszkania, gdzie przynajmniej byłoby mu odrobinę cieplej. Przez chwilę jeszcze się wahał, ostatecznie decydując się posłuchać polecenia. Była lekarzem, czyż nie? Pal licho, że niekoniecznie specjalizującym się w podobnych wypadkach. Tak czy siak, wiedza Kitty pozostawała nieporównywalnie większa od Josha, zmuszonego wierzyć w jej decyzje. Usiadł, po kilku sekundach badania reakcji swojego ciała, kładąc się na posłaniu; zaskrzypiało żałośnie pod jego ciężarem. Przymknął oczy, odczuwając zmęczenie silniej niż się tego spodziewał. Najwidoczniej morfina wymieszana z wydarzeniami mijającego dnia dawała o sobie coraz wyraźniej znać. Tylko to tłumaczyło dlaczego nagle tak wygodnie mu się leżało i myślało o odpoczynku jeszcze przed dwudziestą pierwszą.
- Ktoś przyjdzie cię zmienić? – spytał, nie próbując jej wyganiać. Kojarzył, że ktoś wspominał, że to Katherine miała dyżur za dnia, wątpliwe więc by czekało ją nocne czatowanie w ambulatorium. Byłoby mu nawet na rękę gdyby został sam. Uchylił powieki, spoglądając na nią uważnie. Była teraz tak bardzo opanowana, choć na stołówce widział zgoła inne oblicze panny Holmes.
- Wykorzystują cię z tymi nocnymi dyżurami – mruknął, nie wspominając słowem o sprzecznych informacjach. Przy feralnej kolacji zwrócił uwagę na opatrunek kolegi, wspominającego wizytę w ambulatorium z powodu zwichniętego nadgarstka. Wspomniał wtedy, że to właśnie Katherine się nim zajęła i najprawdopodobniej wyzbędzie się typowego dla jeszcze resztek mieszkańców sceptycyzmu. Wymruczał ciche dzięki gdy okryła go kocem, najpierw pierwszym, potem drugim, uświadamiając sobie, że ich historia zatoczyła małe koło. Z drobnymi zmianami, to prawda, ale jednak pierwsze ich spotkanie zaczęło się w ambulatorium, okupione kilkoma ciepłymi kocami i zszywaniem jego rany. Nie mógł powstrzymać rozbawienia gdy potraktowany został jak małe dziecko. Choć prawdą było, że nie pomyślał nawet o pozbyciu się butów. Dżinsowe spodnie również nie były specjalnie wygodne do spania, jednak pozbywanie się dalszych warstw odzieży nawet będąc szczelnie okrytym, nie wchodziło w grę.
OdpowiedzUsuń- Rozumiem, że jak będę chciał w nocy skorzystać z łazienki to nie wolno mi założyć butów? – spytał, unosząc lekko jasną brew do góry. Liczył, że podobna konieczność nie nastąpi, bowiem wstawanie przy poobijanych żebrach było wystarczająco bolesne, a on nawet nie miał pojęcia co dokładnie się jemu stało. Nie liczył na odpowiedź, przymykając oczy gdy dłonie kobiety zajęły się obmywaniem wodą jego pokrytego zaschniętą warstwą krwi oblicza. Z jego twarzą nie było aż tak źle… Chyba. Bo w końcu najgorsze mieli najprawdopodobniej już za sobą i zszycie łuku brwiowego oraz pozbycie się śladów bójki sprzed kilku kwadransów nie byłoby ani tak bolesne, ani czasochłonne. Krople wody spłynęły po jego skroni, ginąc w jasnych włosach, niektóre dotarły nawet do karku, swoim chłodem powodując niezbyt przyjemne dreszcze. A jednak było mu dziwnie przyjemnie jak na stan kiedy przy każdym głębszym wdechu klatka piersiowa odpowiada stanowczym sprzeciwem. Uśmiechnął się lekko pod nosem, czując jak delikatne palce przesuwają się po jego twarzy. Zapewne to tylko chwilowe, a gdy Katherine skończy, w jej dłoniach pojawi się już mniej przyjacielska igła.
Najprawdopodobniej zasnąłby niepostrzeżenie, ku wielkiej uldze Kitty nie mówiąc już ani słowa, gdyby nie fakt, że gdzieś w pobliżu rozległy się kroki z każdą sekundą coraz głośniejsze. Ledwie zdążył uchylić powieki, dostrzegł pojawiającą się w drzwiach pielęgniarkę, wyraźnie zdziwioną obecnością zarówno panny Holmes, jak i jej pacjenta. Powiedziała coś o potrzebie zabrania jakiś leków znajdujących się w jednej z szafek i ulotniła się szybko, zostawiając ich ponownie samych. Josh nie odezwał się ani słowem gdy kobieta szperała w pobliskiej komodzie, wynajdując zaginione medykamenty, obracając głowę w stronę swojej ciemnowłosej towarzyszki.
- Nie musiałaś tego robić – stwierdził po prostu, nie zdradzając czy chodzi mu o zajmowanie się nim mimo wolnego czy o niewinne kłamstewko, którego nawet nie dostrzegł.
Ta informacja była o tyle przydatna, co absolutnie niepożądania. Ambulatorium zdecydowanie powinno być lepiej doglądane. Dokuczliwy chłód, brak działającej toalety, brakowało jedynie zbitej szyby czy wystawionych z zawiasów drzwi. A pomyśleć, że był to najważniejszy ośrodek obok tego dotyczącego żywienia i wszyscy rzekomo dbali o swe skromne grono medyczne. Perspektywa przespania całej nocy rysowała się nagle w zdecydowanie jaśniejszych barwach, nawet jeżeli miało to oznaczać bezczynne wylegiwanie się w łóżku i późniejszy kac moralny dotyczący obijania się. Ale miał wyjątkowo dobrą wymówkę dla własnego sumienia w postaci kategorycznych zaleceń surowej pani doktor o zmiennym, raz spokojnym, raz groźnym, obliczu. Skinął jedynie głową na znak, że rozumie. I choć jeszcze chwilę temu miał zamiar spędzić tę noc we własnym łóżku, aktualnie, otulony dwoma grubymi kocami i zmożony zmęczeniem, niespecjalnie miał ambicje łamać zakazy i wybierać się gdziekolwiek.
OdpowiedzUsuńNie zwracał większej uwagi na pielęgniarkę, zarejestrował jedynie jej pojawienie się, jednak słowa Katherine w stronę koleżanki po fachu dotyczące pacjenta umknęły mu. Kojarzył tą kobietę jednak poza pojedynczym przypadkiem na samym początku pobytu, to panna Homles miała wątpliwą przyjemność opatrywania jego ran, a Josh tym samym nie miewał okazji do dłuższej rozmowy z kimkolwiek z sztabu medycznego. Kąciki jego ust powędrowały w górę gdy usłyszał jej odpowiedź, której jednak w żaden sposób nie skomentował. Już zaczynał podejrzewać, że nie darzy go aż tak wielką niechęcią jak na początku, jednak gest kobiety skutecznie wytrącił go z równowagi. Kiedy się nachyliła, sięgając po zestaw do szycia, powtórzyła się sytuacja z jej mieszkania, kiedy nozdrzy mężczyzny dobiegł zapach kobiecego ciała. Tym razem jednak znacznie intensywniejszy, nie bijący od bluzy, a jej samej. Wstrzymał oddech, wiedząc doskonale, że jego reakcja wcale nie była wskazana.
- Jasne – odparł lakonicznie, wbijając spojrzenie dziwnie pociemniałych tęczówek w sufit. Nie pierwszy raz był w takiej sytuacji, mógł się wręcz nazywać profesjonalistą. Ale cholera, ani trochę nie podobało mu się powtórzenie sytuacji sprzed paru chwil, gdy rozproszyła go kobieca dłoń na swojej klatce piersiowej. Katherine musiała dać mu końską dawkę morfiny, bowiem tylko to tłumaczyło dlaczego tak niepoważne myśli pojawiały się w jego głowie. Zacisnął usta w wąską linię, mimowolnie marszcząc przy tym brwi. Chciał jeszcze spytać jak długo będzie musiał jeszcze przeleżeć w ambulatorium, ale sam nie wiedział czy zniesie kolejną złą wiadomość.
Josh jeszcze za czasów licealnych uchodził za chłopaka niezwykle kochliwego kiedy to nie było okresu samotności, jednak nie z powodu ambicji a zwykłego zamiłowania do spędzania czasu w towarzystwie kobiet, zresztą z wzajemnością. Przyszedł moment ustatkowania, kiedy przez ponad dwa lata tworzył poważny związek, zakończony jednak w dobrej atmosferze, bez specjalnych dramatów. Później nie pojawiła się już kobieta, która zwróciłaby jego uwagę na dłużej niż kilka miesięcy. Był w tym aspekcie mniej zdecydowany niż jego młodszy brat, który właśnie przez swoją miłość przepadł bez wieści. Na kilka dni przed wybuchem epidemii pojechał do swojej dziewczyny studiującej w innym mieście… I kontakt się urwał, a Josh łudził się nadzieją przez kilka tygodni nim przyszło mu zmierzyć się z brutalną prawdą. Jakby tego było mało, jego spokojne życie w Obozie powoli zaczęło się chwiać i to z powodu kobiety, którą zdecydowanie nie powinien się interesować. Katherine Holmes nie chciała nawiązywać znajomości, a jak na złość panicz Tyler musiał zwrócić czujne spojrzenie niebieskich oczu akurat na nią, jakby mało było pięknych kobiet ocalałych od zagłady. Naprawdę liczył, że to tylko wina morfiny i jej ogłupiającego wpływu (i niech nikt nie próbuje wyprowadzić go z błędu), a już jutro rano wszelakie zmartwienia na tym polu znikną jak za dotknięciem magicznej różdżki… Marzenia ściętej głowy.
OdpowiedzUsuń- Nie jest aż tak zimno, nie musisz zostawać specjalnie i robić tego dzisiaj – zasugerował. Zamiast wygrzewać się we własnym mieszkaniu, próbowała doprowadzić go do porządku. Teraz w dodatku uszczelnianie okien. Pomyśleć, że ta oto kobieta stroniła od wszelakich kontaktów międzyludzkich. Uniósł się na łokciach gdy skończyła i spojrzał na nią z charakterystycznymi, wesołymi iskrami w błękitnych ślepiach. Pora skończyć z absurdami. – Planujesz też zostać ponadprogramowo na noc? Jeżeli tak, będę musiał się chyba przesunąć albo zrobić ci miejsce… - Rozejrzał się po pomieszczeniu. Było małe. Na tyle, że upchnięto tylko jedno łóżko. A panna Holmes zdecydowanie nie spędzi tej nocy skulona na niewygodnym fotelu. Zdawał sobie sprawę, że prowokował ją nieco bezczelnym uśmieszkiem wymalowanym na ustach, ale wolał takie przepychanki słowne niż jego skrępowane milczenie.
Perspektywa złapania zapalenia płuc nie była zbyt przyjemna, a skoro jasnym się stało, że nie odwiedzie kobiety od pomysłu zaklejenia okna (przynajmniej tego jednego), to równie dobrze mógł się wycofać nim poniesie w tej dyskusji sromotną klęskę. Zwłaszcza, że tak jak Katherine przez cały okres ich znajomości reagowała alergicznie na jakikolwiek kontakt fizyczny, tak dziś nastąpiła niezrozumiała dla Josha zmiana. I znów wytrąciła go z równowagi delikatnym dotknięciem, które przecież było jedynie zbadaniem powagi zasinienia pod jego okiem. Spojrzał na nią pociemniałymi oczami. To nie tak, że ją wyrzucał… Ale naprawdę mogłaby już iść.
OdpowiedzUsuń- Nie uważam by rozmowa była specjalnie męcząca – odparł, a gdzieś w głowie zapaliła mu się czerwona lampka, alarmująca, że właśnie prosi się o ten zastrzyk. Zignorował ją jednak z pełną świadomością, zamierzając lada moment faktycznie się położyć. Jak to jednak było, że wszelakie dobre zamiary były odbierane tak negatywnie? Przecież nie godziło się by w jego towarzystwie kobieta kuliła się na niewygodnym fotelu, podczas gdy on leży rozciągnięty jak pan i władca świata na wygodnym posłaniu. I nie, nawet dobra wymówka w postaci ciężkich obrażeń nic tu nie znaczyła. A przynajmniej tak należałoby założyć, zastanawiając się dlaczego ta propozycja w ogóle padła. Przymknął leniwie powieki, czując jak bardzo są ociężałe. No dobrze, może faktycznie ta energia była już zbyt wyeksploatowana... – Dobrej nocy, Kitty – powiedział cicho, czując, że wystarczą sekundy do natychmiastowego odpłynięcia w głęboki, niczym nieprzerwany sen. I nawet po głowie przestały kołatać mu się myśli o żądnym zemsty Warrenie mogącym czyhać za rogiem. Dzisiejszy dzień dla Josha dobiegł końca i choćby nawet chciał, nie potrafił wykrzesać z siebie choć odrobiny więcej świadomości. Jutro dowie się jak długo te nieprzyjemne cztery ściany będą go gościły i kiedy będzie mógł pomyśleć o powrocie do siebie. Ale to dopiero po kilku godzinach relaksującego dryfowania w krainie Morfeusza.
Wraz z przejściem najsroższych mrozów i przezimowaniem za bezpiecznymi murami obozu, otaczając się zebranymi przez pierwsze miesiące zdobyczami z budynków opanowanego przez zombie San Francisco, powoli wszyscy wracali do mniej więcej normalnego funkcjonowania, nieśmiało wysuwając nosy zza drzwi domów częściej niż tylko w porze posiłków. Josh nie mógł narzekać, bowiem wybrał sobie najlepszą porę na rekonwalescencję. W tak niesprzyjających warunkach Zwiadowcy rzadko wypuszczali się poza wyspę, a nawet gdy to czynili, starali się trzymać blisko by zminimalizować zagrożenie. Mógł więc z w miarę czystym sumieniem wylegiwać się w łóżku zgodnie z surowym i kategorycznym zaleceniem jego ulubionej pani doktor, którą wyjątkowo rzadko widywał przez ostatnie tygodnie… Podejrzewał, że powodem tego była już sprawdzona przez niego niechęć do zimna, a jakoś nie miał sposobności zjawiania się co rusz w ambulatorium bez wyjścia na natręta, za którego zapewne i tak już go miała. Dlatego gdy lekarz główny stwierdził, że po urazie nie ma już ani śladu, jasnowłosy zwiadowca mógł przestać chować się z nieprzestrzeganiem wszystkich zaleceń, a tylko tych co bardziej istotnych.
OdpowiedzUsuńJeszcze przez zimę z chęcią pozwolił się wykorzystać zarządowi do pomocy przy małym projekcie, uproszonym przez nauczycielki, nie mogące poradzić sobie z zgrają rozbrykanych dzieci zamkniętych w małym pomieszczeniu. Rada, dostrzegłszy też inne zalety przedsięwzięcia, w największej tajemnicy zorganizowała małą niespodziankę zarówno dla najmłodszych mieszkańców, jak i tych starszych, którym równie brakowało codziennych przyjemności.
Kiedy jasnym już było, że następnego dnia wszyscy zostaną poinformowani, wpadł na pewien pomysł, przez który pewnie koledzy będą wyklinać jego nieobecność na cosobotniej partyjce pokera, ale za to miał w końcu okazję odwdzięczyć się za tak opiekę nad jego obolałymi żebrami. Jakoś przeżyje przegapienie możliwości wygrania paru co ciekawszych fantów, na których szmuglowanie, ci z góry przymykali oczy. Dlatego późnym wieczorem, gdy wskazówki zegara dobiegały dwudziestej drugiej, skierował swoje kroki w stronę ambulatorium, przywitany serdecznym uśmiechem pielęgniarki. Nie, nie tej za której cieplejsze spojrzenie zrobiłby naprawdę wiele, choć chyba sam jeszcze nie był świadom jak cenna jest dla niego uwaga upartej pani weterynarz, broniącej się przed jego towarzystwem na wszelakie sposoby. Teraz miał okazję uciąć sobie pogawędkę z jej koleżanką z pracy, zgrabnie zasięgając języka w interesujących go sprawach. I tak, gdy zza drzwi osobnego pomieszczenia wyłoniła się wyprostowana sylwetka, zamilkł, przez parę sekund spoglądając na chyba zaskoczoną jego widokiem Kitty z nieskrywaną satysfakcją.
- Wiem na pewno, że masz już wolne, więc się nie wymigasz – rzucił z uśmiechem na powitanie, ani myśląc przyjąć odmowę. Nie byłby to pierwszy raz gdy zabrzmi ta sama śpiewka, choć chyba oboje ścigali się, które pierwsze ulegnie… Czy on przestanie zawracać jej głowę, czy ona w końcu się podda i mu ulegnie. – Porywam cię na resztę wieczoru. – Zza jego pleców dobiegło rozanielone westchnienie, najwyraźniej zachwyconej koleżanki panny Holmes. Ale to nie w jej stronę kierował się wzrok Josha.
Nie mógł narzekać na warunki mieszkalne, bo akurat dziwnym trafem gdy pół obozu znalazło się bez ogrzewania i odmarzało sobie mniej lub bardziej zgrabne cztery litery, on znalazł się w gronie szczęśliwców, którym było dane wygrzewać się do woli. I dobrze, bo przez pierwsze tygodnie poruszanie się sprawiało mu ogromny problem, za każdym razem czując nieprzyjemny opór poobijanych żeber. Mimo ochronnego uścisku mającego pomóc w dochodzeniu do zdrowia, miał dziwne wrażenie, że wcale tak nie było, a przecież nie należał do osób lubujących się w wiecznym narzekaniu na własny los. No dobrze, jeżeli miałoby mu to zapewnić troskliwą opiekę, mógł trochę pobiadolić… Ale niestety to było mniej prawdopodobne niż czterdzieści stopni na plusie w styczniu. Tak więc zaciskał zęby i starał się słuchać grzecznie lekarzy, dopiero po kilkunastu dniach zdolny do samodzielnego pokonywania większych odległości bez konieczności przystawania by złapać oddech. Czuł się jak staruszek. Nic więc dziwnego, że teraz, gdy usłyszał, że wszystko jest w najlepszym porządku, a co więcej, ból raz na zawsze zniknął, zamierzał robić to, na co miał akurat ochotę. Dzisiejszego wieczoru Kitty miała pecha.
OdpowiedzUsuń- Niech zgadnę. Opasłe tomisko, ciepła herbatka i wygodna kanapa, z dala od wścibskich zwiadowców? – Wyszczerzył pogodnie rządek jasnych ząbków, dobitnie dając jej do zrozumienia, że małe szanse by udało jej się wykręcić od spędzenia z nim odrobiny wolnego czasu. Nie wymagał przecież od razu poświęcania mu każdej chwili gdy nie goniły ją obowiązki… - Pamiętasz czym ostatnio się skończyło jak nie chciałaś dać się grzecznie odprowadzić? – zawiesił głos, wspominając tą noc w której przypadkiem wylądował w jej mieszkaniu. A gdyby nie marudziła, nie wzbraniała się… Pewnie miałaby o wiele mniej mokrą noc. – Nie muszę już odpoczywać, potwierdzone przez lekarza. Jutro wracam normalnie do zajęć. W końcu. – Ostatnie dwa słowa wypowiedziane zostały zdecydowanie ciszej, ale z wyraźną ulgą. Ciekawe jak ona czułaby się przykuta do łóżka, nie mogąc nic zrobić bez narażenia się na niepotrzebne urazy. Cieszył się na myśl o powrocie do kolegów, nawet jeżeli początkowo będą starali się usilnie zastosować wobec niego zupełnie niepotrzebną taryfę ulgową. Wiedział też, że drugi z poturbowanych tamtego dnia też przez długi czas siedział w obozie. Na szczęście udało im się unikać i więcej w ambulatorium nie potrzebne było składanie żadnego do kupy. – Nie zajmę ci długo, obiecuję. Jeżeli ci się nie spodoba, odpuszczę – zapewnił spokojniejszym tonem. Wbrew temu co o nim myślała, nie był jaskiniowcem. I nie, nie zamierzał przerzucić jej sobie przez ramię i zanieść gdziekolwiek chciał.
Tak naprawdę Katherine powinna mu być wdzięczna… Równie dobrze mógł wspomnieć wprost o spędzeniu u niej nocy, a wtedy nie opędziłaby się od plotek do końca swojej pracy tutaj. Musiałby też od razu założyć, że to koniec nadziei na polepszenie ich relacji, a akurat tego nie chciał. Tak więc grzecznie trzymał buzię na kłódkę, uważając by nie palnąć zbyt dużo przypadkiem, zwłaszcza, że już i tak przez jakiś czas byli na językach całego obozu. Wieść o bójce rozniosła się z niebywałą prędkością, choć jeżeli spojrzeć na ilość obecnych przy tym zdarzeniu, wcale nie było to tak bardzo zaskakujące. I zgodnie z jego ówczesnymi podejrzeniami, mnóstwo ludzi sugerowało, że to ciemnowłosa pani doktor była powodem sporu mężczyzny. Mimo iż była to prawda (przynajmniej w pewnej części, bo Josh nie dbał o ukrywanie faktu, że nie przepadał za tanatonautą), to jednak w ustach plotkujących urosło to do niebywałej rangi. I nawet dobrze, że nie mógł wtedy chodzić za dużo, bowiem podsyciłby tylko niedopowiedzenia jakie zaistniały, zjawiając się tutaj częściej niż by wypadało. A wbrew jej szorstkości oraz upartemu spławianiu go, zdążył już Katherine polubić i… niestety nie była w stanie nic na to poradzić. Teraz pewnie znów jeszcze nie raz i nie dwa będzie miała okazję opatrywać jego zranienia, skoro wracał do czynnego zajęcia. Nareszcie chciałoby się rzec.
OdpowiedzUsuńUśmiechnął się jedynie znacząco na wieść o innych planach niż książeczce i gorącej herbacie. Czy to nie ta sama kobieta jakiś czas temu wspominała, że nie warto się przywiązywać do ludzi bo lada moment mogą zginąć i nic dobrego nie przyjdzie z nawiązywania bliższych kontaktów niż było to konieczne. Zamiast tego spojrzał na nią z góry, ani myśląc się cofnąć o krok. O nie, zdecydowanie za bardzo spodobało mu się to pełne zakłopotania odchylenie do tyłu panny Holmes. Zauważył, że ilekroć znajdował się zbyt blisko, traciła na parę sekund pewność siebie, najwyraźniej speszona obecnością mężczyzny.
- Spokojnie. Dziś zapowiadają pogodny wieczór, poza tym nie zamierzam cię ciągać po opuszczonych papierniach w których cuchnie martwymi szczurami. – Dobrze pamiętał tamto wyjście kiedy złapała ich ulewa i niezbyt przyjazne warunki na które trafili. To znaczy początkowo oczywiście. Bo przecież później, w cieplutkich czterech kątach, już nie mogli narzekać na niesprzyjające otoczenie. – Poczekam na zewnątrz aż się ubierzesz. – Wycofał się grzecznie, zatrzaskując za sobą drzwi do ambulatorium. Miał już kurtkę narzuconą na kark, ale i tak poczuł uderzenie chłodnego wiatru gdy opuścił schronienie przed kwietniową aurą.
Zabawne jak bardzo się różnili. On otwarty, zachowujący powagę właściwie tylko wtedy gdy należało (a i to też nie zawsze), utrzymujący dobre stosunki z sporą częścią obozowiczów. Dziwne, że zaciekawiła go akurat ta osóbka o zupełnie innym nastawieniu i niezbyt zachwycona perspektywą spędzania czasu w towarzystwie jasnowłosego zwiadowcy. Aczkolwiek to przeciwieństwa podobno przyciągają najbardziej i teraz ta teoria znajdowała przynajmniej jednostronne zastosowanie.
OdpowiedzUsuń- Możesz zapomnieć o zakazach, główny lekarz się zgodził i nawet moja uparta prywatna pielęgniarka tego nie zmieni – odparł, odpychając się od muru o który opierał się czekając na nią. Miał okazję wypalić papierosa, jednego z ostatnich jakie udało mu się zdobyć. Nigdy nie palił nałogowo, raczej do piwa podczas spotkań w pubach, samemu rzadko kiedy w ogóle kupując paczkę. Teraz też wątpliwe by w ogóle prosił zaopatrzeniowców o rozejrzenie się za czymś nowym, nie czując specjalnego pociągu do tytoniu.
Zbyt długo przesiedział w mieszkaniu by teraz pozwolić się ponownie zamknąć, zwłaszcza z powodu jej fanaberii. Bo akurat w to, że byłaby skłonna go uziemić z złośliwości, nie wątpił. Co wcale nie znaczyło, że zamierzał jej na to pozwolić. Dlatego ostatnia wizyta niekoniecznie skierowana była do pani weterynarz, ale jej bezpośredniego przełożonego, choć jeżeli już się pojawiał… To jakoś zawsze ostatnimi czasy lądował u niej. Nawet jeżeli wydawało mu się, że mogłaby być nieco delikatniejsza jeżeli tylko by chciała…
- Chodź, bo zamarzniesz i będę miał cię na sumieniu – mruknął z rozbawieniem, kierując się w stronę południowej części wyspy, gdzie zmierzali. Sam miał na sobie niezbyt ciepłą kurtkę, w przeciwieństwie do opatulonej po szyję panny Holmes. Przecież zima już minęła, na zewnątrz było te parę stopni powyżej zera i każdy kto w miarę normalnie reagował na temperaturę (potwierdzone, że jego ciemnowłosa towarzyszka nie znalazła się w tym gronie) zaczynał powoli szukać bardziej wiosennych ubrań. – To zdradź mi, od jakich tajemniczych planów cię odciągnąłem. – Mieli do przejścia kilkaset metrów, lada moment powinni znaleźć się na miejscu, ale nadal nie chciał zdradzać co takiego wpadło mu do głowy. Był jej coś winny. Nie musiała wtedy za nim wybiec i przejąć się, nie należało to wszakże do jej obowiązków. Ale gdyby tego nie zrobiła, mała szansa by dał radę dokulać się do ambulatorium przez pierwsze dni, ryzykując tym samym trwalsze uszkodzenia. Zauważył kątem oka dziwne poruszenie się firanki w mieszkaniu na drugim piętrze, ale nie wspomniał o tym słowem, nie zamierzając drażnić Kitty perspektywą odżycia plotek. Jemu one nie przeszkadzały, choć domyślał się, że był w tej postawie osamotniony.
Nie ukrywał, że brakowało mu odrobiny adrenaliny jaka towarzyszyła każdemu wejściu. Pierwsze tygodnie spędził zamknięty w czterech ścianach, dopiero jakiś czas temu uprosił głównego lekarza o pozwolenie na wykonywanie niezbyt wymagających prac, by nie być tak irytująco bezczynnym. I właściwie tylko dzięki temu tutaj był. Z wyproszoną zgodą mógł stawić się u rady, prosząc o jakiś przydział. Zwariowałby gdyby kolejne tygodnie miał spędzić nic nie robiąc i żerując na ciężkiej pracy innych. Tak więc dostał farbki w dłoń i mógł się wyżyć artystycznie, choć efekt był raczej niezbyt powalający, o czym Katherine lada moment się przekona. Według Josha to wszystko wina farby jaką mu dostarczono, on się spisał na medal…! Opuszczone pomieszczenie wymagało sporego nakładu pracy i w sumie zaangażowanych było parę osób, jednak starano się nie rozgłaszać małego projektu, mając nadzieję na polepszenie nastrojów w obozie. Spojrzał na Kitty z ukosa, wyrwany z zamyślenia.
OdpowiedzUsuń- A ten drugi wie o mnie? Wypadałoby go poinformować… - zawiesił znacząco głos, nie do końca przekonany, czy Katherine załapie żart. Skoro już i tak większość obozu lepiej od nich wiedziała jakoby coś się święciło, równie dobrze mogli potraktować to z humorem. Nie miała jednak zbyt dużo czasu na kąśliwą odpowiedź, bowiem zaledwie kilka sekund później jasnowłosy zwiadowca zatrzymał się przed jednym z niczym niewyróżniających się budynków. Do głównego wejścia prowadziło kilka schodków, ale nie one go zainteresowały. Przystanął kilka metrów dalej, wyraźnie zadowolony. – Dobra, właź do góry. Okno zostawiłem przymknięte, musisz tylko pchnąć, wgramolić się do środka i otworzyć mi drzwi – powiedział, zerkając wymownie w górę. Na wysokości dwóch metrów znajdowało się normalnych rozmiarów okno, tylko pozornie wyglądające na zatrzaśnięte. Dzisiejszego dnia, gdy dopinali wszystko na ostatni guzik, Josh przypadkiem zapomniał to zrobić, zostawiając sobie możliwość ponownego wejścia. A raczej Kitty, bo mała szansa, że dałoby się tam wejść bez podsadzenia. Niestety podwędzenie kluczy wiązało się z sporym ryzykiem, a tak zgrabnie zostało one zredukowane do minimum. Nie sądził by tym z góry podobało się zdradzanie komukolwiek niespodzianki planowanej dla dzieci, zwłaszcza, że wszystko było już przygotowane na jutrzejszy dzień. W środku panowały egipskie ciemności, miał więc nadzieję, że nie pozabija się przy okazji próby dotarcia do oddalonych o kilka metrów drzwi. Najpierw jednak musiała się tam dostać, więc grzecznie wystawił w jej stronę złączone dłonie, wyraźnie dając znać, że ma na nich stanąć podtrzymując się parapetu, co znacznie ułatwi dotarcie do położonego na niewygodnie wysokim pułapie okna.
Dostrzegając nieznaczne oznaki zmęczenia widoczne nawet mimo zasłonięcia szalikiem niemal powoli twarzy, przez chwilę zwątpił. Sam był pełen energii, zresztą jak praktycznie zawsze. Trudno było usiedzieć mu na miejscu, a już zwłaszcza gdy wiedział, że powinien. Natomiast teraz… Cóż, to co zaplanował sprzyjało zwinięciu się w kłębek na kanapie i zaśnięciu, więc całkiem prawdopodobne, że taki byłby koniec wspólnego małego włamania… Niepotrzebnie jednak w ogóle się przejmował, bo najwyraźniej w ogóle problemu nie będzie. Choć proszę, panna Holmes wydała się odrobinę bardziej ożywiona na wieść o tym czego od niej się oczekuje. No ale na logikę… Lepiej żeby on podsadził ją, niż odwrotnie. W tą stronę było jednak trochę niewykonalne. Nie mówiąc już o tym, że wielce nieporęczne.
OdpowiedzUsuń- To nie jest niczyje mieszkanie, tak po pierwsze. - Westchnął, powoli prostując się. Na szczęście nie czuł już od paru ładnych tygodni skutków tamtego nieprzyjemnego starcia, w którym ucierpiał bardziej niż początkowo podpowiadało mu ego. Miał niezbyt przyjemne przeczucie już gdy tutaj stanęli, że nie będzie łatwo przekonać towarzyszki do wykonywania jego poleceń w ciszy, bez oburzania się o każdy szczegół. I proszę, miał rację. - Poza tym możesz czuć się zaszczycona, innym paniom nie proponowałem wdrapywania się na okno – dodał już z uśmiechem, wiedząc, że jeżeli Katherine się uprze by wrócić do mieszkania, to do niego wróci, bez względu na to co Josh powie by ją przekonać. – Im dłużej będziemy tu stać, tym większe zagrożenie, że ktoś nas faktycznie przyłapie. To jak, ufasz mi, że nie zaciągnąłem cię tu bez powodu czy życzyć ci miłej reszty wieczoru? – spytał, unosząc jasną brew do góry i spoglądając na nią wyczekująco. Zdążyłby w sumie jeszcze na tą partyjkę pokera, a jeżeli nie, mieszkał całkiem bliziutko, zaledwie rzut beretem by pokonać kolejne kilkadziesiąt metrów. Nie wątpił, że przegiąłby strunę chcąc odprowadzić ją do mieszkania, tak więc tym razem zamierzał siedzieć cichutko. Już raz zapędził się za bardzo, nie dostrzegając w porę podłego humoru Kitty, co zakończyło się niezbyt miłą wymianą zdań, tuż po wspólnym wyjściu poza mury. Nie wiedział czym wtedy ją tak zirytował, a i więcej nie powracali do tematu, jak zresztą było najwygodniej.
Spędzanie każdego wieczoru w towarzystwie książek musiało być niezwykle nudne i dobijające. Mógłby tak raz lub dwa odpuścić sobie spotkanie z innymi ludźmi, zaczerpnięcie choć odrobiny towarzystwa drugiej osoby. Ale poza chwilami gdy naprawdę nie miał siły, humor zaskakująco nie dopisywał i jak to w życiu zdarza się zdecydowanie częściej niż powinno - nic nie grało, nie zamierzał się zaszywać przed resztą świata w obawie, że przez przypadek ktoś lubiany zginie i będzie bolało jak cholera. W takich żyli czasach i mało prawdopodobne by do końca roku wytrwali w niezmienionym składzie. Chociaż byłoby mu wyjątkowo przykro gdyby padło na pewną ciemnowłosą panią weterynarz, nawet jeżeli lubowała się w grożeniu mu przy każdej okazji… Tak więc wskazane niewychylanie nosa poza obóz przez ową marudną panią, co zresztą nie powinno być takie trudne, skoro z ich dwójki to Josh miał tendencję do nieustannego pakowania się w kłopoty, przez co potem nie raz i nie dwa ponosił tego konsekwencje w ambulatorium.
OdpowiedzUsuń- Oboje dobrze wiemy, że byś tego nie zrobiła – odparł z uśmiechem, bez większego trudu pomagając kobiecie wdrapać się na parapet. O dziwo obyło się bez narzekań o jego żebra, ale najwyraźniej Kitty wiedziała to samo co on; bez problemu odparowałby jakiekolwiek argumenty, wypominając że jest zbyt lekka by stanowić doskwierające pogruchotanym kościom obciążenie. Zresztą, jeżeli tylko by chciała, istniała znacznie łatwiejsza droga akurat do tego konkretnego miejsca, niekoniecznie potrzebna była dwudziestocentymetrowa igła. – Po drodze nie powinnaś na nic wpaść, drzwi są zamknięte od środka, na wysokości ramion powinnaś znaleźć zamek – poinstruował. W środku najprawdopodobniej nie dostrzegłaby nic poza zarysami ustawionych mebli, ale to akurat nie miało przynieść żadnego większego pożytku. Upewniwszy się, że siedzi stabilnie, wytarł wnętrza przybrudzonych nieco od ziemi dłoni w spodnie i wbiegł cicho na schodki prowadzące do głównego wejścia, gdzie akurat on miał wejść w cywilizowany sposób. Co prawda skradając się pod osłoną nocy by nikt ich nie przyłapał… Wymruczał coś pod nosem, niecierpliwiąc się. Jednak zza drzwi nie dochodziły żadne dziwne odgłosy, miał więc nadzieję, że Kitty nie zepsuła czegoś przypadkiem, przy okazji obijając siebie.
Musiał przyznać, że mimo bardzo miernego oświetlenia pobliskich latarni wspomagających księżycowy blask, widoki z dołu miał całkiem przyjemne i chociaż nie obyło się od konieczności przekonywania Kitty do popisów akrobatycznych, nie żałował zminimalizowania ryzyka jedynie do pozostawienia okna, zamiast narażać się na podwędzenie klucza. Stojąc już pod drzwiami, jeszcze nim usłyszał szczęk klucza w zamku, zaniepokoił go dziwny rumor po którym rozległy się bardzo niecenzuralne słowa wyrzucane przez Kitty. Wzniósł oczy ku niebu, przekonany, że zaraz wszystko to będzie jego winą. Wpuszczony w końcu łaskawie do środka, najpierw grzecznie zainteresował się stanem poszkodowanej.
OdpowiedzUsuń- Niezdara – mruknął z rozbawieniem, kucając jednak na chwilę przy niej by upewnić się, że nie zrobiła sobie większej krzywdy. Najwyraźniej jednak skończyło się jedynie na bolesnym uderzeniu, a nieprzyjemne uczucie zniknie lada moment. Wyprostował się, kierując od razu w stronę włącznika światła. Okna były zasłonięte roletami bardziej prowizorycznie, ale teraz przydało się to, bowiem blask z teoretycznie opuszczonego lokum nie zwróci niczyjej uwagi, nawet późną porą. Znał to pomieszczenie, poruszał się po nim o wiele swobodniej, pamiętając jak ustawione są meble, które przecież sam ustawiał nie tak dawno temu. Zatrzymał się kilka metrów od wciąż siedzącej Kitty, rozjaśniając wnętrze. W jednej chwili rozbłysnęła lampa wisząca na środku pomieszczenia, a jej oczom ukazała się owa tajemnica.
- Kiedy ostatnio byłaś w kinie? – spytał z chłopięcym uśmiechem na ustach, omiatając pomieszczenie spojrzeniem. Pomalowane na wesoły, złocisty kolor, tylko jedna ściana pozostawała biała, przed którą ustawiona została duża, rozkładana kanapa w kształcie litery U, otoczona trzema fotelami wyglądającymi na bardzo wygodne i kilkoma kolorowymi pufami wkoło. Pokój był duży dzięki wcześniejszemu wyburzeniu jednej ścianki, przez co wszystkie meble się pomieściły, a nawet zostawało sporo miejsca. Za kanapą zawieszono pod sufitem projektor skierowany na białą ścianę. Dalej rozłożono ogromny dywan na którym miały bawić się dzieci, zabierając zabawki z usypanej góry w jednym kącie. W drugim natomiast postawiono cudem zdobyte piłkarzyki. Z głównego pomieszczenia prowadziły drzwi do łazienki i kuchenki w której miały zawsze znajdować się herbaty, inne napoje, a nawet słodkie przekąski, a także otwartym przejściem do małej biblioteczki, liczącej sobie dopiero mierne kilkadziesiąt najróżniejszych pozycji. Feralna szafka o którą się uderzyła kryła w sobie zgromadzone filmy i bajki, możliwe do odtworzenia na projektorze. Zorganizowanie tego wszystkiego zajęło całą pracowitą zimę, choć według Josha przydałoby się już wcześniej, akurat znajdując zastosowanie w zimne wieczory. – Jutro po obiedzie oficjalne otwarcie. To był ostatni wieczór gdy mogłem ci pokazać to miejsce nim będzie co rusz przez kogoś okupowane – powiedział, kierując wreszcie wzrok na pannę Holmes.
Najwyraźniej panna Holmes nadal uparcie nie chciała mu zaufać, że naprawdę nie ma niecnych planów i skoro zdążył się zorientować jak alergicznie reaguje na zimne temperatury, starał się zapewniać atrakcje nie przewidujące odmarzających z mrozu kończyn. W pomieszczeniu panowało przyjemne ciepło, podobne do tego jakie utrzymywało się w każdym pojedynczym mieszkaniu. Oczywiście początkowo były małe problemy z kaloryferami, ale pomoc fachowców i mogli wrócić do pracy nie obawiając się, że przyszli użytkownicy zamarzną. Na wszelki wypadek mogli ratować się kocami, acz Josh nie należał do osób lubujących się w aż nadto gorących temperaturach. Wystarczyło jednak by zdjąć kurtkę i odłożyć ją na jedno z krzeseł.
OdpowiedzUsuń- Naprawdę sądziłaś, że spędziłem zimę siedząc grzecznie w swoim mieszkaniu, nic nie robiąc? – Pytanie oczywiście jak najbardziej retoryczne, choć przecież chyba do przewidzenia było, iż tego samego dnia gdy doszedł do siebie w większym stopniu, a poruszanie się nie sprawiało mu bólu, zjawił się przed przełożonym z pytaniem w czym mógłby pomóc… Jako, że nie było jeszcze mowy o czynnym powrocie w szeregi zwiadowców, przyjął i takie zajęcie, mając przynajmniej powód by ruszyć się z domu i nie zacząć zamieniać się coraz bardziej w głaz. – Rada trochę późno się zorientowała, że przydałoby się dobre miejsce dla dzieciaków, w którym dorośli spędzaliby wieczory. Szkoda, zimą by było gdzie przychodzić. – Rozejrzał się po pomieszczeniu, gdzieś wewnątrz nie mogąc się doczekać otwarcia. Zostawił w tym pomieszczeniu sporo godzin spędzonych najpierw na porządkowaniu, potem podczas dopieszczania szczegółów. Uśmiechnął się szerzej widząc minę Kitty, acz nie skomentował w żaden sposób reakcji kobiety, nie chcąc by bardzo szybko przywołała się do porządku. Zamiast tego wzniósł oczy ku niebu, przebierając w filmach. – Jest akurat sporo pozycji. Ale zakładam, że dzięki bogu Pamiętnik to też nie twoje klimaty… Niestety nie ma nic o apokalipsie, sprawdzałem – mruczał pod nosem, przerzucając kolejne płyty. Zaopatrzeniowcy pomyśleli też o sobie, nie tylko dzieciach. Tak samo wyżej, gdyby zadarła głowę i zerknęła na górne półki, dostrzegłaby też poważniejsze książki, acz mała szansa na znalezienie czegoś medycznego. – Poza tym sądziłem, że lubisz zwierzątka – dodał, odsuwając się, by sama mogła zerknąć w zbiór. Josh tymczasem powędrował w stronę małej kuchni, zastanawiając się czy mogą podebrać trochę ciastek by nie zostało to zauważone… Tak czy owak jednak wstawił wodę na herbatę, domyślając się, że nawet przy tak przyzwoitych już temperaturach, panna Holmes nie pogardziłaby czymś ciepłym. Wychylił jasną łepetynę, spoglądając na Katherine. – I wiesz… Nic takiego się nie stanie jeśli nagle przestaniesz kryć przed światem wszystkie informacje o sobie – rzucił swobodnie, wracając do zalewania herbaty.
Choć zapewne lepiej by nikt nie wiedział o ich dzisiejszej wizycie tutaj, nie musieli obawiać się dostrzeżenia przez czujniejsze oko światła dobiegającego z wnętrza. Okna były pozasłaniane, ale nawet jeśli… Tak naprawdę życie w Obozie powoli wracało do bardzo pierwotnych podziałów. Wczesne wstawanie, niemal z wschodzącym słońcem. Nikomu też nie było śpieszno do korzystania z cennej energii, dlatego szybciej chadzali spać. Aż dziwne, że obecnie Kitty i cały personel medyczny nie zmagali się z plagą ciężarnych. Najwyraźniej jednak mieszkańcy nie byli aż tak nierozważni by już teraz zająć się ponownym zapełnianiem Matki Ziemi.
OdpowiedzUsuń- Mhm, koszmarny – odparł, a raczej odmruknął, wyrzucając do kosza wykorzystane torebki z herbatą. Udało mu się jeszcze dorwać do cukru i cytryny by zrobić bardziej rozgrzewające napoje i już po chwilę wrócił do głównego pokoju, stawiając kubki na stoliku obok kanapy. Panna Holmes gdyby łaskawie otworzyła ciemne ślepia i spojrzała w tamtym kierunku, mogłaby sięgnąć po jeden z nich. – Nic nie wybrałaś? – westchnął, ponownie sięgając do szafki z płytami. Pomyślałby ktoś, że ta lubująca się w rządzeniu pannica nie przepuści odpowiedniej okazji do narzucenia swojego zdania. I był już po odrzuceniu co najmniej trzech pierwszych pozycji, gdy skierował spojrzenie na ułożoną na kanapie pannę Holmes. – Chyba, że nie chcesz. – Przyprowadził tu Kitty, pokazał miejsce, ale właściwie nie miał pewności czy ciemnowłosa pani doktor właśnie nie planowała jak się stąd wyrwać i wrócić do swojego mieszkania. Doceniał, że przynajmniej w chwili obecnej nie prychała na niego i okazywała otwartą niechęć, acz nie zamierzał jej przecież zmuszać do pozostania. Zamilkł na chwilę, co w jego przypadku nie zdarzało się tak bardzo często. Skierował wzrok na kobietę, zawieszając spojrzenie na jej zaskakująco spokojnym obliczu. Lubił gdy niekoniecznie kierowała całą swoją energię na zrażanie go do siebie, zwłaszcza, że na wszystkie ich spotkania, tylko raz jej się udało. Mimo rozczochranej ciemnej czupryny i odrobiny zmęczenia wymalowanego na twarzy, nadal musiał sobie przypomnieć o szczelnym murze, jakim lubiła się odgradzać. I choć był świadom plotek jakie swego czasu wędrowały po Obozie… To wątpił by szybko panna Holmes zaakceptowała go chociażby jako przyjaciela.
Spojrzał na nią z ukosa, odwracając się na chwilę od zbioru płyt. A jednak faktycznie panna Holmes coraz lepiej wczuwała się w rolę pani doktor, dbającej o swoich pacjentów. I czy tego chciała czy nie, mogła być pewna, że jeżeli coś znów mu się przytrafi, już on zadba by trafić na bardzo konkretną kozetkę.
OdpowiedzUsuń- Nie, jest dobrze. Od dwóch tygodni już nie bolą w ogóle, ale lekarz się upierał by profilaktycznie się nie przemęczać. Dopiero niedawno dał mi zielone światło na powrót do zwiadowców – odparł tylko pozornie spokojnie; nie sposób było ukryć wyraźnego podekscytowania w jego głowie ilekroć myślał o wyjściu poza mury. I chociaż dobrze wiedział co tam zastanie… To i tak brakowało mu otwartej przestrzeni jaką dawało zrujnowane miasto pełne krwiożerczych Szwędaczy. Zdążył chyba być w każdym zakątku wyspy, nawet udało mu się przypadkiem zwiedzić mieszkanie panny Holmes, tak więc śmiało mógł stwierdzić, że był niemal wszędzie. Poza tym ten zastrzyk adrenaliny bywał uzależniający… Niemniej jednak odrobina stąpania po grząskim gruncie nie zaszkodzi i teraz, choć to zupełnie inny wymiar. No ale przecież gdyby się wydało, iż dla fanaberii Kitty nadprogramowo wykorzystuje rzadkie łakocie, raczej nie spotkałby się z pełnym akceptacji poklepywaniem. Nie przejmując się tym ani trochę, wyszperał opakowanie małych ciastek, na szczęście jedno z wielu identycznych wepchniętych do jednej z szafek i bezceremonialnie rzucił na kolana ciemnowłosej pani doktor. - Pizzy brak, musisz się zadowolić czymś słodkim. No i się dzielisz, nie myśl, że wszystko będzie dla ciebie. – Posłał jej zadowolony, szeroki uśmiech. Nie zostawał jednak przy kanapie zbyt długo, bowiem zaledwie chwilę później należało się wspiąć i odpalić projektor, który rozbłysnął początkowo niebieskim światłem na ścianie. Wykorzystał ten czas by zgasić lampę w pomieszczeniu. Niby mogli być pewni, iż nikt ich nie przyłapie… Ale dlaczego niepotrzebnie ryzykować? Zdążył usiąść jeszcze nim rozpoczął się film i także sięgnął po ciepłą herbatę. Jeszcze tylko jedna sprawa go nurtowała.
- Jeżeli o tym mowa… Mam nadzieję, że Warren już was nie nachodzi…? – Nie potrafił powstrzymać nieco chłodniejszej nuty gdy wypowiedział imię mężczyzny. Dla dobra obu starali się omijać, ale to nie znaczyło, że zapomniał o problemie.
Nie tak miała wyglądać jego przyszłość. Pomijając i tak bardzo nieplanowaną apokalipsę zombie, przez którą znalazł się w tym miejscu, u boku kobiety, w tamtym świecie zupełnie mu obcej. Mali chłopcy przeważnie marzą o byciu superbohaterem, odnajdując ich w policjantach, strażakach… On nie był inny, choć niekoniecznie zamierzał zrealizować dziecięce marzenia. Wszystko jednak posypało się na trzecim roku studiów, kiedy to nic nie wydawało się tak proste i klarowne jak jeszcze przed wypadkiem. Mógł na siłę próbować, ale po pół roku ciągnięcia pracy i nauki, upewnił się, że wypadek zmienił jego podejście chociażby do obranego przed kilkoma laty kierunku. Staż pożarna pojawiła się bardziej przypadkiem, choć nie żałował ani razu, nawet gdy lądował z paskudnymi oparzeniami na ostrym dyżurze, wciąż ubrany w osmolony strój roboczy.
OdpowiedzUsuńSkinął lekko głową, jednak bruzda pomiędzy jego brwiami wskazywała, iż dostrzegł niezbyt konkretną odpowiedź panny Holmes. Za bójkę w stołówce obaj panowie zebrali niezłą burę, acz wstawiennictwo personelu medycznego przyznającego, jak tanatonauta kilkakrotnie nachodził ich, próbując wymusić podanie leków przeciwbólowych. Nie zdziwił się jednak brakiem wydalenia z obozu. Można było sporo zarzucić Warrenowi, ale w swej pracy był wyjątkowo skuteczny, nawet jeżeli lubił się popisywać i demonstrować własne umiejętności.
- Powiesz mi jeżeli zacznie was niepokoić? – Miało to być pytanie, ale nie do końca tak zabrzmiało. Może i Katherine nie uważała go za przyjaciela, ale nie chciał dowiadywać się o tym problemie od innych. I nie, wcale nie dlatego, że znów śpieszno mu było do kolejnej bitki, zwłaszcza po tym jakie konsekwencje musiał ostatnio ponieść.
- To tylko znaczy, że jeszcze sporo nie wiesz, Kitty – odpadł swobodnie. Chociaż mieli okazję do paru spotkań, raczej żadne z nich nie rozprawiało się o swej przeszłości. Nawet takie oczywistości jak miejsce z którego pochodzili czy zawód się nie przewinęły. Co prawda to drugie nie było w przypadku pani doktor większą tajemnicą, ale o jego poprzednim zajęciu chyba pierwszy raz usłyszała podczas tamtej sprzeczki w stołówce, z ust Warrena. Niemniej jednak zdążył ją poznać na tyle, by wiedzieć, że raczej nie paliła się do zgłębiania tematu. – Możesz przełączyć jeżeli chcesz – zasugerował. Nie był to zbyt wesoły film, ale żadna komedia jakoś nawet nie pasowała do ich obecnego położenia.
To nie tak, że był specjalnie wścibski. A jedynie odnosił wrażenie, że normalne dla niego pytania wydadzą się pannie Holmes zbyt napastliwe. Może to właśnie dlatego ciągnęło go tak dziwnie do tej konkretnej kobiety, która za nic nie dawała się poznać.
OdpowiedzUsuń- Jakoś wolę jego brata. Ale ten film ogólnie lubię, nawet jeżeli średnio optymistyczny – odparł, wpatrując się w ekran. Słowa te brzmiały jak najbardziej normalnie, ale nie tylko Katherine miała swoją tęsknotę za rodziną. Mijało już tyle miesięcy od braku jakichkolwiek wieści od Jake’a. Był pewny śmierci matki, był przecież przy tym, zdążył zadbać o ciało, by nie gniło w ich starym mieszkaniu. Ale brat… Zakładał, że nie żyje. Tak było po prostu łatwiej, bez ciągłego zastanawiania się co się z nim dzieje. I nie czekało go przynajmniej rozczarowanie. Jaka była szansa, że jeszcze się spotkają? Nawet jeżeli plądrujące każdy zakątek kraju zombie magicznie znikną, nadal pozostawało mnóstwo terenu do przeszukania. Starając się odwrócić swoje myśli od nagle nieprzyjemnych myśli, zerknął kątem oka w stronę panny Holmes. Nie pierwszy raz zauważył jak niechętnie reaguje akurat na to zdrobnienie, które oczywiście musiało mu wyjątkowo przypaść do gustu. Poza tym quid pro quo. Ona do niego po nazwisku, musiał się wobec tego jakoś odwdzięczyć. – Pasuje do ciebie. Zachowujesz się czasem jak mały, prychający na wszystkich wkoło kociak. – Uśmiechnął się pod nosem na myśl o najeżonej pani doktor. Nie wątpił, że nie raz i nie dwa miała ochotę mu przeorać buziuchnę pazurkami za bezczelność. Ot, po prostu nie bardzo wiedział kiedy powinno się ugryźć w język i najlepiej dyplomatycznie zamilknąć. Porzucił jednak temat Warrena skoro upierała się przy tak lakonicznych odpowiedziach. Nie był to też jego ulubiony temat. W końcu mężczyzna na kilka ładnych tygodni wyeliminował go z czynnego udziału wśród zwiadowców, a to chyba bolało bardziej niż obite żebra. Wlepił wzrok w ekran, na którym zdążył pojawić się główny bohater. Z jego herbaty nie zostało zbyt dużo, pół zawartości kubka ulotniło się zaledwie w dwóch łykach. Brakowało mu tylko czegoś do przekąszenia, ale na szczęście przypomniał sobie o słodkich ciastkach. Może panna Holmes nie zdążyła podebrać wszystkich, co postanowił sprawić. Nie odwracając wzroku od ekranu sięgnął ręką w kierunku opakowania, znajdującego się na jej kolanach. Szybko okazało się, że powinien jednak mniej skupiać się na filmie, bowiem zamiast trafić na ciastka, jego dłoń spoczęła na udzie kobiety. Szybko naprawił swój błąd, ale nie wątpił, że ten drobiazg nie umknął uwadze wyjątkowo stroniącej od jakiegokolwiek kontaktu fizycznego Katherine.
Czasem na zwiadach mijał tą część miasta, w której się wychował. Chociaż nie mógł już nic zrobić, nadal nie lubił tam chodzić, nawet jeżeli wiedział, że musi. To było w końcu miejsce, które znał najlepiej. Dzielnica w której zdzierał sobie kolana, uganiał za pierwszymi dziewczynami czy szukał rozrywek na szarym blokowisku. Tam nie było szansy uniknięcia zombie. Wszyscy ci, którzy się przemienili, nadal tam snuli się posępnie, szukając pożywienia. Parę razy zdarzyło mu się ujrzeć znajomą twarz, ale zdołał sobie wmówić, że to tylko przewidzenie.
OdpowiedzUsuń- Nie mam aktualnie pod ręką żadnego fryzjera – odparł, doskonale wiedząc do czego kobieta pije. Trochę mu wadziły zbyt długie jasne kosmyki, ale nie porywał się na łapanie za nożyczki. Przejechał bezwiednie dłonią po policzku, wyczuwając charakterystyczną szorstkość. No tak, z supermarketami też było raczej im nie po drodze, a nawet gdy bywali w celu zebrania najistotniejszych rzeczy dla obozowiczów, maszynki do golenia raczej nie mieściły się w pierwszej piątce potrzebnych. Zgodnie z przewidywaniami, parę sekund później atmosfera zgęstniała jakby można ją było kroić nożem.
Nie zareagował w żaden sposób, a uśmiech na jego twarzy stał się tylko trochę bardziej gorzki. Byłby naiwny sądząc, że tak to się nie skończy. Zresztą sam był sobie winien. Mógł być bardziej uważny, skoro wiedział jak panna Holmes reaguje na jego bliskość. Wyraźnie dała mu do zrozumienia co na ten temat sądzi i sam nie wiedział czy to dobrze, czy wręcz przeciwnie. Odczekał chwilę nim również powoli się podniósł; dopił jednym łykiem resztę herbaty i wszedł do kuchni, stawiając swój kubek obok Katherine. Cóż, może i uzna go za szowinistę zaganiającego kobiety do sprzątania, ale wolał to zrobić niż sterczeć tuż obok, czekając aż ona skończy. Zamiast tego wyszedł z zdecydowanie zbyt małej dla ich dwójki kuchni, rozświetlając główne pomieszczenie i zajmując się wyłączeniem projektora. Zdążył jeszcze sprzątnąć wszelakie oznaki ich bytności tutaj, choć wątpił by ktoś zwrócił uwagę na zbyt pomiętą poduszkę, na której jeszcze chwilę temu wygodnie się wylegiwał.
- Możemy iść – powiedział po prostu, stojąc już przy drzwiach gdy wyłoniła się z kuchni. Wyjście mogło stanowić mały problem, bo nadal pomieszczenie należało zamknąć od wewnątrz, a średnio mu się uśmiechało pozwalać skakać Kitty na wyjątkowo nierówny grunt, co groziło nieprzyjemnym skręceniem kostki. Tego wcześniej nie wziął pod uwagę.
Pomięte poduszki i brak jednego pudełka ciastek z wielu identycznych zgromadzonych w szafce nie był tak dużą wskazówką na obecność tutaj nieproszonych gości jak niezamknięte drzwi, podczas gdy zawsze były one skrupulatnie zatrzaskiwane. Zaledwie parę osób wiedziało o tym miejscu i dotarcie któż też panoszył się po obozie nocami nie byłoby tak trudne jak by sobie tego życzył. Katherine mogła być spokojna, nie zdradziłby z kim tutaj był. Raz, że wywołałoby to pewnie lawinę plotek po co, a wolał jej tego oszczędzić. Już dość, że po ataku Warrena takowe rozgorzały. Dwa, nie chciał by ponosiła odpowiedzialność za jego pomysły.
OdpowiedzUsuń- Nie mam, trzeba je zamknąć od wewnątrz, czyli wyjść oknem – odparł, zastanawiając się cały czas jak to rozegrać. A tak naprawdę rozwiązanie pojawiało się tylko jedno, o ile nie zamierzał przeciągnąć panny Holmes przez kolejne wyzwania tego wieczoru, a patrząc na jej minę miał na to naprawdę małą ochotę, bez względu na to co sama zainteresowana myślała. – Grunt jest od zewnątrz przy oknie bardzo nierówny i gdybyś chciała zeskoczyć, pewnie zaraz byśmy wrócili do ambulatorium z twoją skręconą kostką. – Bez względu na to jak zaradna nie była, ryzyko istniało tak czy siak, a zdawanie się na los nie wchodziło w grę. On ją tu zaciągnął i Katherine nie będzie narażała swojego zdrowia dla jego widzimisię. – Musiałbym cię złapać, ale… Po prostu ja tamtędy zejdę. – Nie musiał tłumaczyć dlaczego opcja z czekaniem na nią pod budynkiem nie wchodziła w grę. Jej reakcja na drobny, zupełnie przypadkowy dotyk była bardzo wymowna. Wolał nie przekonywać się jak przyjęłaby skoczenie w jego objęcia, nawet jeżeli oznaczało to bezpieczne lądowanie. A on.. Cóż, zawsze spadał na cztery łapy, tym razem pewnie też tak będzie. Mogła równie dobrze nawet nie zatrzymywać się tylko od razu skierować kroki w stronę swojego mieszkania skoro tak bardzo było jej śpieszno do cieplutkiego łóżeczka i miękkiej poduszki, co zresztą malowało się na jej zmęczonym obliczu. Podczas wchodzenia ten plan nie zadziałałby, bowiem nie dałby rady doskoczyć na taki pułap i musiała to być ona, skoro drobną kobietę było zdecydowanie łatwiej podsadzić.
Bez słowa komentarza mrugnął jedynie porozumiewawczo i zamknął drzwi, zostając w środku. Znał to pomieszczenie lepiej niż Katherine, dlatego pokonanie kilku metrów między drzwiami, a uchylonym oknem nie stanowiło większego problemu i obyło się bez wypadków w postaci obitych kolan. Rzucił jeszcze ostatnie spojrzenie na skąpane w mroku wnętrze, zupełnie jakby miał coś w tych ciemnościach dostrzec. Chwilę potem siedział już na parapecie, przymykając od zewnątrz okno. Nawet jeżeli ktoś je zauważy, potraktuje jedynie jako małe niedopatrzenie. Zwinnie zeskoczył akurat w momencie gdy panna Holmes zatrzymała się kawałek dalej, zgodnie z obietnicą czekającą na rozwój wypadków. Obyło się jednak bez większych dramatów, bowiem choć grunt był zdradliwy, udało mu się wylądować pomyślnie, bez powykręcanych kończyn i zębów na ziemi. Za nic nie dałby jej tej satysfakcji obserwowania go w momencie zawahania. Już i tak nie raz widywała go skręcającego się z bólu, co godziło w jego męską dumę.
OdpowiedzUsuń- Zawiedziona? – rzucił z zadowolonym uśmiechem, otrzepując dłonie o sprane dżinsy. I tak zamierzał je przeprać, więc trochę więcej brudu teraz różnicy nie zrobi. – Wiem jak lubisz mnie opatrywać i się potem opiekować, ale może następnym razem – dodał, ewidentnie nie zważając na kiepski humor panny Holmes. Gorzej już i tak nie będzie, a sądząc po zmęczeniu malującym się na jej obliczu, wątpił by miała w tej chwili siły ochrzanić go za impertynencję. Bez względu na jej humory, lubił spędzać czas w towarzystwie Kitty. Może miał w sobie coś z masochisty, a może po prostu jej średnio przyjemny charakterek nie odpędzał go równie skutecznie jak innych. – Cieszę się, że jednak dałaś się tu wyciągnąć. I obiecuję na przyszłość postarać się nie nachodzić cię w pracy – obiecał, nie mając pojęcia jak właściwe w przyszłości mu się to uda. Podczas normalnej pracy wśród zwiadowców lądował w ambulatorium średnio raz w tygodniu, czasem jako pacjent, częściej jednak do towarzystwa, bo ktoś musiał zaciągnąć tyłki co bardziej upartych kolegów, upierających się przy niegroźności danego skaleczenia. Ot, takie uroki bycia prawą ręką ich szefa, należało choć odrobinę zapanować nad tą gromadą.
Nareszcie wszystko wracało do normy. Koniec uziemienia, łapania dorywczych prac za wszelką cenę, byle tylko nie siedzieć bezczynnie w mieszkaniu i zadręczać się myślą co takiego dzieje się z kolegami podczas kolejnych wyjść do zniszczonego apokalipsą San Francisco. Nawet jeżeli wizyty miał średnio dwa razy dziennie, to jednak relacje kolegi z zespołu wcale nie pomagały mu w dzielnym znoszeniu swojego losu. Przecierpiał w okrutnych bólach ostatnie miesiące, by w końcu, otrzymawszy zielone światło, móc opuścić nieco obrzydły mu już Obóz. Oczywiście miał szczęście trafić na większe niż zwykle wyjście, angażujące ludzi paru profesji. I choć nie udało mu się uniknąć oglądania swojego ulubionego tanatonauty, to przynajmniej przełożeni byli na tyle przytomni by obu panów rozdzielić jak tylko było to możliwe, wysyłając w dwóch różnych zespołach, samochodach i bez praktycznie żadnego możliwego powiązania. Bez względu na konsekwencje jakie poniósł tamtego popołudnia w stołówce… Nie zawahałby się ani przez chwilę gdyby znów miał podjąć tamtą decyzję. Nadal ilekroć widział tą emanującą tępotą i brutalnością twarz ledwo powstrzymywał dłonie przed zaciśnięciem się w pięść… I tak było tym razem, tyle że wydawać by się mogło, iż jeszcze bardziej niż zwykle. Może to zdradliwe i nieprawdziwe wrażenie, ale wydawało mu się, że coś się święci. Warren nigdy nie sprawiał wrażenia potulnego, ale teraz towarzyszyło Joshowi dziwne wrażenie, że to owe coś się niedługo wydarzy. Był spięty przez pełne trzy dni pobytu w San Francisco. Czekał na niepokojące wieści, ale poza tym nie bardzo był pewny swojej formy. Po paru miesiącach jego ciało musiało przypomnieć sobie o prawidłowych, automatycznych jeszcze jakiś czas temu reakcjach. Na szczęście wróciło szybciej niż miał na to nadzieję. I już wydawało mu się, że wszystko czego by się obawiał było bezpodstawne, gdy siedział wraz z niemal całą grupą w opuszczonej hali od niemal początku służącej za miejsce ich spotkań. Brakowało naturalnie paru osób, jego przyjaciel w ogóle się nie pojawił, gnając na spotkanie z swą ukochaną niecierpliwie czekającą w domu. Miał jeszcze wpaść na chwilę, ale mijały kolejne godziny, a szansa na to coraz bardziej malała. Josh nie zauważył nawet gdy podpity Warren wytoczył się szerokim krokiem na zewnątrz. Pozostawało jeszcze mnóstwo doskonale bawiących się ludzi, popijających sprowadzone piwo czy nawet mocniejsze alkohole. Wyjście okazało się niezwykle owocne, co widać było po stołach. Nie miał jednak sił dłużej tam bawić, o dziwo myśląc o swoim łóżku i gorącym prysznicu dla rozluźnienia wciąż spiętych mięśni. Wracał spokojnym krokiem, zaledwie kilkaset metrów od zamieszkiwanego mieszkania, gdy zatrzymał się wpół kroku, dostrzegając jak masywna, potężna sylwetka wypada z ambulatorium, biegnąć w przeciwnym kierunku. Niewiele osób w obozie osiągało takie rozmiary i dałby sobie uciąć prawą rękę, że rozpoznał mężczyznę. Nie pobiegł jednak za nim, zaniepokojony bardziej zniszczeniami jakie mógł narobić w ambulatorium. Na szczęście wszyscy mieli mieć dziś wolne, pamiętał o tym. Wchodząc do środka od razu wymacał dłonią włącznik światła. Bywał tu dość często, ale nie czuł się na siłach by przeczesywać miejsce po omacku. Nie było aż tak źle… Do momentu gdy dostrzegł uchylone drzwi prowadzące chyba do jakiegoś schowka… Ruszył w tamtym kierunku, zatrzymując się dopiero gdy w ciszy panującej wewnątrz usłyszał bardzo słaby jęk. Gdy wpadł do środka, zostawiając otwarte drzwi, smuga światła padła na sylwetkę leżącą nieopodal regałów. Zaklął w duchu, podbiegając do ciemnowłosej kobiety, odzyskującej chyba powoli zaczątki świadomości. Opadł na kolana obok niej, w tej chwili szoku wymieszanego z wściekłością potrafiąc jedynie wydusić z siebie to znienawidzone przez nią zdrobnienie. No dalej... Niech to będzie niegroźne...
OdpowiedzUsuńSkupiony na sylwetce nie do końca świadomej chyba jego obecności kobiety kątem oka zauważył porozrzucane wkoło flakoniki. Nie zastanawiał się nawet czy to ona je upuściła upadając, czy też to pozostałość po bytności napastnika, przeszukującego pomieszczenie w celu znalezienia upragnionych leków. Część się rozsypała i nie nadawała na podanie pacjentom, co oznaczało konieczność szybkiego nadrobienia zapasów. Ale akurat w tej chwili niezbyt go to obchodziło…
OdpowiedzUsuńNawet w tak miernym świetle dostrzegł na jej palcach ciemną substancję, którą niewątpliwie była krew. I tyle z nadziei na niegroźne osłabnięcie spowodowane niedoborem witamin. Nie chciał ryzykować zostawianiem jej tutaj samej, nawet jeżeli bezpieczniej byłoby nie ruszać kobiety, wiedząc jak nieprzyjemna będzie dla niej podróż. Warren mógł jednak wrócić w każdej chwili, gdy wróci mu trzeźwość umysłu, a nawet jeżeli lekarz główny mieszkał nieopodal, zawsze istniała mała szansa, że nie zdążą. Dlatego ostrożnie, nie chcąc zrobić jej krzywdy, wziął ciemnowłosą kobietę na ręce, uważając by nie odczuła tego dotkliwie.
- Już ci nic nie grozi, zaraz lekarz się tobą zajmie. – Nie wiedział czy słyszała choć słowo z tego, co powiedział, ale jeżeli tak, chciał ją nieco uspokoić. I tylko z tego powodu powstrzymywał się przed siarczystą wiązanką o tym, co zrobi Warrenowi gdy dorwie go w swoje ręce.
Mieszkał niedaleko ambulatorium, a ostatnie miesiące zapewniły mu częste widywanie się z głównym lekarzem, zajmującym mieszkanie w kamienicy vis-à-vis. Tylko dzięki temu wiedział gdzie go w ogóle szukać w momencie gdy ambulatorium było zamknięte i od nikogo uświadczyć natychmiastowej pomocy. Wstrzymał się z gwałtowniejszymi ruchami po uniesieniu jej do góry, pozwalając by ułożyła się w jego ramionach, zamiast fundować jej następne wstrząsy. Nie nosił dziś kurtki, dlatego natychmiast poczuł jak materiał jego koszulki nasiąka w miejscu gdzie spoczęła jej głowa, oparta o jego ramię. Niech to… Nie myśląc nawet o zamknięciu za sobą prowizorycznego szpitala czy choćby zgaszeniu światła, wyszedł pośpiesznie na zewnątrz, gdzie od razu uderzyło w niego chłodne nocne powietrze. Zaledwie kilkaset metrów i już dobijał się w środku nocy do drzwi mieszkania lekarza, modląc się w duchu by akurat dziś nie miał w planach nocowania poza domem.
Chyba poczułby się lepiej gdyby panna Holmes swym zwyczajem zareagowała na jego dotyk negatywnie, starając się jakoś odepchnąć go od siebie… Ale nie całkowitą biernością, niepokojącą go jeszcze bardziej niż ciepłą wilgocią wsiąkającą w materiał jego koszulki. Jedna pociecha, że choć wyczuwał iż krwawienie nie jest szczególnie obfite co choć trochę uspokajało jego rozbiegane myśli. Przyzwyczaił się do tego, że to Katherine jest tą zajmującą się jego obrażeniami. I po prawdzie niespecjalnie mu to przeszkadzało, przynajmniej dopóki nie słyszał diagnozy skazującej go na kilkutygodniowe leżenie w łóżku. Teraz spoczywała bezwładnie w jego ramionach i czuł się zdecydowanie mniej pewnie niż w momentach gdy zbliżała się do niego z wielgachną igłą, gotowa kłuć i dźgać.
OdpowiedzUsuńNa szczęście nie czekali długo na lekarza. Otworzył im zaspany, przecierający jeszcze oczy. Wiedział dobrze, że główny doktor w obozie jest rozchwytywany, nawet jeżeli wspomagały go pielęgniarki, zmieniające się co kilka, kilkanaście godzin. Ocknął się jednak od razu dostrzegając swoją pomocnicę w ramionach zwiadowcy, wpuszczając ich do środka. Zgodnie z poleceniami Josh położył ciemnowłosą kobietę na posłaniu, dopuszczając do niej lekarza. Cofnął się zaledwie o parę kroków, przyglądając się uważnie jak mężczyzna opatruje ranę na jej głowie, zakładając jałowy opatrunek. Na szczęście nawyki zawodowe przetrzymywania wszystkiego pod ręką oszczędziły Tylerowi wycieczki do ambulatorium.
Po kilku minutach niemal całkowitej ciszy, usłyszał werdykt doktora, stwierdzającego wstrząśnienie mózgu. Panna Holmes miała niedługo odzyskać świadomość, choć przez najbliższe dni musiała się liczyć z zawrotami głowy i koniecznością leżenia. Odetchnął z ulgą, czując jak przynajmniej część napięcia uchodzi z niego. Dopiero wtedy panowie mogli przejść do tematu tego co się stało. Zgodnie z tym co przewidywał, lekarza zainteresowała wizyta w ambulatorium nieproszonego gościa, który przy okazji poturbował spokojnie leżącą kawałek dalej kobiety. Nie było mowy by ją tam zanieść, skoro nikt z personelu medycznego nie pełnił dziś nocnego dyżuru. Z kolei lekarz musiał pójść zbadać zniszczenia, spisać co ubyło. I przy okazji obiecał poinformować swojego przyjaciela, szefa zwiadowców, ale jednocześnie członka rady. On mógł zająć się kwestią Warrena, wskazanego bez najmniejszego zawahania przez Josha. Sam miał wielką ochotę iść, pomóc kolegom w wymierzeniu sprawiedliwości za ponowne złamanie regulaminu… A przede wszystkim za to, co zrobił Katherine, wciąż nie odzyskującej pełni świadomości. Ktoś jednak musiał z nią zostać, w dodatku nie tutaj.
Decyzja została podjęta bardzo szybko i odnosił dziwne wrażenie, że mu się za nią oberwie, gdy tylko Kitty znów wróci do rzeczywistości. Mógł ją zanieść do jej mieszkania, ale nie uśmiechało mu się maszerowanie przez cały obóz, skoro mieszkała niemal po drugiej stronie. Dlatego chwilę później, mając w głowie wszystkie przykazania lekarza, dziwnie łatwo powierzającego mu pacjentkę, układał ją w własnym łóżku, ściągając jej buty i na chwilę przysiadając obok. Jak nic dostanie ochrzan, ale naprawdę wolał ją mieć na oku, co zresztą obiecywał lekarzowi, mając przynajmniej na swoją obronę. Odgarnął z jej twarzy ciemne kosmyki, dostrzegając, że chyba powoli panna Holmes odzyskuje nieco więcej świadomości.
- Uspokój się, Rada już o wszystkim wie. – Dlaczego w ogóle go nie dziwiła ta zaciętość oraz złość z jaką wymawiała kolejne słowa? Jasne, po tym wszystkim odstąpiłby od wymierzenia sprawiedliwości na rzecz jej drobnych paluszków zaciskających się na szyi Warrena czy też piątek obijających jego twarz. Ale… Miał naprawdę duże wątpliwości czy nie zrobiłaby wtedy sobie większej krzywdy niż jemu. – Lekarz poszedł dowiedzieć się jakie leki zniknęły, zajmie się też ambulatorium. Przekazał też już Radzie o tych wydarzeniach. To był Warren. Widziałem go gdy wybiegał. Kiedy będziesz mogła wstać, najprawdopodobniej nie będzie go już w Obozie. – Gdyby to było pierwsze ostrzeżenie, pewnie potraktowano by to bardziej ulgowo. Ale teraz chyba nikt już nie miał wątpliwości, że był zbyt niebezpieczny by pozwalać mu tutaj pozostać, nawet z dodatkową parą oczu, która najwyraźniej na nich się nie zdała.
OdpowiedzUsuńWestchnął, mimowolnie uśmiechając się lekko. Było z nią lepiej skoro miała siły na irytowanie się i wygrażanie. Nawet jeżeli należało to czym prędzej ukrócić, bo nerwy to ostatnie na co mogła sobie pozwolić. On za to w jej towarzystwie znajdował odrobinę ukojenia. Tylko siedząc tutaj powstrzymywał chęć odnalezienia Warrena. Co prawda patrząc na stan w jakim znajdował się mężczyzna nie ryzykowałby kolejnym uziemieniem, ale wiedział, że nie mógł pozwolić sobie na wybuch złości i przelania tej wściekłości na tanatonautę. Zostanie wydalony, nigdy więcej go nie ujrzą.
- Musisz odpocząć. I to nie tylko moje marudzenie, ale polecenie szefa i twojego lekarza – dodał już łagodniej. – Przynieść ci coś? Potrzebujesz czegoś? – spytał. W pokoju było chłodno, ale okno zamknął zaraz po ułożeniu jej na posłaniu. Znał pannę Holmes na tyle długo by wiedzieć, że lada moment zacznie marznąć, nawet jeżeli on lubił mieć porządnie wywietrzoną sypialnię, bowiem nie potrafił zasnąć w dusznym pomieszczeniu. Nie miał bladego pojęcia ile czasu czeka ją tutaj. Dzisiaj wyniknęło to jakoś naturalnie i musiała zaakceptować spędzenie tej nocy w jego mieszkaniu. On natomiast pewnie powinien przypomnieć sobie gdzie wcisnął zapasową poduszkę i już zacząć sobie rozkładać kanapę. Dzięki bogu była przynajmniej rozkładana, bo nawet jeżeli zostało tylko parę krótkich godzin do świtu, nadal chciał się wyciągnąć porządnie i spróbować zapomnieć o trudach tego dnia.
Co on miał powiedzieć? Po przeleżeniu kilku tygodni w łóżku z powodu poobijanych żeber, dotkliwie dających o sobie znać ilekroć starał się zrobić nieroztropnie krok. Jeszcze nigdy nie czuł się tak fatalnie pod względem fizycznym, a przecież nie należał do aniołków i nie raz, nie dwa, lądował z mniejszymi czy większymi obrażeniami po kolejnych nieprzemyślanych decyzjach.
OdpowiedzUsuń- Wracałem z małego… męskiego spotkania. – Nie musiał konkretniej tłumaczyć, choć panna Holmes nie miała dotychczas okazji zawitać tam. I dobrze. Mnóstwo dymu papierosowego, rozlewanego alkoholu i niekoniecznie życzliwych kobiecemu uchu żarcików. Nie działo się tam nic specjalnego poza regularną partyjką pokera dzięki której można było zdobyć parę pożytecznych fantów. – Warren akurat wybiegał z ambulatorium. Nie zamknął nawet za sobą drzwi, a on… Cóż, to idiota, ale nie popełniłby raczej takiego oczywistego błędu. W środku znalazłem ciebie. Lekarz mieszka naprzeciwko mojego mieszkania więc wiedziałem gdzie go szukać. Opatrzył cię, kazał mieć na oku i przekazać, że masz się nawet nie ważyć podnosić tyłka z łóżka. Teraz pewnie już zapanowali nad sytuacją – zakończył. – Zadowolona, pani detektyw? Czy za mało szczegółowe zeznania? – Uśmiechnął się. Ulżyło mu odkąd najwyraźniej zaczęła wracać do formy, nawet jeżeli jeszcze nie odzyskała pełni sił.
- Dzisiaj nigdzie się już stąd nie ruszasz. Jest środek nocy i musiałabyś naprawdę ładnie poprosić jeśli mam cię zanieść na drugi koniec obozu. – A oboje doskonale wiedzieli, że to się nie stanie. Tak więc była uziemiona, przynajmniej na razie. Nie zamierzał jej przecież trzymać siłą, a tak naprawdę mała wycieczka z kobietą na ramionach nie była wyzwaniem. Choć nie zwracał na to większej uwagi gdy szli do lekarza, była niezwykle lekka i ledwo zauważał jej ciężar, tak zafrasowany całą sytuacją. – Rano zastanowimy się co dalej. Jeżeli chcesz się przebrać, mam chyba tylko męskie ubrania. - Zapewne utonęłaby w jego koszulce, ale chyba lepsze to od noszenia ubrań po całym dniu pracy, w dodatku zabrudzonych własną krwią. A jego ulubiona sąsiadka, którą nagminnie wykorzystywał do podrzucania jej prania już na pewno spała. Wolał jej nie budzić, wiedząc, że ma niemało zajęć, wychowując samotnie syna. Co prawda kilka razy zdarzało mu się przypadkiem zabrać coś z jej rzeczy lub chłopca, ale mała szansa by uchowały się do teraz. – I co ty właściwie robiłaś w ambulatorium? Przecież mieliście mieć już wszyscy wolne.
Ten komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuń- Nie traktuj się zbyt surowo. Nawet gdybyś go dostrzegła, nie miałaś żadnych szans – powiedział zdecydowanym tonem. Mogła co prawda próbować uderzyć Warrena w dość czułe dla mężczyzn miejsce, ale wątpliwe by udało jej się to, co zresztą kupowało tylko parę sekund. Lepiej dla niej, przynajmniej napastnik był przekonany, że nie zostanie rozpoznany. Gdyby chciał na zawsze uciszyć Katherine… Nikt by mu w tym nie przeszkodził.
OdpowiedzUsuń- A myślałem, że to mi sugerowałaś szybki zgon – odparł, spoglądając na nią z ukosa. Pamiętał tamtą rozmowę przed paroma miesiącami, gdy panna Holmes wyraźnie dała do zrozumienia, że nie zamierza zawierać znajomości, zakładając z góry szybkie jej rozwiązanie… Spowodowanym jego zejściem z tego świata. Jak widać postanowił jej zrobić na złość i trzymał się całkiem nieźle, choć po drodze pojawiło się parę mniejszych lub większych wypadków nieco godzących w jego kondycję…
Zamiast jednak cokolwiek więcej dodać, wypominając jej przy okazji kiepskie zdolności jasnowidzenia, wstał z miejsca, podchodząc do szafy. Wygrzebał z niej wygodną, męską bluzę, którą co prawda miał już chyba raz na sobie, ale pozostawała wciąż świeża, przesiąknięta jedynie na stałe męskim zapachem. Z uśmiechem rzucił ją na łóżko, wyciągając też wygodne dresowe spodnie i rozciągnięty męski podkoszulek. Sam też musiał się przebrać, przy okazji biorąc rzeczy, w których wygodnie będzie mu spędzić tą noc. Podszedł do drzwi i otworzył je, stając jednak tyłem do Katherine zatrzymał się, zerkając przez ramię.
- Tylko bez szaleństw. Jeżeli będzie cię za bardzo bolało to poczekaj, pomogę ci. Nie chcę cię znaleźć omdlałej w połowie ściągania dżinsów. – Uśmiechnął się łobuzersko, zdejmując przez głowę pobrudzoną krwią koszulkę i ponownie ruszył w stronę łazienki do której prowadziła droga przez salon. Brudne ubrania rzucił na pralkę w łazience, i tak nieużywaną. Krew zdążyła zaschnąć, więc co za różnica czy jutro postara się tego pozbyć, czy jeszcze dzisiaj. Przebierając się, dał Katherine trochę czasu, wiedząc, że jej ruchy obecnie nie są tak pewne i płynne jak przed uderzeniem. Pojawił się po paru minutach z szklanką wody w dłoni; postawił ją na szafce nocnej, ponownie przysiadając na łóżku. Sypialnia była mała i jeżeli nie liczyć podłogi, tylko tu mógł zająć miejsce. Aczkolwiek na wygody panna Holmes nie mogła narzekać. Łóżko zajmowało sporą część małego pomieszczenia, wygodne i duże, z całą pewnością niegdyś zajmowane przez dwójkę osób. – Kitty, a co z jedzeniem…? Musisz leżeć, wątpię byś mogła dojść nawet do kuchni bez zawrotów głowy by zrobić sobie herbatę, nie mówiąc o wizycie w stołówce. Przez następne dni zamierzasz głodować, przykuta do łóżka, ewentualnie próbując się czołgać? Masz jakąś koleżankę, która zamieszkałaby z tobą i pomagała? – Dużo nagromadziło się tych pytań, ale z doświadczenia wiedział, że czasem nawet wyprawa do łazienki by umyć zęby jest katorżnicza. A najwyraźniej nie dało się tej rozmowy odłożyć do rana.
Wszystkie wydarzenia dzisiejszej nocy minęły w tak szybkim, szaleńczym tempie, że nawet nie dostrzegł upływu czasu. Ale trochę spędzili u doktora, ona także potrzebowała kilkudziesięciu minut na powrócenie świadomości. Niemniej jednak choć wydawało się, że jest coraz lepiej, wątpił by następnego dnia spotkali się z cudownym uzdrowieniem. A zresztą, nawet jeśli. Lekarz mieszkał tak blisko, że mógł go poprosić o domową wizytę. Zwłaszcza dla Katherine powinien się zgodzić.
OdpowiedzUsuń- Znalazłem cię nieco ponad godzinę temu – odparł, przyglądając się jej uważnie. Sądząc po tym jak była zmachana, co dostrzegał po jej przyśpieszonym oddechu, nie powinien zostawiać jej samej sobie. Choć dałby sobie rękę uciąć, że prędzej zdecydowałaby się spać w brudnych, niewygodnych ubraniach, niż pozwoliła mu sobie pomóc. - Potraktowałbym to jako odkucie się za te wszystkie razy gdy ty mogłaś wyżywać się na mnie. Nie wiem kiedy znów napatoczy się podobna okazja na podręczenie cię nieco – zaśmiał się cicho. Zrobi jak zechce, choć już pewniej czułby się odstawiając ją do ambulatorium niż do jej własnego mieszkania, gdzie była zdana tylko na siebie. A że w najbliższym czasie nie szykowało mu się chyba żadne dłuższe wyjście, mógł więc zamiast z bandą zombie, poużerać się z pewną ciemnowłosą panią doktor.
- Rano. Dość wrażeń jak na jedną noc – zadecydował stanowczo. Podźwignął się z łóżka, podchodząc do okna by zasłonić rolety. Miał nadzieję, że Katherine nie zbudzi się bladym świtem. Zasługiwała na nieco więcej odpoczynku, zwłaszcza jeżeli miała zapewniony urlop w pracy. On pewnie sam skorzysta z wolnego, ograniczając się jedynie do przyniesienia im czegoś dobrego na śniadanie. Bycie towarzyskim miało swoje plusy. Ot, jak dzięki paru drobnym przysługom i miłym uśmiechom był pewny, że bez względu na porę kiedy się zjawi, świeżutkie pieczywo będzie na niego czekało. – Będę w salonie, gdybyś mnie potrzebowała, zawołaj. Dobrej nocy. – Zatrzymał się przy łóżku, spoglądając na nią z góry. Nie mógł sobie podarować, to było ponad jego siły. – Aha… I jak byłaś nieświadoma tego co mówisz… Ładniej się do mnie zwracałaś. – Na wszelki wypadek, jakby jednak udało jej się zdzielić go poduszką, szybciutko się ewakuował, gasząc światło. Marzył o odrobinie snu i na szczęście zdążył już sobie pościelić na rozłożonej kanapie, zachęcającej do ułożenia się i odpłynięcia, co też ochoczo uczynił.
Potrzebował kilku długich, pełnych irytacji sekund by uświadomić sobie, że nie leży we własnym łóżku, a te irytujące promienie rażące go w oczy bladym świtem są winą braku rolet zaciemniających okno. Nigdy nie był rannym ptaszkiem, lubiąc poleżeć w ciepłej pościeli jeszcze chwilę nim zwlecze się łaskawie z łóżka i dopadnie do lodówki. Zajęło mu trochę nim uchylił powieki, wpatrując się w sufit salonu. Wszystko wróciło, każde wydarzenie poprzedniej nocy. Powrót do mieszkania, wybiegający Warren, nieprzytomna Katherine. I tak dalej, aż do samej zainteresowanej, najpewniej jeszcze smacznie śpiącej na jego posłaniu. Jeżeli sądził, że przez noc ulecą z niego emocje, mylił się. Może minęło zbyt mało czasu. Zegar wyraźnie wskazywał siódmą trzydzieści osiem. Ale tylko jedno powstrzymywało go wczoraj przed wypadnięciem z mieszkania i pozwoleniu ujść wściekłości. I to owe jedno najwyraźniej w tej chwili go nie potrzebowało, błogo nieświadome przebudzenia Josha. Nim wyszedł z domu zdążył jeszcze wskoczyć pod prysznic i sprać jakimś cudem zaschnięte plamy, które na szczęście nie były na tyle duże by skazać ubrania na wyrzucenie. Trwała już pora śniadania, gdy dotarł do stołówki, nie zamierzając zabawić zbyt długo. Chociaż przeważnie jadał w towarzystwie innych zwiadowców, integrując się i zacieśniając znajomości, tym razem zwinąwszy trochę świeżego pieczywa miał zamiar ewakuować się z powrotem. Oczywiście nic nie poszło tak jak by sobie planował. Począwszy od tego, że ledwo zdążył się przywitać z dwójką dobrych kolegów, do środka weszli niektórzy przedstawiciele Rady, a z nimi mała grupka tanatonautów, wśród których był i… Warren. Zawarczał z wściekłości, odpychając się gwałtownie od stołu. I co z tego, że wiedział, iż to zapewne ostatni posiłek skazańca, a te ślady na jego twarzy świadczyły o tym, że wczorajszej nocy nikt nie przejmował się potraktowaniem go zbyt delikatnie…? Paru złamań i siniaków nigdy za wiele. Udało mu się wymierzyć jeden silny cios nim dłonie kolegów odciągnęły go od tanatonauty, przytrzymywanego przez jego byłych już kompanów. Choć pewnie gdyby tak szybko ich nie rozdzielono byłby bardziej usatysfakcjonowany, i tak poczuł się odrobinę lepiej. Wciąż niespokojnego usadzono go na miejscu i wepchnięto w dłoń jedzenie. Wyżywanie się na bułce nie było ani trochę tak przyjemne. Wyszło mu jednak na dobre, bowiem zaledwie chwilę później dosiadł się lekarz obozowy, pytając o stan Katherine. Widać było jak bardzo jest zmęczony po całej nocy pracowania; starczyło mu sił przynajmniej na opowiedzenie co i jak, gdy już dowiedział się jak ma się jego prawa ręka, a przynajmniej jak sprawy się miały wczoraj o drugiej w nocy. Obiecał też wpaść by skontrolować uraz, ale to dopiero gdy się wyśpi. Poinformował też o zniszczeniach w ambulatorium, które nie były aż tak tragiczne jak się spodziewano. Jedynie zamek w drzwiach do naprawy i ustalone już zostało kolejne wyjście zwiadowców za parę dni, towarzyszących zaopatrzeniowcom. Morfiny praktycznie nic nie zostało, a przynajmniej nic zdatnego do użytku, bo czego Warren nie zdążył zużyć, zniszczył, chcąc zatuszować dowody. Teraz jednak mężczyzna miał być wydalony. Dostał swą ostatnią rację i kilka minut później wyprowadzono go głównymi drzwiami stołówki, wprost w stronę mostu łączącego z San Francisco. Oby to był ostatni raz gdy się widzieli. Potem wszystko potoczyło się już spokojniej. Uśmiechnął się ładnie do miłej kucharki, prosząc by przygotowała dla niego mały pakunek, co ta uczyniła, mamrocząc pod nosem bardziej na pokaz niż z faktycznej irytacji. W jego czterech ścianach raczej nie znalazłoby się nic specjalnie pożywnego, a skoro panna Holmes została uziemiona, pewnie powinien zadbać o coś konkretniejszego. Kiedy zamknął za sobą drzwi mieszkania minęła już dziesiąta rano i śpiąca królewna lada moment powinna się przebudzić, nawet jeżeli oberwała po głowie metalowym prętem.
OdpowiedzUsuńPrzez myśl mu nie przeszło pakować się do swojej sypialni, nawet jeżeli wczoraj w nocy, w przypływie geniuszu zapomniał wziąć rzeczy na przebranie i musiał paradować w tych nieco już przybrudzonych. Wolał nie sprawdzać co też panna Holmes mu zrobi jeżeli wparuje bez zapowiedzi do pokoju gdzie ona smacznie śpi, nawet jeżeli miał pełne prawo skoro lokum należało do niego. Ale przede wszystkim nie chciał jej budzić. Choćby miała przespać cały dzień, za wydarzenia z poprzedniego dnia należało jej się odrobinę odpoczynku. Nie zdążył właściwie nawet wyłożyć zapakowanego jedzenia do lodówki, by tam przeczekało na Katherine, gdy rozległ się dziwny łoskot w łazience. Nie… To nie może być to… Przecież nawet ona nie mogła być tak nieroztropna i lekkomyślna by pokonywać całą drogę z sypialni do łazienki o własnych siłach, podczas gdy jako lekarz (pal licho, że weterynarz, od prawie roku już zajmowała się ludźmi) powinna wiedzieć czego oczekuje się od ludzi po takim urazie, w dodatku z lekkim wstrząsem mózgu. A jednak rzucił okiem na drzwi prowadzące do sypialni, z trudem powstrzymując jęk gdy dostrzegł iż są jedynie przymknięte. I tyle by było z marzenia o spadającym z tak donośnym hukiem ręczniku. Nie zwlekając ani chwili, tylko odkładając w pośpiechu na blat kuchenny pakunek, wszedł do łazienki, ostrożnie otwierając drzwi, by nie pogorszyć sprawy przypadkowym uderzeniem. Zastał ją leżącą z twarzą przy chłodnej posadzce, wyraźnie pozbawioną sił, choć sądząc po przytomnym spojrzeniu, zachowała świadomość. Nie będzie przeklinał, nie będzie… I o dziwo, prawie się udało. Kucnął przy niej, odgarniając ciemne włosy kobiety. Nie wątpił, że było jej dobrze gdy zimno biło od podłogi, ale nie mogła tak leżeć w nieskończoność. Dlatego zupełnie jak wczoraj w nocy wziął ją na ręce, kierując gniewne spojrzenie na Kitty. Trudno było go wkurzyć, ale udała jej się ta sztuka niesłychanie dobrze. Sam nie wiedział czy byłby bardziej zły zastając ją na gorącym uczynku, podczas wyprawy do łazienki, czy teraz… Chyba jednak miała szczęście, bowiem kiepski stan w jakim się obecnie znajdowała łagodził nieco jego zirytowanie, nie pozwalając by wkurzył się w pełni. Co nie zmienia faktu, że gdy tylko wydobrzeje, należałoby ją przełożyć przez kolano i sprawić lanie zupełnie jak rozkapryszonemu, nieusłuchanemu dziecku.
OdpowiedzUsuń- Ty uparta, nieznośna babo. Naprawdę nie mogłaś poczekać tych piętnastu minut aż wrócę…? – Oczywiście, że nie mogła. W końcu to wiecznie niezależna pani doktor, nie potrzebująca od nikogo pomocy, nawet jeżeli jej własne ciało wyraźnie twierdzi coś innego. Na razie nie uczynił ani jednego kroku w przód, dając jej chwilę na opanowanie zawrotów głowy, które pewnie pojawiły się po zmianie pozycji. Bądź co bądź niekoniecznie chciał stać się ofiarą jej mdłości.
I to by było na tyle z liczenia, iż jej wczorajsze słowa nie okażą się prorocze. Wraz z werwą, odzyskiwała też humory i czekał go zapewne trudny dzień. Zacisnął dłonie nieco mocniej na ciele kobiety, upewniając uchwyt. Przynajmniej nie starała się za wszelką cenę przekonać go, że da sobie doskonale radę sama, co było malutkim postępem.
OdpowiedzUsuń- Przecież nie zostawiłbym cię samej na cały dzień. Ale jedzenie samo się magicznie nie przyniesie – odburknął, zdecydowanie mniej pogodny niż zwykle. Nie był to przyjemny widok oglądać ją w takim stanie, nawet jeżeli wiedział, że to tylko przejściowe. Wątpliwe by zmęczenie, jakie malowało się na jej niezdrowo bladym obliczu pojawiło się bez powodu, zatem domyślał się, że to wycieczka do łazienki o własnych siłach kosztowała ją tyle energii. Westchnął, ruszając w stronę salonu. Rano złożył kanapę, poskładaną pościel układając prowizorycznie na jednym z boków. Wątpił by Katherine miała ochotę zalec przez cały dzień w łóżku, a i jemu tu byłoby łatwiej mieć ją na oku. Dodatkowo, jeżeli znów jej zachce się wędrówek gdziekolwiek, oszczędzali przynajmniej parę metrów. Ułożył kobietę na sofie, tak by pozostawała w pozycji półleżącej, pozwalającej rozejrzeć się po całym pomieszczeniu, nie tylko suficie. Jego mieszkanie było większe niż jej, ale nie tak zapełnione. Brakowało tu osobistych dodatków, choć nie przeszkodziło mu to w wytworzeniu małego, typowo męskiego nieporządku. Nalał jej szklankę wody na szybko, wstawiając wodę w czajniku na coś cieplejszego. – Proszę. – Podał kobiecie szklankę, przyglądając się ciemnowłosej pani doktor uważnie. Powoli odzyskiwała kolory na twarzy i nie wyglądała już tak trupio jak jeszcze przed chwilą co było raczej dobrym znakiem.
- Bishop obiecał wpaść dzisiaj po południu, sprawdzić co z tobą. Jak będziesz grzeczna to może przyniesie ci trochę papierów do uzupełnienia, byś nie czuła się jak na wakacjach – uśmiechnął się. Sam w swojej kilkutygodniowej kuracji najbardziej cierpiał na brak konkretnego zajęcia, co sprawiało, że czuł się potwornie bezużyteczny. Co prawda panna Holmes miała przed sobą krótszy urlop od pracy, ale cechowała się nieco mniej ugodowym charakterkiem. – I Warrena wyrzucili z obozu. Widziałem jak wyprowadzają go po śniadaniu – dodał już poważniejszym tonem, mimowolnie zaciskając dłoń w pięść.
Początkowo wcale nie mieszkał sam… I choć mogło to zabrzmieć dwuznacznie, nie miało takowego wydźwięku. Wprowadzał się do Obozu jako jeden z pierwszych, dlatego też lokowano ludzi w domkach nie tylko w najlepszym stanie, ale też starano się utrzymać całą grupę w jednym miejscu, bez rozrzucania po wyspie. Jasnym było, że nie może mieć całego lokum dla siebie, tak więc gdy zgadał się z jednym z sympatyczniejszych zwiadowców, z którym załapał najlepszy kontakt. Panowie z oszczędności miejsca zdecydowali się zostać współlokatorami. Było tak właściwie tylko przez parę tygodni, bowiem serce kolegi skradła pewna samotna pani technik mieszkająca parę domów dalej… I od dłuższego czasu miał mieszkał sam, tylko co któryś wieczór wpadając do szczęśliwej pary. Więzi się zacieśniały, mimo wyjątkowo niesprzyjających ku temu okoliczności.
OdpowiedzUsuń- Masz na myśli po bójce w stołówce…? – To wydarzenie pamiętał aż zbyt dobrze. Zimę spędził na rozpamiętywaniu podjętych wtedy decyzji. I właściwie sam nie wiedział czy żałował… Pewnym było, że spróbowałby jeszcze raz, za drugim podejściem uważając jednak bardziej na żebra. – Jeżeli tak, to wtedy powinni wyrzucić też mnie – dodał, nieco rozbawiony. Chciał odejścia Warrena, a jakże. Tylko wtedy nikt z Rady nie wiedział o nachodzeniu pielęgniarek w celu wyłudzenia od nich morfiny. Byli tylko świadkami bójki dwójki niechętnych sobie mężczyzn, rozwalających przy okazji stołówkę. I to z powodu kobiety, jak później twierdziły plotki. Co prawda nie wątpił, że pomocnice lekarza wyjaśniłyby co i jak, aczkolwiek wciąż nagabywanie nie było wystarczającym powodem.
- Coś brak entuzjazmu. Wybić mu z głowy zarzucanie cię pracą…? – spytał, podchodząc do blatu kuchennego. I miał na myśli grzeczny sposób, jakąś rozmowę na boku odnośnie wstrzymania się choć parę dni. Zagotowała się woda i zalał w kubku saszetkę herbaty, zostawiając na chwilę by się zaparzyła. W tym czasie wyjął przyniesione przez siebie śniadanie, czekające na przyrządzenie. Już chwytał za nóż i deskę, gdy zerknął przez ramię. – Jesteś w ogóle głodna czy wolisz zjeść trochę później? – Racje wydawane w Obozie nie były duże i przysmaki zdarzały się niezwykle rzadko. Ale nawet najbardziej wybredne francuskie pieski nauczyły się, że lepiej jest zjeść cokolwiek, niż żyć wspomnieniem pysznych posiłków. O dziwo przez zimę wydawać by się mogło, że populacja zombie nieco przymarła i łatwiej było wychodzić za mury, więc sytuacja w obozie polepszyła się nieznacznie.
Mimo wstania bitą godzinę wcześniej niż miał w zwyczaju, nie odczuwał zmęczenia. Przeważnie zrywał się bladym świtem tylko gdy opuszczali obóz. Bezpieczniej było podróżować w świetle dnia, należało więc wykorzystać w pełni dany im czas. Poza tym jednak zdecydowanie wolał przesiadywać nieco dłużej nocami, co wczoraj okazało się zbawienne. Gdyby wyszedł choć trochę wcześniej… Lepiej nie myśleć jaki los czekałby pannę Holmes.
OdpowiedzUsuń- Prawdę mówiąc wygodniej mi jest, kiedy śpisz w sypialni. Tu po wstaniu będę ci się krzątał i mogę cię przypadkiem obudzić. – Zmarszczył lekko jasne brwi. Jasne, że wolał własne łóżko, to nie ulegało wątpliwości. Acz trudno powiedzieć, że kulił się na kanapie, bowiem po rozłożeniu przypomniała ona wielkością jego posłanie. Pozostawała też jeszcze jedna kwestia, bardziej istotna dla Katherine niż dla niego. – Tam jeżeli będziesz chciała, możesz się zamknąć – powiedział z pewną dozą ostrożności. Sam właściwie nie wiedział czy przekonała się do niego na tyle by mu zaufać. Poprzednia noc była wyjątkowa. Po uderzeniu raczej nie miała sił zastanawiać się nad tym czy chce go w pokoju obok. Teraz jednak czuła się lepiej i… Między innymi dlatego nie zamierzał naciskać by została pod jego opieką. Czasem wydawało mu się, że traktuje go z sympatią, czasem uciekała jak najdalej. Skąd miał wiedzieć jak zareaguje tym razem…?
- Jutro jeszcze nie wychodzimy. Skoro już leki zmusiły nas do opuszczenia obozu, zaopatrzeniowcy chcą rozpisać inne potrzebne rzeczy, których nie przywieźliśmy ostatnio – poinformował ją. Dopiero co wrócili z dłuższego wyjścia, przywożąc wypakowane po brzegi samochody. Nikt jednak nie zamierzał spocząć na laurach. Nie cierpieli na nadmiar, nawet jeżeli na tą chwilę się tak wydawało. – Wątpię by ci się chociaż odrobinę przykro zrobiło – wyszczerzył zęby. W pewnym sensie byłoby jej to na rękę… - Pomyśl tylko o tych spokojnych wieczorach bez obawy, że lada moment wyskoczę z zza rogu z kolejnym pomysłem… - Jasnym było, że przeżycie ugryzienia graniczyło z cudem. Nawet jeżeli zakażona kończyna zostałaby natychmiast amputowana, groziło wykrwawienie przed dotarciem do obozu czy też wdarcie się zakażenia. Zamiast jednak snuć krwawe wizje, wyrzucił torebkę herbaty, sięgając po cukier.
Czy tego chciała czy nie, poznawali się coraz lepiej, niekoniecznie zawsze przy tym z jego inicjatywy. Tak i teraz skazani byli na siebie przez co najmniej kilkanaście następnych godzin, więc dobrze, że w końcu zaufała mu, nawet jeżeli wbrew swoim postanowieniom. Prawda była taka, że gdyby chciał jej zrobić krzywdę, miał ku temu setki okazji w przeszłości.
OdpowiedzUsuń- Akurat w tych kwestiach mam wrodzony talent i niepotrzebne mi wskazówki – odparł z uśmiechem, odpychając się od blatu kuchennego z herbatą w dłoni. Nie zdziwiłby się gdyby u niego w mieszkaniu było dla panny Holmes odrobinę zbyt chłodno, choć jemu było ciepło w koszulce na krótki rękaw. Postawił ją na stoliku obok niej, jednocześnie sięgając po koc, by położyć go w jej nogach, gdyby zdecydowała się na krótką drzemkę mimo tak wczesnej pory. Zamyślił się nad jej pytaniem. Miał jedną, konkretną książkę, którą znalazł w tym domu, podobnie zresztą jak z innymi pozycjami. Tylko ona się uchowała przed oddaniem do biblioteczki, ale na szczęście ostatnio zgarnął dla siebie coś lżejszego. - Mam jedną przygodową, ale nie powiem ci nawet czy dobra, bo nie zdążyłem zajrzeć – powiedział, siadając w fotelu obok. Jeżeli miała ochotę, mógł jej przynieść z sypialni, gdzie została wepchnięta przed trzema dniami do szafki nocnej, i do dziś nietknięta, bo zwyczajnie nie miał na to czasu. Mogła mieć o nim inne zdanie, ale akurat jakieś zajęcie znaleźć sobie musiał przez całą zimę, gdy wychodzili już znajomi, zostawiając go samego, gnając do własnych zajęć. I skoro telewizja nie istniała, na gry nie było co liczyć, to zostawały tylko książki. Teraz spoczywające na bibliotecznych półkach. Ale to zaraz, bowiem chciał jeszcze jedną sprawę uzgodnić, skoro Katherine będzie tu mieszkała przez nie wiadomo jaki czas. – Jeżeli będziesz chciała wstać i podejść gdzieś, wołaj mnie. Chcę cię asekurować na wypadek gdybyś znów straciła siły – powiedział poważniejszym tonem. Nie zamierzał jej nosić, wiedząc, że musiała powoli wracać do normalnego funkcjonowania. Ale znajdowanie jej co rusz na podłodze bez sił nie było przyjemne i chciał ją mieć na oku, a w razie problemów służyć ramieniem, by się wsparła.
Mógłby zasugerować by w ramach nudy zszyła mu koszulkę, którą przypadkiem rozdarł podczas ostatniego zwiadu, ale raczej tylko wkurzyłby samą propozycją, choćby żartobliwie wypowiedzianą, pannę Holmes. A że nie chciał wyrzucać dobrych rzeczy, w których tylko trochę rękaw został poszarpany, wolał poczekać na wizytę sąsiadki z mieszkania obok, która już przywykła do wykorzystywania jej w takich drobiazgach, czym rekompensował się jej przejmowaniem rozbrykanego syna pod swoje skrzydła.
OdpowiedzUsuńCzy tego chciała czy nie, przez najbliższe godziny będzie pod obserwacją i Josh wcale nie prosił o pozwolenie, choć tak to mogło zabrzmieć w ramach polubownego załatwienia sprawy. Do licha, w końcu nie zamierzał jej niańczyć przez najbliższych kilka dni, tylko uspokoić swoje sumienie, przekonując się, że kobieta naprawdę odzyskuje siły. Dotychczas wcale nie wydawała mu się zdolna do samodzielnego przechadzania, tak więc nici z jej planów ignorowania jego oferty.
- Usiąść, aha. A potem znów będę zbierał cię z podłogi, przyklejoną do zimnych płytek, bez sił by się podnieść do pozycji siedzącej? Zapomnij, nie ma mowy. Jakoś mnie ten jeden dzień ścierpisz – zadecydował, nie zamierzając przyjmować odmowy. Widział przecież jak była słaba. I naiwnie byłoby liczyć, że już parę godzin po uderzeniu będzie mogła samodzielnie pokonywać dane odległości. Choćby skończyło się to wyklinaniem i zwyzywaniem go od najgorszych, nie zamierzał odpuścić i pozwolić jej na dyktowanie podobnych warunków.
Mimowolnie zerknął na swoją prawą dłoń, splatając palce i zakrywając odruchowo lewą ręką zaczerwienienia. Niech to szlag, był przekonany, że nic nie zauważy, skoro na jego buźce nie malowały się żadne rozcięcia, zaczerwienienia czy siniaki. I co on właściwie miał jej powiedzieć? Przecież znał reakcję na wieść, że nie mógł powstrzymać się przed zadaniem choć jednego ciosu wprost w tą parszywą gębę. Nigdy nie był agresywny czy specjalnie wyrywny do bijatyk, ale Warren… Ten typ działał na niego w naprawdę paskudny sposób. Dłuższą chwilę unikał jej spojrzenia, przypominając trochę speszonego chłopca przyłapanego na podkradaniu jabłek z sadu sąsiada, który miał się spowiadać ojcu z przewinienia.
- Ma – odparł po przeciągającym się z jego strony milczeniu. Nie było sensu jej okłamywać, bo przecież i tak się dowie chociażby gdy przyjdzie lekarz główny, który był świadkiem wydarzeń w stołówce.
Wbrew pozorom wychodząc poza Obóz wcale nie zmierzał po pewną śmierć, a wręcz przeciwnie, tracił zwyczajną swobodę i beztroskę. Nawet jeżeli został sam na tym świecie i gdyby dłużej zaczął się nad tym zastanawiać, nie miał nawet dla kogo ciągnąć dłużej tej męczarni… Katherine miała tylko raz (i oby więcej się takowa szansa nie nadarzyła) oglądać go podczas zwiadu i mogła się wtedy przekonać, że wcale nie ryzykował swoim zdrowiem poprzez niepotrzebną brawurę czy też kozaczenie. Jeżeli tylko szczęście będzie mu dalej dopisywać, małe szanse, że zostanie uziemiony na stałe. Bowiem same umiejętności mogły się okazać niewystarczające bez odrobiny przychylności losu. Nie potrafił wyobrazić sobie chwili gdy zabiorą mu możliwość pełnienia funkcji zwiadowcy i nie chciał nawet o tym myśleć, niepewny podjętych wtedy decyzji. To zajęcie napędzało go i dawało przekonanie, że jest przydatny. Nawet gdyby zajął się czymś innym, nie odczuwałby już tego zacięcia i satysfakcji.
OdpowiedzUsuńTo jednak nie musiało przyciągać jego uwagi, bowiem tą skupiła na sobie panna Holmes. Spodziewał się bury, wypominania mu jak bardzo jest nieostrożny i że ryzykował zdrowiem chociaż ona nie tak dawno temu poskładała go do kupy. A tu proszę, nie dość, że aprobata to jeszcze uśmiech.
- Nieustannie mnie zaskakujesz – odpowiedział jedynie, z znacznie pogodniejszą miną wymalowaną przed chwilą. Nie chciał się z nią kłócić, zwłaszcza, że wydawało się, iż powoli wkraczają na dobre tory i potrafią porozmawiać choć trochę. – Co prawda szybko nas rozdzielono, ale jestem pewny, że słyszałem dźwięk łamiącego się nosa… - mruknął z śmiechem wspominając tamten moment. To nic, że przypłacił tą przyjemność lekkim bólem prawej dłoni. Poczuł się odrobinę swobodniej, nie mając przed sobą perspektywy jej marudzenia. Skierował błękitne, roześmiane ślepia na oblicze ciemnowłosej kobiety. Przez chwilę wpatrywał się w jej ciemne oczy bez słowa. – Cieszę się, że nie zrobił ci poważniejszej krzywdy. Już wiesz dlaczego czasem marudziłem o nadmiernej ostrożności, nawet w obozie. – Nie cierpiał tego, że miał rację. Zwłaszcza iż tak naprawdę nie wiedział jak zareagowałby gdyby Warrena poniosło bardziej… W pewnym sensie stawała się dla niego istotna, nawet jeżeli sam wiedział jak niewygodne to jest wrażenie.
Dość jednak melancholijnych tematów. Nie minęło jeszcze południe, nie pora na takie rozmowy. Zamiast tego uśmiech jaki jej posłał był odrobinę psotny i przekorny. Zobaczymy czy panna Holmes faktycznie wracała do formy.
- Swoją drogą jeżeli myślisz, że się wykręcisz teraz od roli mojej prywatnej pielęgniarki, to się grubo mylisz. I masz być delikatna, Kitty… Żadnego sadystycznego wbijania igieł.
Wracały jej siły, a wraz z nim paskudny charakterek i ciskanie błyskawicami. Chyba jednak nie było tak źle gdy pozostawała nie do końca świadoma… Chociaż trochę się zdziwił, że bez wahania wpuszczała go do swojego mieszkania, spodziewał się raczej podchodów w postaci proszenia koleżanki, która miałaby przekazać jemu i tak dalej… Szalenie nieporęczne, tak więc zdrowy rozsądek ułatwił mu życie.
OdpowiedzUsuń- Przypomniałaś mi o czymś. Później dostaniesz bojowe zadanie – rzucił pogodnie, mierzwiąc dłonią jasne, nieco zbyt długie kosmyki. – Ale to dopiero gdy zdołasz usiedzieć dłużej niż kilkanaście sekund. - Dźwignął się z westchnieniem na nogi, jakoś niespecjalnie mając ochotę się wykłócać. A przynajmniej nie dopóki był w polu rażenia, gdy tylko nieco się odsunie… Udawszy się do sypialni najpierw wygrzebał z kieszeni jej dżinsów wskazane klucze, po czym sięgnął po książkę. Jak wskazywał opis z tyłu, pannę Holmes czekało przeniesienie się parę wieków wstecz, do walki o niepodległość Stanów Zjednoczonych. Nie wiedział czy w ogóle zainteresuje ją tematyka, ale może to choć trochę ją zajmie na jakiś czas. Kładąc książkę na stole stojącym obok kanapy, posłał jej srogie spojrzenie. – A spróbuj podczas mojej nieobecności choćby pomyśleć o wstaniu z kanapy, to dopiero przekonasz się jak potrafię być upierdliwy – zagroził. Następne parę dni Katherine była uziemiona w jego mieszkaniu. I ostatnie czego chciała to mieć go na głowie, bo choć pewnie już teraz marudziła w myślach na jego nadgorliwość, to miała do czynienia jedynie z tą lekką, niegroźną odmianą opieki. Miał zniknąć na dłuższą chwilę, bowiem akurat i do jej mieszkania trochę marszu było, a i nie sądził by szybko znalazł wszystko co potrzebne. Gdy nocował u kobiety, ostatnie o czym by w ogóle pomyślał to przeszukiwanie jej rzeczy.
Nie tracąc czasu chwycił za plecak stojący w przedpokoju, wypakowując z niego na szybko pozostałości z poprzedniego wyjścia. Butelka z niedopitą wodą o której zapomniał gdy tylko zobaczył łóżko, scyzoryk i inne drobiazgi, niepotrzebnie teraz zajmujące miejsce. Wszystko w pośpiechu położone na jednej z szafek, po czym przerzucił sobie opróżniony plecak przez ramię. Zatrzymał się. Miał tego nie robić… Naprawdę zamierzał być grzeczny i nie drażnić Kitty… Ale sama zaczęła i to wcale nie była jego wina! Nie potrafił już sobie odmówić tej przyjemności odwrócenia się i z zadziornym, nieco niepokojącym uśmiechem rzucić nie do końca jasne:
- I spokojnie, coś bardziej osobistego też ci przyniosę.
Dziwnie było wychodzić. I nie dlatego, że miał trochę przerwy od wypraw zwiadowców, ale czuł się trochę jak zabiegany ojciec – acz o tym niech lepiej powód jego zaniepokojenia nie wiedział. Gdy pojawiła się propozycja opuszczenia obozu, mógł zrezygnować, tłumacząc się niedysponowaną współlokatorką, na którą należało mieć oko. Jednak panna Holmes czuła się z każdym dniem coraz lepiej i nie musiał niańczyć jej dwadzieścia cztery godziny na dobę. Upewnił się tylko czy w lodówce znajduje się coś zdatnego do jedzenia, poprosił sąsiadkę z mieszkania obok (której wcale niecnie nie wykorzystywał, to był obopólny układ w którym oboje czerpali korzyści; w przypadku jego ulubionej gospodyni było to trochę spokoju i samotności) by w razie czego pozostawała czujna i mógł po południu ruszać w drogę, czując typowe podenerwowanie dla każdego wyjścia naprzeciw panoszącym się po San Francisco zombie.
OdpowiedzUsuńByło nawet trudniej niż się spodziewał, choć przecież miał w głowie niezbyt optymistyczny scenariusz. Nie obyło się bez poszkodowanych, nerwowych chwil i cudem uniknięcia paskudnego ugryzienia. O niczym nie zamierzał rozmawiać po powrocie do Obozu. Lubił zostawiać za sobą chwile poza, by nie dręczyły go później. Jakoś musiał nauczyć się myśleć o zombie jako niewyleczalnych przypadkach, nawet jeżeli główna tutejsza naukowiec, winna częściowo tej masakry, uważała inaczej. Samochody wróciły jednak wyładowane po brzegi dobrami i tylko to się liczyło. Uzupełniono zapasy leków, przywieziono nową partię ubrań, całą masę jedzenia i nawet małe niespodzianki, których nikt nie przewidział. Chmara brudnych, spoconych facetów i jednej osamotnionej w tym samczym gronie kobiety ruszyła gromadnie do stołówki, gdzie zapewne czekał na nich ciepły posiłek. Był głodny jak wszyscy, równie wymęczony i jednocześnie zadowolony z łupów. Parę miesięcy wykluczenia przypominało jednak o sobie i zamiast wybrać towarzystwo kolegów, skierował swe kroki w stronę mieszkania. Katherine raczej nie narzekała z powodu jego nieobecności, ale nadal czuł się w dużej mierze za nią odpowiedzialny i chciał chociaż upewnić się, że nic niepokojącego się podczas jego absencji nie wydarzyło. Niesamowity zapach uderzył w jego nozdrza ledwo przekroczył próg. Na parę sekund zapomniał o zmęczeniu i marzeniu odnalezienia własnego łóżka, nawet bez uprzedniego przystanku w postaci solidnego prysznica. Rezygnując z natychmiastowego odwiedzenia sypialni, przystanął na progu salonu, oparty o framugę drzwi. Dawno, a właściwie chyba odkąd się tu wprowadził, nie pokusił się o przyrządzenie prawdziwego obiadu. Korzystał z dobrodziejstw stołówki, nawet jeżeli czasem przez myśl przebiegały wątpliwości, kto też kucharkom zezwolił na żywienie ich. Wciąż pamiętał smak przepysznych potraw jakie serwowała niedoszła bratowa, eksperymentując na nich z nowymi przepisami. Teraz jednak nie tylko na jego stole czekała kolacja z prawdziwego zdarzenia, ale też panna Holmes najwyraźniej załamała się widokiem jego ubrań. Obserwował ją zaledwie przez kilka sekund, uśmiechając się pod nosem. Zaskakujące, że nie usłyszała dźwięku zamykanych drzwi czy też jego kroków na korytarzu, ale lepiej i dla niego.
- Na pewno nie chcesz się wprowadzić na stałe? Oddaję sypialnię i pierwszeństwo w korzystaniu z łazienki – rzucił. Był w opłakanym stanie, choć nie aż tak tragicznym jak ona jeszcze przed kilkoma dniami. Zmęczenie wyraźnie malowało się na poszarzałej twarzy jasnowłosego zwiadowcy, a przydługie kosmyki włosów całkiem odmówiły współpracy, układając się tylko wedle swojej woli. Oczy nadal jednak pogodnie błyszczały, uśmiechając się do Katherine, zupełnie jakby na jego jasnej koszuli wcale nie było złowrogo wyglądającej sporawej szkarłatnej plamy krwi.
Widok panny Holmes czującej się na tyle swobodnie by się rządzić i nawet dopadać do jego podniszczonych koszul był dziwnie przyjemny. Wręcz niepokojąco, bo przecież Josh dobrze znał jej zdanie na tyle dobrze, by wiedzieć, jak bezcelowe byłoby to… Dlaczego u licha, spośród tylu możliwości, musiało się okazać, że miał w sobie odrobinę masochisty? Dziwie ociężały, zajął miejsce przy stole.
OdpowiedzUsuńRzadko kiedy udawało mu się wracać do Obozu bez choćby jednego siniaka czy też zadrapania. Dziś nie było wcale aż tak źle, a ranki były jedynie powierzchowne i otarcia do jutrzejszego ranka zapewne będą ledwie widoczne na pierwszy rzut oka. Żebra mu nie dokuczały, za co był bardzo wdzięczny, bowiem ostatnie na co miał ochotę to odnowienie się paskudnej kontuzji sprzed paru miesięcy. Co prawda Bishop zapewniał go, że cokolwiek się wtedy działo, teraz już wszystko zostało ładnie zagojone, ale był świadom, iż zawsze będzie to bardziej wrażliwy punkt, bez względu ile czasu jeszcze upłynie.
- Nie… Jest dobrze, nic do zszywania – odparł, sięgając po jajecznicę. Zdążył przynieść sobie już talerz i sztućce, uprzednio przemywszy ręce. Panna Holmes naprawdę musiała mieć wyjątkowo złe zdanie o nim skoro upominała go w tak podstawowych czynnościach, które sam by odruchowo wykonał. Na szczęście dla niego nie miał jednak ani sił wyskakiwać z pytaniem czy przypomni mu o umyciu zębów przed pójściem spać. Dopiero gdy kolacja znalazła się na jego talerzu, zrozumiał jak był głodny. Jasne, brali ze sobą prowiant, ale nie były to ani szalone ilości, ani też nic przesadnie dobrego. – A jak tobie minął dzień? – zapytał, omiatając spojrzeniem salon. Miał wrażenie, że coś się tu zmieniło, ale choć nie potrafił zdefiniować tej małej zmiany, wydawało mu się jakoś przyjemniej. Sam nie poświęcał mieszkaniu zbyt wiele czasu, traktując je jako miejsce gdzie musi się wyspać i tyle. – Nikt cię chyba nie niepokoił? Mówiłem, że mnie nie będzie… - Przez jego mieszkanie przewijała się regularnie czwórka osób, z czego jedna, najbliższy kolega, dziś mu towarzyszył. Więc nie spodziewał się żadnych dramatów, skoro uprzedzał o niekoniecznie dysponowanym do długich rozmów gościu.
Wcale nie wykorzystywał sąsiadek, nawet jeżeli tak właśnie pomyślała o jego układzie z kobietą mieszkającą za drugimi drzwiami. Wątpił by interesowało ją jak właściwie się umówili, tak więc zamiast komentować, skupił się na pałaszowaniu kolacji, która zaledwie po kilku machnięciach widelcem zniknęła z talerza.
OdpowiedzUsuń- Przesuń się – mruknął z rozbawieniem, trącając ją lekko biodrem, samemu stając przy zlewie. Jego kubek i pusty talerz wylądowały koło jej brudnych naczyń. – Pozmywam, ty gotowałaś. I tak, zaraz potem wyniosę śmieci – dodał, nie dając jej powodu do marudzenia. Aluzję zrozumiał aż nadto wyraźnie. Kontener stał zaledwie kilkadziesiąt metrów od domu, ale dobrze, że nie wpadła jej do głowy pomysł by samodzielnie wyprawić się z małą wycieczką. I tak był przekonany, że podczas jego nieobecności miała zdecydowanie więcej ruchu niż gdyby kręcił się przez cały dzień po mieszkaniu, pomagając jej przy co wymagających więcej wysiłku zadaniach. Wiedział, że już za parę dni wszystko wróci do normy, panna Holmes ku własnemu zadowoleniu wróci do własnych czterech ścian i będzie mogła znęcać się nad biednymi pacjentami. Co prawda nic nie stało na przeszkodzie przeprowadzki skoro kryzys został zażegnany, ale nie śpieszył się z podsuwaniem jej tego pomysłu i wyganianiem z mieszkania.
Skończywszy zmywać, odwrócił się, wycierając ręce w spodnie, gdy pod ręką nie znalazł żadnego ręcznika. Oparł się o blat i odszukał spojrzeniem ciemnowłosą kobietę.
- Mam dla ciebie prezent – powiedział w końcu, pośpiesznie dodając ciąg dalszy, gdy tylko zorientował się, że mogło to zabrzmieć nie tak jak zaplanował, a wręcz niewłaściwie. – A raczej do was. Właśnie go montują w ambulatorium. Twój przełożony o mało się nie rzucił Jinxowi na szyję jak zobaczył znalezisko – zaśmiał się. Mieli uzupełnić tylko zapasy morfiny nadszarpnięte przez nocne włamanie Warrena i ewentualnie rozejrzeć się za czymś z listy podanej przez lekarza. Ale gdy wylądowali w małej, prywatnej przychodni i zobaczyli tamtejsze cuda… Zgarnęli co było pod ręką, obiecując sobie wrócić tam jeszcze w najbliższym czasie, choć właściwie nie mieli całkowitej pewności co też pakują do wielgachnego bagażnika.
- W tamtej szafce są nożyczki – Wskazał brodą w konkretnym kierunku. – Weź je, a ja zaraz wrócę. – Nie dopowiadając ani słowa więcej, sięgnął do kosza na śmieci, wyciągając prawie zapełniony worek. Chwilę później rozległo się trzaskanie drzwiami, gdy Josh wyszedł z mieszkania. Jeszcze po drodze chciał wpaść do swojej sąsiadki, podziękować za zrobione pranie.
Goszczenie u siebie pewnej ostatnio nieco mniej marudnej i kąsającej niż zwykle pani doktor było swego rodzaju odmianą od zwykłej monotonii takich samych dni. Od momentu utworzenia Obozu, panował w miarę określony rytm, przerywany tylko nielicznymi nieprzewidzianymi wydarzeniami. Nie mógł jednak narzekać. Ta rutyna zapewniała bezpieczeństwo. Każdy znał swoje zajęcie, a na przestrzeni tego niespełna roku, umacniali się, coraz lepiej opierając zombie. Nic nie stało na przeszkodzie by próbować żyć w miarę normalnie. Zajmować się kolejnymi ulepszeniami czy nawiązywać znajomości. On pośpiesznie podziękował sąsiadce, obiecując dopadającemu do niego w mgnieniu oka synowi kobiety, że koniec z przekładaniem obiecanych zajęć. Po tym wszystkim wrócił do mieszkania, zastając pannę Holmes w salonie, usadowioną na kanapie.
OdpowiedzUsuń- Tutaj…? – zerknął na nią z powątpiewaniem, rozważając czy łazienka nie byłaby lepszym miejscem do przeprowadzania podobnych operacji. No nic, nie będzie jej przestawiał bo już w ogóle źle się to dla niego skończy. Wzruszył jedynie ramionami, wchodząc bez dalszych komentarzy do łazienki, gdzie chwilę później rozległ się szum puszczanej z kranu wody. Zajęło mu to zaledwie chwilę, gdy pojawił się z powrotem w salonie, trzymając w dłoni grzebień. W tym świetle na upartego mogła dojrzeć zwilżone włosy. Przy okazji zmył z twarzy i karku cały ten brud, jaki ze sobą przyniósł z wyprawy. Chłodna woda orzeźwiła go nieco, odpychając myśli o konieczności położenia się do łóżka by zregenerować siły. Prezentował się o lepiej, choć nadal jeden drobiazg pozostawał do poprawienia. Odsunął nieco stół, robiąc tym samym dla siebie miejsce. Usadowił się na podłodze, siadając wygodnie dokładnie w tym samym miejscu co ona, jedynie trochę niżej. – Narzekałaś ostatnio, że wyglądam jak bezpański kundel. Masz okazję coś z tym zrobić – wyjaśnił w końcu, odkładając na kanapę grzebień. Igrał z ogniem, ale przydługie kosmyki zaczynały mu już wadzić, a wolał krótszą, mniej poplątaną i kłopotliwą w ogarnięciu fryzurę. Panna Holmes z kolei wydawała się być w całkiem niezłym humorze, była więc szansa, że nie obetnie mu przypadkiem ucha… Choć nie, trzeba było uściślić. – A, i pamiętaj że śpisz w pokoju do którego mam pełny dostęp i gdybyś specjalnie przyprawiła mnie na przykład o irokeza to na skutek dziwnych wypadków losowych ktoś się może jutro obudzić bez brwi… - Wyszczerzył śnieżnobiałe ząbki w wymownym uśmiechu, po chwili jednak opierając jasną łepetynę o siedzisko kanapy. Pewnie naiwnie sądził, że uda mu się załatwić problem szybko, ale większa szansa, że jednak skazany był na pomoc kogoś innego.
Parę kropli wody spłynęło mu po karku, ginąc za materiałem koszulki. Którą zresztą też musiałby zmienić, bowiem ta przypadkowa plama krwi raczej nie zamierzała dać się wyprać. Ale nim zdążył zaproponować, że wróci za chwilę, Kitty otrząsnęła się z zaskoczenia, w jakie zapewne je wprawił, swoją propozycją, przeczesując dłońmi jego włosy.
OdpowiedzUsuń- No już, już – mruknął, czując jak jej palce nakierowują jego twarz w odpowiednim kierunku. Zawsze miał problem z usiedzeniem w jednym miejscu jeżeli nie miał konkretnego zajęcia. Tak jak podczas licznych wizyt w ambulatorium, tak teraz, szukał sobie instynktownie czegoś do zrobienia, rozglądając się wkoło. Perspektywa nożyczek wbitych w ucho była jednak dość przekonującą groźbą. Pomyśleć, że sam z własnej woli dał tej kobiecie broń do ręki…
- Czym muszę sobie zasłużyć byś pamiętała jak mam na imię…? – spytał niewinnie, a choć tego nie widziała, lewa brew mężczyzny powędrowała ku górze. Panna Holmes uwielbiała upierać się albo przy nazwisku, albo ewentualnie posługiwać się pełną wersją jego imienia, której praktycznie nie używał. On z kolei postępował w jej przypadku w zupełnie odwrotnym kierunku, w ramach rekompensaty darząc ją zdrobnieniem do którego Katherine nie była przekonana. Jeszcze, bowiem pozostawał niezmordowanym optymistą, przekonany, iż prędzej czy później zaakceptuje jego wybór. Pamiętając jednak, że kobieta miała w dłoniach ostre nożyczki, którymi machała przy jego głowie, wolał grzecznie zamilknąć, siedząc wygodnie opartym, starając się przy tym nie obracać zanadto jasną łepetyną. Jeszcze przed apokalipsą, miał swoją ulubioną fryzjerkę, która w pięć minut potrafiła skrócić akurat tyle ile potrzebował, tak więc wpadanie tam nie było katorgą wymagającą planowania od nowa całego dnia. Potem jakoś nie było czasu na myślenie o podobnych drobiazgach. Skoro jednak oboje nudzili się tego wieczoru, mógł dać jej okazję do naprawienia fryzury wedle jej widzimisię. Sam przymknął w końcu oczy, rozluźniając się coraz bardziej, gdy jej dłonie wplatały się w jasne kosmyki, delikatnie pieszcząc skórę głowy. Ledwie dostrzegł kiedy jego ramiona spoczęły na kolanach ciemnowłosej kobiety, skupionej na równym cięciu. Przynajmniej nie musiała narzekać na zarost na twarzy, bowiem ten regularnie był niwelowany, nawet jeżeli dziś rano nie miał do tego okazji.
Skomentował odpowiedź kobiety jedynie wymownym westchnięciem. Oboje będą sobie robili na złość aż jedno z nich się nie złamie. Sam nie lubił obu form jakie wobec niego stosowała. Tyler pojawiało się w pracy, gdy przełożony zorientował się, że wcale niekoniecznie tamto pakowanie się w płomienie było naprawdę nieodwołalnie konieczne. Połajanki jednak nie zdarzały się wcale nie tak często jak można się po nim spodziewać. Natomiast pełne imię zanikło gdzieś na początku lat nastoletnich, gdy już nawet poważny ton matki zrezygnował z przemawiania do rozsądku najstarszego syna. Przewijał się co prawda raz na jakiś czas, jednak teraz tylko z ust siedzącej za nim pani doktor słyszał te dwie formy.
OdpowiedzUsuń- Dzięki – odparł, przeczesując dłonią znacznie skrócone włosy. Tak lepiej, nawet w jego opinii. Żadnych problemów z jasnymi kosmykami wpadającymi do oczu czy plączącymi się na silniejszym wietrze wiejącym od wody. Drugą dłonią energicznie przesunął po swoich udach, zrzucając część ściętych włosów, ale nim zdążył dźwignąć się na nogi, powstrzymała go dłoń Katherine, zaglądającej mu za dekolt. Tak jak zostało już wspomniane, choć nic takiego mu się nie przydarzyło, i tak nie wracał bez żadnych znaków. Norma, miał jeszcze parę takich zadrapań, mniej lub bardziej dokuczliwych, ale jednak ograniczających się jedynie do nieprzyjemnego poczucia, nic groźnego. Gdyby faktycznie coś mu było, skorzystałby z okazji posiadania w domu lekarki, nawet na urlopie. Uśmiechnął się lekko, zerkając przez ramię. – Wystarczyło popro… - Urwał w połowie zdania gdy kobieta osunęła się na jego plecy. Normalnie zareagowałby żartobliwie, jednak teraz, pamiętając o jej nawracających od czasu do czasu zawrotach głowy, nie było mu do śmiechu. Nim w ogóle zastanowił się co i jak, już jego dłonie znalazły się pod kolanami kobiety i ostrożnie podsadził ją nieco, by oparła się na kanapie. Sam w pośpiechu wstał, nachylając się nad panną Holmes. Włosy miała rozwiane, więc odgarnął niecierpliwym ruchem ciemne kosmyki z twarzy, ujmując prawą dłonią ją pod brodą i unosząc twarz kobiety w swoim kierunku. Przesunął kciukiem po zaróżowionym policzku Katherine. – Wszystko w porządku? – spytał cicho, wpatrując się w ciemne tęczówki, nachylony nad nią wystarczająco by poczuć ciepły oddech na swojej twarzy. Dziwne, nie wydawało mu się by spojrzenie straciło ostrość.
Musiał działać szybko jeżeli chciał przeżyć poza Obozem dłużej niż do pierwszego zombie. Kolejne zapuszczania się do opustoszałego San Francisco, w którym nie znajdowali zbyt często żywej duszy do sprowadzenia na wyspę, wyrobiły w nim nawyk działa instynktownego. Odepchnięcia od siebie długich analiz, zastępując dopuszczeniem do głosu odruchów obronnych. Tak było i w tym przypadku, gdy nawet nie zdążył pomyśleć o tym, iż przecież nic takiego nie musiało się wydarzyć i może powinien dać jej szansę do samodzielnego wspięcia się ponownie na kanapę. Było już za późno, gdy zorientował się, że niekoniecznie potrzebowała jego pomocy. Nie tylko jednak kobieta odczuwała podenerwowanie. Te trzy sekundy nim otrzymał odpowiedź ciągnęły się w nieskończoność, podsuwając mu kolejne możliwości. Odetchnął głośno, na chwilę pozwalając by jasna łepetyna nieznacznie opadła w dół, by ponownie parę szybkich uderzeń serca później odnaleźć jej spojrzenie.
OdpowiedzUsuń- Nie strasz mnie tak – powiedział nadal przyciszonym nieco głosem, w którym jednak słychać było ulgę. Uśmiechnął się szerzej, wpatrując w ciemne oczy panny Holmes, o dziwo nie reagującej na niego równie alergicznie co zazwyczaj. Teraz, gdy emocje nieco opadły, zostały zastąpione przez inne. Wcześniej nie zwrócił uwagi jak blisko niej jest i jak to intensywnie wpływa na jego organizm. Bezwiednie zawiesił wzrok na ułamek sekundy na rozchylonych nieco ustach kobiety, uświadamiając sobie, że to jest ten moment kiedy musi się wycofać jeżeli nie chce jej dać powodu do spakowania swoich manatków i wyprowadzenia się w pośpiechu jeszcze dziś wieczorem. Z pewnym ociąganiem, zupełnie jakby zdrowy rozsądek musiał walczyć z całym ciałem i podświadomą chęcią postąpienia zupełnie inaczej, oderwał powoli dłoń od jej policzka i odsunął sią na bardziej przyzwoitą odległość. Wiedział, że Katherine jest piękną kobietą, acz udawało mu się dotychczas z powodzeniem utrzymywać typowo męskie spojrzenie na nią w ryzach. Nieśpiesznie dźwignął się na nogi. – Zaraz uprzątnę te włosy. I chyba skoczę pod prysznic, przydałby się po całym dniu poza obozem. – Jego głos w zamierzeniu miał brzmieć równie swobodnie i nieskrępowanie jak zazwyczaj, ale nie bardzo mu to wychodziło, co raczej zostanie szybko wyłapane. – Mogę potem jeszcze zostać i porozmawiamy… Jeżeli chcesz. – Ostatnie słowa wypowiedziane zostały z sporą dozą ostrożności pojawiającej się nie bez powodu. Zdobył się już i tak na spory gest jakim było odsunięcie się od Kitty, ale nie starczyło na grzeczne pożegnanie się i życzenie dobrej nocy, nawet jeżeli byłoby to wskazane.
Nagle poczuł, że powinien bardzo szybko stąd zniknąć jeżeli nie zamierza ulec niecnym podszeptom podświadomości, podpowiadającym, że wcale nie musi zachowywać się tak ostrożnie. W pośpiechu zgarnął wszystkie pozostałości po strzyżeniu, zgarnął nożyczki i pamiętał odnieść grzebień na miejsce. Posłał ciemnowłosej kobiecie pogodny uśmiech nim zatrzasnęły się za nim drzwi prowadzące do łazienki. Bez zastanowienia ściągnął ciuchy i wpakował się pod prysznic. Chłodna woda obmywała jego ciało, pozwalając uspokoić się myślom. Nie powinien tak postrzegać Katherine, to prowadziło donikąd. Jedynie nadszarpnie już i tak dość kruche, dobre relacje, jakie ostatnio udało się w wielkich trudach zbudować. Ale mógł sobie to powtarzać ile tylko chciał, nawet lodowaty prysznic nie potrafił ich z niego wypłukać. Czy tego chciał czy nie, stawiany sobie dotychczas mur zachowywania się grzecznie i po koleżeńsku, runął z donośnym hukiem, niemożliwy do poskładania. No pięknie, tego jeszcze potrzebował, jakby było nie dość trudno. Uśmiechnął się gorzko, zdając sobie sprawę, że nie było opcji by mógł spośród grona młodych, wolnych kobiet trafić na bardziej nieprzychylną mu niewiastę. Oby okazało się, że szybko mu przejdzie i może odpoczynek choć trochę pomoże. Zakręcił kurek z wodą, wycierając się i wciągając na biodra spodnie. Koszulka była w opłakanym stanie. Jeżeli zmyć tą wielgachną plamę, był nawet sens zszywania rozdartego rękawa. O, i w sumie rozdarty był też dół, dotychczas nie zwrócił na to większej uwagi. Nie śpiesząc się nigdzie, puścił w zlewie lodowatą wodę, starając się sprać krwawy odcisk. Zbyt często w ten sposób załatwiał ubrania by nie przyswoić lekcji matuli, jak należy w podobnych momentach postępować. Niestety, choć wydawało mu się, że plama zblakła o parę tonów, nadal była duża, czerwona i wyraźnie wskazująca w jaki sposób powstała. Niech to szlag, lubił tą koszulkę. Umył jeszcze zęby, nie mając w planach żadnych kolejnych posiłków, po czym trzymając zmarnowany materiał w dłoni, wyszedł z łazienki, kierując się w stronę kuchni, gdzie w koszu leżały jedynie jego ścięte włosy. Bez zastanowienia wpakował tam koszulkę, wracając do salonu.
OdpowiedzUsuń- Wstawaj, księżniczko. Rozłożymy ci kanapę, byś nie musiała się kulić – rzucił wesoło. Nawet jak na tak drobną istotkę, wygodniej będzie po powiększeniu znacznie powierzchni, by nie musiała obawiać się skulnięcia w nocy na niby miękki koc, ale jednak nie tak przyjemny jak posłanie. Sam w tym czasie gdy panna Holmes miała wyplątywać się z koca, podszedł do sterty wyprasowanych, pachnących jeszcze świeżym powietrzem po wywieszeniu na dworze, koszulek, sięgnął po jedną, wciągając ją przez głowę. Czuł się o wiele lepiej niż przed prysznicem i nie potrzebował natychmiastowego udania się do łóżka. Nie było jeszcze dwudziestej trzeciej, za oknem dopiero co zrobiło się ciemno. Chciał jeszcze skorzystać z okazji by poznać lepiej swoją tymczasową współlokatorkę. Pościel wepchnięta została jak zwykle w schowek w kanapie z którego trzeba ją było jeszcze wyciągnąć.
Nie uważał by samotność była jedynym rozwiązaniem. Jeżeli nie można było go nazwać zwierzęciem stadnym, to z całą pewnością lubiącym mieć przy sobie choć jedną bliską osobę, z którą mógłby dzielić choć w pewnym stopniu życie. Mimo to nie szukał na siłę partnerki w Obozie, wiedząc, że to zdecydowanie nie jest zbyt dobry czas na amory, nawet jeżeli samotne wieczory doskwierały i starał się za wszelką cenę znaleźć sobie jakieś zajęcie wtedy, by nie musieć oswajać się z myślą, że tak naprawdę został całkiem sam. Nigdy nie było ich zbyt wielu w domu, ale zwłaszcza odkąd z czwórki zrobiła się trójka, jakoś to wszystko przycichło bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Podczas apokalipsy się wszystko tylko posypało. Brat naprędce zmierzający do Waszyngtonu, goniąc za miłością swego życia. Ostatni raz go widział gdy wybiegał z mieszkania, obiecując się odezwać. Od roku cisza w eterze. Być może tam też był jakiś Obóz, miejsce dające schronienie przetrwałym. Ale to tylko jeden wielki znak zapytania. Nie pojawiał się w przypadku matki. Zdążył ją pochować, pożegnać, ale na żałobę nie starczyło już czasu. Teraz zostawał tutaj, otoczony właściwie czwórką najbliższych ludzi i, choć jeszcze tego nie wiedział, czekała go kolejna strata, na którą powinien być częściowo przygotowany, a przecież nie był. Może panna Holmes miała sporo racji. Kobiety czekające na zwiadowców, zapędzających się wprost w łapska zombie nie miały lekkiego życia, bowiem przewijała się w nim ciągła niepewność. Widział ją patrząc jak Hannah rzuca się co rusz Peterowi na szyję ilekroć wracali do Obozu. I choć rozumiał, egoistycznie chciałby czegoś podobnego, nawet jeżeli starał się tą irracjonalną myśl zepchnąć na bok. Zwłaszcza, że sprawy jeszcze bardziej się pokomplikowały. Jeżeli miał takową możliwość wcześniej, ten wieczór zniweczył ją całkowicie, brutalnie obdzierając z złudzeń.
OdpowiedzUsuńNie zdziwił się właściwie, że Katherine zamierzała umknąć do sypialni. Podejrzane by było gdyby zdecydowała się z własnej woli zostać, skoro to zawsze on był stroną inicjującą jakiekolwiek kontakty nie opierające się na wdzięcznej roli pacjent-lekarz.
- Jednak idziesz? – spytał, a uśmiech na jego ustach odrobinę zamarł. I nici z miłej pogawędki przed snem. Nie był zbyt dobry w zatajaniu emocji, dlatego nagłe oklapnięcie, zupełnie jak u szczeniaka, któremu zabrano ulubioną zabawkę i kazano iść do kąta, widoczne było od razu. – I bez przesady z dwoma metrami… To ty jesteś malutka – odparł, sięgając po poduszki by rzucić je na rozłożoną kanapę.
Nie potrafił jej zrozumieć. Nie tylko teraz, ale w ogóle, choć gdy stała w salonie wpatrując się w niego przez kilkanaście długich sekund gdy spodziewał się jej szybciutkiego zatrzaśnięcia się w sypialni, znów odniósł wrażenie, że zupełnie nie potrafi przewidzieć, jak kobieta zareaguje. Bez okazywania specjalnej satysfakcji czy zadowolenia, raczej z obliczem na którym przede wszystkim malowało się zaskoczenie, powoli podszedł do kanapy, siadając po drugiej stronie posłania. Miał ogromną ochotę zająć miejsce tuż obok niej, zwłaszcza widząc nieodgadniony wyraz twarzy, który kojarzył mu się raczej z smutkiem niż wesołością. Pannę Holmes łatwo było jednak spłoszyć bliskością, a nie chciał by uciekła w popłochu, tylko wręcz przeciwnie – w końcu poczuła się odrobinę swobodniej. Zrzucił z nóg buty, siadając tak, by oparcie było tuż za jego plecami, a nogi swobodnie spływały wzdłuż rozłożonej kanapy. Zastanowił się nad jej pytaniem, nie odpowiadając od razu.
OdpowiedzUsuń- Cicho. – To była jego pierwsza myśl. Niegdyś miasto tętniło życiem, hałasem i odgłosami śpieszących się dokądś ludzi. Teraz to zniknęło, wszystko jakby zamilkło. – Przerażająco cicho, dokoła słyszysz tylko charczenie zombie. Rozmawiając głos się niesie i ma się wrażenie, że tylko je zwołujesz… - Wiedział, że nie do końca o to pytała, choć ten aspekt wydawał mu się najbardziej przerażający w opustoszałym mieście. Po którymś wyjściu przyłapał się na dziwnych podszeptach, że może było tak zawsze, w końcu jak mogło zniknąć całe to życie w przeciągu tak krótkiego odcinka czasu? – Nie wiem czy się kończy. Wydaje mi się… że się zatrzymało - odparł, marszcząc lekko jasne brwi. Wpatrzony był w jeden punkt na ścianie, nie wyróżniający się niczym konkretnym oprócz tego, że w chwili obecnej pozwalał mu się skupić i zebrać myśli. – Jest ich mniej niż na początku, ale wciąż cholernie dużo. Nie wiem czy to dzięki ich malejącej ilości, czy to my nauczyliśmy się tam poruszać. Nadal jednak nie potrafię sobie wyobrazić samotnej nocy tam. Przeżycie graniczy z cudem jeżeli nie masz dobrego schronienia, a o to niełatwo. – Przerwał na chwilę, a jego myśli na moment odbiegły w stronę Warrena. Tanatonauta znał pewne sztuczki, był nieźle wyszkolony i miał instynkt przetrwania w tamtym terenie. Mógł dać sobie radę, ale nie był pewny żadnej odpowiedzi. – Planujemy pojechać dalej. Opuścić San Francisco, zobaczyć jak sytuacja wygląda poza miastem. Może lepiej, skoro nie było tylu ludzi. Na razie wszyscy czekają, przygotowują się. Nie jesteśmy jeszcze gotowi, to wyprawa na co najmniej tydzień lub dwa – dodał. Wiązali z tym wyjazdem spore nadzieje i nie nadszedł jeszcze dobry czas. Oparł głowę o oparcie kanapy, przymykając na kilka sekund oczy. Gdy je otworzył, skierował spojrzenie w stronę Kitty.
- Katherine, czy ty się obawiasz, że mogę zrobić ci krzywdę? – Nie wiedział dlaczego to pytanie akurat teraz wypłynęło z jego ust.
- Nawet o tym nie myśl. – Uprzedził jej pytanie, ledwo dostrzegł iskierkę zainteresowania w ciemnych oczach panny Holmes i delikatne drgnięcie na wieść o długiej wyprawie nie tylko poza Obóz, ale także San Francisco. Potrzebowali w swoim składzie medyka, a jakże. Ktoś musiał składać ich i utrzymywać w formie przy lżejszych urazach, jakie się na pewno napatoczą. Ale nie chciał choćby słyszeć o zgłaszaniu jej kandydatury. Już dość miał kłopotów na głowie. Wyprawa zapowiadała się na szczególnie wymagającą i niebezpieczną. A coś mu podpowiadało, że gdyby i ciemnowłosa kobieta dołączyła do grupy, mógłby gdzieś w tym wszystkim zacząć bardziej uważać na jej śliczną główkę, niż na swoją. Zresztą, jeszcze daleka droga do tego wyjścia. Nie byli gotowi. Musieli opracować dobry plan, zebrać broń i sprawdzoną grupę ludzi. Szeptano o wyprawach do magazynów na obrzeżach miasta, gdzie miało tłoczyć się mniej ludzi. Ktoś proponował zaopatrzenie się w większe wozy by móc dowozić wszystkie potrzebne rzeczy bez gorączkowego liczenia miejsca. Chcieli jednak przede wszystkim przekonać się czy gdzieś poza kształtuje się jakaś osada.
OdpowiedzUsuń- Czasem nie wiem czy to strach, irytacja czy zwykła ostrożność – przyznał, wyjaśniając skąd takie, a nie inne pytanie. Wtedy, oglądając film, zupełnie zgłupiał, nie wiedząc dlaczego zareagowała tak gwałtownie, jakby miał co najmniej niecne plany wobec niej, a przecież pozostawał szczerze zainteresowany filmem. Najwyraźniej jednak przypadkowy dotyk podziałał na nią jak płachta na byka, a on wolał się obecnie nie zastanawiać jak bardzo miała ochotę mu ukręcić jasną łepetynę gdy tylko pomagał jej z niektórymi czynnościami.
- Tak jak chociażby teraz – zaśmiał się, omiatając spojrzeniem jej wyprostowaną, sztywną sylwetkę okutą w ciepły koc, siedzącą na skraju kanapy, tak daleko od niego jak tylko było to możliwe. Odkąd usłyszał swoją odpowiedź, powrócił swobodny, nieskrępowany wątpliwościami ton i znów mógł się poczuć w pełni swobodnie w towarzystwie kobiety, znając jej zdanie. – Siedzisz jakbyś połknęła kij od miotły, obawiając się, że zaraz cię ugryzę. – Mrugnął porozumiewawczo, zakładając splecione dłonie za głową. Przymknął na chwilę oczy, oddychając głęboko. Sam rozwalił się wygodnie na połowie łóżka, wyciągając wszystkie kończyny by było mu jak najprzyjemniej. W przeciwieństwie do panny Holmes, nie krępował się ani jej obecnością, ani nawet gdyby znalazła się znacznie bliżej niż dotychczas.
Nie wyobrażał sobie, że może się nie znaleźć w grupie opuszczającej Obóz na te kilkanaście dni. Uwielbiał do niego wracać, to jasne. Cały, niekoniecznie prezentujący się równie bezkrwawo jak w momencie wychodzenia, wiedział, że jest gdzieś miejsce bezpieczne. Ale podobnie jak Katherine, nie mógłby odpuścić sobie wychodzenia poza mury. Nienawidził poczucia stagnacji, a na samą myśl o możliwości przedzierania się przez opanowany apokalipsą zombie kraj… czuł dziwną, bardzo niewłaściwą ekscytację, która jakby została pominięta przez zdrowy rozsądek i instynkt przetrwania.
OdpowiedzUsuń- Wygrałaś, Kitty – westchnął, czując jak ogarnia go zmęczenie. Nie miał nawet siły zsunąć się niżej na łóżko, by głowa spoczęła na poduszce. Nadal siedział, z zamkniętymi oczami, miarowo oddychając. Jeszcze chwilę temu chciał porozmawiać, choćby o bzdurach. Tak po prostu, by było między nimi normalnie. Jeżeli nie jak wśród przyjaciół, to chociaż znajomych. Bo przecież tym chyba byli…? Nie wiedział jak inaczej określić tą przedziwną relację. Kolejny raz dawała mu do zrozumienia, że nie życzyła sobie wykraczania poza zwykłe uprzejmości i traktowanie na płaszczyźnie lekarz-pacjent. Powoli uchylił powieki, obracając jasną łepetynę w jej stronę. Przez parę sekund wpatrywał się w nią bezbarwnym, przygaszonym spojrzeniem. – Mam dość. – Po całym dniu mordowania się z zombie ostatnie na co miał ochotę to walka z nią o odrobinę niewymuszonych chwil. Wydawało mu się, że wydarzenia sprzed jego pójścia pod prysznic były szalenie odległe, a wręcz nierealne. Zupełnie jakby sobie je wyimaginował dzięki uprzejmości wymęczonego umysłu. – Nie wiem co w ogóle sobie wyobrażałem licząc na zwykłą rozmowę. – Uśmiech jaki zagościł na jego ustach był mizerny, ale wyraźnie gorzki. Nie był przyzwyczajony do tego, że ktoś z takim uporem nadal nie może się do niego przekonać. Pewnie każdego innego dnia nie zareagowałby w ten sposób, nie zważając na zgryźliwości panny Holmes, ale dziś zadał sobie po prostu pytanie ile jeszcze będzie oskarżać go o pakowanie się z buciorami do jego życia, zupełnie jakby podstępem chciał wyciągnąć z niej informacje. Zamrugał, ponownie odnajdując spojrzeniem jej ciemne tęczówki. – Spokojnie, nie będę cię tu dłużej na siłę zatrzymywał – dodał cicho, przesuwając po chwili po twarzy dłonią. Nic z tego. Ani trochę energii więcej. Prawdę mówiąc nawet nie brał pod uwagę, że Katherine mogłaby go zaskoczyć, reagując inaczej niż skorzystaniem z otwartej furtki jaką jej właśnie oferował.
Wystarczyło parę dni by wszystko wróciło do normalnego rytmu, a przynajmniej tego, który za takowy uważał, w niepamięć spychając niemożliwe do zniesienia na spokojnie miesiące bezczynnej, wymuszonej stagnacji. Niespełna tydzień po wydarzeniach pamiętnej nocy, jego mieszkanie znów opustoszało, gdy tymczasowa lokatorka poczuła się na tyle dobrze by wrócić do swojego mieszkania. Odzyskał własną sypialnię i możliwość nieskrępowanego rzucania ciuchów gdziekolwiek popadnie, ale mógł już zapomnieć o domowym jedzeniu, ponownie skazany na goszczenie się w tutejszej stołówce jak to miało miejsce zazwyczaj. I znów rutyna, niczym nie zmącona. Pomijając inicjatywę Rady Obozu, która ostatnimi czasy zwróciła większą uwagę na komfort i integrację mieszkańców, skoro zapewnienie bezpieczeństwa i wszelakich podstawowych potrzeb zostawało wykonywane perfekcyjnie. Zresztą od paru tygodni na Wyspie Skarbów dało się wyczuć swego rodzaju rozluźnienie. Czy to kwestia pięknej pogody, czy też stopniowego odpychania od siebie wspomnień szalejących po San Francisco zombie, Joshowi coraz częściej wydawało się, że ludzie odetchnęli w pewnym stopniu. Zdecydowana większość mieszkańców przybyła jeszcze przed zimą i tylko pojedyncze osoby, czynnie działające wśród zaopatrzeniowców bądź zwiadowców, miały okazję opuszczać Obóz. Ci byli bardziej stonowani, mając w głowach żywsze obrazy krwiożerczych Szwędaczy. Aczkolwiek on sam, mimo wznowienia kontaktu z brutalną rzeczywistością, był pierwszym wyrywnym do optymistycznego spoglądania w przyszłość. Rada najwyraźniej podzielała to zdanie, bowiem podczas jednego z posiłków buchnęła wiadomość o organizowanym ognisku w tym tygodniu w ramach małej zamiany z kolacją. Szeroki pas wody zapewniał aż nadto dobre zabezpieczenie, by nie obawiać się zainteresowania sporych rozmiarów ogniem kręcących się po mieście zombie. Zwieziono ogromną ilość porąbanego na mniejsze kawałki drewna, które zapłonęło ogromnym płomieniem w okolicach godziny dziewiętnastej. Wraz z stopniowym zachodzeniem słońca, przybywało coraz więcej osób, czy to tylko liczących na ciepły posiłek, czy też na dobrą zabawę o jakiej śmiało mówiono. Pomiędzy ustawionymi przy ognisku ławach na których siedziała część zebranych, przebiegały dzieci, umknąwszy swym opiekunkom i bawiące się w najlepsze. Josh nie zamierzał tego wieczoru spędzać samotnie na obserwowaniu zebranych, których ostatnio przybyło. Podczas jednego ze zwiadów natknęli się na sześcioosobową grupę ocalałych, naturalnie przywiezionych do Obozu. Obecnie przeszli już kwarantannę i mogli dołączyć do małej społeczności, zadamawiając się w udostępnionych im mieszkaniach. Widział jak jeden z nowych, dobiegający chyba już pięćdziesiątki, wyjątkowo oklęty technik srogim wzrokiem spogląda na swoją nastoletnią córkę, karcąc dobitnie i słowami i spojrzeniem jej krótką spódniczkę odsłaniającą zgrabne nogi. Po drugiej stronie cenny nabytek zespołu lekarskiego – śmieszny dentysta przed czterdziestką, starał się chyba zaimponować swojej nowej koleżance z pracy, wyglądającej na wyjątkowo znudzoną. Przypomniał sobie o pannie Holmes, która jeżeli nie zamierzała pójść spać głodna, musiała pokazać się choć na chwilę tutaj, ale nie dostrzegał jej w tłumie.
OdpowiedzUsuńNim zdążył zastanowić się czy to praca zatrzymała ją czy niechęć do podobnych spędów, został zaraz porwany przez Hannah, od jakiegoś czasu usilnie starającą się bawić w swatkę. Kolejne wykręty niewiele dawały, aczkolwiek nie mógł narzekać, bowiem na razie ograniczała się jedynie do snucia ambitnych planów. I dobrze, że w swej typowo męskiej pracy trudno jej było znaleźć potencjalną ofiarę do maltretowania w podobny sposób. Słuchając wywodu i rzucając mordercze spojrzenia w stronę zdecydowanie za bardzo wesołego Petera, którego gęba aż śmiała się na widok udręczonej miny Josha, z ulgą przywitał pierwsze dźwięki rozlegającej się nieopodal muzyki. Posłał zadowolony uśmieszek w stronę skamieniałego z przerażenia przyjaciela, który w tej właśnie chwili bez możliwości wyduszenia z siebie jakiegokolwiek głosu sprzeciwu, zaciągany był na bardzo prowizoryczny parkiet, na którym pojawiło się już paru odważnych. Chwilę temu minęła dwudziesta druga i ściemniało się coraz bardziej, a ognisko wreszcie otrzymywało wskazany, właściwy mu klimat. Odwracając spojrzenie od próbującego zatuszować swoje dwie lewe nogi kolegi, powiódł wzrokiem dookoła, bardziej bezwiednie niż szukając sobie towarzystwa. Bystre jasne ślepia jednak od razu wyłapały w tłumie zebranych znajomą sylwetkę ciemnowłosej pani doktor, w której ujrzenie tego wieczora już zwątpił.
UsuńWraz z kolejnymi godzinami upływającymi na dobrej zabawie, towarzystwo rozluźniało się coraz bardziej. Wystarczyło kilka piw, odrobina muzyki choć raz nie obawiając się o hałas, który niosąc się po wodzie przebudzi do intensywniejszego żeru zombie (nic tylko się cieszyć przy najbliższym zwiadzie), a powoli znikała niepewność ostatnich przeciwników podobnych imprez. Należał im się jednak odpoczynek. Już parę ładnych miesięcy zmagali się z apokalipsą i choć co niektórym udawało się całkiem nieźle imitować dawne życie, zawiązując bliskie relacje i pozwalając by ich nowa rzeczywistość okazała się nie aż tak straszna na Wyspie Szczęścia, to jednak nadal pozostawało pewne fatum. I ono chyba nigdy nie zniknie. Nawet jeżeli uda się wybić wszystkie Szwędacze, nawet jeśli odbudują miasta i naród znów stanie na nogi. Nie w tym pokoleniu i najprawdopodobniej jeszcze nie w następnym. Zawsze pozostanie wspomnienie straty i poczucia beznadziei wobec śmierci, tak nagle i licznie dotykającej ludzki gatunek.
OdpowiedzUsuńZastanawianie się czy podejść do panny Holmes było więcej niż zbyteczne, bowiem niezależnie do jakiego wniosku by ostatecznie nie doszedł, chyba sama kobieta straciła już nadzieję, że uwolni się od jasnowłosego zwiadowcy, który trochę nie wiedząc dlaczego tak bardzo upodobał sobie jej towarzystwo. Został jednak uprzedzony… W pierwszej chwili, na widok nowego nabytku personelu medycznego poczuł rozbawienie. O ile mógł uwierzyć, że Katherine ze względu na dzielenie miejsca pracy mogła być względnie niezbyt jadowita, tak widząc z daleka wesolutki stan… Podejrzewał kłopoty. I jakieś było jego zdziwienie, gdy nie tylko nie został zmrożony spojrzeniem zmuszającym do odmanewrowania. Zmarszczył lekko jasne brwi, przyglądając się jak panna Holmes odbiera z dłoni nieznajomego piwo. I może to jakiś bardzo niedobry głosik w jego głowie właśnie podszeptywał, że ani trochę mu się to nie podoba. Dlatego też, naturalnie z bezinteresownej troski o zdrowie psychiczne kobiety, w czym wcale a wcale nie było urażonej męskiej dumy na widok lepszego traktowania tego przybłędy, już zaledwie po chwili był tuż obok, być może nieco się wpraszając. Kolejne normalne zachowanie w przypadku akurat tego typa.
- Katherine Holmes z piwem na zabawie obozowej. Świat zaiste się kończy. – Wyszczerzył jasne ząbki w stronę kobiety, posyłając spojrzenie mężczyźnie, które względnie można było uznać za neutralne, acz z nutką raczej niewidywanego w wydaniu Josha chłodu. I pomyśleć, że on sam na zwiadach się przyczynił do sprowadzenia go tutaj, gdy wpadli na tą malutką grupę na obrzeżach San Francisco, po opuszczeniu rodzinnego miasteczka. – Pani doktor, jeszcze chwila a uwierzę, że potrafisz się bawić – dodał, jednak zdążyła chyba poznać już poczucie humoru jasnowłosego zwiadowcy na tyle, by wiedzieć, że jedynie się z nią droczy, badając humor ciemnowłosej kobiety i nie zareagować oburzeniem na dzień dobry. Prawda?
Im bliżej był, tym większą zwracał uwagę na non stop otwierające się usta Stana, paplającego niemal bez przerwy. Tym chętniej skorzystał z okazji zagadania do kobiety, zmuszając tym samym tamtego, do zamilknięcia na chwilę. Posłał jej pogodny, ani trochę nie obrażony uśmiech i zasalutował poprzez krótkie przyłożenie palców dłoni do czoła, meldując czuwanie na posterunku.
OdpowiedzUsuń- Kitty, ktoś ci powinien powiedzieć, że nie powinno się przyjmować napojów od nieznajomych – pokręcił z dezaprobatą głową, spoglądając na pustą butelkę w jej dłoni. I co z tego, że mając w głowie ich pierwsze spotkanie tak naprawdę… Och, nieważne. On to on, a dziwny doktorek to zupełnie inna para kaloszy. Zwrócił na niego łaskawie jasne spojrzenie, a jasna brew wędrowała coraz to wyżej kiedy słyszał jak mężczyzna dokańcza przedstawianie przez pannę Holmes. Z jednej strony chciałby popatrzeć jak męczy się z tym indywiduum, a z drugiej… Nie no, nikt nie zasługiwał na brutalne morderstwo z zimną krwią za parę głupich odzywek. Inaczej sam by był trupem za te wszystkie sytuacje w przeszłości. Skrzywił się tylko gdy kuksaniec wylądował na jego ramieniu, a słowa dotarły do świadomości. Sam miał ochotę typowi wbić do łba, że nie, jeżdżenie na rowerze i strzelanie do umarlaków wcale nie były do siebie ani trochę podobne. Opanował jednak wściekłość powoli pojawiającą się coraz wyraźniej. Nie znosił gdy ktoś bagatelizował ich zadanie za murami. Zabicie czegoś co wygląda mniej lub bardziej jak człowiek, mając świadomość czym kiedyś było, nie było łatwe i pozostawiało ślad. Poradził sobie, ale nie bez problemów i wielokrotnego powtarzania sobie, że to nie są już ludzie. I jest my albo oni. Wypuścił powietrze nosem, odliczając do dziesięciu. Starał się nie wpatrywać w uśmiechniętą mordkę dentysty jeżeli w najbliższych dniach ten nie miał biadolić nad ubytkiem własnych, najpewniej jedynek i dwójek.
- Chętnie bym jeszcze porozmawiał o zabijaniu umarlaków, ale Katherine mi obiecała mi taniec i skorzystam z okazji do wyegzekwowania tego. Potem może nie być okazji – wydusił z siebie średnio miłym tonem, zresztą wypowiadając te słowa niemal przez zaciśnięte zęby. Miał tylko nadzieję, że na obliczu ciemnowłosej kobiety nie odmaluje się zbyt wielkie zdziwienie, które ten mógłby zauważyć. Albo co gorsza, zacznie protestować. Dlatego też czym prędzej złapał jej lewą dłoń, idąc w kierunku znajdującego się nieopodal prowizorycznego parkietu, na którym bawiło się całkiem sporo osób.
- Spokojnie, tylko chcę by znalazł sobie nową ofiarę – rzucił, obróciwszy się przez ramię. Nie zamierzał zatrzymywać jej na parkiecie do końca wieczoru, a jedynie przez chwilkę, gdy będzie czysta okolica i żadnego ześwirowanego dentysty w okolicy. Inna sprawa, że jakoś tak przyjemniej gdy okazało się, że był to kompletny wariat i nie spławiła go z zupełnie innych pobudek niż mógłby niezbyt rozsądnie założyć…
Kropelka krwi spłynęła po jego nadgarstku gdy jeden z paznokci kobiety wbił się odrobinę za głęboko, a może akurat tak jak sobie zaplanowała. Skoro już i tak naraził się Kitty, mógł równie dobrze to pociągnąć dalej, bo co więcej miał do stracenia? Raczej w tłumie masakrować go nie będzie, prawda? Choć gdy dotarli i rozbrzmiała spokojniejsza muzyka, nie był wcale taki pewny czy zaraz nie skończy jako mokra plama. Raz się żyje, prawda? Dlatego też po chwili zamiast uciekać gdzie pieprz rośnie (i przeciw tak rozwścieczonej Katherine nie byłoby to nic haniebnego, raczej zgodnego z zdrowym rozsądkiem większości ludzi na wyspie), znalazła się w jego ramionach, nie tak całkiem bez szansy ucieczki, ale miał chwilkę na wytłumaczenie się.
OdpowiedzUsuń- Dlaczego choć raz nie możesz mi zaufać, że to, co planuję, nie jest przeciwko tobie? – westchnął, kierując spojrzenie w dół, wprost na niezbyt zadowolone oblicze ciemnowłosej pani doktor. Nie spodziewał się fajerwerków, to prawda. Ale też nadal zdarzało jej się reagować tak bardzo anty, że notorycznie gubił się w ich relacji, która potrafiła skakać od całkiem dobrej, do katastrofalnie złej. Nie zamierzał jej tu trzymać na siłę, a uścisk dłoni zelżał, a drugiej, spoczywająca na jej talii, daleko było od natarczywości. – Już sobie zaczął szukać towarzystwa – mruknął, zerknąwszy nad ciemną czupryną swojej towarzyszki. Doktorek odprowadził ich wzrokiem aż do samego parkietu i dopiero gdy tam dotarli, jego spojrzenie powędrowało za nową ofiarą, nieostrożnie napataczającą się gdzieś w pobliże. Josh wątpił by trwało to długo, tak więc Katherine wcale nie była skazana nawet na jeden pełen taniec. – Obiecuję, ledwo się ulotni, jesteś wolna. Też nie chciałem z nim rozmawiać. – W ostatnich słowach Josha pojawiła się pewna nerwowość, a ciało automatycznie spięło się na sekundę lub dwie, wspominając słowa nieroztropnego stomatologa. Nie tyle nie chciał, co dobrze wiedział, że wysłuchiwanie podobnych bzdur znów zakończy się nieprzyjemną sytuacją. Panna Holmes i Josh uderzający jej rozmówcę. Tylko zaraz… Czy oni tego już nie przerabiali…? Kilka miesięcy temu, na stołówce? Mieliby zapewnioną widownię i plotki po. Nie pragnął tego, nie tylko ze względu na pannę Holmes i jej pragnienie trzymania się z dala od wszelakich obozowych afer. Ulotnienie się było jedyną opcją by zapanować nad nerwami. Ktoś kto nie musiał kilkanaście razy w miesiącu sięgać po broń tego nie zrozumie, ale dla niego to bagatelizowanie zajęcia było zarówno bolesne, jak i krzywdzące.
Nie było co się oszukiwać, że uda im się wrócić jeszcze do normalnego życia sprzed apokalipsy. Ale czy potępiał próby zbudowania sobie nowego tutaj? Absolutnie nie. Zwłaszcza, że wyspa wydawała się być wyjątkowo bezpiecznym miejscem, istną oazą dla ocalałych. Zgromadzone zapasy jedzenia spoczywały bezpiecznie w spiżarniach, zajmując już nie jedno, ale nawet dwa duże pomieszczenia. Nie brakowało im pitnej wody, wykorzystywali energię naturalną, zamontowaną na wyspie jeszcze przed ich pojawieniem się tutaj. Nawet na brak broni nie można było narzekać, bo od co najmniej trzech miesięcy sztuk mieli więcej niż sporo. Dlaczego więc przewidywać rychły upadek i koniec…?
OdpowiedzUsuń— Nie chodzi tylko o niego — odparł, powoli rozluźniając się. Tak naprawdę Stan podpadł mu tylko i wyłącznie tym, że powtórzył słowa, padające także wewnątrz Obozu, choć z znacznie mniejszą otwartością, zwłaszcza w ich towarzystwie. — Nie jest pierwszym, który sugeruje, że wychodzenie do miasta to dla nas zabawa. — Tutaj, za murami, po blisko rokiem bezpieczeństwa, wiele osób wypierało z pamięci wspomnienie zombie niszczących wszystko co dla nich ważne i bliskie. Teraz, gdy te wydarzenia przybladły, ci którzy nie wyściubili nosa z bezpiecznego terenu, nawiązywali do gier komputerowych, zastanawiając się coraz częściej na głos, czy dla zwiadowców i zaopatrzeniowców, weszło to w nawyk.
— No, ale nieważne. Pomyślałby kto, że…? — powtórzył, unosząc lekko jasną brew. Mogli swobodnie rozmawiać przyciszonymi głosami, nie przebijając się ponad dźwięki spokojnej muzyki. Pary w ich otoczeniu zdawały się nie zwracać większej uwagi na akurat tą dwójkę, choć Josh idąc kątem oka dostrzegł swoich przyjaciół, skupionych tylko na sobie. Już miał coś powiedzieć, że nie urywa się w takim momencie i jeżeli nie dokończy, to nie wypuści jej tak szybko, gdy nagle zrobiło się jakoś tak zbyt tłoczno. Wszystko za sprawą lekko podpitych dwóch mechaników, skracających sobie drogę akurat przez sam środek parkietu. A że alkohol zrobił swoje i trudno było iść prosto, co rusz kogoś potrącali, nie kłopocząc nawet przepraszaniem. Przyciągnął bliżej Katherine, obracając nieco tak, by to on był od strony mężczyzn, z których oczywiście jeden uderzył go barkiem, nawet nie zatrzymując się. — Coś mi się wydaje, że biedacy w ambulatorium mogą dziś nie mieć spokojnej noce — mruknął z rozbawieniem, obserwując jak jeden z nich traci równowagę i z wielkim trudem nie upada z hukiem na ziemię. — Jesteś po całym dniu dyżuru? — spytał. Ostatnio mógł się pochwalić wcale nie tak częstymi wizytami w prowizorycznym szpitalu, tak więc nie wiedział czy panna Holmes miała już za sobą dyżur, czy też to jej przyjdzie jej się użerać z podpitymi osobnikami, zranionymi z powodu własnej głupoty czy też nieroztropności.
Czy Rada wzięła pod uwagę możliwość konsekwencji upicia połowy Obozu? Najprawdopodobniej tak, bo trudno zakładać, że nie znajdą się i tacy, którzy przesadzą nieco z alkoholem. Choć nie minęła jeszcze północ już znaleźli się ci przeceniający własne siły. Niewątpliwie z czasem będzie jeszcze ciekawiej, ale nie wiedział czy miał ochotę to obserwować, albo — co gorsza — zostać zagonionym do ogarniania tego bałaganu. Zwłaszcza, że w ciągu paru sekund wydarzyło się coś, sprawiającego, że cała ta zabawa wydała się dziwnie nieważna.
OdpowiedzUsuń— Jasne, rozumiem. — Choć mogła podejrzewać Josha o zupełnie inną odpowiedź, zgodnie z obietnicą nie zamierzał zatrzymywać jej zbyt długo. Przynajmniej do momentu gdy mechanicy oddalili się, wokół nich ucichło, a on dopiero wtedy zorientować się jak bliziutko była panna Holmes. Działając instynktownie nie pomyślał jak zareaguje na tą bardzo nieprzewidzianą bliskość. Niby i tak wiedział, że… Ale to jednak nie było to samo, gdy trzymał ją w ramionach, czując zapach włosów czy odnajdując ciemne spojrzenie. Na parę sekund zapomniał o tym, że w sumie to bolał go ten lewy bark i musiał go później lekko rozmasować, a piosenka przycichła, podczas gdy przecież Stan znalazł już sobie nową ofiarę. Mógł ją wypuścić… Dopiero gdy sama o tym powiedziała, wróciło to wszystko, uświadamiając, że faktycznie nie powinien jej dłużej zatrzymywać. Uśmiechnął się lekko, pozwalając by wyplątała się z jego objęć.
— Zawsze do usług. — Uśmiechnął się lekko, nie mając absolutnie nic przeciwko podobnej roli. I choć pewnie cichutki głos rozsądku, stłumiony przez wszystkie inne złe podszepty, miał rację, to jednak nie posłuchał go jak zwykle w towarzystwie panny Holmes. Dlatego zamiast grzecznie się wycofać, przecisnął się w tłumie, właściwie torując jej drogę. Obrócił się, dostrzegając, że zgodnie z jego podejrzeniem, podąża w tym kierunku co on, korzystając z przejścia między uskakującymi uprzednio przed nim parami. Zatrzymał się, czekając aż Katherine zrówna się z nim. — I tak nie mam tu co robić, a skoro jesteś jedyną damą w opresji, którą tak lubię ratować, równie dobrze mogę nie przerywać sobie w połowie — rzucił, wciskając dłonie do kieszeni, gdy złapał się na pomyśle zaoferowania kobiecie ramienia, co z całą pewnością skończyłoby się jedynie jej jakże wymownym, oburzonym prychnięciem. — Pijani mechanicy mogą być wszędzie, a to po drodze. — Wyszczerzył zęby w pogodnym uśmiechu. W planach nie było żadnego naciągania jej na żadne głupie pomysły, tak więc Kitty mogła być spokojna. Przynajmniej w teorii…
— Tak, wiem, że jesteś już dużą dziewczynką i na pewno potrafisz uderzyć — zgodził się, obdarzając jednak pannę Holmes na tyle pogodnym spojrzeniem, by mogła się w nim doszukać właściwego przekazu; nikt nie twierdził, iż sobie nie poradzi, choć przecenianie własnych umiejętności też nie było dobre, a nie zawsze przeciwnik zlekceważy jej posturę i płeć. — I nie, nie musisz mi tego demonstrować — zaznaczył od razu, domyślając się, że jeżeli za bardzo ją wkurzy swoimi uwagami, tak właśnie mogłoby to się skończyć. A miał szczerą nadzieję, że choć raz uda im się porozmawiać tak po prostu. Bez żadnych dramatów i obrażania się o byle głupstwo. Chyba po takim czasie znajomości wypadałoby się nauczyć ze sobą postępować by nie wkurzać tej drugiej strony. To znaczy, on musiał się tego nauczyć, bo Kitty miała w tym przypadku znacznie ułatwione zadanie.
OdpowiedzUsuń— Mogłem — przytaknął. Spędził jednak na imprezie trochę więcej czasu niż Kitty i miał okazję zarówno zwinąć sobie wystarczająco dużo pieczonych kiełbasek, tak jak i zakręcić się koło piwa. Coś mu jednak podpowiadało, że paradoksalnie upicie się w towarzystwie wielu innych, nieprzewidywalnych podchmielonych ludzi nie było zbyt dobrym pomysłem, dlatego skończyło się na dwóch. — Skąd pomysł, że wolałbym jeść i pić zamiast skorzystać z okazji do spaceru i porozmawiania z tobą? — Spojrzał z ukosa na brunetkę, trącając ją lekko ramieniem. Szybko jednak wrócił na właściwy tor, nie dając jej powodu do spłoszenia z powodu jego bliskości. — I spokojnie, nie wproszę się do ciebie by przeczesać zawartość lodówki.
Właśnie w tej chwili weszli na niezamieszkałą, zupełnie wyludnioną ulicę, którą co najwyżej od czasu do czasu ktoś tylko przemykał. Ale spiski? Słyszał o tym, że byli niezadowoleni, doszukujący się błędnych decyzji Rady. Sam nie podzielał ich zdania, uważając, że wyspa prosperuje doskonale i dostali więcej, niż ktokolwiek miał prawo oczekiwać. Zwłaszcza, że dzięki wprawie i dobrej organizacji, ich mała społeczność nieustannie się powiększała, bez choćby nikłych strat. Zwiadowcy jak co miesiąc mogli świętować w tym samym gronie, nie dokładając kolejnego imienia do wspomnienia poległych. A przecież na początku i tacy byli. Zresztą, gdy wspominał tamte czasy, sam się dziwił, że udało mu się ujść z życiem skoro tyle razy był tak bliski naprawdę przykrego wypadku. Dotychczas nie przejmował się tymi plotkami, bo w końcu to są tylko… plotki. Tym bardziej nie chciał zajmować się tym teraz.
— I widzisz? Miałem rację. To miejsce przypomina ulice San Francisco — mruknął, mrużąc lekko oczy. One też były takie opustoszałe. Oczywiście do czasu.
Najtrudniej było opierać się by zajrzeć do swojego starego mieszkania, tak często będącego na wyciągnięcie ręki. Wystarczyło tylko na chwilkę lub dwie oddalić się i zajrzeć tam, zabrać pamiątki. Jak chociażby tą starą bluzę, którą tak lubił, a która tam została i już żadna inna otrzymana z przydziału nie wydawała się taka wygodna i swoja. Przy okazji pewnie zwinąłby inne drobiazgi i miałby co postawić w mieszkaniu, tak nieudekorowanym domowymi pierdółkami. Ale ilekroć łapał się na tych myślach, wybijał je sobie z głowy, przywołując do porządku. To tylko rozdrapywanie starych ran, a każda z pamiątek przypominałaby o bliskich, których już nie było. Nikogo z rodziny, nikogo z dawnych przyjaciół. Będzie ich pamiętał i wspominał, ale nie może pozwolić tym momentom z przeszłości sobą zawładnąć. Jednak gdyby go poprosiła, mógłby przynieść coś z jej mieszkania dostając tylko adres. Ale to już byłoby wchodzenie z buciorami i nawet nie zamierzał proponować podobnego rozwiązania. A lepiej by panna Holmes nie wpadała na genialne pomysły opuszczania Obozu, bo inaczej sam osobiście postara się o wbicie jej do głowy jak bardzo głupi jest to pomysł.
OdpowiedzUsuń— Nie mówię o domu. — Pokręcił głową, sunąc wzrokiem po opuszczonych, zaciemnionych budynkach. Kiedyś musieli kręcić się przy nich ludzie, nawet całkiem sporo. Wiedział, że wyspa przed apokalipsą była miejscem w którym pracowało i mieszkało trochę osób. To co teraz mieli to w pewnej części spuścizna po tamtych. Których też trzeba było wytępić, bo przecież nie wszyscy przeżyli… — Od przyjazdu do Obozu byłaś poza murami tylko raz, prawda? — spytał, ale nie czekając na odpowiedź, zaraz kontynuował: — Wychowałem się w San Francisco, to już nie jest to samo miejsce. Teraz właśnie jest takie jak ta ulica. Puste i wyludnione. Z tą różnicą, że tam większe prawdopodobieństwo, że coś wylezie niespodziewanie z najbliższego budynku. — Przy ostatnich słowach uśmiechnął się, ale uśmiech nie objął oczu, pozostając jedynie średnio przekonującym grymasem. — Chyba nigdy mi nie mówiłaś skąd pochodzisz…? — Wbił w nią pytające spojrzenie, sam nie wiedząc czy Katherine nie zignoruje jego pytania, spuszczając na swą przeszłość zasłonę milczenia. Nie mógłby tego potępić, bo mało komu mówienie o tym co było przychodziło z łatwością. Właściwie o tym kim była kiedyś nie wiedział nic poza zawodem. I choć w przypadku zdecydowanej większości obozowiczów raczej mu to nie przeszkadzało, teraz było inaczej. Z nią było inaczej. Bezpieczniej było nie zagłębiać się w powody, choć przecież uporczywy głosik wewnątrz podpowiadał, iż dobrze wie dlaczego tak się działo. A w przypadku tej konkretnej kobiety podobne myśli były więcej niż nieodpowiednie, już ona postarałaby mu się je wybić z głowy.
Pamiętał tamto wyjście. Uratowała mu skórę, na co zareagował chyba odrobinę zbyt emocjonalnie, co najwyraźniej spłoszyło pannę Holmes i zaliczyli pierwsze spięcie. To jest, takie z obu stron, bowiem jej wściekanie się na niego przecież należało niemal do porządku dziennego i nie ma co w ogóle brać tego pod uwagę. Miała jednak rację co do śmierci; ta w szponach zombie należała do najboleśniejszych i najbardziej krwawych. Nigdy nie pozwalali umrzeć w ten sposób jeżeli tylko mogli temu zapobiec. Nawet ktoś ugryziony w szyję czy tors, czyli taki już taki nie do uratowania, zasługiwał na strzał w głowę by skrócić męczarnie i oszczędzić takiego bólu. Oby jeszcze jak najdłużej nie musieli tak się zachowywać. Na razie było dobrze i oby tak pozostało. Zwłaszcza w przypadku tej dwójki, bo przecież żadne z nich nie miało najmniejszego zamiaru umierać w najbliższym czasie. Nie ważne jakie czarne scenariusze dla niego przewidywała; nie dał się zabić przez ten cały czas, nie zrobi tego i w przyszłości. Czekał cierpliwie w milczeniu aż odpowie, zastanawiając się czy w ogóle to zrobi. Pierwsze słowa wcale na to nie wskazywały, choć zaledwie po chwili został zaskoczony i to w całkiem miły sposób.
OdpowiedzUsuń— To już wiem skąd tak dobrze potrafisz posługiwać się bronią. I dla twojej wiadomości, złośnico, akcent się zaciera. Zwłaszcza, że parę lat już u nas siedzisz — odparł, nie do końca zrażony tonem Katherine. Przywykł, przynajmniej częściowo. Naturalnie nie zawsze miał siły brać poprawkę na to, że była ona troszkę inna od całej reszty ludzi, których znał i z którymi utrzymywał kontakt, ale jednak na ogół paskudny charakterek nie wystarczał do odstraszenia go. Teraz natomiast zmęczony nie był i traktował jej docinki, pojawiające się średnio w co drugiej wypowiedzi, jako coś normalnego i raczej niezbyt kłującego po oczach. Już taki urok Kitty, przynajmniej według niego, bo przecież wątpliwe by ktoś się z nim zgodził. I lepiej. — Praca czy ludzie? — Zaryzykował pytaniem co takiego trzymało ją w San Francisco, choć przecież mogła wrócić do rodzinnego Teksasu po ukończeniu studiów i tam rozwijać się dalej. Skoro była skora (jak na nią) do mówienia, należało zaspokoić swoją ciekawość. — I możesz mi powiedzieć w jakich dzielnicach bywałaś. Jestem ciekaw czy gdyby nie apokalipsa, też byś miała tego pecha na mnie trafić. — Wyszczerzył ząbki w nieco zadziornym, odrobinę też chłopięcym, uśmiechu, powoli kierując się w stronę już znacznie przyjemniejszej części drogi, przebiegającej nabrzeżem. Co prawda od otwartego morza zza którego wąskiego paska ukazywał się zarys spowitego w ciemności San Francisco, będzie wiało trochę mocniej, zapewne ku wielkiej uciesze Katherine, a niezbyt ciepła jak na ten region noc, stanie się jeszcze chłodniejsza.
Może po prostu już się przyzwyczaił do sposobu w jaki wypowiadała niektóre słowa, nie zwracając większej uwagi, choć przecież pamiętał, że jeszcze na początku zwrócił na to uwagę, zastanawiając się skąd pochodzi ciemnowłosa pani doktor. Mógł mieć tylko wtedy pewność, że nie z jego rodzimego San Francisco. Niemal zastrzygł uszami słysząc jej odpowiedź, z trudem powstrzymując się przed spojrzeniem na nią wyczekująco. Padło o pracy, padło o przyjaciołach. Żadnej najmniejszej refleksji o kimś ważnym. I choć nie powinno go to ani trochę ucieszyć, to jednak tak było. W ogóle wiedział, że nie jego sprawa i żadnego interesowania się tymi kwestiami. Ale niestety łatwiej pomyśleć niż zrobić, przez co nieświadomie znając życie zaangażuje się bardziej nie tylko niż by chciał, ale niż ona by sobie tego mogła życzyć.
OdpowiedzUsuń— Widzisz ile byś straciła? Taka znajomość by ci przeszła koło nosa… — Dobrze wiedział, że oboje woleliby nie znać się, ale mieć wokół siebie tych wszystkich bliskich, do których tak tęskno. I normalny świat, tak brutalnie im przed rokiem odebrany, dziś już bez najmniejszych szans powrotu. Zmarszczył lekko jasne brwi, zastanawiając się nad ostatnimi słowami. — Nie bardzo nawet miałbym okazję. Na ostatniej prostej rzuciłem studia. — Czy żałował tamtej decyzji, częściowo podjętej pod wpływem chwili i bólu z powodu utraty, częściowo tak naprawdę bo zmienił mu się cały plan na przyszłość? W obecnej sytuacji nie, ale może gdyby świat był inny, uznałby jednak, że popełnił błąd. Takie roztrząsanie jednak na nic się zdawało, w końcu obecnie rzadko który papierek okazywał się ważny. Tak jak w przypadku Katherine jak najbardziej; potrzebowali lekarzy i gdyby ich zabrakło, skończyłoby się to dla całego Obozu więcej niż marnie. Ale poza tym małe znaczenie było czy ktoś wcześniej był ekonomistą czy rozwoził pizzę. Wszyscy jechali na jednym wózku. — Ciekawe jak ciepła jest woda — mruknął pod nosem, bardziej do siebie niż w kierunku Kitty. Normalnie jeszcze o tej porze z znajomymi wybierał się na plażę, nie tylko wylegiwać na piasku, ale poszaleć nieco wśród morskich fal. Teraz w sumie mógłby się spróbować przepłynąć, ale to może przy innej okazji, gdy będzie sam, albo chociaż z kimś mniej prychającym na myśl o zimnie.
I znów okazywało się jak różne mieli podejście, przynajmniej myśląc o wiązaniu się podczas apokalipsy. Już nawet nie wybiegając w stronę jakiś miłostek, Josh nie uważał by zawiązywanie bliskich relacji było czymś złym. Mógł pochwalić się całkiem pokaźnym zastępem znajomych, ale też miał dwójkę naprawdę bliskich przyjaciół i ulubioną sąsiadkę z synem, bez której jego życie byłoby znacznie trudniejsze. I potem była jeszcze Katherine. Której nijak nie potrafił zakwalifikować do żadnej z tych kategorii, bez względu jak by się starał. Obcymi nie byli, to chyba nawet ona by odrzuciła na samym początku. Znajomi też jakoś nie pasowało, patrząc na to co wspólnie przeszli przez te wszystkie miesiące. Przyjaźń odpadała tak naturalnie, zważywszy na te wzloty i upadki, by nie rzec, że przewagę złych i neutralnych momentów, niż dobrych. A coś więcej znów wybiegało w bardzo złym kierunku i wolał zamiast tego skupić się na czymś innym, choć jak się okazało, raczej średnio przyjemnym.
OdpowiedzUsuń— To aż takie dla ciebie zaskakujące? — odparł pytaniem na pytanie, sam nie wiedząc jak to potraktować. Bo niby nie powinno go to ruszać, ale jednak… Poczuł się dziwnie słysząc zdumienie w głosie Katherine i nie wiedzieć dlaczego, przy okazji też nieco skrępowany. Raczej nie zwracał uwagi na łatki jakie nadawało wykształcenie, ale znów w jej przypadku było inaczej niż gdy przebywał w towarzystwie znajomych mogących pochwalić się dyplomem. — Budowlanka. Miało się skończyć na inspektoracie nadzoru budowlanego. Ale cóż… Powiedzmy, że wypadki losowe. Choć jak ci się nie podoba przydzielone mieszkanie to możesz dać znać, pamiętam jeszcze co nieco. — Nie wdawał się w szczegóły bo akurat nie ulegało wątpliwości, że z ich dwójki to on był tym bardziej ciekawym zagłębiania się w przeszłość i niepotrzebnie zawracania pannie Holmes głowy swoimi problemami zostawionymi zresztą już dawno za sobą.
— A co, chcesz się przekonać? — Jedno słowo u już wrzucałby ją do morza, wystarczy tylko ładnie poprosić… Nie musiałaby nawet sama się fatygować, pomógłby ze wszystkim. — Na pewno nie jest aż tak źle, a to jedne z ostatnich okazji by się przekonać. Jak będzie ciepło to cię wyciągnę, zobaczysz — dodał, wyjaśniając tym samym, że nie miał złych zamiarów. Na tą chwilę. Niech pani doktor się przyzwyczai do tej myśli to może i wyzbędzie się morderczych zamiarów gdyby wprowadził ten plan wytworzony praktycznie na kolanie, w życie.
Odgłosy muzyki i gwaru rozmów przycichały coraz bardziej, gdy z każdym kolejnym metrem zostawiali je za sobą. Zerknął jeszcze w lewo na zarys San Francisco, malujący się w ciemnościach na horyzoncie. Faktycznie było tu cicho i spokojnie, ale raczej nic dziwnego, skoro prawie wszyscy zebrali się przy ognisku, korzystając z wieczoru zafundowanego im przez Radę. Prędzej spodziewał się głośnych i zataczających powrotów do domów za jakieś dwie, może trzy godzinki jeżeli ktoś miał naprawdę mocną głowę.
OdpowiedzUsuńZawiał mocniejszy wiatr od morze i zerknął w stronę Katherine, dobrze wiedząc, że to wystarczający powód by straciła nieco dobrego humoru i zaczęła marudzić. Na szczęście był to pojedynczy przypadek i do jej mieszkania było blisko, tak więc nim wpadł na głupie pomysły ewentualnego rozgrzania ciemnowłosej kobiety, już było po problemie. Mógł dzięki temu wrócić do tych paru lat gdy wykonywał ten konkretny zawód.
— Nie, straż pojawiła się jakoś tak po drodze. — Wzruszył lekko ramionami. Lubił tą pracę, choć przecież większość chłopców wyrastała z myślenia o niej w okolicach podstawówki. Ale najwyraźniej jeszcze przed apokalipsą ciągnęło go do odrobiny niebezpieczeństwa, czego skutki panna Holmes mogła podziwiać przy opatrywaniu go; blizny na szczęście nie były duże, nawet jeśli trudno nazwać je zupełnie niezauważalnymi. Ot, dwa małe poparzenia, przypominające o tym, by nie był zbyt pewny siebie. — A to znamy się od wczoraj? Mogłaś powiedzieć już wcześniej — westchnął, mamrocząc oczywiście przy okazji na upór kobiety i niechęć do proszenia kogokolwiek o pomoc. Nawet jeżeli się nie znał… To na wyspie wciąż miał tylu znajomych, że na pewno znalazłby się ktoś chętny do naprawienia tego przeciekającego dachu. — Zerknę na to jutro, dobrze? I tak nigdzie nie wychodzimy bo połowa będzie na kacu, więc mogę przynajmniej przed następnym zwiadem zorientować się czy czegoś konkretnego nie będę potrzebował. — Raczej wszystko potrzebne znalazłby na terenie Obozu, ale mógł skorzystać z okazji wolnego dnia i przyjrzeć się uważniej temu dachowi. W końcu na budowie ładnych parę wakacji przepracował, doświadczenie miał. — Tyle razy mnie już składałaś, że przynajmniej jakoś się odwdzięczę — dodał, posyłając ciemnowłosej pani doktor pogodny uśmiech. Na dobrą sprawę to częściej miała okazję go widywać częściowo rozebranego niż w pełni ubranego. Pewnie wypadałoby postarać się nieco odwrócić te statystyki.
— Bez obrazy, ale na początku potrzebowali każdego do składania ludzi, kto tylko miał jakieś pojęcie. Krawcowa jeżeli nie mdlała na widok krwi pewnie nadałaby się do zszywania — zaśmiał się. Gdy powstawał dopiero Obóz było źle. Mnóstwo rannych, wystraszonych i zdezorientowanych ludzi. Co chwila ktoś potrzebował pomocy i domagał się jej z wielkim zaangażowaniem. Wątpił by ktokolwiek w Radzie przepuścił taką okazję i pozwolił Katherine wykonywać inne zajęcie, podczas gdy w przeciwieństwie do innych, ledwo co przeszkolonych pielęgniarek, znała się faktycznie na fachu. — Ale cieszę się, że trafiłem wtedy w twoje ręce. Blizny prawie w ogóle nie ma — dodał nieco cisze, spoglądając w kierunku panny Holmes z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Uniósł prawą dłoń by przesunąć po tym starym zadrapaniu, o którym niemal zapomniał z czasem. Tylko w dobrym świetle widoczna była cieniutka, blada linia — pozostałość po tamtym niefortunnym wypadku, którego nabawił się na własne życzenie.
OdpowiedzUsuńOdetchnął głęboko, przez kilka sekund milcząc, nim zebrał w sobie odpowiednie słowa, zastanawiając się jak właściwie to wszystko powiedzieć by nie wyszedł ostatecznie niebotycznie długi monolog, do którego przecież był skłonny jak najbardziej. Odwrócił spojrzenie od twarzyczki swojej towarzyszki, wbijając je w drogę, którą szli. Mieli już większość za sobą i niedługo zgodnie z obietnicą, znajdzie się ona w cieplutkim łóżeczku. Ale do tego jeszcze chwila spaceru i rozmowy.
— Mój ojciec zmarł zostawiając mamę z kredytem hipotecznym i dwójką studiujących synów. Zaharowywał się by zbudować wreszcie ten dom na przedmieściach i skończyło się zawałem. Nie muszę ci chyba mówić, że kłopoty finansowe wtedy były dość poważne. Jake dopiero rozpoczynał te swoje wymarzone studia, dzieciak jeszcze. I tak musiał weekendowo pracować, a ja wiedziałem, że poradzę sobie bez papierka. Zresztą, co za problem potem dokończyć studia…? Tylko jakoś się nie złożyło, apokalipsa trochę przeszkodziła gdy w końcu była taka możliwość. — Nagle poczuł nieodpartą chęć zapalenia, ale jak na złość paczka papierosów została wciśnięta w inną parę dżinsów, a nie akurat tą, którą miał na sobie. Niech to szlag. Niby minęło już parę lat i oswoił się z tamtymi wydarzeniami, a jednak. Nadal pozostawała pewna gorycz. — No i jakoś potem straż. Całkiem fajnie było, poza poparzeniami. Też zdarzało mi się ratować zwierzaki. — Uśmiechnął się, nawiązując naturalnie do jej zawodu i odpychając od siebie złe myśli, tym razem całkiem skutecznie. — Ty zawsze wiedziałaś, że chcesz zostać weterynarzem? Nie kusiło cię leczenie ludzi…? — spytał, choć sądząc po nastawieniu jakie prezentowała na samym początku, nie dziwił się, że praca z drugim człowiekiem mogła trochę być poza rozważaniem. Chociaż na własnej skórze odczuwał zmiany wraz z kolejnymi mijającymi miesiącami. I choć mogło jej się to bardzo nie spodobać, coraz mniej pluła jadem i jeżyła się w towarzystwie. Przynajmniej jego, tak mu się zdawało.
Wybór zawodu w jego przypadku był całkiem łatwy. Potrzebował możliwości udawania się do miasta; by wypatrywać przyjaciół na których nigdy przez ten rok się nie natknął, by wychodzić poza Obóz i odetchnąć choć namiastką starego świata, tak odległego i niemal nierealnego, i wreszcie by poczuć dobrze znajomy dreszcz adrenaliny przesuwający się wzdłuż kręgosłupa ilekroć wiedział, że robi coś na pograniczu bezpieczeństwa. Mogła tego nie rozumieć, ale potrzebował takiego bodźca. Tutaj, na wyspie… Nie miał nic wywołującego w nim podobnie silne emocje. Byli przyjaciele, tak bliscy, ale jednocześnie będący parą, troszkę mimo wszystko w tym wyizolowani. Potrzebował zastrzyku energii i docenienia tego co ma, a bliskie spotkanie trzeciego stopnia z zombie zapewniało to lepiej niż cokolwiek innego.
OdpowiedzUsuńParadoksalnie na wszystkie swoje wizyty w ambulatorium, tylko raz oddał się w ręce kogoś innego niż Katherine. I to był też pierwszy w ogóle raz. To nieszczęsne postrzelenie, po którym pewien młodzik omijał go szerokim łukiem do dnia dzisiejszego. Potem już zawsze ona była jego panią doktor i choć kwestia wykształcenia była dość wątpliwa, raczej nie obawiał się konsekwencji i przyzwyczaił, iż to ona dba o jego zdrowie.
— Zastanawiam się czy jesteś w stanie powiedzieć cokolwiek by się okazało, że może być jeszcze bardziej odmiennie — zaśmiał się, mając na myśli oczywiście ich. On, chłopak z wielkiego miasta, wpadł na dziewczynę wprost z teksańskiego rancha. W dodatku w przeciwieństwie do jego dążenia do kontaktu z drugim człowiekiem, towarzyszka starała się odciąć od tego jak tylko mogła. Tych różnic było jeszcze więcej i pewnie dałoby się tak ciągnąć niemal w nieskończoność. Dlaczego więc tak bardzo ciągnęło go do jej obecności, nawet gdy witała go sarkastyczną uwagą i nie przejawiała najmniejszego entuzjazmu na widok jasnowłosego zwiadowcy? — Odpływasz mi co rusz myślami, chyba faktycznie pora odstawić cię do domu — dodał, zastanawiając się czy był jeszcze sens wracając na imprezę. Pewnie zastanie tam pobojowisko i całe tłumy podpitych osób, na co dzień nie mających okazji się raczyć alkoholem. Raczej marna zabawa, a skoro miał za to okazję się wyspać, chyba skorzysta z niej całkiem chętnie. Zwłaszcza, że przyłapywał jak wzrok Katherine stawał się co rusz troszkę nieobecny, gdy — jak mniemał — wracała myślami w rodzinne strony, podczas opowiadania mu co nieco o sobie. — Powiedz mi tylko jeszcze dlaczego San Francisco i będę usatysfakcjonowany. Choć podejrzewam, że w twoim przypadku pewnie chodziło o temperatury. — Wyszczerzył ząbki, dobrze wiedząc przecież jak wielką niechęcią darzyła mroźniejsze dni. Miał okazję się o tym przekonać już pierwszej nocy.
Lubił swoje miasto i chyba nawet nigdy nie myślał o tym by z niego wyjeżdżać. Bo i po co? Miał tu swoje życie, bliskich i pracę. Dlaczego miałby dla nieznanego porzucić nie tylko i tak niezbyt liczną rodzinę, a jeszcze przyjaciół, z którymi czasem znał się od dzieciństwa? Co prawda chciał zwiedzić kawałek świata, ale niekoniecznie na zasadzie przeprowadzki i spędzenia w jednym miejscu ładnych kilku lat. Czasem odnosił wrażenie, że aż za bardzo wrósł w San Francisco, co niekoniecznie było dobre. Tak jak wtedy gdy rozstawał się z Jake’m. Miał naiwną nadzieję, że uda mu się odnaleźć innych. Oczywiście nikogo na swojej drodze nie spotkał i zamiast tego pozwolił młodszemu bratu podróżować na przekór Apokalipsie wzdłuż całego zachodniego wybrzeża. Tamtego momentu żałował chyba najbardziej. Choć w Obozie spotkało go tyle dobrego, bo przecież nie mógł narzekać na swój los tutaj, to jednak… Wiedział, że tamtego dnia powinien jechać z nim, zaopiekować się tym szczeniakiem, tak romantycznie i bez pamięci zakochanym. Mógł łudzić się, że jeszcze się spotkają, ale właściwie po co? Szanse były więcej niż mierne, a musiał żyć ze świadomością, że w tym najważniejszym momencie stracił zimną krew i po prostu nie pomyślał.
OdpowiedzUsuńBył jednak tu i teraz, a wieczór, który w zamiarze miał być jedynie niewinną rozrywką w towarzystwie paru butelek i całkiem niezłego jedzenia, obrał nieoczekiwany kierunek. Nie spodziewał się jej wtedy ujrzeć, w tym tłumie bawiących się, ignorującą monolog stomatologa. Potem o wszystko potoczyło się szybciej nim podejrzewał, gdy wylądowali na parkiecie, ona w jego ramionach, on znajdujących spokój w jej towarzystwie. Teraz z kolei mieli za sobą spacer bez najmniejszego warczenia czy sarkazmu, dla odmiany ubarwiony miłą, szczerą rozmową. Nie sprzyjała mu aura; wokół panowała cisza i zdawać by się mogło, iż żadna żywa dusza nie zainteresuje się tą dwójką, docierającą właśnie do celu swej podróży. Całe to hałaśliwe towarzystwo zostawili za sobą, mając za towarzysza jedynie całkiem pokaźny, srebrzący się na przejrzystym niebie księżyc. Mógł więc z zainteresowaniem zerknąć na wskazany przez nią dom, pamiętając tamto mieszkanko w którym niezbyt chętnie przenocowała go po małej wizycie w papierni, kiedy to oboje skończyli przemoczeni do suchej nitki. Sam niezmiennie zajmował te same cztery kąty, goszczące ją po ataku Warrena. Na samo wspomnienie tamtej nocy, gdy ujrzał ją bezwładną, zakrwawioną, nieprzyjemny dreszcz przebiegł wzdłuż jego karku. I być może dlatego zamiast pomachać zwyczajnie na pożegnanie, chwycił jej rękę, ujmując dłoń swoją i zatrzymując tym samym przy sobie. Przesunął palcami po ciepłej skórze, przysuwając się bliżej. I jeszcze bliżej, zdecydowanie bardziej niż zrobiłby to każdego zwyczajnego wieczoru, nie dając dojść do głosu tłumionym emocjom. A jednak jej bliskość okazała się zbyt nęcąca; znów przypomniał sobie jak piękne miała oczy, nawet gdy wpatrywała się w niego z gniewem, marszcząc zabawnie nosek. Dość długo opierał się tym wszystkim pragnieniom, ignorując przyśpieszony puls ilekroć znajdowała się blisko, upominając się w duchu jak irracjonalne miał myśli. Tym razem jednak poddał się tym wszystkim emocjom, nie myśląc o konsekwencjach; nachylił się nad ciemnowłosą kobietą, a ledwo uderzył w niego słodki zapach bijący od jej ciała i gorący oddech na twarzy, przepadł. Musnął ustami zarumieniony od chłodu policzek, odsuwając się zaledwie po kilku uderzeniach serca.
— Dobrej nocy, Kitty — wyszeptał.
— Lekarza! — Dopadł do drzwi wejściowych ambulatorium, a wciąż ciągnął się za nim krzyk bólu dobiegający zza zamkniętych drzwi sporego suva z którego wyskoczył gdy dopiero hamowali. Cudem utrzymał wtedy równowagę, pędząc w stronę obozowego szpitala nie zważając na to co działo się za jego plecami. Wiedział, że zaparkują i wyniosą go, a wrzask jaki rozlegnie się usłyszą mieszkańcy w obrębie pół mili, jednak to było teraz nieważne. Potrzebowali głównego doktora, być może bardziej niż kiedykolwiek dotychczas. Musiał być w środku, tylko to dawało choć najmniejszą szansę. Trzymając się tej myśli zignorował krwawy ślad pozostawiony na klamce, wpadając do środka. Nie tak to wszystko miało wyglądać… Zupełnie nie tak.
OdpowiedzUsuńWyruszyli bladym świtem, ledwo słońce pokazało się na horyzoncie, jak zwykle małą grupą szczęśliwców, mogących wreszcie wyrwać się poza wyspę. Choć przez ostatnie dni nie narzekali na brak zajęcia, bowiem jak się okazało, pamiętna zabawa na Wyspie Skarbów, okupiona została niemałymi problemami i to niekoniecznie tylko z powodu co najmniej kilkunastu podpitych lądujących w ambulatorium z najróżniejszymi urazami, od zupełnie błahych, do nawet złamań, czy też zbitymi szybami w dwóch magazynach, na szczęście pustych przez cały ten czas. Nikt chyba nie spodziewał się, że gwar rozmów i muzyki w towarzystwie sporego płomienia obozowego ogniska zwrócą takie zainteresowanie zombie. Dotychczas na zaporach odcinających zjazd na Yerba Buena panował spokój, jednak wystarczyła ta jedna noc by z samego rana rozległ się alarm ze strony patrolujących dojazd na mniejszą z wysp strażników, dostrzegających niezwykle dużą ilość Szwędaczy kręcących się w tych regionach. Wsparci przez zwiadowców i sporą grupę zaopatrzeniowców przez większą część dnia odpierali nacierające stado zombie, by pod wieczór utrzymywała się już znacznie mniejsza liczba, wciąż jednak znacznie przekraczającą typową, gdy raczej po regularnym wybijaniu wszystkich zapędzających się tutaj zombie, zostawało mało, by nie powiedzieć, że brak w ogóle. Teraz jednak było inaczej. Na miejsce dwóch zabitych podążało w ich stronę trzech kolejnych, a zabijanie ich przypominało walkę z wiatrakami, okupioną niezliczoną chmarą trupów, której potem naturalnie należało się pozbyć. Dopiero czwartego dnia zaczęli dostrzegać znaczną poprawę, by szóstego odsapnąć, wiedząc, że to wreszcie koniec. Zmęczeni i zmarnowani zamieszaniem, potrzebowali dnia wytchnienia chociażby na to by zaopatrzeniowcy zorientowali się ile amunicji zostało zużytych podczas tego trudnego tygodnia, czego jeszcze brakuje i — przede wszystkim ze strony strażników — czy kryzys został na pewno zażegnany.
Następna, tym razem nieco większa grupa miała ruszać następnego dnia, tym razem w towarzystwie zaopatrzeniowców, których plecy należało osłaniać, ale dopiero następnego dnia po raporcie na temat aktywności zombie w mieście. Pomyślałby ktoś, że po takim strzelaniu jak przez ostatnie dni, San Francisco będzie iście opustoszałe… I faktycznie tak się wydało w pierwszej chwili. Przemierzając kolejne ulice napotykali raczej sporadycznie pojawiających się Szwędaczy. Spędzili tam parę ładnych godzin, zaznaczając kolejne ważne punkty na mapie do których dotychczas nie docierali. Zatrzymali się tylko na stacji benzynowej w wyjątkowo spokojnej okolicy, chcąc sprawdzić czy zostało coś paliwa i ewentualnie zatankować bak. Josh zajął się dystrybutorem paliwa, gdy dwójka kolegów udała się do środka, zamierzając skorzystać z okazji i podebrać parę rzeczy tylko dla ich piątki; papierosy, alkohol czy śmieciowe jedzenie było zawsze w cenie, tak samo jak i paru nie wyglądających mężczyzn słono zapłaci za pewne gazetki… Został z Peterem, jednym okiem kontrolując okolicę w której nic się nie działo, drugim spoglądając na przesuwające się liczby. To był wyjątkowo udany dzień, dorwali nawet paliwo… Przynajmniej do chwili gdy zamykając już wlew paliwa, usłyszeli krzyk. Jeden z nich, Colton, trzymał się za nogę, a obok niego leżał bezwładny zombie, który najwyraźniej zdążył go ugryźć…
UsuńNie on ciął, trzymając go nieruchomo, podczas gdy wrzaski słychać było nawet przez wciśniętą w usta nieszczęśnika szmatkę mającą stłumić dźwięki. Wracali do obozu na złamanie karku, on z kolejnym zwiadowcą starając się zatamować krwawienie, Peter za kierownicą. Lejąca się krew pobrudziła mu koszulkę i spodnie, przede wszystkim jednak dłonie, oblewając obficie na czerwono. Tak wpadł do ambulatorium, szukając wzrokiem lekarza, którego nie było. Była za to pewna ciemnowłosa kobieta, której nie widział od pamiętnego wieczora. I chyba tylko ona…
— Szybko, wykrwawia się.
Niewiele mogli zrobić w drodze. Żaden z nich mimo spędzenia blisko roku jako zwiadowcy, nie miał odpowiednio dużego doświadczenia w pomaganiu lekarzom; Josh jeszcze co nieco pamiętał z pracy, gdy tak czysto koło nich kręcili się ratownicy medyczni, zajmując pacjentami. Ale przecież w niczym nie pomagał, nic z tego nie wynikało. Byli na tyle przytomni by zaraz po amputacji zadbać o założenie opatrunku uciskowego by zapanować krwawienie, ale niewiele to dało. Chociaż mieli w samochodzie na szczęście opatrunki, jak zwykle na wszelki wypadek wciśnięte w schowku. Nim jednak to zrobili Colton stracił mnóstwo krwi, a część z niej wsiąknęła w ubrania jego towarzyszy, przeciekając też przez opatrunek. Żaden z nich nie zwracał uwagi jak wyglądali, przejmując się jedynie ratunkiem, na który oby nie było zbyt późno… Josh także nie zwrócił uwagi na reakcję Katherine na jego widok, zbyt zaaferowany rannym, by wracać myślami do spraw między nimi oraz zastanawiać się co właściwie to wszystko oznacza. A nawet myślał dziś o tym obiecanym zajęciu się jej przeciekającym dachem. Przez ostatni tydzień nie miał kiedy tego zrobić, wracając do Obozu jedynie na posiłki i przespanie paru godzin. Raczej nie w głowie było mu pomaganie ciemnowłosej pani doktor, zwłaszcza, że gdy emocje wieczora opadły, nie wiedział jak kobieta zareaguje na tamtą bliskość, pozornie tylko niewinną i przyjacielską. Tym jednak przejmować się będą potem, bowiem zaraz chwycił pod ramię Coltona, zanosząc go do pokoju gabinetowego, pomagając Peterowi. Oczywiście czwarty ze zwiadowców wpakował się zaraz za nimi, pozostając blisko. Gdy ranny został ułożony na posłaniu, zdawać by się mogło, że opadł nieco z sił, jęcząc z bólu, ale nie próbując dłużej się tak rozpaczliwie wyrywać. Pozostał jednak przy jego prawym boku, gotów w razie potrzeby przytrzymać.
OdpowiedzUsuń— Został ugryziony, musieliśmy uciąć mu nogę — wyjaśnił to, co chyba było oczywiste, ale musiało zostać powiedziane. W przypadku zagrożenia zakażenia krwi wirusem, konieczne było zachowanie jeszcze większej ostrożności, a zwiadowcy musieli pamiętać by absolutnie nie dotykać dłońmi twarzy. Choć nadzieja nadal się tliła. Już kiedyś przeprowadzona została podobna operacja, z tą różnicą, że na ręce. Delikwent do dziś żył i miał się całkiem nieźle. Tym razem na pewno będzie tak samo. Gdzieś w tle Peter powtarzał zawodzącemu Coltonowi, że będzie dobrze i musi się trzymać. Był w tym dobry, brzmiało to całkiem przekonująco. — Gdzie jest lekarz? — spytał, gotów po niego jechać choćby na drugi koniec miasta. Katherine dobrze wiedziała, że nie negował jej umiejętności, ale im więcej osób zdolnych pomóc będzie na miejscu, tym chyba lepiej. Bo obecnie była sama; każdy z nich mógłby pomóc, ale tylko słysząc dokładne wytyczne, pewnie ograniczając się ostatecznie do opanowywania pacjenta. Uniósł wzrok, patrząc na nią z wyczekiwaniem. Sam nie wiedział czy czeka na odpowiedź, czy na polecenia.
Paradoksalnie do momentu gdy zatrzymali przy tej przeklętej stacji, nie działo się absolutnie nic. Iście idealne wyjście, gdy od czasu do czasu zastrzelili jakiegoś Szwędacza, nie drżąc o własne życie. Żaden z nich nie podejrzewał, że zwykłe wejście skończy się tak tragicznie. Nawet w tym wszystkim nie pytał jak właściwie się to stało, bo przecież mógł zarzucić im wszystko, tylko nie nieostrożność. To już nie były dziesiątki wyjść do miasta za sobą, ale setki. I taki głupi błąd, tak nierozważna rana… Pytanie Kitty dotarło dopiero po chwili, bowiem w pierwszych sekundach nie zrozumiał o co takiego ich pyta. Oni, ranni? Przecież to było najmniej istotne, kogo to interesowało? Dalsza część upewniła go w tym, co czynił przez cały ten czas intuicyjnie. Przede wszystkim uważać na krew, wiedząc, że może być głównym powodem ewentualnego zakażenia. Powoli pokręcił głową, idąc w ślady swoich kompanów, czyniących ten sam gest zaprzeczenia. Stojący nieco na uboczu zwiadowca pokiwał głową, ściskając w dłoniach kluczyki. Chwilę potem wyparował z ambulatorium, nie zarzucając kobiety żadnymi dodatkowymi pytaniami. Zostali we dwójkę, trzymając stękającego Coltona, co jakiś czas znajdującego w sobie dość siły by zawyć z bólu. I była jeszcze Katherine, w której stronę patrzyli wszyscy, dobrze wiedząc, iż to od jej słów i czynów zależało to, co będzie działo się za chwilę. Nie wiedział czy mofrina już zaczęła działać, ale zamiast czekać na sprawdzenie tego, sięgnął do szyi mężczyzny, sięgając po nieśmiertelnik. Kiedyś służył w wojsku, opowiadał Joshowi o tym nad piwem, gdy świętowali udaną wyprawę. Szczycił się niezbyt wysokim stopniem i wspominał jedyną wyprawę na którą się udał nim był zmuszony zrezygnować. Zatrzymał ten nieśmiertelnik jako jedno jedyne wspomnienie dawnego życia. Pominął najmniej interesujące go informacje, szukając tej jednej, konkretnej.
OdpowiedzUsuń— BRh+ — odczytał, pozwalając by opadł znów na pierś mężczyzny, oddychającego jakby spokojniej. Colton wpatrywał się w niego niezbyt obecnym spojrzeniem, już się nie szarpiąc ani trochę. Pewna myśl przemknęła mu przez głowę, jednak na razie wstrzymał się z dzieleniem się nią z innymi. — Macie na stanie woreczki z krwią czy potrzebni są dawcy? — spytał, za nic nie mogąc przypomnieć sobie by organizowali wcześniej wyprawę akurat po to. Nawet jeśli nie to… Mieli w tym wszystkim paskudne szczęście. Pomijając oczywiście to, że ambulatorium było idealne do zszywania niegroźnych ran czy podawania syropu na kaszel. Wciąż szukali dla lekarzy odpowiedniego sprzętu, umożliwiającego przeprowadzanie bardziej skomplikowanych zabiegów. Niestety nie tylko znalezienie było nie tak łatwe, ale najgorzej chyba prezentowała się perspektywa przewiezienia. Nie patrzył na leżącego obok kolegę, dobrze wiedząc, że samym spojrzeniem mu nie pomoże. Wpatrywał się w uwijającą pannę Holmes, zastanawiając się czy może w jakikolwiek sposób się przysłużyć.
Chciał coś zrobić, przydać się na coś… Ale w chwili gdy otwierał usta by zapytać po kogo pobiec, ona zwróciła się do Petera, słuchającego dokładnych poleceń. Na szczęście obaj panowie byli na tyle towarzyscy by mieć chociaż jakieś pojęcie gdzie zacząć szukać, tak więc nie martwił się, że jego przyjaciel nie znajdzie nikogo z personelu medycznego. Odpowiedział tylko, że tak, po czym nie zwlekając ani chwili wybiegł, kierując się w stronę północnej części wyspy, gdzie znajdowały się osiedla mieszkaniowe. Zostali więc sami, z coraz bardziej odpływającym dzięki morfinie Coltonem. Odetchnął głębiej, pozwalając sobie na sekundę lub dwie w miarę normalnego oddychania. Chwila złapania rozbieganych myśli, krążących w każdym kierunku związanym z tym, co przed kilkunastoma minutami się wydarzyło. Spojrzał w dół, wprost na swoje ubrudzone ciało i ubranie. Nic dziwnego, że gdy wparował do ambulatorium tak wyglądając miała prawo zareagować tak jak nie inaczej. Poczuł się tak bardzo bezsilny w obliczu tego wszystkiego. Nie cierpiał tego uczucia, sprawiającego, że miał ochotę coś roztrzaskać, robiąc tym samym trochę nieświadomie więcej bałaganu niż jakiegokolwiek pożytku. A jednak było coś co mógł zrobić i najwyraźniej oboje doskonale o tym wiedzieli.
OdpowiedzUsuńZdziwił się, że pamiętała taki szczegół sprzed roku, gotów sam zaproponować oddanie krwi jeżeli będzie to konieczne, choć najwyraźniej ubiegła go. Zerknął jeszcze na chwilę w dół, na spokojnego kolegę, najwyraźniej nieświadomego tego co się działo wkoło. I dobrze, doświadczył już dość dużo bólu. Wiedział co się stanie od momentu gdy poczuł ugryzienie. Trzymał się dzielnie do momentu ujrzenia w dłoni kolegi wielkiego ostrza, przyłożonego do jego nogi. Zacisnął zęby na szmatce, oddał się w ręce trzymających go Josha i Petera po czym… zaczął wyć ledwo przecięta została skóra i dostawali się coraz głębiej i głębiej, dzieląc ciało na pół. Zasługiwał na trochę spokoju. Po przebudzeniu koszmar przecież rozpocznie się na nowo i trwać będzie jeszcze długo. Odcięta noga tak po prostu nie odrośnie. Nie chciał myśleć o tym jak zachowałby się na jego miejscu. Znów na długie miesiące przykuty do łóżka, bez szans na normalne życie. Nie w tej rzeczywistości. Odegnał je jednak szybko, podchodząc do umywalki. Wiedział, że liczy się czas, ale najpierw dokładnie wyszorował zabrudzone od krwi kolegi ręce, nim pośpiesznie wrócił na wskazane miejsce, podsuwając sobie krzesło by móc na nim usiąść. Nie wiedział ile krwi będzie potrzebowała, ale sądząc po tym ile ranny utracił… Raczej sporo. Zajął miejsce, przewidując, że gdy skończą, może być odrobinę osłabiony, wyciągając w jej kierunku ramię, gotów do wkłucia.
Gdzieś w tle tliła się chęć zadbania o swoje bezpieczeństwo, może nawet w pewnym sensie intuicyjna. Stąd dokładne wyszorowanie się z krwi, przy okazji sprawdziwszy czy na pewno nie ma żadnych, nawet najmniejszych zadrapań. Ale nie, wirus nie miał możliwości dotrzeć do jego organizmu w żaden sposób, a dzięki upewnieniu się po raz kolejny, tym razem definitywnie, odetchnął z ulgą, czując jak nieco zwalnia mu puls. Nie skrzywił się gdy igła wbiła się w jego żyłę, przechodząc przez podobne procedury nie raz. Nie był na szczęście honorowym dawcą krwi, bowiem w konsekwencji tego przyzwyczaiłby organizm i ten domagałby się upuszczania jej zdecydowanie częściej, a na to Josh nie mógł sobie pozwolić w chwili obecnej. Patrzył bez większych emocji odmalowanych na twarzy jak życiodajny płyn odnajduję drogę do ciała kolegi, dopiero po chwili odwracając wzrok i napotykając przed sobą ciemne oczy panny Holmes, najwyraźniej sprawdzającej czy wszystko z nim w porządku. Faktycznie coraz lepiej spisywała się w swojej roli.
OdpowiedzUsuń— Nie wróciłbym gdybym został zainfekowany — odparł spokojnie, nie opuszczając wzroku gdy wypowiadał te słowa. Wiedział, że nawet najmniejsza kropla mogła okazać się zdradliwa i nie dopuściłby do tego by przedostała się do jego krwiobiegu. W innym wypadku… Nie narażałby Obozu i jego mieszkańców dla własnej wygody oraz satysfakcji, tym samym sprawiając jeszcze większy ból bliskim, egoistycznie pragnąć jakiegoś choćby symbolicznego pożegnania. Skoro tu siedział, gotów oddać krew, był pewien. — Nie wiem dokładnie. Zostaliśmy z Peterem przy samochodzie, oni weszli na stację zwinąć coś dla siebie. Rada nie musi wiedzieć, że nie wszystko zostaje przepuszczone przez dzielenie na mieszkańców po równo. Gdy zaalarmował nas krzyk, było już za późno. — Przymknął na chwilę oczy, oddychając spokojnie. W samochodzie i na stacji działo się wszystko tak szybko, że nie pomyśleli nawet o dopytywaniu się dokładnie. Zresztą… Całą historię znał tylko nieprzytomny w tej chwili Colton, ale trudno powiedzieć by był skłonny do mówienia. — Wydaje mi się, że zombie musiało być pod jednym z regałów, tylko to tłumaczy dlaczego go nie zauważył i został ugryziony tak blisko. — To była całkiem prawdopodobna opcja, gdy zainteresowany konkretną zdobyczą, mógł zorientować się zbyt późno, przekonany o bezpieczeństwie. W końcu wszędzie było tak cicho, tak spokojnie. Może aż zbyt?
— Jakie ma szanse by z tego wyjść? — spytał, spoglądając w kierunku kolegi leżącego tuż obok. Nie miał pojęcia ile krwi zdążyła już mu przekazać, ale czuł się jeszcze dobrze, przynajmniej dopóki siedział, nie ruszając się zbytnio. — Amputacja już kiedyś uratowała życie, więc tylko zostaje zagrożenie wykrwawienia, tak? — Spojrzał wymownie na swoje lewe ramię z którego równomiernie cienką rurką wypływała czerwona ciecz, wprost do ciała rannego. Bardziej zastanawiał się na głos, mając nadzieję, że to wszystko nie jest na marne. Cała ta walka, wydzieranie go z szponów śmierci.
Nie wiedział jakie myśli przebiegają właśnie po tej ślicznej główce i może nawet lepiej, przynajmniej jeszcze choć przez chwilę mógł się skupić na leżącym obok koledze. Wydawał się taki spokojny, pozbawiony jakichkolwiek trosk. Jakby właśnie jego własna krew nie wsiąkała w materiał opatrunku, coraz bardziej pobrudzonego. Wiedział, że potrzebował tej krwi i tyle ile tylko mógł, zamierzał mu oddać. Skinął tylko głową na znak, że rozumie. Był jednak w tym wszystkim dobrej myśli; choć musieli działać szybko, zadbali o to by posługiwać się czystym ostrzem i uważać na wdarcie się ewentualnych zanieczyszczeń do rany. Czy to wystarczy? Miał szczerą nadzieję, że tak. Przecież nie chodziło w tym wszystkim o osłabienie zespołu, który na pewno by stracił w chwili śmierci tak dobrego zwiadowcy. Bo Colton był dobry i to piekielnie. Może to kwestia służby w wojsku, może jakiś naturalny talent, ale szybko uznano go za mocne ogniwo i żaden z nich nie wahał się mu zaufać. I co z tego przyszło? Jeden, bardzo głupi zresztą, błąd przekreślający dalszą możliwość udzielania się. Gdyby to on zamiast tankować samochód wszedł do środka, zachowałby się na tyle ostrożnie by dostrzec czającego się Szwędacza? Taka pomyłka mogła przecież zdarzyć się każdemu, w tym jak widać, także najlepszym. Nigdy nie byli jakoś specjalnie blisko, choć wiadomo że wspólne narażanie skóry pomagało nawiązywać więzi, tak samo zresztą jak przesiadywanie wspólnie wieczorami nad kartami, zdradzając szczegóły ze swojego życia.
OdpowiedzUsuń— Jeżeli będzie trzeba… — pojedziemy po antybiotyki chciał odpowiedzieć, zupełnie ignorując to, że po oddaniu krwi raczej dostanie zakaz wyłażenia poza mury Obozu przez co najmniej parę dni w ramach odzyskania pełni sił. Urwał jednak gdy uniosła ściereczkę do ręki, uprzednio pozbywszy się swoich rękawiczek, obmywając jego twarz. Przez zaledwie ułamek sekundy poczuł jak jej opuszki palców przesuwają się po szorstkim policzku, ale to wystarczyło by przeszył go przyjemny dreszcz biegnący wzdłuż kręgosłupa. Z jednej strony pragnął przymknąć oczy, z drugiej jednak nie potrafił choć na chwilę odwrócić spojrzenia od jej twarzy. W milczeniu, nie pozwalając sobie na najmniejsze drgnięcie, czekał aż skończy obmywać jego twarz, jednak za którymś z kolei razem zamoczona ściereczka okazała się zbyt wilgotna a parę kropel wody spłynęło po jego żuchwie, potem po szyi, by wreszcie wsiąknąć w materiał koszulki.
Wstrzymał na dłuższą chwilę oddech, spoglądając po prostu na nią bez słowa. Znów przyjemne uczucie przeszyło jego ciało, odnajdując w tym pozornie niewinnym zachowaniu odrobinę zażyłości. Zastanawiał się czy to co dostrzegał nie było jedynie figlem jego zmęczonego umysłu, pragnącego by odwzajemniła zainteresowanie jakim ją darzył.
— Dziękuję — powiedział cicho, ani trochę nie czując w tej chwili trudów długiego dnia, któremu daleko było do końca. Chciał coś dodać, ale trudno było mu się skupić gdy stała tak blisko, dokładnie między jego rozsuniętymi nogami, by mieć jak najlepszy dostęp do twarzy. Dopiero po chwili odwrócił wzrok, nie bardzo wiedząc co takiego zamierzał jeszcze powiedzieć. Akurat natknął się wędrującym spojrzeniem na jej jasną bluzkę, teraz już nie tak czystą. Bez zastanowienia uniósł rękę, kładąc ją trochę poniżej talii kobiety, a tuż nad biodrem, spoglądając na rozpryski krwi rannego. Ujął w dłoń materiał, zatrzymując wzrok na zabrudzeniach, a jego palce niezamierzenie musnęły nagą skórę.
— Mam nadzieję, że to nie była Twoja ulubiona bluzka.
Budziła w nim pewną dotąd niezrozumiałą słabość, której nie potrafił opanować czy powstrzymać. Nie był przecież samobójcą, a notorycznie pchając się wprost przed jej niezadowolone oblicze, szczególnie na początku, można by pomyśleć, że taki właśnie miał cel. Co rusz dawała mu do zrozumienia, że niekoniecznie zależy jej na nawiązywaniu jakichkolwiek bliskich kontaktów, a już na pewno nie właśnie z nim. A jednak wracał. Co rusz, za każdym razem. Nawet gdy wściekał się na jej uszczypliwe uwagi, co rusz bardziej kąśliwe i wymowne. Może po prostu nie potrafił się długo gniewać. Nie na nią podpowiadał jakiś głosik w głowie i najprawdopodobniej miał rację. Znalazłby w obozie co najmniej kilkanaście kobiet zainteresowanych niekoniecznie platoniczną relacją bez tych całych podchodów, bycia niedostępną i uporczywego ignorowania. Co rusz Hannah podsuwała mu pod nos kolejne znajome, wyciągane chyba spod ziemi; każda równie sympatyczna, atrakcyjna i najwyraźniej zainteresowana przerwaniem passy samotności, jakiej na wyspie doświadczał w którymś momencie prawie każdy. A jednak przyłapywał się na tym, że nigdy nie zaskoczyło, nigdy żadna nie miała tego czegoś co powodowało, że chciałby czegoś więcej niż zamienienia paru słów w stołówce przy wspólnym posiłku. Nie wiedział co takiego miała panna Holmes, iż cały czas niezmiennie przyciągała go i szukał w niej towarzyszki. Początkowo udało mu się nawet zepchnąć typowo samcze spostrzeżenia dotyczące jej urody, ale z czasem stawało się to coraz trudniejsze. Za każdym razem gdy przypadkowo dotykali się czy też gdy znajdowała się zbyt blisko, znów pragnął więcej. Tak jak wtedy, tamtego feralnego wieczora podczas zabawy, gdy sprawy potoczyły się odrobinę za daleko. Najchętniej nie wypuszczałby jej z ramion do końca przyjęcia i tylko złożona obietnica powstrzymała go przed zatrzymaniem w swych objęciach. Teraz znów wszystko się komplikowało. Już gdy jej obecność wydawała się być stłumiona przez widmo cierpiącego Coltona, było inaczej niż początkowo. Wszyscy koledzy zostali gdzieś wysłani, ranny odpłynął w nieświadomość i zostali oni przerywając ciszę coraz szybszymi oddechami.
OdpowiedzUsuńSpoglądał na nią bez słowa, po prostu czekając. Sam nie wiedział na co. Może aż znów ucieknie, znajdzie jakąś wymówkę by dać mu po raz kolejny do zrozumienia, że nawet przypadkowa bliskość jest niewskazana, wbrew jej woli. Pamiętał jak cały planowany wieczór padł gdy zupełnie nieświadom tego co robi, musnął dłońmi jej udo. Zerwała się wtedy jak oparzona, natychmiast mówiąc o wyjściu. A jednak stała tutaj, cały czas przy nim, pozwalając by przeciągająca się chwila stawała coraz bardziej wymowna, podczas gdy bawił się materiałem jej brudnej bluzki, co rusz znów czując pod palcami gładką skórę. Powinien się cofnąć, wiedział, że to było właściwe. Ale zamiast tego uniosła wzrok, odnajdując jego spojrzenie, a Josh… delikatnie wyjął jej z dłoni ściereczkę, wrzucając ją do miseczki stojącej tuż obok, za nic mając rozpryskujące się kropelki wody. Obok niego leżał kolega, który jeszcze dzisiaj rano tryskał energią i chęcią do życia. Teraz nie wiedział czy w ogóle przeżyje. Jaki był wobec tego sens udawać, że nie ma czegoś, co wyraźnie rozwijało się, wbrew jej niechęci do angażowania się, rosnąc w siłę? Długo zastanawiał się co powinien zrobić z swoim zainteresowaniem panną Holmes, dobrze wiedząc, że może z łatwością zniszczyć to, co z trudem i w wielkich bólach budowali przez ostatnie miesiące. Teraz już nie myślał, poddając się pragnieniom. Ujął jej rękę, przesuwając po swoim szorstkim od kilkugodzinnego zarostu policzku, by zatrzymać dopiero przy ustach; pocałował wnętrze dłoni kobiety, spoglądając w jej ciemne oczy. I w chwili gdy chciał pozwolić się jej odsunąć, powiedzieć coś bardzo nierozsądnego od czego nie będzie odwrotu, usłyszał pisk zatrzymujących się na podjeździe opon samochodu wiozącego lekarza.
Zapewne powinien właśnie dziękować Opatrzności, że uchroniła go przed zrobieniem czegoś naprawdę głupiego, ale… Było jeszcze zbyt wcześnie na takie rozsądne myśli pod jasną czupryną, tak więc najpierw pojawił się potok przekleństw, na szczęście zatrzymanych tylko dla siebie, niewypowiedzianych na głos. Westchnął jedynie, zaciskając dłonie w pięści, gdy po zaledwie paru sekundach do środka wpadł główny lekarz w towarzystwie jego kolegi. Napięta atmosfera nie rozluźniła się, choć zmieniła znacznie swoje ukierunkowanie. Jeszcze chwilę temu wszystko kręciło się wokół tej dwójki i mógł zastanawia się co takiego przez te tygodnie zmieniło się w relacjach z panną Holmes. Teraz jednak nikomu nie w głowie były rozterki miłosne, a na świeczniku znów znalazł się główny poszkodowany. Niewątpliwie Bishop miał czas w samochodzie przynajmniej pobieżnie dowiedzieć się cóż takiego zaszło, jednak Josh domyślał się, że z samej relacji zwiadowcy na pewno nie miał pełnego obrazu, musząc jeszcze zorientować się w zmianach jakie nastąpiły gdy Katherine powzięła kolejne kroki. Czekał cierpliwie, co rusz łapiąc się na tym, że wędrował spojrzeniem w stronę ciemnowłosej pani doktor, a natrętne myśli cały czas nie chciały zniknąć; jeszcze parę minut temu była tak blisko by mógł poczuć zapach jej ciała, poczuć na twarzy przyśpieszony oddech. Potrzebował chwili do napomnienia się, najlepiej na świeżym powietrzu, a już przynajmniej nie w tym małym, zdecydowanie zbyt ciasnym pomieszczeniu.
OdpowiedzUsuńSkinął głową na znak, że rozumie. Cóż, zrobił przynajmniej coś, choć nie ukrywał, że wolałby być bardziej przydatny niż tylko służyć za worek z krwią w razie potrzeby. No ale w przypadku braku lepszych możliwości, dobre i to. Typowym dla siebie męskim chojrakowaniem machnął ręką, dając wyraźnie do zrozumienia, że nie potrzeba mu żadnej pomocy. Odepchnął się od zajmowanego krzesełka i… o mało nie skończyło się to bolesnym spotkaniem z twardą podłogą, gdy zakręciło mu się w głowie. Odsapnął, wyraźnie zaskoczony, spoglądając na woreczek z krwią. Jego krwią… Nie sądził, że poczuje się aż tak osłabiony, ale faktycznie trochę się jej pozbył. Na szczęście Ann była akurat przy nim, łapiąc w porę w pasie i wspólnymi siłami uniknęli nieprzyjemnych konsekwencji jego przeceniania własnych sił. Zaraz też napatoczył się Peter, odciążający niepozorną pielęgniarkę i chwilę później zatrzasnęły się za nimi drzwi. Od razu klapnął na jedno z posłań, układając się wygodnie i przymknął powoli oczy, oddychając głęboko. Wystarczyło parę sekund po powrocie Ann do priorytetowego pacjenta, a znów znaleźli się w trójkę. Josh wyłożony na całej długości jednej z pryczy, jego najlepszy kumpel siedzący jak na szpilkach na drugim posłaniu. Pomiędzy nimi krążył Rodney, nie mogący znaleźć sobie miejsca. Nawet mu się nie dziwił. To on z Coltonem był tam w środku, jednocześnie najbliżej niebezpieczeństwa. Mógł się obwiniać o to co zaszło, za niedostrzeżenie w porę zombie. Ale też łatwo byłoby się postawić na miejscu kolegi. Tyler wiedział, że nie zaśnie. Choć ogarniało go coraz większe zmęczenie, nie potrafiłby zmrużyć oka dopóki wszyscy czekali, a los Coltona był niepewny. Z trudem odepchnął od siebie myśli o ciemnowłosej pani doktor tuż za ścianą. Później będzie się martwił naprawieniem ich relacji, zapewne nieco pokomplikowanych. I tak mijały minuty, a oni czekali, milcząc.
Oczekiwanie ich wykańczało. A raczej niepewność kryjąca się za dziwnymi dźwiękami dochodzącymi zza zamkniętych drzwi. Nikt nie zgłosił się po kolejną krew, więc albo szło dobrze, albo wręcz przeciwnie… Siedzieli jak na szpilkach, czekając na werdykt. Tylko po to by okazało się, że… Trzeba poczekać jeszcze. Mając przynajmniej świadomość na czym mniej więcej stoją, mogli wreszcie się rozejść, przekazać jakieś wieści innym. No, poza jednym, bo akurat Josh przewidywał całkiem słusznie swój nocny pobyt na szpitalnej pryczy. Musiał się przebrać, to nie ulegało wątpliwości. Ale na sam widok koszuli przyniesionej przez pielęgniarkę, poczuł się słabo. Nie żeby miał coś przeciwko ambulatorium, bo w końcu nawet gdy nie był ranny znalazłby całkiem przyjemny powód by wpadać w odwiedziny, ale… Koszula przesiąknięta była zapachem szpitalnym, za którym szczerze nie przepadał. Dość, że otaczał go wkoło, jakby trochę na szczęście stłumiony. Chciał mieć coś swojego i wykorzystał nadarzającą się okazję. Gdy tylko dowiedzieli się o wynikach operacji na Coltonie, jasnym stało się, że pozostali zwiadowcy mogą iść do swoich domów, tylko niestety on został uziemiony. Był świadom tego, że w razie potrzeby, najlepiej gdyby był pod ręką, a nie kilkaset metrów dalej, we własnym łóżku. Skoro musiał to znieść i w dodatku przespać się na średnio wygodnym posłaniu, zamierzał to zrobić na swoich warunkach. Jasnym było, że jego kolega odsapnąć musi, ale wykorzystał Petera do przekazania wiadomości do jego dziewczyny, zapewne zamartwiającej się nie tylko o ukochanego, ale też kolegów. Wręczył mężczyźnie klucze, prosząc by Hannah przyniosła mu parę rzeczy z jego mieszkania; chociażby swoje własne ubrania, bo spodni też potrzebował, jak i jeżeli będzie możliwość, coś na ząb bowiem od śniadania nie miał nic w ustach i gdy zdenerwowanie raną Coltona nieco minęło, wreszcie miał okazję to porządnie odczuć. Nie minęła godzina, a zjawiła się w małej salce, którą zajmował, przynosząc wszystko o co prosił i ściskając powtarzała jak bardzo się cieszy, że nic mu się nie stało. Skorzystał z obecności przyjaciółki i pomogła mu się przebrać, obiecując z największą ostrożnością pozbyć splamionych krwią ubrań, po czym ulotniła się, nakazując odpoczynek i zjedzenie wszystkiego, by nabrał więcej sił. O ile z tym drugim problemu nie było, tak pierwsze okazało się trudniejsze do wykonania. Nieustannie przewracał się z boku na bok, a jego myśli krążyły, najczęściej jednak uciekając w stronę Katherine. Był pewien, że właśnie po całym dniu pracy poszła po domu i nie dawało mu spokoju pytanie, czy męczy się równie mocno jak on… Po blisko godzinie z irytacją stwierdził, że pora przynajmniej się ogarnąć. Hannah była na tyle przewidująca by podrzucić mu pastę, szczoteczkę do zębów i ręcznik, aby mógł się w ambulatoryjnej łazience chociaż przemyć, skoro nie było mowy o prysznicu w jego stanie. I ani myśląc alarmować dyżurującą pielęgniarkę, skorzystał z tego, iż była zamknięta w swoim gabinecie, przechodząc do łazienki. W tą stronę poszło całkiem nieźle… Udało mu się też odświeżyć i już wracał do sali, wyjątkowo zadowolony z nieprzyłapania gdy… Osłabienie dało o sobie znać i zachwiał się, mając pod ręką jedynie stolik na korytarzyku. Nie upadł, ale zamiast tego na podłodze wylądowały gazety z medycznymi artykułami, robiąc więcej hałasu niż mógłby się spodziewać.
OdpowiedzUsuńA szło już tak dobrze! Przecież udało mu się dotrzeć niezauważony do łazienki i nawet jeżeli w trakcie drogi raz czy dwa poczuł, że potrzebuje odpoczynku, po prostu przystawał. I wszystko nadal było pięknie. Chociaż z drugiej strony też powinien być zadowolony, że zdarzyło się to teraz, a nie gdy się mył. Naprawdę wolał nie alarmować panny Holmes będąc więcej niż niekompletnie ubranym, bo choć przywykła do widywania go na różnych etapach roznegliżowania, na ogół jednak działo się to w momencie gdy był ranny, a po dzisiejszych wydarzeniach, raczej wątpił by pragnęła znów znaleźć się na tyle blisko, zwłaszcza w podobnej sytuacji. Tak więc w sumie nie było aż tak źle, choć z całą pewnością mogło być i lepiej. W ogóle to zacznijmy od tego… Skąd ona tu? Miała być w mieszkaniu, spodziewał się raczej tej drugiej pielęgniarki. Tamta na pewno nie byłaby tak ostra na samym wstępie, był tego pewien. Nawet w tym wszystkim chciał zatrzeć za sobą wszelakie ślady swej bytności tutaj i tego nieprzewidzianego wypadku. Potrzebował tylko paru sekund oddechu i zapanowania nad nieznośnym wirowaniem w głowie, by móc pozbierać porozrzucane gazety, ułożyć je na stoliku i teraz naprawdę dołożyć wszelkich starań by zasnąć, bo nawet on wiedział, że zasługiwał na odrobinę zbawiennego snu. Wszystko to jeżeli zostałby niezauważony, ale… Wyjrzenie zza drzwi Kitty zupełnie pokomplikowało ten piękny plan.
OdpowiedzUsuń— Co ty tu robisz? Nie powinnaś już skończyć? — odparł pytaniem na pytanie, z trudem się prostując. Nie było to wcale aż takie łatwe jak by sobie to zaplanował, bo nie dość, że jedną dłonią przytrzymywał się chłodnej ściany, to drugą musiał jeszcze utrzymać wszystkie te rzeczy, które zaniósł ze sobą do łazienki. Wbił w kobietę uważne spojrzenie, zastanawiając się nad tym ile czasu spędzała w ambulatorium. Gdy przyjechali, już tu była. A to się zdarzyło… Parę ładnych godzin temu. Nie tylko on zasługiwał na odrobinę odpoczynku. Nim jednak zdążył dodać coś jeszcze, zaskoczyła go po raz kolejny, tym razem oferowaną pomocą. O dziwo taki obrót sytuacji nie przypadł mu do gustu jeszcze bardziej niż jej. Już dość, że raz musiał wspomagać się na kobiecie po tamtej pamiętnej bójce. Nie potrzebował by pomagała mu za każdym razem w takich sytuacjach. Na litość boską, stracił tylko trochę krwi, da sobie radę sam!
— Możesz po prostu wziąć te rzeczy, poradzę sobie — wymruczał niespotykanie dla niego niezbyt entuzjastycznym tonem. Ani trochę nie podobała mu się perspektywa zniedołężniałego przemieszczania się w ten sposób, nawet jeżeli pewnie mógł po prostu stłumić męską dumę i korzystać z bliskości Katherine, która znając życie tak szybko się znów nie przydarzy. Powinna go zrozumieć, w końcu sama gdy była u niego gościem fukała ilekroć tylko oferował pomoc przy przemieszczaniu się. Teraz było identycznie. Najwyżej pójdzie bliżej ściany i tyle, wielkie mi rzeczy. — I nie chciałem zawracać głowy, potrafię sam pójść do łazienki i się umyć — dodał równie smętnie, robiąc absolutnie wszystko, by nie musiała przejmować na siebie ciężaru jego ciała. W porównaniu z jasnowłosym zwiadowcą panna Holmes była kruszyną. I naprawdę żadne z nich nie chciało by to skończyło się spektakularnym upadkiem, bo o ile podniesienie jej nie byłoby dla niego żadnym problemem, tak w drugą stronę… Nie prezentowało się to zbyt kolorowo i niestety tylko ta myśl przekonywała go do jako takiej współpracy.
Jakoś dał sobie radę dojść do łazienki, tak więc tym bardziej był przekonany, iż uda mu się równie pomyślnie wrócić. Być może zajęłoby to odrobinę dłużej niż zazwyczaj, ale przynajmniej zrobiłby to sam, nie zawracając nikomu głowy swoimi zachciankami. Jasne, że mógł zawołać, ale i po co? Był przyzwyczajony do tego, że radzi sobie sam i zamierzał się tego trzymać. Już i tak zbyt trudno było gdy częściowo na własne życzenie skazał się na pomoc ze strony zaprzyjaźnionej pary te kilka miesięcy temu. Dzisiejsze osłabienie spowodowane ubytkiem krwi było niczym w porównaniu z tamtym bólem; żebra dokuczały przez dłuższy czas i choć nie były nawet pęknięte, a jedynie obite, okres regeneracji był znacznie dłuższy niż początkowo zakładał. Wrócił do pełni sił, pamiętając by uważać na to konkretne miejsce. Teraz z kolei miało być łatwiej. Czekało go co prawda parę dni w Obozie bo wątpił by ktokolwiek zgodziłby się dać mu zielone światło do wyjścia poza mury, jednak miał nadzieję, że następnego ranka pozwolą mu chociaż wrócić do własnego mieszkania. Ta prycza była naprawdę niewygodna.
OdpowiedzUsuń— A to nowość — mruknął, komentując po raz kolejny w ciągu tych wszystkich tygodni stwierdzenie panny Holmes, że coś związanego z nią w ogóle nie powinno go interesować. I weź się tu człowieku przejmij tym, że miała prawo być zmęczona i zasługiwać na chwilę odpoczynku zamiast spędzać długie godziny w ambulatorium, podczas gdy od dobrej godziny jak nie dwóch powinna była smacznie spać we własnym łóżku. Nie miał jednak innego wyboru niż tylko przystać na oferowaną pomoc i wesprzeć się na kobiecie, mając nadzieję, że chociaż dzięki temu szybciej znajdzie się na łóżku i skończy się ta wyjątkowo niekomfortowa dla niego sytuacja. Starał się także za wszelką cenę ignorować świadomość, że znów znajdują się blisko, choć przecież było to spowodowane tylko i wyłącznie jego osłabieniem. Niestety, mimo sporego zmęczenia, nadal znajdował jakimś cudem siły by zwracać uwagę na to, co absolutnie nie powinno go interesować. Zdecydowanie potrzebował odpoczynku, oczywiście zakładając, że sen się pojawi. Jakoś świadomość, że to akurat ta pani doktor znajdowała się za ścianą, zdawał się zmieniać nieco postać rzeczy…
Nie protestował gdy wyjęła z jego dłoni rzeczy, dobrze wiedząc, że ich miejsce znajdowało się na posłaniu obok. W ogóle jakoś tak po tej wyprawie zdawać by się mogło, że stracił chęć do kłapania jęzorem i drażnienia się z nią, a przecież normalnie by to wykorzystał. Zmachał się i ani trochę mu się to nie podobało. Skorzystał więc z okazji do zajęcia swojego miejsca; opadł na łóżko, przymykając oczy. Uśmiechnął się tylko lekko słysząc jej słowa i uniósł dłoń by krótko pomachać.
— Dobranoc.
Zaskakujące było tylko to jak szybko zmorzył go sen. Wystarczyło parę minut od położenia głowy na poduszce by zamknął oczy na dobre, pogrążając się w mocnym, bardzo głębokim śnie, z którego raczej trudno byłoby go wybudzić. Gdyby znajdował się poza murami Obozu, pewnie nawet zmęczenie nie pozwoliłoby mu na tak silne odpłynięcie, ale tutaj, w ambulatorium… Był przecież bezpieczny, tak? Żadne zombie nie przedostanie się przez liczne straże rozstawione przy zaporze na moście łączącym San Francisco i Oakland. Nie miał pojęcia o tym, że uśpiony końską dawką morfiny Colton poruszył się niespokojnie, a w jego okaleczonym ciele nie pozostało nic z dawnego człowieka, jakim był jeszcze parę godzin temu…
Nie było już nic takiego, co mogłoby mu przeszkodzić w odpoczynku. Nawet wymęczony umysł zdecydował się pójść na kompromis i odpuścić kierowanie niezbyt właściwych myśli w kierunku pani doktor, za co pewnie odbije sobie w najbliższych dniach. Odświeżony i najedzony, był też przekonany, że sytuacja Coltona jest całkowicie opanowana. Główny lekarz gdy wpadł do nich opowiedzieć o przebiegu operacji i poinformować o stanie pacjenta, zaraz po tym jak zapewnił, że nie ma co się nastawiać na happy end, dodał też iż jeżeli noc przebiegnie bez większych afer, najwcześniej zwiadowca wybudzi się w okolicach południa następnego dnia po ilości środków nasennych wymieszanych z morfiną, jakimi został pieczołowicie nafaszerowany dla bezpieczeństwa. Mógł się ewentualnie obawiać konsekwencji związanych z amputacją. Ale po przypadku sprzed paru miesięcy, gdy zatrzymano w ten sposób przemianę, nawet nie podejrzewał, że tym razem mogło coś pójść ewidentnie nie tak. Ale niestety tak się zdarzyło. Podczas gdy głównym zmartwieniem była infekcja, wirus już dawno wdarł się w ciało, niszcząc je od środka, a jedyne czego potrzebował to odrobina czasu i braku nadzoru. Oba miał zapewnione, bowiem gdy tylko poszczególni pracownicy ambulatorium rozeszli się do swoich zajęć bądź domów, a nadzorująca panna Holmes zakopała w papierach, miał wystarczającą sposobność do powolnego, acz systematycznego przeobrażania się. Stopniowo zanikały wszelakie ludzkie odruchy, pozostawiając w ciele jedynie instynkt dążący do ciągłego, niczym niepohamowanego pędu do pożywania się na wszystkim co żyje. Transformacja mimo wielu prób opracowania jakiegokolwiek zabezpieczenia nadal była w pewnym sensie zagadką dla pozostałych przy życiu. Czas przemiany był różny, od kilku, do nawet kilkunastu godzin, zależnie od danego przypadku. Jedyne pewne było, że ugryzienie było wyrokiem, z którym tylko niekiedy dało się pertraktować. W suchej skorupie Coltona już nie było. I to nie on otworzył zasłonięte jakby mgłą oczy, rozglądając się z otępieniem po zaciemnionym pokoju. Bez względu na brak kończyny, zdawać by się mogło, że zupełnie nie odczuwając przy tym najmniejszego bólu, zsunął się na podłogę, niezdolny do utrzymania równowagi. Nie pozostała ani krztyna rozumu, mogącego podpowiedzieć by chwycił się czegoś, podpierając. Wylądował na zimnej posadzce, charcząc cicho i potrząsając gniewnie głową. W ciszy jaka panowała w ambulatorium słyszał tylko jeden wyraźny głos — spokojnego, miarowego oddechu dochodzącego zza uchylonych drzwi mniejszej salki, w której w najlepsze spał Josh, z tego wszystkiego nie mający żadnego kontaktu z rzeczywistością. Coś, co kiedyś było zwiadowcą, teraz ponownie rozejrzało się dookoła, odnajdując mętnym wzrokiem swój cel. I powoli przesuwając dłońmi po podłodze, czołgał się w stronę przymkniętych jedynie drzwi, wprost w stronę nieświadomego niczego byłego kolegi. Drzwi zaskrzypiały ostrzegawczo gdy pchnął je, dostając się do środka. Tyler poruszył się niespokojnie, na chwilę jakby bliski przebudzenia, ale nic takiego się nie stało. Przekręcił się jedynie na drugi bok, układając wygodniej i już po chwili znów zapadł w równie mocny sen co przed jeszcze paroma sekundami, pochrapując nawet cicho. Tymczasem zombie zacharczało znacznie głośniej, szczerząc zęby i z jeszcze większym uporem czołgając się w stronę śpiącego mężczyzny, od razu wyczuwając świeże mięso i pulsującą pod cienką warstwą skóry ciepłą krew.
OdpowiedzUsuńBył to jeden z tych wyjątkowo przyjemnych snów gdy nie dręczyły żadne koszmary czy sny. A po całym dniu wrażeń miało co odcisnąć swe piętno na zmęczonym umyśle. Na szczęście nie przewinęły się żadne obrazy pełne krwi, krzyków i bólu, bo to pamiętał najbardziej. Jeszcze długo wyrzucać sobie będą wszyscy trzej, że nie przypilnowali dość dobrze czy wszystko jest w porządku, więc niepotrzebne było mu zamartwianie się jeszcze w momencie gdy najbardziej potrzebował odrobiny odpoczynku. Przeżycia połączone z znacznie większym niż kiedykolwiek ubytkiem krwi zrobiły swoje i zasnął głęboko. Na tyle, by nie zwrócić najmniejszej uwagi na dziwne charczenie dobiegające tuż obok, z każdą chwilą coraz bliżej. Zombie było zbyt świeże by charakteryzowało się już dostatecznie silnym zapachem rozkładających zwłok; poza mętnym spojrzeniem w którym odmalowany był wyraźnie szał i poszarzałej skórze spod których przebijały wyraźnie ciemnosine żyły, nie wyglądał tak przerażająco jak jego nieszczęśni pobratymcy… A może tym bardziej mroził krew w żyłach swoim podobieństwem do normalnych ludzi. Niczego nieświadom przeciągnął się, w dobrej chwili wciągając na posłanie jedną z dłoni, dotychczas swobodnie zwisającej poza łóżko. I pewnie spałby w najlepsze dalej, gdyby coś się nie zmieniło. I tym czymś wcale nie były szybkie kroki rozlegające na korytarzu czy też snop światła wpadający do środka ledwo rozbłysło światło w pomieszczeniu obok. Nie zareagował na to w żaden sposób, może jedynie niezadowolonym mruknięciem i chęcią przytulenia się mocniej do poduszki. Ile czasu minęło odkąd zasnął? Zdecydowanie zbyt mało, do rana chyba było jeszcze tak daleko… Wystarczyło tylko jedno słowo by poderwał się natychmiast, wybudzony w tej sekundzie ze snu. Od razu uniesiony do siadu, nieco nieprzytomnym wzrokiem rozejrzał się dookoła, nie rozumiejąc. Nie rozumiał też gdy wreszcie napotkał osobę, która go tak drastycznie wyrwała z objęć Morfeusza. Przez dobrą sekundę wpatrywał się w przerażone oblicze panny Holmes, z trudem łącząc fakty. I już prawie oprzytomniał na tyle by zadać pytanie co takiego się dzieje, gdy była tuż obok. Dopiero wtedy dostrzegł smugę krwi ciągnącą się od progu aż to… Szwędacza znajdującego się tuż przy nogach jego łóżka. To wystarczyło by wybudzić go całkowicie. Zignorował nawet fakt, iż właśnie patrzył na swojego dawnego kolegę. Dawnego, też coś! Przecież nie dalej jak dwanaście godzin temu siedzieli razem w samochodzie, żartując sobie w najlepsze. Pamiętał przechwałki Coltona jaką to ma ochotę pozbyć się jednego lub dwóch zombiaków. A teraz… W jego udzie sterczała metalowa noga jednego z krzeseł, którym Katherine przyciskała go do podłogi. Jednak zdawało się, że nie zrobiło to na zarażonym najmniejszego wrażenia, wciąż wyciągającego dłonie w stronę potencjalnego pożywienia. Rozejrzał się dookoła, gorączkowo szukając czegoś. Sam nie wiedział czego, ale krzesło było za daleko by spróbować po nie chwycić. Dostrzegł jednak na stoliku nocnym talerz i sztućce pozostawione po przyniesionej przez Hannah kolacji. Na szczęście nie były plastikowe i niewiele myśląc chwycił nóż, wbijając go z impetem w twarz zombie.
OdpowiedzUsuńWszystko to działo się zbyt szybko by zdążył w ogóle pomyśleć o tym jak to się stało, pozostawało jedynie skupienie na tym co przed chwilą się wydarzyło. I ciągle działo. Bo nawet w momencie gdy Colton opadł wreszcie na chłodną posadzkę bez ruchu, wciąż pozostawało martwe ciało jego kolegi, którego własnoręcznie zabił. Nie pomagała świadomość, iż był to już tylko pasożyt w ciele człowieka, którego niegdyś znał. Znów to zrobił, tak samo jak rok temu, kiedy też nie miał wyboru. Nie zapomniał o tamtym popołudniu, tak samo jak i ten moment będzie jeszcze długo go dręczył. Przez wszystkie te miesiące udawało mu się uniknąć stanięcia twarzą w twarz z przemienionym, który nosiłby twarz osoby dobrze mu znanej. Na szczęście, bowiem długo nie byłby gotów do powtórzenia podobnego wyczynu. Nikt nie wiedział i nikt nie musiał wiedzieć. Teraz jednak było inaczej i podobnie za jednym razem. Ponownie nie czuł by bronił siebie przed atakiem, choć to przecież on był tak bliski ugryzienia i podzielenia jego losu. Mógł myśleć, że to adrenalina zrobiła swoje, ale gdzieś w głębi dobrze wiedział, że to obecność ciemnowłosej pani doktor w tym samym pomieszczeniu co grasując Szwędacz sprawiła, iż znalazł w sobie dość sił do podobnego zachowania. Wyprostował się powoli, spoglądając na nieruchome ciało do momentu kiedy to usiadła obok niego, ujmując jego twarz w swoje ciepłe dłonie. Dopiero wtedy, całkowicie pewny, że Colton na pewno już nie wstanie, spojrzał na pannę Holmes. I niewiele myśląc przyciągnął ją do siebie, obejmując mocno, szczelnie zamkniętą w jego ramionach. Potrzebował chwili po której na pewno pozwoli jej się odsunąć, ale teraz… Był zbyt bliski śmierci by potrafił przed nią, a przede wszystkim przed sobą udawać, że potrafi zignorować swoje uczucia i pragnienia. Odetchnął głębiej, wtulając twarz w ciemną czuprynę jej rozczochranych włosów, których zapach wydał mu się najbardziej zniewalającym z wszystkich, jakich kiedykolwiek doświadczył.
OdpowiedzUsuń— To nie twoja wina. Zasnęłaś, miałaś prawo — wyszeptał, podczas gdy jego dłonie powolnymi ruchami przesuwały się kojąco po jej plecach, choć nie do końca wiedział czy stara się tymi gestami uspokoić ją, czy też samego siebie. Sam przecież wtedy sugerował, że powinna odpocząć, a nie zadręczać się pracą. Gdyby jej tu nie było lub gdyby najzwyczajniej w świecie nie obudziła się w porę albo chociaż nie pomyślała o zajrzeniu do rannego… Przymknął na chwilę oczy, łapiąc z trudem powietrze. Jak każdy obawiał się śmierci a minutę temu był jej bliższy niż kiedykolwiek przez ostatnie miesiące. To jej zawdzięczał to, iż nie podzielił losu nieszczęsnego Coltona, wokół którego głowy widniała teraz sporawa kałuża krwi. Jedno co to chociaż podczas amputacji stracił jej tyle by nie dosięgły ich żadne rozpryski. — Nic mi nie jest. — W końcu wypowiedział te słowa, które musiały zostać wypowiedziane. Wyprostował się powoli, nie odsuwając jednak jak sobie jeszcze chwilę temu obiecywał w myślach. Zamiast tego oparł czoło o jej czoło, pozwalając by wymieszały się ich oddechy. Cofnął jedną z dłoni, przebiegając palcami po jej rękach, jakby szukając tym samym jakiś ranek. Wiedział, że żadnych nie było, ale i tak… — Dziękuję — wyszeptał jedyne słowo, jakie cisnęło mu się na usta, które jednak nijak nie oddawało tego wszystkiego co chciał jej powiedzieć. Otworzył oczy, odnajdując jej ciemne spojrzenie.
Rzadko kiedy zdarzało im się wychodzić na dłużej niż parę godzin w trakcie dnia. Wyprawy trwające dłużej, obejmujące nocowanie, zdarzały się tak sporadycznie oczywiście ze względu na znacznie większe niebezpieczeństwo. A jednak… Trzeba było wtedy się położyć i zawierzyć temu, który pełnił wartę, że nie popełni błędu i nie dopuści do tego by jakiś Szwędacz podszedł zbyt blisko. Joshua nie cierpiał tych momentów gdy wiedział, iż koniecznym jest zaśnięcie i zrezygnowanie z pełnej czujności. Miał wtedy wyjątkowo lekki sen i wystarczyło by któryś z kolegów zachrapał, a natychmiast budził się, gotów do zerwania na równe nogi. Teraz jednak było inaczej. Dlaczego miałby się podświadomie czegoś obawiać skoro był na terenie Obozu, w dodatku w ambulatorium, gdzie… Tak jakby miał pod ręką lekarza? Najprawdopodobniej przez parę następnych dni to poczucie bezpieczeństwa będzie zgubione i potrzeba kolejnych kilku, by pozbyć się tego uporczywego uczucia niepewności. Teraz jednak byli bezpieczni. Zarówno ich dwójka, jak i wszyscy mieszkańcy. Potem zajmie się myśleniem o pozbyciu ciała; z całą pewnością nie zrobi tego sam, ale i tak trzeba było nie tylko wynieść go na dwór, gdzie zostanie spalony on, jak i wszystkie materiały których dotykał. Najlepiej wyrzucić to co miało kontakt z jego krwią czy śliną… I zmyć podłogę co najmniej trzy razy jak najsilniejszymi środkami. Ale to potem, teraz wciąż jeszcze nie potrafił przestawić się tak płynnie na myślenie o tym wszystkim z podobnym rozsądkiem.
OdpowiedzUsuń— Kitty, już dobrze — odparł cicho, gładząc ciemne włosy, plączące mu się między palcami. Słuchał tego wszystkiego w skupieniu, próbując przyswoić ten ogrom informacji. A więc to w dużej mierze jego wina. Gdyby nie krew i pozwolili mu umrzeć tak jak pewnie było pisane, do niczego takiego by nie doszło. Chciał o coś spytać, ale to nie wydał mu się dobry moment, widząc jak przymyka oczy, oddychając jakby ciężej. Wiedział, że miała doświadczenie z Szwędaczami. Zresztą kto go teraz nie miał? Ale przed chwilą zginął człowiek, którego parę godzin temu tak gorączkowo ratowała. Jego kolega z którym… Nie, te myśli odsunął od siebie za wszelką cenę, nie mogąc jej dopuścić do głosu. — Już go nie ma — dodał kojąco, obracając się przez ramię. Przesunął się w stronę ściany, opierając o nią plecami. Była chłodna co czuł nawet przez materiał koszuli, ale nie zrobiło to większego wrażenia. Pociągnął Katherine za sobą, tak by wciąż opierała się o jego tors. Gdzieś w tym całym zamieszaniu pamiętał jak bardzo nie lubiła chłodu, oferując jej ciepło bijące od ciała zamiast ściany. Podciągnął nogi tak, by nie wystawały poza łóżko, czekając aż uczyni to samo. Zagrożenie minęło, ale nadal czuł się bardziej komfortowo w takiej pozycji. — Uratowałaś mnie. — Po wypowiedzeniu tych słów przyszła mu do głowy wyjątkowo absurdalna i zupełnie nie pasująca do całej tej tragicznej sytuacji myśl, przez którą nie mógł powstrzymać delikatnego uśmiechu pojawiającego na ustach. — Dama na białym koniu ratuje rycerza w opałach. — Oparł głowę o ścianę, przymykając oczy. Przesunął palcami po jej talii, cały czas trzymając w objęciach. — Trzeba będzie kogoś zawiadomić. Powiedzieć lekarzowi o krwi… — Posprzątać to i… miał dokończyć, ale uświadomił sobie coś bardzo niepokojącego, o czym wcześniej nie pomyślał. — Jesteś pewna, że jego krew nie dostała się do mojej? Nie teraz, ale wcześniej…
Przypomniała mu się jej kąśliwa uwaga podczas tańca, na który ją wyciągnął nie zastanawiając się nad konsekwencjami, to wszystko. Teraz to ona, bez względu na to jak postrzegała swoje dokonania, była tą, która uratowała mu skórę. I nie doszukiwał się żadnego błędu, bo według niego po prostu go nie było. Choć zapewne nie ważne ile razy to powtórzy, była zbyt uparta by przyjąć jego stanowisko.
OdpowiedzUsuń— Niektóre decyzje trzeba podjąć — odparł jeszcze ciszej, przymykając oczy i odpływając myślami w przeszłość. Pamiętał tamten dzień jakby to było wczoraj, co do każdego szczegółu. Początkowo, w pierwszych tygodniach, było to cudnie zamazane. Z każdym kolejnym jednak wracało coraz bardziej i bardziej, a on już wiedział dokładnie co się stało, nie mogąc zasłaniać się mglistymi wspomnieniami. I choć mógł sobie powtarzać, że zrobił to co było konieczne, najprawdopodobniej jedyną rzecz by uratować swojego brata, nigdy nie zapomni pierwszego Szwędacza jakiego zabił. Paradoksalnie dzięki temu łatwiej było się nie zatracić w tym wszystkim i nawet nie szukać przyjemności w unicestwianiu zombie. Odetchnął jednak głębiej, przywołując się do rzeczywistości. Katherine nie wiedziała, jak zresztą nikt poza jego młodszym bratem, który równie dobrze też mógłby już być martwy. Szybko powrócił myślami do istotnej kwestii zakażenia. Policzył w pośpiechu godziny… Od momentu gdy miał styczność z jeszcze żywym Coltonem minęło parę godzin. Zważywszy, że jego krwi było mniej niż zazwyczaj… Powinien był już się przemienić. Chyba?
— Upewniam się tylko, ty lepiej wiesz co się działo z tymi wszystkimi igłami — wyjaśnił, wciąż nie do końca pewny czy powinni już odetchnąć z ulgą. Zwłaszcza mając na względzie to co zamierzał zrobić, a co raczej się pannie Holmes nie spodoba. — Wszyscy myśleliśmy, że amputacja zapobiegnie przemianie — dodał jakby na usprawiedliwienie; nikt z nich nie podejrzewał nawet, że mogła nie podziałać, a jednak. Obawiano się zakażenia, utraty krwi, ale nie przemiany. Jęknął cicho gdy uświadomił sobie kolejną rzecz. To nie do lekarza głównego czy Kitty należało akurat to zadanie. — Będę musiał powiedzieć reszcie o tym. — Nikt nie będzie miał mu za złe wbicia w czoło zombie zwykłego kuchennego noża, ale tym kimś był ich kolega o którego życie drżeli. Nie wątpił, że Peter i Rodney zdążyli już poinformować resztę zwiadowców o wypadku do jakiego doszło podczas wyjścia poza Wyspę Skarbów. Zerknął na zegarek wiszący nieopodal drzwi. Do sali wpadało tylko światło z drugiego pomieszczenia, tak więc musiał przyjrzeć się uważniej by odczytać która jest godzina. Za pięć, a może siedem minut, tu akurat żadna różnica, będzie druga, czyli samiuteńki środek nocy, kiedy pewnie już wszyscy się rozeszli z baru. I całe szczęście. — Już od kilku miesięcy nikogo nie straciliśmy
To był zdecydowanie zbyt długi dzień, a co gorsza, najwyraźniej jeszcze nie zmierzał ku końcowi. Działo się tak wiele sprzecznych emocji, których doświadczał także teraz. Najpierw podekscytowanie zostało stłumione przez strach i nerwy, a teraz to wszystko znów ustępowało. Gdy te parę miesięcy temu zaczął zawracać głowę Katherine, nie podejrzewał jak daleko to zabrnie. Ale teraz, gdy znów mógł skupić się na jej bliskości, wychodziło na jaw, że zależało mu bardziej niż powinno. A może nie? Nie był ślepy przecież, pytanie tylko czy gwałtowna reakcja była typowa, czy zarezerwowana tylko dla niego… Będzie się jednak tym frasował zdecydowanie później, gdy przynajmniej nieco ochłonie. Nie skomentował w żaden sposób słów odnośnie tego co próbowali uczynić. Nie udało się i trzeba będzie o tym pamiętać w przyszłości. Za to wolał skupić się na czymś innym, bardziej potrzebnym teraz. Rozmyślanie na temat wpływu zdrowej krwi na rozwój zakażenia zostawi innym, lepiej znającym się na tym konkretnym temacie.
OdpowiedzUsuń— Pomogę ci — zaoferował, odpychając się od ściany. Co prawda czy w ogóle będzie w stanie okaże się dopiero za chwilę lub dwie, ale zamierzał chociaż spróbować, zamiast siedzieć bezczynnie na posłaniu, przyglądając się poczynaniom kobiety. Sięgnął po swoje buty i chwilę później wstał z łóżka. Raczej nie była to zasługa tych w porywach dwóch godzin snu czy zjedzonego posiłku, ale wciąż buzującej w żyłach adrenaliny, przez którą ciało zapomniało o zmęczeniu. Nie wątpił, że za jakiś czas, gdy znów położy się spać po tym wszystkim, pewnie prześpi aż do kolacji, ale na razie… Nie tylko czuł się dobrze, ale wręcz wydawać by się mogło, że wszelakie zmęczenie po prostu wyparowało. Na razie nie zastanawiał się jednak jak długo to potrwa i zamierzał korzystać dopóki ciało nie przypomni sobie o tym, że powinno mu odmawiać współpracy. — Trzeba będzie zetrzeć tą całą krew, zwłoki spalimy dopiero po przyjściu Bishopa, raczej sam go nie wyciągnę na dwór. — Miała rację myśląc, że nikt z Obozowiczów od dawna nie mających styczności z Szwędaczami nie powinien o tym wiedzieć. Panika to ostatnie czego potrzebowali, a wiedział, że jego koledzy będący blisko z Coltonem po prostu mieli prawo wiedzieć co się wydarzyło i nie potraktują tego wypadku bojaźliwie, a raczej jako przestrogę. — Mam tylko nadzieję, że jak przyjedzie to samochodem i mnie chociaż podrzuci — mruknął, już wybiegając myślami do momentu gdy będzie wszystko posprzątane i każde z nich rozejdzie się w swoją stronę. Powoli zaczynał mieć dość ambulatorium i tylko fakt, że panna Holmes pracowała tutaj, odrobinę osładzał mu to miejsce. — Dasz mi coś do posprzątania? Chcę się przydać i nawet nie próbuj odsyłać mnie na pryczę, czuję się w porządku.
Znosiła to lepiej niż on. Może nie tyle ten moment był tak bardzo trudny, ale samo wyobrażenie odwrotnej sytuacji sprawiało, że czuł się słabo. Dlatego też rozpaczliwie starał się skupić na czymś. Na przykład na posprzątaniu tego bałaganu, to powinno mu pomóc wyrzucić z głowy natrętne myśli, które nagle skumulowały się pod wpływem ostatnich wydarzeń. Na szczęście nie Katherine była w niebezpieczeństwie, a on, dzięki czemu reakcja z jego strony była na tyle lekka. Choć… Znał pannę Holmes rok i zdążył przez ten czas zaobserwować to i owo. Nie odkrył Ameryki spostrzeżeniem, iż unikała wszelakiego kontaktu fizycznego czy też okazywania własnych emocji. Naturalnie poza irytacją i złością, bo akurat te dwie emocje skierowane były w jego stronę niezwykle często i do niedawna wszystko nieco bardziej neutralne czy pozytywne było niemałym zaskoczeniem. Teraz jednak… Podejrzewał, że to wina jego zmęczenia wymieszanego z natłokiem własnych odczuć, ale znów wydało mu się, iż stosunek Kitty do niego ulegał pewnej zmianie. Nie miał bladego pojęcia jak interpretować zachowanie ciemnowłosej kobiety, aczkolwiek z trudem było mu nie myśleć jako o osobach sobie bliskich. Nawet przyjaciołach, naturalnie połączonych przez wyjątkowo specyficzną przyjaźń, bowiem do normalnych to ona z całą pewnością nie należała. Sam nie wiedział czy mu to wystarczy, ale zawsze był jakiś początek. O mało nie jęknął na głos z pożałowaniem, pozwalając sobie jedynie na zganienie się w myślach. Miał skupić się na czymś konkretnym. A nie znów pogrążać w myślach jak bardzo ciągnęło go do ślicznej pani doktor w tym sensie. Zwłaszcza, że zdawał się być na przegranej pozycji. Po tamtej żywiołowej reakcji nie było już ani śladu i tylko wpatrywała się w milczeniu w leżące u ich nóg zwłoki. I znów zbyt dużo sobie wyobraził. No nic, na szczęście jakoś tak łatwiej się myślało gdy wyszła z pomieszczenia, uprzednio informując go co zamierza uczynić.
OdpowiedzUsuńNachylił się nad ciałem, odsłaniając z pewną dozą niepewności biały materiał na którym teraz widniały szkarłatne plamy. Colton nie wyglądał spokojnie po śmierci co sprawiało upiorne wrażenie. Szał odmalowany w oczach nie zniknął, nawet jeżeli ciało wyglądało względnie normalnie. Wzdrygnął się lekko patrząc w jego martwe spojrzenie i niewiele myśląc zasłonił powieki, jak zwykło się robić w przypadku zwykłych zmarłych. Wyciągnął też nóż z jego czoła, kładąc obok, uważając by nie zbrudzić się krwią. Na całe szczęście tych ubrań, przyniesionych zaledwie parę godzin temu na zmianę, nie zdążył jeszcze zbrudzić. Rozejrzał się, czekając na Katherine, której jednak nie było. Zamiast stać tu bezczynnie, mógł przynajmniej przytachać to co wygrzebie. Wyszedł więc na korytarz, dostrzegając ją od razu. Opartą o ścianę, najwyraźniej przeżywającą tą śmierć mocniej niż się spodziewał. Niewiele myśląc, choć jeszcze chwilę temu obiecywał sobie odpuścić tej nocy dalsze mieszanie samemu sobie w głowie, podszedł do niej, ujmując drobną dłoń kobiety; była chłodna, co niespecjalnie go zdziwiło. Tej nocy coś się zmieniło i trudno mu będzie wrócić do dawnych relacji.
— Mogłaś powiedzieć, że potrzebujesz chwili. To zrozumiałe, a sam to uprzątnę jeżeli trzeba — powiedział cicho, spoglądając na nią z troską. Pamiętał, że tego nie lubiła. Gdy ostatnio rozmawiali po spotkaniu trzeciego stopnia z zombie, skończyło się kłótnią… Ale nie zamierzał teraz naciskać, może tylko chcąc zasugerować by wyszła na świeże, chłodne powietrze.
Niechętnie przyznał się do tego sam przed sobą, ale nie chciał zostać w pokoju z trupem zmarłego kolegi, którego przed paroma minutami własnoręcznie pozbawił życia. No dobrze, to była już tylko powłoka w której kryło się zombie, pragnące jego śmierci. I gdyby nie interwencja Katherine właśnie tak by się stało. Kolejna nieprzyjemna myśl. Wychodząc poza mury obozu decydował się na powierzenie w pewnym sensie swojego losu innym zwiadowcom. Ale był do tego przyzwyczajony, oswojony z myślą, że koledzy dbają o jego tyłek, podobnie zresztą jak on dbał o nich. I choć w ambulatorium bywał swego czasu całkiem często, to jednak na ogół jego życie nie zależało od założenia na małe ranki paru szwów. A teraz role się w pewnym sensie odwróciły i gdyby nie ona, by go tu nie było. Kto jednak mógł założyć taki rozwój wypadków? Skoro nawet lekarze nie sądzili… Zresztą, amputowali nogę niemal od razu, wydawać by się mogło, że nie ma najmniejszych szans. A jednak. Dość, zaraz go od tego wszystkiego głowa rozboli. Zwłaszcza, że miał coś skutecznie przykuwającego jego myśli od zabitego zombie w pokoju obok. Może powinien się odsunąć, ale jakoś nawet nie przeszło mu to przez myśl.
OdpowiedzUsuń— No cóż, niestety miałaś pewnie aż za dużo okazji by się o tym przekonać. Choć wolę nie wnikać w to jak złe masz o mnie zdanie skoro uważasz, że narobię więcej szkód niż zombie — zaśmiał się, czując jak przynajmniej część tego nieprzyjemnego ścisku w środku na wspomnienie ostatnich wydarzeń znika pod wpływem słów Katherine. Uśmiech rozpogodził jego nieco poszarzałe i zmęczone oblicze, sięgając nawet do błękitnych ślepi, wpatrujących się w nią bez chwili wytchnienia. Tym łatwiej było dotrzeć jak jej zaczynają drżeć jej usta, czując to samo w uścisku swojej dłoni. Niewiele myśląc splótł ze sobą ich palce i zacisnął nieco mocniej, czując jak przyjemny dreszcz przebiega po jego ciele.
— Zimno ci? — spytał cicho, ale głos niósł się po opustoszałym ambulatorium zaskakująco dobrze. No tak, środek nocy i nikogo wkoło. Gdzieś po drodze zgubił chyba zdolność racjonalnego myślenia i to na pewno dlatego zrobił krok do przodu. A potem kolejny… Aż stanął tuż przed Kitty, cały czas trzymając jej dłoń i przesuwając powoli palcami po gładkiej skórze, zupełnie jakby chciał tymi drobnymi gestami ogrzać ją nieco. Wiedział już o tym jak nie znosiła chłodu, a teraz… Gdy nieco chłodniejsze powiewy ciągnące od nieszczelnego okna z ledwością zauważał, rozproszony jej bliskością umysł podpowiadał tylko jedno rozwiązanie. Nachylił się nad drobną postacią ciemnowłosej kobiety, owiewając jej twarz gorącym, przyśpieszonym od emocji oddechem. Ich twarze dzieliły jedynie centymetry i nawet w tak słabym świetle ledwo tlącej się na korytarzu przytłumionej lampki, mógłby policzyć złotawe plamki w jej ciemnych oczach. Rozchylił lekko wargi, unosząc drugą dłoń i pod wpływem chwili pogładził delikatnie kciukiem jej policzek; chciał chyba coś powiedzieć, ale wszelakie słowa uciekły.
Nerwowe sekundy mijały, ale zdawał się tego nie zauważać nawet w najmniejszym stopniu. W ogóle jakby to wszystko wkoło stało się zaskakująco mało istotne. Nawet pamięć o zabitym Coltonie odpłynęła nie tyle na drugi, co na siódmy plan, a jasnowłosy zwiadowca zdawał się teraz o tym nie myśleć. Niczego tak nie pragnął w tej chwili jak zamknąć Kitty w swych ramionach i pocałować, nie wypuszczając jeszcze przez długi czas. I niedobra intuicja podpowiadała mu, że może to nie był tak koszmarnie zły pomysł jak dni czy tygodnie wcześniej, gdzie mógłby liczyć jedynie na solidny cios w odpowiedzi na śmiałość. Był już zmęczony ukrywaniem tego wszystkiego, starając się jej nie spłoszyć. Przecież od dawna wiedział, że nie widzi w pannie Holmes jedynie koleżanki czy ulubionej pielęgniarki, u której zawsze jakimś dziwnym trafem lądował ilekroć zjawiał się już w ambulatorium. Próbował sobie wmówić, że wystarczy mu jej przyjaźń, iż da jeszcze trochę czasu. Ale… Gdy zaledwie centymetry dzieliły ich twarze, czuł nęcący zapach jej ciemnych włosów, a gorący oddech owiewał twarz, rozsądne myśli zupełnie się ulotniły, zostawiając tylko spalające od wewnątrz pragnienie, któremu bez reszty się poddał. Nie zastanawiając się ani sekundy dłużej, zmniejszył bez reszty dzielącą ich odległość, delikatnie unosząc podbródek Katherine i gdy zaledwie milimetry dzieliły ich usta i niemal poczuł smak jej warg na swoich, rozległy się kroki. Zesztywniał, mając ostatnie ułamki sekund na podjęcie decyzji co dalej. I przegrał z kretesem. Choć mógł mieć wszystko to, czego tak pragnął, rozlegający się od drzwi głos Bishopa przywrócił go na ziemię, uświadamiając, że wcale nie chce by tak to wyglądało. Na szybko, w obawie przed nakryciem lada moment, z trupem leżącym zaledwie kilka metrów od nich. Z cichym westchnieniem żalu, pogłębiającego się tylko kiedy cofnął dłoń i pośpiesznie postawił parę kroków w tył, zawołał:
OdpowiedzUsuń— Tu jesteśmy, wszystko w porządku! — Dopiero po sekundzie lub dwóch zorientował się, że ich dłonie nadal są splecone i naprawił ten błąd akurat gdy zza rogu wyłoniła się sylwetka zszokowanego lekarza, najwyraźniej wciąż jeszcze trawiącego to, co ujrzał w pokoju zabiegowym. Josh odetchnął głębiej, uspokajając rozszalałe bicie serca, przeżywające zdarzenia sprzed chwili. — Amputacja nie pomogła, zmienił się w zombie — wyjaśnił pokrótce. Zbyt wyraźny miał przed oczami obraz zmarłego, by nie wiedzieć, że nie wyglądał wcale na jednego z ogarniętych szałem. Tak więc należało to powiedzieć, choć chyba główny lekarz domyślał się, iż taki a nie inny rozwój wypadków nastąpił.
Trudno było myśleć o konsekwencjach tego wieczoru, a głupi by był, naiwnie zakładając, że takowych nie będzie. I choć sam pragnąłby popchnąć to w konkretnym kierunku, jakiś uporczywy głosik podpowiadał, że wcale skutki nie przypadną mu do gustu. Kolejny raz podczas jednej, nie tak długiej przecież jak by mogła, wizyty w ambulatorium, przekroczył pewną granicę, której dotychczas Katherine mu nie pozwalała naruszyć. Nie wiedział czy to chwilowa słabość czy wciąż pochodne wydarzeń z sali w której jeszcze jakiś czas temu spał, ale nie ulegało za to wątpliwości, iż najbliższa noc pełna będzie wielu uporczywych myśli, tak bardzo sprzecznych ze sobą jak i jednocześnie pasujących. Zachował się podobnie jak panna Holmes przed paroma minutami, unikając wzrokiem jej oblicza i skupiając się na sylwetce podchodzącego bliżej Bishopa. Teraz przynajmniej to wszystko potoczy się znacznie szybciej, bowiem gdy byli sami, wydawać by się mogło, że czas uporczywie zwalniał, zapętlając się wokół tej dwójki.
Niejednokrotnie przekonywali się jak odmienne mieli podejście jeżeli mowa o przywiązywaniu się do osób w Obozie. Udało mu się zawiązać nie tylko znajomości, ale wręcz przyjaźnie. Naturalnie zdarzało mu się myśleć o tym, gdyby któremuś z nich coś się stało, ale uważał, że przyjemne chwile warte są podjęcia ryzyka. Tak jak teraz, gdy perspektywa bliskości wydawała się aż nadto nęcąca by móc próbować z nią walczyć. Chociaż wiedział, że nie chodzi tu tylko o sam związek. Nie był ślepy, wiedział, że przez te miesiące udałoby mu się związać z jakąś kobietą. A jednak zawsze jakoś tak były one i… była też Katherine. No ale koniec z tym. Zjawił się Bishop i należało skupić się na wydarzeniach związanych z zombie w ambulatorium. Nie wtrącał się do rozmowy, pozwalając by to panna Holmes mówiła, opowiadając o całym tym zajściu. Słuchał w milczeniu, a z każdym pojawiającym się słowem odtwarzał sobie całą scenę. Bo i prawdę mówiąc nie miał w pamięci całości. Tym bardziej więc chciał wysłuchać tego wszystkiego, od A do Z. Chociażby po to by się wtrącić jeżeli ciemnowłosej kobiecie znów wpadnie do głowy powtarzać takie bzdury jak to, że całe zajście było jej winą. Na szczęście powstrzymywała się od podobnych komentarzy i nie musiał oburzyć się, naskakując na nią. Zwłaszcza, że czuł się bardzo dziwnie. Nie ma co liczyć na udawanie, iż nic między nimi się nie wydarzyło i relacje tak po prostu wrócą do normy, prawda? No nic, o tym będzie myślał później, skoro Bishop przystał na pomysł Katherine by wysprzątać sale, podczas gdy oni zajmą się zabitym zombie. Na szczęście żadne domy nie mieściły się przy ambulatorium, więc nie musieli obawiać się dostrzeżenia. Zabrali się więc do roboty, nie zamierzając pozwolić by siły Josha przypomniały sobie, że adrenalina spowodowana atakiem już dawno minęły i wypadałoby znów być osłabionym. Zwłaszcza, że musieli mimo wszystko kawałek odejść, zadbawszy przy tym o odpowiednią ilość wody do ugaszenia ognia. Gdy wyszli na dwór, organizując wszystko na przeniesienie ciała, wreszcie odetchnął świeżym, chłodnym powietrzem. Miał też doskonałą okazję by wymienić się z Markiem spostrzeżeniami dotyczącymi poinformowania zwiadowców. Jeżeli nikt w Obozie miał się nie dowiedzieć o wypadku, powinni unikać mówienia nawet tej dwójce, z którą tu przyjechali. Ale Josh znał ich zbyt dobrze. Żaden nie uwierzyłby po usłyszeniu, iż mężczyzna zmarł na skutek amputacji, że ciała pozbyto się w tak wielkim pośpiechu. Na szczęście Colton nie posiadał ani rodziny, ani żadnej towarzyszki życia, co niezwykle im ułatwiało wszystko. Porozumieli się więc by powiedzieć tylko tej dwójce, ustalając też szczegółowo historię jaką usłyszy cała reszta, choć nie obyło się bez ręczenia przez Josha za trzymanie języka za zębami oraz absolutny brak paniki. W końcu byli zwiadowcami, podchodzili do pewnych spraw z o wiele większą rezerwą niż wiecznie bezpieczni mieszkańcy Obozu. Na szczęście też najlepszym przyjacielem Marka był Jinx, a to sporo ułatwiało w przekonaniu, iż da się utrzymać tą zgraję w ryzach. Długo zajęło im przygotowanie wszystkiego, aż wreszcie mogli zająć się spaleniem zarówno ciała, jak i materiału w który był obwinięty. Całość przesiąkła krwią zombie i nawet trzykrotne wypranie, nie gwarantowało bezpieczeństwa. Lekarz rozporządził iż samodzielnie zajmie się pozbyciem wszystkich zainfekowanych przedmiotów takich jak igły, dotykających ciała zakażonego, prosząc jedynie by Katherine zapakowała je ostrożnie do osobnego pudełeczka, które potem on przejmie. Minęło prawie pół godziny nim wszystko było gotowe i mieli pewność, iż ogień nie rozprzestrzeni się dalej, ani nie zostanie przez nikogo zauważony. Dopiero wtedy mogli wrócić do sali, wracając po zwłoki. Jeszcze parę minut i będzie po wszystkim… W końcu. Miał wielką nadzieję, że wreszcie ta noc się skończy, bowiem nawet mimo, że wskazówki pokazywały dopiero trzecią w nocy, wydawało mu się, że do świtu jest jakoś znacznie bliżej. I on niczym tak nie marzył jak o własnym, bezpiecznym łóżku.
OdpowiedzUsuńPo prawdzie nie miał najmniejszego pojęcia o tym jak działało ambulatorium od kuchni i jakoś nigdy się tym specjalnie nie interesował. Kto sprząta, kto wywozi śmieci… Tym bardziej nie zamierzał tego robić teraz, choć może w najbliższym czasie, gdy już nieco odpocznie, zada parę pytań odpowiednim osobom, jak wyglądała ich organizacja, bo jego wiedza ograniczała się do rozpoznawania personelu medycznego i ewentualnego kombinowania skąd im wytrzasnąć nową porcję leków czy też urządzeń medycznych, co wcale takie łatwe nie było. No, ale to jak już było wspomniane, na pewno nie teraz. Należało wynieść Coltona i spalić jego zwłoki. To głównie do Josha należało kontrolowanie ognia i sprawdzanie by się nie rozprzestrzenił, a akurat w tym miał całkiem niezłą wprawę. Nie w paleniu zwłok, ale wiadomo… Ogarnęła go pewna nostalgia gdy spoglądał na tlące się ciało u jego stóp. Niby nic nie mógł zrobić, a i tak czuł się winny jakby co najmniej to wszystko było jego winą. Nieopodal dostrzegał Katherine i poczuł nieodpartą chęć podejścia do niej i przytulenia. Po prostu, bez większych nadziei czy zamiarów, chcąc po prostu poczuć ciepło drugiego ciała przy swej piersi. Na szczęście zdusił tą myśl w zarodku, skupiając na swoim zadaniu. Nie było ono ani proste, ani przyjemne, a chcieli po prostu mieć za sobą, jak najszybciej. Wspomnienie tego wieczoru długo się nie zatrze z wielu różnych powodów, ale mógł choć spróbować zasnąć w nocy i choć na parę godzin liczyć na brak snu.
OdpowiedzUsuńCałe szczęście, że panna Holmes podjęła decyzję o zajęciu miejsca z tyłu, bowiem nie był pewny czy oparłby się wygodnej kanapie i zapewne już po parunastu przejechanych metrach, rozłożyłby się na tyle wygodnie by zasnąć na dobre. Usiadł na miejscu pasażera, podczas gdy nawet nie przeszło mu na myśl by sięgnąć po pasy. Wrócił się uprzednio po swoje rzeczy (te niezabrudzone krwią zakażonego), układając je sobie na kolanach. Opadł na oparcie, oddychając głęboko. Miał naprawdę szczerą nadzieję, że jeszcze przez długi czas nie będzie musiał zjawiać się w ambulatorium. Chociaż i tak coś mu podpowiadało, że w najbliższym czasie wyprawy poza mury zostaną przystopowane. Zbliżała się ta spora i należało skompletować odpowiedni zespół, a ryzykowanie kolejną stratą czy kontuzją było zbyteczne. Droga minęła we względnym milczeniu, przerywanym jedynie paroma zdawkowymi uwagami. Nikomu nie chciało się rozmawiać i nic dziwnego. Zaledwie parę minut temu zaparkowali przed mieszkaniem panny Holmes, a Mark pożegnał się, mając już następny cel w postaci ulicy na której obaj mieszkali.
— Dobranoc, Ki… — zająknął się, przypominając sobie o zbyt wielu rzeczach. Normalnie nie zawahałby się nawet chwili, nawet wiedząc jak bardzo drażniło ją to zdrobnienie, które najprawdopodobniej właśnie z tego konkretnego powodu sobie upodobał. Ale tuż obok siedział Bishop, a nie bez powodu nie zamienili ani jednego słowa podczas podróży. Pytanie jak bardzo przyjdzie mu odpokutować za ten wieczór gdy uległ własnym pragnieniom. Okaże się to całkiem niedługo, był więcej niż pewny. Odchrząknął, a na szczęście działo się to wszystko na tyle szybko, by zmęczony lekarz nie zwrócił uwagi na odrobinę dziwne zawahanie w głosie Josha. — Katherine — poprawił się, upominając w myślach. Odwrócił się przez ramię, posyłając jej ciepły uśmiech, chociaż na twarzy jasnowłosego mężczyzny odmalowywało się wyraźne zmęczenie. Złapał jeszcze ciemne spojrzenie kobiety nim wyszła z samochodu.
Miał wolne, jak niemal każdy zwiadowca ostatnio. Jinx był w podłym nastroju, gdy niby niegroźna kontuzja wykluczyła go z wyjścia na dwutygodniowy wypad poza mury i obrywali wszyscy. Najwyraźniej skoro szef miał zakaz wychodzenia, tyczył się on wszystkich. Niespecjalnie go to dziwiło, bo i feralnie zbiegło się z śmiercią Coltona. Ogólna informacja była taka, że zmarł z powodu powikłań po amputacji, choć przecież Rada znała prawdę. I woleli nie ryzykować kolejnymi urazami czy nawet stratami, podczas gdy wielkimi krokami zbliżało się opuszczenie Obozu na które tak czekali. Josh załapał się jako jeden z pierwszych na liście, co wielkim zaskoczeniem nie było chyba dla nikogo, zwłaszcza patrząc, że szef osobiście nie będzie miał ich jak nadzorować. Był w miarę zadowolony z ekipy, bo towarzyszyć mu mieli koledzy z którymi zgrał się całkiem nieźle. Przynajmniej dopóki gdy coś go nie podkusiło by zerknąć na nazwisko dopisane przy funkcji: lekarz. I wtedy miał przeogromną wręcz ochotę coś rozwalić. Naturalnie po tym jak przełoży pewną upartą pannicę przez kolano, wbijając jej w ten dosadny sposób do głowy, jak bardzo nieznośna jest. Jakby nie dość miał przez nią zmartwień? Od czasu feralnych wydarzeń w ambulatorium, łapał się na tym, że częściej niż kiedykolwiek wypatruje jej w stołówce, nie mogąc jednak zdobyć się na to by porozmawiać. Wyraził aż zbyt jasno swoje pragnienia by móc udawać, iż ich relacje przynajmniej dla niego prezentują się jedynie koleżeńsko. Ale teraz… Ale teraz był zbyt napędzony przez to co ujrzał. I chyba nawet podejrzewał, że Katherine będzie się spodziewała na swym progu. Na szczęście pamiętał gdzie mieszkała, a w dodatku sama podała mu jak na złotej tacy idealny pretekst do zjawienia się, bez obawy, że zostanie po pięciu minutach wywalony. Albo — co chyba nawet bardziej prawdopodobne — zatrzaśnie mu drzwi przed nosem. Tak więc niewiele myśląc wpadł na szybki obiad, jedząc w pośpiechu, i już po chwili był w drodze. Nawet nie zastanowił się czy nie powinien zacząć poszukiwań od ambulatorium, ale coś podpowiadało, że znajdzie ją właśnie tam. Najwyżej później uda się truć pani doktor w jej miejscu pracy. Okazało się, że miał rację. Choć chyba to gorzej… Bo jakoś tak nagle serce mocniej załomotało w piersi, a umysł podpowiedział jak śliczna była. Nie ważne, że znów spoglądała na niego jak na największe utrapienie na świecie. A może właśnie dlatego?
OdpowiedzUsuń— Chciałabyś. Ale nie, gorzej. Pani Potts powiedziała mi dzisiaj, że znów ją łupie w kolanie i będzie padało. — Zerknął przez ramię na bezchmurne niebo, przeczące trochę słowom domorosłej meteorolożki liczącej sobie blisko siedemdziesiąt lat, ale piekącej istnie wyborne bułeczki, które tak lubił. — Ma sprawdzalność dziewięć na dziesięć, więc wolę nie ryzykować, że twój tyłek zmoknie chociaż obiecałem pomóc — wyjaśnił, bezceremonialnie pakując się do środka. Jeśli by spróbował przełożyć to na jutro, najprawdopodobniej albo zapomni, albo coś innego mu wypadnie. Chciał więc skorzystać z dobrej pogody, przynajmniej dopóki trwała. Chociaż San Francisco mogło się poszczycić całkiem znośną jesienią i zimą, wątpił by panna Holmes podzielała jego skromne zdanie. No i jeszcze jedną sprawę miał do załatwienia, co jej całkiem nieźle podpowiadała intuicja. — Nie chcesz chyba jechać z katarem, hm…? — Obrócił się jeszcze w stronę Katherine, chwilę po tym jak ją wyminął, rozgaszczając się w najlepsze w przedpokoju. Uniósł wymownie brwi, posyłając kobiecie spojrzenie wyrażające więcej niż wszystkie te przekleństwa, jakie miał ochotę wyrzucić z siebie, opieprzając ją za podjęcie takiej, a nie innej decyzji. Właśnie tego potrzebował, martwienia się o nią podczas niebezpiecznego wyjścia, kiedy to raczej powinien dbać o to by samemu wrócić jeszcze kiedykolwiek do Obozu…
Nie ulegało najmniejszej wątpliwości, że zdecydowanie musiał iść. Ostatnia taka wyprawa miała miejsce blisko pół roku temu, wczesną wiosną. On sam jak na złość był wtedy jeszcze uziemiony. Choć czuł się dobrze i żebra go prawie w ogóle nie pobolewały… To jednak nie ze strony lekarza głównego było nieodwołalne i mógł zapomnieć o przekonaniu swojego przełożonego, że nic mu nie jest. Tym bardziej teraz był zdeterminowany. W porównaniu z dwoma tygodniami, czym były te dwa, góra trzy, dni kiedy czasem wychodzili na dłużej niż parę godzin? A zresztą, nawet gdyby sam nie miał ochoty pójść, wystarczyłoby zerknąć na listę by szybko uświadomić sobie jak wielki błąd popełnił podejmując taką decyzję. Teraz miał na głowie nieco inne zmartwienie. A była nim drobna postać ciemnowłosej kobiety z powodu której zjawił się na progu jej mieszkania. Wiedział, że pewnych granic nie powinien przekraczać, nie ważne jak zdradliwe obrazy pojawiały się obecnie przed jego oczami. I jakoś wszystkie zgodnie obejmowały chwile gdy czuł na twarzy jej oddech lub przesuwał palcami po skórze… Dość. Bo jak tak dalej pójdzie, da jej więcej niż dobry powód by zdzielić go po tej jasnej łepetynie za śmiałość, czego prawdę mówiąc był całkiem bliski.
OdpowiedzUsuń— Nie bądź zazdrosna, bo od tego marszczenia brwi zmarszczek dostaniesz. Fajnie jest mieć obozową babcię. Doceniłabyś gdybyś dostała trochę jeszcze ciepłych rogalików — odparł, zupełnie niezrażony postawą panny Holmes. Gdyby miał brać pod uwagę jej typowe humorki już dawno temu skończyłby z przewlekłą depresją. Na szczęście jednak optymizm nadal pozostawał na swoim miejscu, dzięki czemu pozwolił by jej kąśliwa uwaga wleciała jednym uchem, by praktycznie w tej samej chwili wylecieć drugim. Westchnął jednak cicho, wysłuchując kolejnych słów. Proszę, a to nowość, znów dawała mu znać, że niekoniecznie jest mile widziany. Gdy kiedyś to się zmieni chyba padnie na zawał. — Nie będę ci przeszkadzał w przygotowaniach. I nie przyszedłem na pogaduszki. Pokaż mi tylko gdzie przecieka ci dach, a pewnie będziesz mnie miała z głowy na najbliższy czas… — zasugerował. W końcu tego chciała, tak? Przy okazji mogła więc upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu. Josh będzie zadowolony mogąc spełnić obietnicę, a ona nie będzie musiała obawiać się jego kręceniem w pobliżu, bo najprawdopodobniej w większości po prostu przesiedzi na dachu. Gdy była w tak bojowym nastroju zresztą nie opłacało się nawet myśleć o wybiciu jej z głowy durnego pomysłu jakiego było pchanie się poza mury Obozu. Co nie znaczy, że nie zamierzał spróbować. Na przykład… Nieco później.
Rozejrzał się z zaciekawieniem po wnętrzu. Nie był tutaj jeszcze i to dobry pretekst do odciągnięcia wzroku od kobiety. Obawiał się, że w jego oczach znów odnajdzie te same emocje, których tłumienie przychodziło mu z coraz większym trudem. Właściwie nawet nie wiedziałby, że się przeprowadziła gdyby nie odprowadzał jej wtedy… Wróć, bardzo zły pomysł by myśleć o tamtym spacerze, a już zwłaszcza jego zakończeniu. Tak więc zerknął przez uchylone drzwi jednego z pokojów, szukając innych skojarzeń… Sypialnia. Noż cholera. Naprawdę?!. Westchnął w myślach, mając szczerą nadzieję, że z tego całego rozkojarzenia faktycznie nie spadnie z dachu.
OdpowiedzUsuńUśmiechnął się tylko, słysząc groźbę dotyczącą radzenia sobie na własną rękę z ewentualnymi urazami, jakich mógłby się nabawić. Kogo ona próbowała oszukać? Siebie czy jego? Bo chyba w obu przypadkach doskonale wiedzieli, że gdyby coś mu się stało, wcale nie musiałby biec do ambulatorium po pomoc. Jakkolwiek w wiele aspektów ich znajomości miał pełne prawo wątpić, tak akurat ilekroć potrzebował jej pomocy, z mniejszym lub większym narzekaniem, ale zawsze się zjawiała. Ograniczył się jedynie do rozbawionego spojrzenia posłanego w stronę panny Holmes, nie komentując w żaden sposób. Był świadom, że odkąd przyszedł, naciskał lekko, próbując jak daleko może się posunąć. Nie skończył dotychczas z szramami po jej paznokciach na buźce, więc pewien sukces. No, ale skoro już tutaj był, wypadałoby skupić się na swojej pracy, a nie rozpraszać obecnością pani doktor. Z zerkania na mokry sufit niewiele mu przyjdzie, choć ocenił przynajmniej gdzie ma szukać. Zaraz też potem, idąc jej śladem, wyszedł z pomieszczenia, kierując się na górę. Nie zabrał ze sobą żadnych narzędzi czy sprzętów, nie wiedząc w końcu czy w ogóle zastanie ciemnowłosą kobietę. Teraz, gdy już przeprowadził małe oględziny i wiedział co takiego nawaliło (a przynajmniej miejmy nadzieję, że nie zapomniał o co w tym wszystkim biega), zbiegł po schodach, wymijając krzątającą się w okolicy kuchni pannę Holmes. Miał jej nie przeszkadzać, czyż nie? Tak więc nie zawracał głowy drobiazgami, jak chociażby to, gdzie idzie. Zwłaszcza, że niecały kwadrans później był z powrotem, obładowany najpotrzebniejszymi sprzętami. W sumie… Lubił to zajęcie, a zdążył zapomnieć w tym wszystkim. I nie tylko mówił o apokalipsie, ale też czasie przed, gdy kojarzyło się wszystko z bolesną stratą dla chłopaka. Jake od zawsze był bliżej związany z matką, a ojciec wspólny język odnajdywał raczej ze starszym synem. Te wspomnienia odepchnął od siebie na długie miesiące, ale teraz, siedząc przy pracy, myśli same uciekały w tamtą stronę i o dziwo nie miał nic przeciwko. To chyba nawet lepiej niż gdyby miał znów zastanawiać się nad sytuacją między nim, a Katherine. Już dość, że gdy wracał na górę, znów na siebie wpadli i oczywiście znów musiały wpaść mu do głowy głupie pomysły, na szczęście niezrealizowane. Długo jednak nie usiedział na górze. Mieszkanie ewidentnie było długo nie zamieszkałe, o czym świadczył osadzony tam brud. Po grzebaniu w dachu musiał obmyć ręce, a że nie dojrzał gdzie jest łazienka, jedynym rozwiązaniem (poza spytaniem, na co dopiero wpadnie), było skorzystanie z uprzejmości zlewu w kuchni i płynu do mycia naczyń.
— Jak idą przygotowania…? — spytał, schodząc do kuchni, gdzie zastał Kitty. — Nie żebym cię straszył, ale noce obecnie bywają bardzo zimne w mieszkaniach bez ogrzewania… Masz dostatecznie dużo ciepłych ubrań? — Wyszczerzył białe ząbki w pogodnym uśmiechu. Nie, wcale właśnie nie próbował podbudować jej pewności co do wyjścia. A pogrożenie odmarzniętym tyłkiem w przypadku takiego zmarzlucha wydawało się całkiem niezłym pomysłem.
Wykonanie prostego zajęcia okazało się nie tak łatwe jak by się mógł początkowo spodziewać. Zwłaszcza, że co rusz był rozpraszany przez Katherine, chyba nieświadomą tego, że przez ich małe spotkanie na schodach, o mało nie zrzucił paru dachówek z nierozwagi. Musiał szybko dojść do siebie i skupić na myślach przyjemnych, choć umiarkowanie miłych, coby znów nie wkradła się do jego głowy. Poza tymi incydentami praca szła dobrze i nawet nie zauważył kiedy minęło już tyle czasu, a znów przebywali w jednym pomieszczeniu, próbując przeważyć dyskusję na swoją stronę. I chyba powinien być już świadom, że z jej uporem nie wygra, ale co mu szkodzi spróbować?
OdpowiedzUsuń— Tylko mówię, że jak będziesz zamarzać pod stertą koców, wspomnisz moje słowa, szukając czegoś do ogrzania się — odparł, ani na chwilę nie przerywając szorowania rąk, choć zaledwie przez ułamek sekundy coś bardzo brzydkiego kusiło by powiedzieć kogoś, zamiast czegoś. Paskudztwo jakim się ubrudził na dachu zeszło dopiero po paru minutach i miał nadzieję, że teraz, gdy się tego już pozbył i zostały właściwie już ostatnie prace wykończeniowe, oszczędzi sobie ponownego mycia prawie do zdarcia skóry. Osuszył dłonie w wiszący obok kuchenny ręczniczek, spoglądając na nią z wyraźnym niezadowoleniem wymalowanym w oczach gdy wspomniała o jego słabszych żebrach. — Przez najbliższą dekadę będziesz mi wypominać ten uraz, co? Jest w porządku, nic nie boli od pół roku — wymruczał, oplatając się o blat, zaledwie kawałek dalej od niej. Przewrócił jeszcze oczami gdy wspomniała o naprawach na dachu. Prezentowało się to lepiej niż dobrze i naprawdę nie trzeba się niepokoić. Wręcz nie pogardziłby gdyby prognoza na temat deszczu się sprawdziła za jakieś pół godzinki, kiedy pewnie już wszystko skończy i uprzątnie. Będzie przynajmniej miał okazję się przekonać czy jego małe prace naprawcze zadziałały.
Zmarszczył lekko jasne brwi, nie odpowiadając tak od razu gdy zapytała o śmierć Coltona. Było źle i w sumie… W sumie to nawet niekoniecznie sam dobrze czuł się z wspomnieniem noża wbitego w czaszkę kolegi. Nie wspominał ze szczegółami o tym nikomu, bo i po co? Zombie, który chciał go ugryźć już nie żyje, powinno zamknąć się sprawę, co też jego koledzy uszanowali i nie pytali po prostu, przyjmując niedopowiedziane został zabity.
— Nieciekawie. Oficjalnie podano, że zmarł na skutek powikłań po amputacji i prawie nikt nie zna prawdy. Był lubiany, ale nie miał nikogo naprawdę bliskiego, więc i tak nie jest najgorzej — odparł, dobrze wiedząc, że kobieta bez problemu odczyta, iż miał na myśli rodzinę, kobietę, kogoś kto by z nim żył na co dzień. Sam natomiast spoważniał mówiąc o tym, czując się trochę nieswojo. — Trochę tłumaczenia było z powodu braku pogrzebu, ale Jinx uciął dyskusję. Tylko nadal nie rozumiem dlaczego się przemienił skoro tak szybko ucięliśmy mu nogę. Przecież… Czasem potrzeba było znacznie więcej czasu. — Spojrzał na nią nieco zdezorientowany. W końcu to nie pierwszy na którym przeprowadzono podobną operację, a tylko on doznał przemiany.
Strata bolała i boleć będzie, bo ostatnio zrobiło się dostatecznie dużo czasu na żałobę. Tak jak w momencie zaraz po wybuchu apokalipsy i na samym jej początku straty liczono w milionach, tak znów wracało do normy budowanie relacji. A w związku z tym pojawiało się też i zagrożenie cierpieniem z powodu czyjejś śmierci. Starał się nie myśleć o Coltonie, zwłaszcza, że oddali mu odpowiedni szacunek, sprawiając swego rodzaju pochówek, bardziej symboliczny niż faktyczny. Może wpływał na jego reakcje fakt, iż sam był bliski całkiem podobnego losu i ponownie uświadamiał sobie jak wielkie miał szczęście. Niby słuchał tych wszystkich słów, ale jednocześnie nie do końca mógł się na nich skupić. Medycyna zdecydowanie nie była jego działką, choć rozumiał jaki wpływ na Coltona miała podana mu krew. Cóż, dotychczas Josh nie zamienił się w jednego z zombie, więc albo miał zaskakująco długo trawiący system odpornościowy, albo po prostu mógł spać spokojnie. Stawiał raczej na to drugie i wcale nie z powodu wrodzonego optymizmu. Z kolei zauważył, że gdy mówiła o przypadku, wydawała się pewniejsza siebie, a i jakby ton głosu stawał się wtedy mniej obronny, wskazujący na to, że ma się nie zbliżać.
OdpowiedzUsuń— Właściwie to jeszcze muszę to wszystko tam uprzątnąć i jeszcze poprawić pewien drobiazg, ale to może poczekać. Więc chętnie. — Zerknął jeszcze za okno, na błękitne niebo. Jeszcze godzinę temu było zupełnie przejrzyste, teraz z kolei przesuwały się po nim leniwie białe, puchate chmury. Nie wyglądało mu to na zapowiedź deszczu, co oznaczało, iż niekoniecznie powinien zrywać się i gnać na złamanie karku. Zamiast więc się tym przejmować, odepchnął się od blatu, zajmują miejsce przy stole kuchennym.
— Długo już tutaj mieszkasz? — spytał, z zaciekawieniem rozglądając się po pomieszczeniu, na którym nie widział większych śladów użytkowania. Pamiętał tylko, że pierwszy raz dowiedział się o jej innym miejscu pobytu przed kilkunastoma dniami, ale nie miał wtedy okazji zajrzeć do środka i rozgościć się we wnętrzu. Teraz z kolei rzuciło mu się w oczy, że to mieszkanie jest większe od starego, a część z okien wychodzi wprost na śliczny widok San Francisco, teraz bardzo spokojnego, choć na razie wciąż równie majestatycznego co niegdyś. — I właściwie skąd zmiana mieszkania? — Powrócił spojrzeniem do buzi panny Holmes, czując jak znów minimalnie przyśpiesza mu puls, jak zawsze ilekroć na nią patrzył. Zastanawiał się czy dostałby w twarz gdyby doszedł właśnie do wniosku, że ma dość uganiania się za nią w nieskończoność i tych wszystkich podchodów. Zamiast tego mógł po prostu… Zerwać się z miejsca, przycisnąć ją do blatu i pocałować. Od tego kroku nie byłoby odwrotu, akurat to nie ulegało wątpliwości. Natomiast… Miał jeszcze przed sobą perspektywę dwutygodniowego wyjścia w towarzystwie zaledwie pięciu innych osób. Dzielenia ze sobą posiłków, samochodu i niejednokrotnie noclegu. Jako iż nie był w stanie obiektywnie stwierdzić czy chociaż szanse na to, że nie zostanie odepchnięty wynoszą minimalną większość 51 procent, wolał nie ryzykować koszmarną atmosferą podczas wyjścia poza mury Obozu. Zamiast tego odetchnął głębiej, wracając myślami do rzeczywistości.
Faktycznie mieszkanie było sporo większe od poprzedniego, które zdążył poznać o wiele lepiej. I to nie tylko z powodu spędzonej tam pewnej deszczowej nocy, ale też kiedyś miał okazję buszować po nim w poszukiwaniu osobistych rzeczy Kitty. Zaskakujące, ale robił to na jej własne, całkiem wyraźne życzenie… No, ale mniejsza o tą zamierzchłą i bardzo dziwną historię. Upił tylko łyk, ale herbata była zbyt ciepła, zamiast czego skupił się na wysłuchaniu historii przeprowadzki. Akurat mieszkań na wyspie nie brakowało i choćby każdy chciał mieszkać osobno, zostałoby jeszcze sporo wolnych miejsc. To było wygodne, nie musieli bać się o dach nad głową. On sam z kolei był zadowolony ze swojego, całkiem sporego i wygodnie położonego, skąd wszędzie miał blisko. I w sumie pod tym względem bardziej podobało mu się nowe lokum Katherine, znajdujące się znacznie bliżej jego czterech kątów…
OdpowiedzUsuńMiała szczęście, choć — jak się miało okazać — jedynie tymczasowe. Niby usłyszał jej słowa, ale nie dostrzegł w nich nic niepokojącego. A może po prostu nawet się nie doszukiwał. W końcu dlaczego miałby spodziewać się takiej, a nie innej decyzji? Uważał Katherine za rozsądną, trzeźwo myślącą kobietę. W życiu nie postawiłby na to, że właśnie ona zdecyduje się na samotny marsz przez połowę kraju, tylko po to by dotrzeć do rodziny, która równie dobrze mogła już od wielu miesięcy nie żyć. Nie chciał być okrutny, ale miliardy zginęły i gdy zaakceptowało się fakt, iż ci, z którymi nie ma się kontaktu, nie żyją, było łatwiej. Oszalałby zastanawiając się gdzie jest jego brat, co się z nim dzieje. Nadal łapał się oczywiście na momentach nadziei, gdy wybiegał myślami wiele kilometrów dalej… Ale szybko karcił się, starając je wyprzeć. Już dość, że to wszystko było jego winą bo pozwolił mu wtedy odejść zamiast choć spróbować powstrzymać, albo podjąć męską decyzję o opuszczeniu miasta.
— Widzę, że lubisz wyszukiwać mi kolejne zajęcia — zaśmiał się, ale bez marudzenia odstawił ledwo co otrzymany kubek z herbatą na stół, ruszając za panną Holmes do salonu, gdzie czekało na niego kolejne zadanie. Pal licho, że nawet nie skończył drugiego. No i jeszcze pozostawał pewien drobny fakt, że miał naprawdę szczerą nadzieję, iż nie przejedzie się na wierze w swoje własne umiejętności, przecież nieco zaniedbane. Kiedy to on ostatnio bawił się w budowlance…? No dobrze, pewne drobne naprawy przeprowadzał niezmiennie, ale… Bardzo, ale to bardzo nie chciał by okazało się, że nie potrafiłby tego zrobić. Ale o dziwo nawet nie zdążył dojść do tego okna nim dziwne zachowanie panny Holmes wytrąciło go z równowagi. Pewnie nie powinien, w końcu to jej sprawa co takiego próbowała przed nim ukryć. Ale jednak coś wewnątrz podpowiadało mu, że nie tylko chce, ale wręcz powinien się dowiedzieć. Nawet jeśli ciało chyba wiedziało już lepiej, skręcając się ostrzegawczo w środku, zupełnie jakby próbowało go zatrzymać w miejscu. Zmarszczył brwi, podchodząc bliżej, akurat gdy próbowała zgarnąć w ramionach całą masę map z rozrysowanymi na nich liniami.
— Po co ci to wszystko…?
Nie do końca rozumiał, patrząc na te wszystkie pogniecione teraz mapy trzymane przez nią kurczowo w ramionach. Ledwo zadał pytanie, zrozumiał, iż nie powinien tego robić, ale było już za późno. Nie było ucieczki przed prawdą, nie ważne jak okrutna miała się okazać. Poczuł jakby uderzono go czymś wyjątkowo twardym w głowę, przez co balansował na granicy kontaktu z rzeczywistością. Wraz z ostatnim słowem, które z siebie wydusiła, ziemia się pod nim zapadła, choć pozornie stał twardo na nogach, wpatrując się w nią tylko. A w tym wejrzeniu ledwo zniknęło niezrozumienie, pojawił się ból. Wreszcie zrozumiał co miała na myśli, mówiąc, że najgorsze na co można sobie pozwolić to przywiązywanie się do osób. A więc tak paroma zdaniami zostało pogrzebane wszystko to, na co liczył coraz śmielej, sądząc naiwnie, że nie jest jedynym z ich dwójki, darzącym drugą osobę sympatią. Coś wewnątrz ściskało go mocno, nie pozwalając przez długą chwilę zaczerpnąć nawet tchu. Oszukiwałby się myśląc, że to skręcony w supeł żołądek tak zadziałał. O nie, to potwornie bolesne uczucie promieniowało z miejsca położonego wyżej, w jego lewej piersi. Otworzył usta jakby chciał coś powiedzieć, ale w pierwszej chwili nie wydostały się z nich żadne słowa.
OdpowiedzUsuń— To samobójstwo. — Tylko te dwa słowa udało mu się wykrztusić z siebie z ogromnym trudem. Tak jak zaledwie sekundę temu jego całe ciało promieniowało poczuciem straty, teraz uderzyły w niego myśli, wizje i obrazy, podsuwające co bardziej makabryczne rozwiązania. Przytłoczyły go na parę kolejnych, potwornych sekund, a próba wyrzucenia ich z głowy spełzła na niczym. — Chcesz sama pokonać dwa i pół tysiąca kilometrów. Nie dostaniesz od Rady samochodu, pożywienia czy broni. Wszystko będziesz musiała zdobyć, przechodząc najpierw jakoś przez San Francisco. Nie wiemy jak droga wygląda dalej. Katherine, a co jeśli pośrodku niczego zepsuje ci się samochód? Sama, z bagażem w zabójczych temperaturach. — Wyrzucał z siebie gorączkowo słowa, a z każdym kolejnym uświadamiał sobie jak bardzo to niewykonalne było. Jak miałaby iść w pełnym słońcu, przy ponad czterdziestu stopniach, mogąc unieść jedynie tyle wody, która pozwoli jej przetrwać zaledwie parę dni? Bez zastanowienia sięgnął po jedną z map, rozkładając ją przed sobą. Taka czterdziestka, którą dojechałaby do Albuquerque to droga biegnąca trasą, w której na próżno szukać domostw czy ludzi. W każdym większym mieście do którego musiałaby zajeżdżać, całe hordy zombie. Tyle czynników i wszystkie przeciw niej. Musiał coś zrobić, przemówić jej do rozsądku jakoś, powstrzymać przed tą szaleńczą misją. Niewiele myśląc odrzucił mapę, robiąc dwa kroki w jej stronę by kucnąć przed siedzącą w milczeniu kobietą, wpatrującą się niezmiennie w jego oblicze, tak, że teraz ich twarze znajdowały się na jednym poziomie.
— Wiem, że tęsknisz za rodziną, ale martwa ich nie odnajdziesz. Nikt by tego nie dokonał. Poczekaj Kitty, błagam. Jeśli żyją, za trzy, cztery lata również będą na ciebie czekali. Nie wiesz czy w tym czasie nie uda się radiowcom nawiązać kontaktu z innymi ludźmi. Dowiemy się jak sytuacja wygląda w innych regionach i podróżowanie stanie się realne. — Wydawało mu się, że mówi z sensem, że ma rację. A może to coś innego przez niego przemawiało? Poczuł uporczywe pieczenie w przełyku i zdał sobie sprawę, że tak naprawdę w ogóle nie myśli o swoim bólu. Łatwiej było pogodzić się z myślą, że nigdy nie będzie jego, niż pozwolić jej na tą wyprawę, wiedząc, że najprawdopodobniej jej nie przeżyje. Uczucie jakim darzył Katherine nie było wyzbyte egoizmu i chęci zatrzymania jej tylko dla siebie, ale wiedząc, iż uczyni ją to nieszczęśliwą, nigdy by się na to nie zdecydował. Jedyne czego pragnął to by była bezpieczna. Nawet jeżeli myśl o niej wiele setek kilometrów dalej, z dala od niego, sprawiała potworny ból.
To nie tak, że nigdy nie zastanawiał się nad tym dlaczego właściwie sobie jeszcze nie odpuścił. Przecież nie był typem masochisty, pchającego się przed niejednokrotnie gniewne i niezadowolone z tego powodu oblicze panny Holmes. Nigdy nie potrafił dojść do jednej, konkretnej decyzji. Po prostu, ciągnęło go do niej. Do tego odrobinę zniecierpliwionego spojrzenia, jakim obrzucała go ilekroć palnął coś głupiego, nawet jeśli czasem dostrzegał leciutko drżące kąciki warg. I nie ważne jak bardzo obolały był, gdy po prostu wykonywała swoją pracę, zawsze intensywny dreszcz przeszywał jego ciało, niejednokrotnie przytłumiając i spychając na dalszy plan ból w momencie gdy czuł delikatny dotyk na własnej skórze. Jak miałby wobec tego zareagować inaczej?
OdpowiedzUsuń— Nie oczekuj, że zaakceptuję jak sama się skazujesz na śmierć — powiedział cicho, wbijając pełne smutku ale i zrezygnowania spojrzenie w jej ciemne oczy. Znał ją, jak sama dobrze wiedziała, dobrze jak mało kto, przynajmniej z tych obecnych na wyspie. I wiedział też, że jedyna szansa, jaką wydawało mu się, że ma by ją przekonać do zrezygnowania tego planu, tak naprawdę nie tyle przepadła, co po prostu nigdy nie miał najmniejszych szans. Powstrzymał chęć uchwycenia jej dłoni, zaciśnięcia na niej palców i poczucia znów miękkiej, ciepłej skóry; dla niej momentów gdy zbliżali się do siebie było aż nadto, on był ich nienasycony i za każdym razem pragnął więcej. Nawet mimo tego co mu przed chwilą powiedziała, co uświadamiało boleśnie, iż przecież nie miała powodu by rozważać pozostanie w Obozie. Zamarł słysząc ostatnie słowa, przywołujące zdecydowanie zbyt wiele myśli i skojarzeń.
— Wiem jak boli niepewność. Z powodu własnej głupoty nie mam pojęcia co dzieje się z moim bratem i dla spokoju sumienia wolę myśleć, że on nie żyje, bo tak jest łatwiej. Ale wierz mi, lepsze to, niż patrzeć jak kobieta, która dała ci życie, teraz chce ci je odebrać. Wolałbym nie wiedzieć co się dzieje z moją matką niż być zmuszonym do zabicia jej. — Ostatnie słowa wyszeptał, a wypłynęły z jego ust nim zdążył nad nimi pomyśleć. Tak jak i ona nie zdradziła nikomu pewnych swych sekretów, tak i on, nazywający nie bez powodu przyjaciółmi parę osób na wyspie, nigdy nie potrafił powiedzieć o tamtym popołudniu. Nikt nie wiedział. Nikt poza nie wiadomo czy jeszcze żyjącym Jake’m, który tam był. Gdyby nie to, iż zagrożone było życie brata, najprawdopodobniej nigdy nie zdobyłby się na zadanie ciosu, nawet patrząc w ogarnięte szałem, niegdyś kochające oczy. Minęło parę przyśpieszonych uderzeń serca nim wreszcie dotarło do niego co przed chwilą padło. Poczuł się dziwnie odrętwiały i pusty w środku, jakby jednocześnie zrzucił pewien ciężar, ale też nie przyniosło to najmniejszej ulgi. Nadal też pozostawał inny ból, zadany przez kobietę, na której mu tak mocno zależało. Wbrew wszystkiemu, w tym jej samej.
— Nie zmuszę cię byś została. — Powiedział w końcu, wstając powoli. Ciało zaprotestowało, ale wolał myśleć, że to kwestia podejrzanie szybkiego ścierpnięcia niż innych reakcji. Katherine miała rację, pora z tym wszystkim skończyć. Ostatnie czego w tej chwili chciał to zostać tu dłużej, pozwalając sobie na kolejne próby przekonania kobiety do zmiany decyzji. Potrzebował zajęcia myśli, a w tym niesamowicie dusznym salonie, w którym brakowało mu powietrza, nie ucieknie przed ponurymi wizjami. Najwyższa pora wreszcie się stąd wynieść. — Muszę dokończyć pracę. — Odwrócił wreszcie wzrok, nie czując przy tym najmniejszej ulgi. Na dachu czekały na niego narzędzia; zamierzał je zabrać po tym jak wypiją herbatę i pewnie przy tym porozmawiają, a on skorzystałby z okazji do ponownego przekonania Kitty do wycofania się z wyprawy. Teraz nie pamiętał nawet, że zostawił kubek na kuchennym stole, zupełnie jakby tego epizodu nie było. Odsunął się na parę kroków, nadal uporczywie wpatrując się w coraz bardziej pochmurne niebo za oknem. Zabawne, ale przyszło mu na myśl, że pani Potts znów miała rację.
Nie miał pretensji do Katherine, bo przecież to on był głównym winnym całego zamieszania w jakie się wplątali. Mało to razy ewidentnie dawała mu do zrozumienia, że nie jest zainteresowana bliższymi relacjami, ledwo nawet co akceptując czysto koleżeńskie? Wystarczyłoby posłuchać choć jednej z jej kąśliwych uwag, najlepiej tej na początku, kiedy jeszcze mógłby wycofać się bez większych dylematów. Ale nie, na własne życzenie wracał i z zadowoleniem przekonywał się, iż kobieta łamie się raz za razem coraz bardziej, nie odcinając się od tej znajomości. Przyszło mu zapłacić za swoją nadgorliwość, a boleć będzie jeszcze bardziej za parę miesięcy, kiedy odejdzie na zawsze. Bo nawet nie próbował przekonywać się, że tak nie będzie. Mogłaby uznać, że nie jest jeszcze dość bezpiecznie, ale… Kogo on próbował oszukać?
OdpowiedzUsuńDrgnął lekko, czując jak jej drobna dłoń ujmuje jego właśnie w chwili gdy zdobył się na to, co powinien zrobić już jakiś czas temu, czyli wyjść. I w jednej sekundzie przepadło, bo choć nadal zbyt dużo emocji w nim buzowało by spojrzał na ciemnowłosą kobietę, już nie potrafiłby odejść od niej. Westchnął cicho w myślach, cierpliwie w milczeniu słuchając jej kolejnych słów. Miała rację mówiąc, że był zmuszony, wiedział o tym. Nie raz analizował tamtą sytuację i z każdym kolejnym doświadczeniem zdobywanym podczas starć z zombie, uświadamiał się w tym coraz mocniej. Ale i tak wspomnienie sprawiało, że robiło mu się niedobrze. Wtedy, gdy te ogarnięte szałem oczy patrzyły na niego i nie dostrzegał w nich ani odrobiny człowieczeństwa, nie wspominając już o matczynej miłości. W sumie nie chciał zmuszać jej do podobnych wyznań, a ostatnie czego potrzebował to litości. Ale o dziwo nie wyczuł w jej głosie tej charakterystycznej nuty, co sprawiło, że poczuł się odrobinę lepiej.
— Nie atakowała mnie, wtedy bym… — urwał, ale w powietrzu zawisły słowa, których musiała być świadoma. Nie potrafiłby tego uczynić gdyby to własne życie od tego zależało. I kto wie, może by uciekł, ale bardziej prawdopodobne, że po prostu by go tu nie było. — Chciała skrzywdzić Jake’a. Jej Jake’a. — Z jednej strony chciał się jakoś wytłumaczyć, ale z drugiej nadal mówienie o tym było tak bardzo trudne. I chyba nigdy to się nie zmieni… W jego głosie nie pobrzmiała nuta zazdrosnego brata, walczącego o uwagę matki z młodszym rodzeństwem. Stwierdził oczywisty fakt, bo przecież zawsze wiedział, iż to młodszy miał z nią lepszy kontakt, byli bliżej. Tak jak i on przed laty z ojcem. Wreszcie jednak zareagował jakoś inaczej niż otępieniem, pozwalającym wyrzucać z siebie pojedyncze wręcz słowa, ale nie dając władzy nad ciałem. Ścisnął mocniej jej dłoń, spoglądając na stojącą tuż obok Katherine.
— Przykro mi z powodu twojego przyjaciela. I Kitty, to nie tak, że nie chcę byś stąd odeszła. — Pewien głos w głowie przypomniał mu uprzejmie, iż było to kłamstwo. Oczywiście, że chciał ją widywać każdego dnia, najlepiej mogąc być blisko. Jego uczucia nie były wyzbyte egoizmu, a przecież był tylko mężczyzną, który stracił dla niej głowę i miał swoje pragnienia. No ale przynajmniej nie to przeważało, więc nie było to kłamstwo tak perfidne. — Nigdy nawet nie dowiem się czy ci się udało. A chcę tylko byś była bezpieczna. Wiem, że tu jesteś — powiedział cicho. Dlatego tak kręcił nosem na wieść o jej wyjściu na dwa tygodnie poza mury, gdzie przecież mógł z powodzeniem chronić ją na każdym kroku. Gdzie temu niewinnemu opuszczeniu Obozu do jej wyprawy?
Tak jak Katherine, pamiętał z najmniejszymi szczegółami, ten pierwszy raz gdy musiał zabić. Potem… To wszystko miało stać się jego chlebem codziennym. Wychodzenie poza mury bezpiecznego Obozu, spotkania z zarażonymi i stopniowe eliminowanie ich populacji. Dla niego nie było to zauważalne, zbyt często pojawiał się w mieście. Ale wiedział, że postronni zobaczą zmianę w ich ilości; z każdym miesiącem było coraz mniej. Wygłodzenie, regularne wybijanie, wreszcie po prostu migracje. Wszystko to wpływało na ich korzyść, sprawiając, że z czasem i strażnicy mieli znacznie mniej pracy niż jeszcze parę miesięcy temu. Nie pamiętał teraz tych wszystkich twarzy i pewnie sobie nie przypomni. Choć nadal przez to… Myśl o ewentualnym lekarstwie zdawała się być zarówno zbawieniem, jak i przekleństwem dla sumień. Wolał nie zastanawiać się nad tym, bo i na razie nie było nad czym. To zmartwienie może kiedyś nadejdzie, wtedy będzie się martwił.
OdpowiedzUsuńSkinął tylko głową, wiedząc, że dalsze wykłócanie się nie ma sensu. I chyba nawet brakowało mu do tego sił. Nie pamiętał by kiedykolwiek czuł się tak potwornie zmęczony jak tego popołudnia, gdy zaledwie kilkanaście minut wystarczyło do wyssania z niego wszelkiej energii, której mu przecież nigdy nie brakowało. Teraz jednak o dziwo przyznawał w pewnym sensie rację pannie Holmes, czując, że najlepsze co mogą zrobić, to rozejść się. Widział, że nie tylko on się męczy, ale choć pewnie mógłby jeszcze spróbować, nie było sensu. Katherine podjęła swoją decyzję i nawet jeśli nie miał najmniejszego zamiaru jej zaakceptować, przynajmniej postara się nie wtrącać, szanując to, iż jest dorosłą, odpowiedzialną za siebie kobietą. Nawet jeżeli nadal… Po tym wszystkim co padło, po tym co zrobili, miał przeogromną ochotę dopowiedzieć tylko jedno, co jeszcze nie zostało powiedziane wprost. O tym, że jeżeli tylko zechce, w każdej sekundzie da jej powód do zostania. Zamiast jednak to zrobić, udał się na górę, wymijając po drodze ciemnowłosą panią doktor, po raz pierwszy od bardzo dawna nie szukając między nimi najmniejszego muśnięcia. Wyszedł na dach akurat w momencie gdy spadały pierwsze krople zimnej wody; nie zamierzał dokańczać swojej pracy, jedynie chciał to wszystko uprzątnąć. Nie powinna już dłużej potrzebować wiadra ustawionego w tamtej nieużywanej sypialni, co było mu wyjątkowo na rękę. Miał zbyt wielki mętlik w głowie by wiedzieć czy wróci tu jeszcze by dokończyć co zaczął. Wątpił by sama o to poprosiła, przypominając mu o małym remoncie, a i on… Wiedział przecież, że musiał trzymać się z daleka od panny Holmes, nie ważne jak trudne to miało się okazać. Zwłaszcza w obliczu zbliżającej się wielkimi krokami wyprawy…
— Do zobaczenia, za parę dni, Katherine. — Obrócił się jeszcze przez ramię, lecz jej nie dojrzał i może tak było dla obojga bezpieczniej. Niewiele myśląc, w nosie mając ewentualny katar, wyszedł wprost w chłodną, jesienną ulewę, zatrzaskując za sobą drzwi do mieszkania kobiety.
Trzeci plecak wylądował w bagażniku; zapełniony po brzegi ubraniami i osobistymi rzeczami, spoczął tuż obok skrzynki z prowiantem, wypełnionej zapasami mającymi im wystarczyć na wypadek gdyby nie znaleźli po drodze żadnego w miarę nienaruszonego sklepu, co wcale nie było takie niemożliwe, zważywszy na fakt, iż od apokalipsy minął już prawie rok. Pierwszy raz wypuszczał się aż tak daleko poza mury Obozu i czuł przyjemne podniecenie, płynące z perspektywy zajrzenia gdzieś poza dotychczas utarte szlaki. A przynajmniej czułby się tak w pełni, gdyby ostatnie dni się po prostu nie wydarzyły. Czasu jednak cofnąć nie mógł, a wyprawa zdawała się być całkiem niezłym rozpraszaczem od spraw prywatnych. Przynajmniej do momentu gdy przypominał sobie, że muszą wziąć lekarza… Ale do wyjazdu została jeszcze godzina, a cała reszta zwiadowców i pani doktor mieli blisko pół godziny na zjawienie się przed dwoma dużymi, prawie już zapakowanymi przyzwoicie samochodami. Był przed czasem, bo i tak całą noc nie mógł zmrużyć oka, chcąc by wreszcie nadeszła wyznaczona godzina dziewiąta rano. Od wypadku na stacji benzynowej nie wychodził poza wyspę, a nawet nie udało się załapać do grupy uzupełniającej zapas paliwa dla szczęśliwych wybrańców. Było więc pięć po ósmej rano, a jego nosiło. Problem w tym, że nie bardzo miał gdzie ukierować tą energię, bowiem poza nim zjawił się tylko Peter, i jeszcze jeden ze zwiadowców, aktualnie bardziej zaaferowany ostatnim spojrzeniem na silnik, niż koleżeńskimi pogawędkami. Należało wykorzystać każdą ostatnią chwilę i obecność techników, sprawdzających po raz setny największe pierdoły. Co prawda podróżowali dwoma samochodami właśnie na wypadek awarii, jednak skoro istniała możliwość, upewniano się czy wszystko jest dopięte na ostatni guzik. A z najlepszym kumplem był taki problem… Że właśnie rozstawał się ze swoją ukochaną na dwa długie tygodnie i nie szczędzili sobie ostatnich spojrzeń w oczy, choć Josh dałby sobie obie ręce uciąć, że należycie to oni już się pożegnali w nocy i mogliby sobie darować wkurzanie wszystkich wkoło swoim świergotaniem. No dobrze, nie wszystkich. Tylko jego i czuł się potwornie, broniąc im czułych gestów, nawet jeśli wewnątrz coś go skręcało ilekroć to widział. Zwłaszcza, że jeszcze jakiś czas temu tak nie było i nie miał nic przeciwko, uważając ich za jedną z bardziej udanych par, szczególnie w tak parszywych okolicznościach jak apokalipsa zombie. Nic nie mógł jednak poradzić, że teraz czuł tylko irytację kiedy dobiegały go prośby Hannah, by Peter wrócił cały i zdrowy, bo będzie się martwić przez cały czas jego nieobecności. I co z tego, że wiedział, iż sam na pięć minut przed wyjazdem zostanie przez kobietę wyściskany i dostanie przykazanie chronienia swojego tyłka, a także jego przyjaciela? Było to po prostu nieznośne i nie bez powodu odepchnął się od samochodu, odchodząc kawałek.
OdpowiedzUsuńNiestety, wybrał sobie więcej niż zły moment, bowiem właśnie okazało się, że na horyzoncie pojawiła się jedyna osoba, jakiej absolutnie nie chciał ze sobą brać na tą wyprawę, ale oczywiście nie miał najmniejszych podstaw do sprzeciwu. Zwłaszcza, że nawet gdyby dał się ponieść emocjom i zagroził Jinxowi, że albo on, albo ona… Cóż, właśnie popijałby kawkę w mieszkaniu, patrząc jak inni zbierają się do drogi. Nawet jej nie mógł nic powiedzieć, bo w dniu gdy zamierzał ją ochrzanić… Posypało się znacznie więcej niż by sobie życzył. Od tego czasu było dziwnie, nie tylko między nimi. Bo i właściwie cały kontakt jaki mieli, został zerwany. Dotychczas to Josh był głównym sprawcą rozmów i spotkań, a teraz dobrze wiedział, iż należy się trzymać od panny Holmes z daleka. Dotarło to do niego o co najmniej parę miesięcy za późno, ale tym razem przynajmniej był konsekwentny. I nie było zaczepiania przy okazji posiłków, łapania jej spojrzenia ilekroć widział w pobliżu, choć coś w środku nadal się wyrywało, nie zważając na paskudne uczucie jakie towarzyszyło wspomnieniom. Na szczęście ambulatorium chociaż mógł omijać szerokim łukiem, a posiłki dawało się tak wymanewrować, by nawet nie przychodzić o tych samych godzinach. Jakoś minęło te parę dni, ale… Nawet nie próbował udawać, że nie było mu trudno, a i od tamtego popołudnia czuł się dziwnie wyprany z energii. Zupełnie jakby tą wiadomością wyssała z niego nawet najbanalniejszą chęć wyskoczenia z kolegami na nielegalne piwo, czy przegrania paru fantów w karty. Wróciła dopiero dziś w okolicach świtu i miał ambitny zamiar utrzymać to podekscytowanie. Nie ważne, że poczuł nieprzyjemne ukłucie na widok jej zbliżającej się sylwetki. A nagle obejrzenie silnika w towarzystwie tamtej dwójki wydało się jakby bardziej kuszące niż jeszcze parę sekund wstecz.
UsuńStarał się nie myśleć o obecności panny Holmes, przede wszystkim stawiając sobie za cel uważanie na własną skórę na tyle, by nie było konieczne korzystanie z jej pomocy. Wolał nie wiedzieć jakie zawirowania zapewniłby sobie w ten sposób, skazując na chwilę tylko teoretycznie pozbawionego wymownego napięcia między nimi zszywania. Wiedział, że to wystarczyłoby by pogorszyć jeszcze bardziej sytuację. Nawet jeśli zdawało się teraz, iż tak się nie da… Wystarczyło przypadkowo złapane spojrzenie by znów coś w środku się wykręciło. Skinął równie zachowawczo głową, zatrzymując się dopiero nad otwartą maską samochodu. Wlepił wzrok w silnik przed swoimi oczami, pozwalając by słowa kolegi wlatują jednym uchem, a wylatują drugim. Tak było do momentu gdy usłyszał charakterystyczny głos w pobliżu. Dostrzegł momentalnie znajomą sobie jasną głowę przełożonego. Christian utykał lekko na lewą nogę i to było głównym powodem jego nieobecności podczas wyjazdu. Nietrudno się domyślić, że humor mu niezbyt dopisywał.
OdpowiedzUsuń— Streszczać się, Jinx już idzie i zaraz walnie przemową pożegnalną — westchnął, podchodząc do pary przyjaciół, nie zwracającej na niego większej uwagi do chwili gdy wreszcie się odezwał, przerywając im ckliwy moment. Niespecjalnie było mu z tego powodu przykro jeżeli miał być szczery…
— Zazdrośnik. Nie marudziłbyś tak, gdybyś nie uciekał zawsze ilekroć próbuję cię umówić z jakąś koleżanką. — Hannah oderwała się wreszcie od jakże pochłaniającego zajęcia, obracając się w stronę Josha z odrobinę pobłażliwym uśmiechem odmalowanym na twarzy, zakładając dłonie na biodrach. Na jego nieszczęście nie krępowała się specjalnie, ani myśląc zmienić głos do szeptu. I tylko Peter jakoś tak nagle zerknął w stronę panny Holmes, najwyraźniej wiedząc zdecydowanie więcej niż jego błogo nieświadoma ukochana. Miała rację wypominając jasnowłosemu zwiadowcy takie, a nie inne zachowanie. Zwykle w takich momentach, wyczuwając problemy i przebudzającą się w niej swatkę, jakoś tak momentalnie bardziej interesował się akurat rozmową z przyjacielem, czy natychmiast zmieniał temat.
— Wolałem gdy przyssałaś się do Petera i przynajmniej byłaś cicho — odciął się, pozwalając jednak by ciemnowłosa uściskała go mocno, serwując dokładnie takie pożegnanie, jakiego się spodziewał. Przewinęły się napominania o uważaniu na siebie i wytknięcie mu zbytniej brawury, której rzekomo była doskonale świadoma. Zakończyła natomiast groźbą porachowania kości jeżeli nabawi się kontuzji i całusem w policzek. Odsunęła się akurat w momencie gdy pozostali zwiadowcy na czele z głównym szefem ich zespołu pojawili się przy samochodach, pakując swoje rzeczy do bagażników, coraz bardziej wypełnionych z każdą kolejną minutą. Prowiant, osobiste ubrania, teraz także medyczne zapasy Katherine, wszystko to zostało uzupełnione i powinno wystarczyć na przewidziane dwa tygodnie wycieczki. Był to dobry moment by wszyscy poboczni zaczęli się ulatniać, zostawiając już na miejscu samą kilkuosobową drużynę, która zaledwie za kilkanaście minut przekroczy mury Obozu. Zwłaszcza, że został ostatni moment wyjaśniania co i jak. Dlatego też niezbyt chętnie podszedł do zgrupowania, pechowo nieroztropnie stając nieopodal panny Holmes, mając jednak zamiar skupić się na ostatnich słowach przełożonego. Wertowali instrukcje przez ostatni tydzień średnio raz dziennie, bo Rada nie chciała zostawić im okazji do pomyłki, tak więc teraz przynajmniej miało się zakończyć szybkim kazaniem, po którym lada moment rozsiądą się w dwóch sporych, solidnych autach.
Pierwsze głosy sprzeciwu pojawiły się ledwo przekazana została lista. I to nie tak, że Josh nie był przeciwny pomysłowi zabrania ze sobą Kitty… Ale on przynajmniej nie wypowiadał się na ten temat publicznie. Zamierzał opieprzyć ją osobiście i skłonić do zmiany decyzji… Ale wyszło jak wyszło i naprawdę wolał w tej chwili nie roztrząsać tamtego feralnego dnia, który tak dużo zmienił. Natomiast część jego szanownych kolegów była zdania, że przecież sobie poradzą i przedstawicielka płci przeciwnej nie powinna z nimi jechać, bo to nie jest dla niej dobre miejsce. Wyglądało mu to trochę jak zarzekanie się o kobiecie rzekomo przynoszącej pecha na statku. On miał inne powody… I przynajmniej one miały jakiś sens w tym wszystkim. Na zmianę decyzji jednak za późno, a i wyraźnie powiedziano, że tak czy siak zdania dowództwo nie zmieni. Niestety…
OdpowiedzUsuńPakowanie się do samochodu w takich sytuacjach przypominało zazwyczaj o tym jak bardzo niedojrzali momentami byli panowie. Bowiem przeważnie głównym powodem kłótni podczas wyjazdu z Obozu było nic innego jak tylko ustalenie komu też przypadnie wątpliwa przyjemność siedzenia z tyłu. Tym razem na szczęście jakoś tak mniej drastycznie to wypadło, a Josh z Peterem bez większego szemrania wpakowali się na wygodną, tylną kanapę sporego auta, pozwalając by Frank i Max zajęli miejsca z przodu. Szczególnie Tylerowi było to na rękę gdyż z taką dwójką niewątpliwie sam nie będzie musiał się zanadto odzywać, na co nie miał najmniejszej ochoty. Dostrzegł jeszcze kątem oka jak panna Holmes pakuje się do jednego samochodu z swoimi kompanami i wszystko byłoby w porządku… Gdyby przy okazji nie zauważył też, że za kierownicą drugiego samochodu siada nie kto inny jak Juan, przez co cały momentalnie się spiął. To, że pracowali razem, nie znaczyło, że darzył Latynosa specjalną sympatią, zresztą chyba jak większość grupy. Był dobrym zwiadowcą i na tym kończyło się to co mógł o nim pozytywnego powiedzieć. A już bardzo nieufnie spoglądał w jego stronę odkąd parę miesięcy temu kelnerka w ich ulubionym barze, poskarżyła się szefowi, że był on napastliwy i skończyło się siniakami na nadgarstku, gdy chciał ją za wszelką cenę zatrzymać. Potem niby wyjaśniło się, że powodem tego nieprzyjemnego zajścia była zbyt duża ilość wypitego alkoholu… Ale pewien niesmak pozostał i nasilił się gdy to ciemnowłosa kobieta miała z nim podróżować. Jak się miało okazać, pozwolenie Frankowi mówić, także nie było dobrym pomysłem. Ale na szczęście na razie dopiero ruszyli. Ich samochód jako pierwszy, za nimi kolejny. Mieli szybko minąć centrum i zjechać na obrzeża, gdzie spędzą dwa dni na dokładniejszym przyjrzeniu się tamtejszym zabudowaniom. Zarówno by stwierdzić na oko populację Szwendaczy, jak i określić ewentualne cele w które należało zaprowadzić zaopatrzeniowców.
Frank co najmniej cztery razy powinien oberwać i to całkiem mocno, nie zważając na to, że właśnie prowadził samochód. A i tak mowa o ciosach już po tym jak Peter dość wymownie, przestając wreszcie bawić się w aluzje, powiedział wprost, by dał sobie spokój z seksistowskimi żartami dotyczącymi jadącej w drugim samochodzie kobiety. Zwłaszcza, że nie spotykały się ze specjalnym poklaskiem, a kierowcy najwyraźniej zaczynało brakować towarzystwa Juana, który by je z całą pewnością lepiej docenił. Josh od samego początku, ledwo usłyszał pierwszą uwagę, cały się spiął, jedynie siłą woli i ostatkami zdrowego rozsądku wbijając spojrzenie w mijane właśnie urokliwe miasteczko. Nietrudno wobec tego przewidzieć reakcję Petera, bardziej niż tym co było za szybą, zainteresowanego ewentualnym powstrzymywaniem rozlewu krwi, jaki w paru momentach był więcej niż całkiem możliwy. I tylko Max początkowo się zaśmiał, później ulegając niezbyt wielkiemu entuzjazmowi. Wbrew przewidywaniom jeszcze sprzed kilkunastu dni, wcale nie wydawało się by biorący udział w zadaniu faceci wydawali się być specjalnie szczęśliwi z znalezienia się w tym miejscu. Jasnowłosego zwiadowcę czekała niestety jeszcze jedna niezbyt przyjemna niespodzianka, którą otrzymał zaraz po zarządzeniu postoju. Dom obrany za ich siedzibę na kilka kolejnych dni był duży, położony na lekkim wzniesieniu i ewidentnie wskazujący na zamożnych byłych właścicieli. Co niezbyt typowe w Stanach, otoczony był solidnym płotem i nie znajdował się w samym centrum urokliwego miasteczka. Był zatem idealnym miejscem do spędzenia kilku dni, nie obawiając się pojawiania na ich progu co chwilę zombie. W środku znaleźli tylko parę, mężczyznę i kobietę, sądząc po tym co z nich zostało, najprawdopodobniej w średnim wieku. Szkoda tylko, że całkiem porządne ubrania jakie na sobie mieli zostały skażone ich krwią gdy przebijano czaszki. Pozbycie się trupów w odpowiedniej odległości od posesji też zajęło chwilę, a nim mogli ze spokojem postawić stopy w środku, było już wpół do drugiej. Wtedy też okazało się, że los go bardzo, ale to bardzo nie lubi. Nie dość, że stracili prawie godzinę klucząc po wąskich uliczkach, to jeszcze teraz dowiadywał się, że nie pójdzie w grupie mającej sprawdzić tutejsze komisariaty i posterunki policji. Był więcej niż zły, zwłaszcza dowiedziawszy się, kto idzie, a kto zostaje. I tak pożegnał Sama, biorącego ze sobą na wszelki wypadek Juana oraz Mike’a, dobierając z kolei do nich jeszcze Maxa. W ogromnym, wygodnym domu zostali zatem z nim Peter, Frank oraz… Kitty. Cudownie, trafił tragicznie, a co gorsza, nie wiadomo było czy druga kolejka również zdąży dziś się rozejrzeć, bowiem zależne to było od tego jak szybko uwiną się tamci. Nic więc dziwnego, że przelał całą swoją energię na ogarnianie tego miejsca i kontrolowanie możliwości noclegu. Wiadomym było, że panna Holmes potrzebowała osobnej sypialni, najlepiej w okolicy pokoju oddanego Dowódcy wyprawy, tak by w razie potrzeby był dla niej pod ręką. Natomiast cała reszta śmiało do upchnięcia dwójkami lub trójkami. Przynajmniej pokoi nie brakowało, a i znalazło się trochę dobrego wyposażenia w postaci poduszek i kołder, dodatkowo jeszcze koców. Jakoś w tym wszystkim udawało mu się mijać z Katherine, bo ostatnie czego teraz potrzebował to wpadnięcie na nią.
OdpowiedzUsuńIm dłużej nie było drugiej grupy, tym silniej odczuwał zniecierpliwienie i irytację. Wiedział dobrze, że jeśli wrócą zbyt późno, może zapomnieć o szansie wyjścia na miasto; zima zbliżała się coraz bardziej, a z każdym kolejnym dniem, coraz szybciej zapadał zmrok. Starał samego siebie napominać, że to zaledwie pierwszy dzień i nie ma potrzeby forsować się, ale nie do końca pewnie czuł się w tym obcym mieszkaniu. Niby było duże i przestronne, a krótkie rozeznanie wystarczyło by przekonać się, że pomieszczą się tu bez większego problemu, ale co rusz śmiagły mu przed oczami ciemne włosy pewnej pani doktor. Oczywiście rozumiał dlaczego musiała zostać i absolutnie się z tym zgadzał. Już i tak bardzo nie podobało mu się, że panna Holmes w ogóle tu jest. A co dopiero gdyby miała za każdym razem pchać się do mniej lub bardziej wypełnionego zombie centrum miasta. W ten sposób jednak lawirowanie po domu nie należało do najłatwiejszych, bo polegało przede wszystkim na unikaniu własnego towarzystwa. Zaszył się w salonie, rozmawiając z Peterem o największych bzdurach, dopadłszy gazetę sportową sprzed roku i sprzeczając się o to kto zdobyłby mistrzostwo kraju gdyby nie wybuchła apokalipsa. Jakoś ten czas leniwie mijał na zażartej dyskusji, podczas gdy pierwszy raz zgodnie przyznali, że wypadałoby się czegoś napić. Oczywiście jak na złość wpakowali się do kuchni w zdecydowanie najmniej wskazanym momencie i wcale nie mowa o akurat w porę gotującej się wodzie na herbatę z której mogli skorzystać. Przeklął w duchu, rozważając wycofanie się, ale akurat Frank go dojrzał i nijak nie sposób było się wykręcić.
OdpowiedzUsuń— Pomóc w czymś? — spytał Katherine, nawet nie patrząc w jej stronę. Wolał jednak to, niż odpowiedzieć na kolejną zaczepkę ze strony kolegi, komentującego, że zjawił się akurat w momencie gdy zaraz ich nowa gospodyni podsunie pod nos jedzenie. Josh sam przez parę ładnych lat sobie gotował i jakoś żył, więc Kitty nie musiała obawiać się, że w ciągu paru sekund wysadzi w powietrze kuchenkę. — W piwnicy znaleźliśmy zaprawy w słoikach. Chcesz zerknąć czy coś z tego się przyda? — Upatrywał w tym swojej szansy na wyniesienie się choć na chwilę z tej dziwnie małej kuchni, chociażby po to by przekonać się by ta wykrzywiona szałem urocza gospodyni oprócz pięknego domu, miała im do zaoferowania coś równie atrakcyjnego. Peter zniknął gdzieś po drodze, z Frankiem gadać nie miał zamiaru i właściwie pewnie wypadałoby się przemóc do w miarę neutralnych reakcji. Próbował, z jakim skutkiem to już niestety nie jemu oceniać. Może dla kogoś z boku nie wyglądało to wszystko dziwnie… Przynajmniej ich towarzysz od siedmiu boleści zdawał się nie być szczególnie zaniepokojony tą wymianą zdań, ale jeśli Josh miał być szczery, nie spodziewał się w tym momencie adekwatnej oceny ze strony coraz bardziej łysiejącego już na czubku głowy mężczyzny.
Proszę, jakoś faktycznie udało mu się wybrnąć, choć pod koniec, im bardziej przedłużała się cisza, czuł się mniej pewnie. Kobieta od momentu tamtej rozmowy też zachowywała się inaczej, co wcale nie ułatwiało mu zadania. Gdyby przekonał się, że jest jedynym mającym jakiekolwiek trudności… Byłoby prościej, bo nie katował się zadręczaniem czy to poczucie winy ją męczy, czy faktycznie miał rację, dostrzegając pojawiające się między nimi coś więcej. Frank zagadał go o coś związanego właśnie z jedzeniem, ale zwracał na niego na tyle małą uwagę, że musiał prosić o powtórzenie. Wtedy właśnie pojawiła się chwila zdekoncentrowania, która skończyła się nie tak, jak by sobie tego życzył. Gdy odpowiedział na wyjątkowo idiotyczne pytanie, rozejrzał się i… Nie było jej w kuchni.
OdpowiedzUsuń— Kitty, czekaj! — zawołał, uświadamiając sobie coś właśnie w chwili gdy kobieta zniknęła mu z oczu, najpewniej zmierzając w stronę piwnicy, o której sam przed chwilą nieostrożnie wspomniał. Ale skąd miał podejrzewać, że ona się tam zapuści? W tym wszystkim zapomniał nawet, że powinno paść (jeśli już) Holmes, a nie jego ulubiony zwrot, którym tak często ją drażnił, ale też jednocześnie w którymś momencie wszedł mu po prostu w nawyk. Dopadł do wejścia akurat w momencie gdy zastał ją w połowie drogi. A był to więcej niż idealny moment. — Pod koniec nie ma jednego stopnia, uważaj — powiedział już spokojniej, oddychając z ulgą, że zdążył przed chwilą w której wylądowała z plaskiem na podłodze, bo niestety to było więcej niż do przewidzenia. Skoro jednak już tu był, nic nie stało na przeszkodzie by ewentualnie pomógł jej zabrać się do góry. Zwłaszcza, że zdążyli już odkryć gdzie znajduje się włącznik światła, najpewniej ułatwiający im bardzo sytuację. Z tego co zdążyli się zorientować, przetworów było całkiem sporo i musiało to niegdyś być hobby właścicielki domu, choć nie przyjrzeli się dokładniej temu, co też powpychała do słoików. Zdawał się w tej kwestii akurat na Katherine. Peter otwarcie przyznawał się, że gdyby nie początkowo stołówka, a obecnie Hannah, dawno umarłby z głodu. A Frank… Zostawmy to może bez komentarza. Wobec tego była jedyną kompetentną osobą, już nawet bez spoglądania stereotypowo na płeć.
— Poczekaj, jest tu dużo gratów, łatwo się potknąć — dodał, stawiając ostatnie kroki na posadzce. Na szczęście dobrze wyczuł brakujący stopień i obyło się bez paskudnego wykręcenia nogi. Trochę na oślep wymacał włącznik po swojej lewej stronie; był w tak dziwnym miejscu, że wpadli na niego zupełnym przypadkiem, bez szukania. Pstryknięcie i bardzo słabe światło rozeszło się po pomieszczeniu, zarysowując chociaż kształty.
Nie wybaczyłby sobie gdyby nie zjawił się w porę, bo to przecież przez jego uwagę tam się pofatygowała. I nawet gdyby skończyło się tylko na siniakach i otarciach, wciąż byłby winny niedopatrzenia, przez które mogła ucierpieć. Tak więc tym lepiej, że przynajmniej częściowo odkupił winy, nie dopuszczając do przykrego wypadku. Zdrowy rozsądek podpowiadałby pewnie w tej chwili by ewakuować się czym prędzej. Problem jednak w tym, że Josh miał bardzo niekorzystną w podobnych sytuacjach zdolność, a wręcz nawet skłonność gdy mowa o towarzystwie ciemnowłosej pani doktor, do wyłączania go zupełnie. I oto proszę, właśnie stał tuż obok, choć przecież powinien siedzieć sobie do góry, w najlepsze popijając herbatkę z Frankiem… Najwyraźniej jednak nie było aż tak źle (naiwnie się oszukiwał), bowiem panna Holmes szybko przystąpiła do przeglądania znalezionych zasobów, nie zwracając na jego obecność większej uwagi, co było pomocne. Zaśmiał się cicho przy uwadze dotyczącej zdradzania źródła pochodzenia alkoholu. No tak, w końcu w Obozie rzekomo pić nie mogli, przynajmniej teoretycznie.
OdpowiedzUsuń— Można by było wynieść to wszystko. Nawet jeżeli nie zjemy tego przez dwa tygodnie, w stołówce się ucieszą. Albo przewieźć cichaczem do Obozu i podzielić na osiem — zasugerował, uśmiechając się lekko na myśl o tym ostatnim. Właściwie kiedy to on ostatnio pił taki dobry, domowy kompot z owoców? Zdecydowanie zbyt dawno, a choć smakoszem nigdy nie pił, od razu poczuł napływającą do ust ślinę. Zamiast jednak protestować przed traktowaniem go jak tragarza (na którego częściowo sam się zgłosił), przyjmował kolejne słoiki, przesuwając wzrokiem po półkach. Było tego naprawdę sporo i nie zdziwiłby się gdyby zawartość tej piwniczki posłużyła im za wypakowanie co najmniej dwóch trzecich jednego z całkiem dużych bagażników samochodów.
— Więcej nie zabiorę bez ryzyka stłuczenia. Trzeba skombinować jakąś skrzynkę i w ten sposób przenieść na górę, będzie łatwiej — powiedział, przerywając ten dziwny moment, który znów zapadł. Niepotrzebnie ich spojrzenia spotkały się przed chwilą i wymienili porozumiewawcze uśmiechy. Bardzo kiepsko jak na razie szło przekonywanie samego siebie, że potrafi traktować ją jak zwykłą znajomą. Jeszcze czego. A bo to nie czuł jeszcze tego lodowatego ścisku wewnątrz, zdecydowanie zbyt blisko serca, który pojawił się w sekundzie gdy uświadomił sobie, że panna Holmes przypadkiem może ulec nieprzyjemnemu wypadkowi? I tak samo odetchnięcie z ulgą gdy okazało się, że była cała… Jasne, o najnormalniejszą pod słońcem koleżankę też by dbał, ale wariacje emocji z całą pewnością nie byłyby tak pokomplikowane. Odetchnął powoli, wypuszczając powietrze przez rozchylone usta. I znów łapał się na tym, że spoglądał na nią z pewnym wyczekiwaniem, a wewnątrz narasta pewne napięcie.
Sytuacja była beznadziejna. W Obozie mogli przynajmniej się mijać, ale tutaj…? Na każdym kroku czeka ich wpadanie na siebie. Proszę, pierwszy dzień i takie problemy. Na szczęście udawało się jakoś zachowywać pozory i miał nadzieję, że reszta zespołu nie zacznie na nich dziwnie patrzeć. Wiedział Peter, był tego pewny. I chyba panna Holmes też to dostrzegała w spojrzeniach przyjaciela Josha. Starał się być dyskretny, zwłaszcza, że rzekomo nic nie wiedział, ale wciąż… Tyler nie musiał nic mówić, by zostać rozczytanym bez większego problemu. Teraz z kolei sam się wkopał w przebywanie z nią sam na sam. A na to pozwolić nie mogli. Znów coś w środku się wyrywało, najwyraźniej za nic mając to paskudne uczucie na myśl o jej odejściu już za parę miesięcy. I trzeba było nad sobą zapanować. Odepchnąć najróżniejsze chęci, niejednokrotnie bardzo nieodpowiednie.
OdpowiedzUsuń— My to zrobimy. Zaciągnę Franka i przynajmniej zabiorę ci go z kuchni. Te skrzynki będą ciężkie — zaoferował. To całkiem dobre rozwiązanie. Ona pozbędzie się natrętnego towarzysza wyprawy, a Josh znajdzie sobie odpowiednie zajęcie w całkiem przyzwoitej odległości od ciemnowłosej pani doktor. A i niekoniecznie powinna się przemęczać noszeniem zapraw, które pojedynczo mogły nie wydawać się aż tak dużym obciążeniem, ale skumulowane… Od czegoś tu byli, a skoro i tak się nudzili, równie dobrze mogli się nieco zmęczyć.
— Jeśli tylko nie masz nic przeciwko jedzeniu zupki chińskiej z paczki to jasne, możemy gotować — zaśmiał się, na chwilę zapominając o zachowaniu powagi. Sam gotować potrafił. Przez parę ładnych lat żywił się sam i po początkowych niepowodzeniach musiał po prostu się nauczyć jeżeli chciał jakoś przetrwać. Mógł więc następnego dnia nawet po coś sięgnąć, ale umiejętności swoich kolegów już taki pewny nie był. Podążył za nią, wciąż ściskając słoiki, które mu wcisnęła w dłonie, po chwili wychodząc już na parter i kierując się do kuchni, gdzie zastali równie znudzonego starszego ze zwiadowców, najwyraźniej w ogóle nie zainteresowanego tym co ta dwójka robiła. Przynajmniej do momentu gdy Josh powiedział mu o znalezisku i wysłał na dół. Oczywiście nie obyło się bez marudzenia, ale po chwili zniknął. Spojrzał jeszcze na trzymany przez kobietę słoik z grzybami, o których mówiła, że chce użyć. Co prawda zawsze istniała metoda użycia noża by sobie poradzić, ale skoro tu był… Podszedł bliżej, zdecydowanie bliżej niż powinien był pewnie, ale to tylko po to by wyjąć jej z dłoni słoik, nieopatrznie i zupełnie przypadkowo muskając palcami jej skórę. Odsunął się jednak natychmiast, czując jak niestety charakterystyczny dreszcz zdążył przeszyć jego ciało. Przeklął w myślach, wyżywając się na tym przeklętym sprawcy całego zamieszania. Jeden silny ruch i już po chwili odstawiał na blat stołu otwarty słoik z grzybami, w tej samej sekundzie ewakuując się by pomóc koledze z wynoszeniem zapasów.
Właściwie w zespole tylko Mike pojawił się zupełnym przypadkiem, ale i jego nie można było nazwać słabym ogniwem a jedynie niedoświadczonym i może jeszcze odrobinę nadgorliwym. Poza tym jednak mieli okazję wielokrotnie ze sobą pracować i skłamałby mówiąc, że nie ufa ich umiejętnościom. Jakimi byli ludźmi, to już zupełnie inna sprawa. Kitty miała rację co do Juana, za którym nie przepadał chyba nikt poza Frankiem, szukającym sobie osoby o przynajmniej zbliżonych poglądach do jego własnych. Wiadomo też, że pojawiały się mniejsze i większe zażyłości. Tak jak nie wiedział zbyt wiele o bardzo wycofanym i rzadko integrującym się Samuelu, tak z kolei prawdopodobnie mógłby wyrecytować połowę życiorysu Petera bez najmniejszego zająknięcia. Juan z kolei był zagadką. Ktoś przebąkiwał, że w normalnym świecie prawdopodobnie popadł w jakiś konflikt z prawem, ale nie było to nic potwierdzonego. Miał jednak przynajmniej na chwilę obecną zajęcie monotonne na tyle, by mógł błądzić myślami w różnych, często zupełnie niekontrolowanych kierunkach.
OdpowiedzUsuńGdy uderzył w niego zapach kolacji, byli w połowie pracy i akurat na podjazd zajechał samochód z pozostałymi zwiadowcami. Wszyscy w komplecie, żaden nie miał nawet najmniejszej szramy, w dodatku przywieźli całe mnóstwo broni i amunicji. Josh od razu zaprzyjaźnił się z tłumikiem o który zabiegał już od dłuższego czasu. Zdążył jeszcze na szybko umyć dłonie, nim na stole zostały jedynie okruchy, a wszystkie jedzenie wylądowało na talerzach wygłodniałych zwiadowców. Mimo początkowego, trochę zwierzęcego rzucenia się na posiłek przez jej kompanów w podróży, panna Holmes nie mogła narzekać, bowiem zaraz po zaspokojeniu pierwszego głodu usłyszała parę pochwał. Jasnowłosy mężczyzna skorzystał z okazji by od razu pociągnąć za język kolegów, dowiadując się nie tylko o stanie komisariatów, ale też dopytując o to jak prezentują się obecnie ulice. Dzisiaj nie miał już najmniejszych szans na wyjście, bowiem zaledwie za pół godziny zacznie się ściemniać, ale wolał mieć chociaż opis tego, co ich czeka. No i była to miła odmiana od siedzenia w domu tylko we czwórkę. Po kolacji z kolei wszystko potoczyło się bardzo szybko. Dokładna opowieść co się wydarzyło, potwierdzanie planów na następne dni, świeżo przybyli poszli się jeszcze odświeżyć… I właściwie nim się zorientował, zapadł już wieczór. Słońce zachodziło, a na dworze robiło się coraz chłodniej. Mogli zapomnieć o ogrzewaniu, co niedługo boleśnie odczują. Na szczęście to było San Francisco, ale wciąż… Lepiej było upewnić się, że każdy ma co najmniej jeden gruby koc na wieczór. Odszperali też świeczki, a już po chwili było potrzebne. Rozświetlone wnętrze byłoby widoczne z daleka na tle pogrążonego w coraz większej szarości miasta. Dlatego też dokładnie pozakrywali wszystkie okna, doceniając działające rolety, skutecznie odcinające zarówno ich od świata zewnętrznego, jak i tłumiące światło wewnątrz. Zabarykadowani w ten sposób, z zatrzaśniętymi drzwiami i uprzednio dokładnie pozamykanymi wszelakimi furtkami i bramami wjazdowymi, byli gotowi przeczekać noc. Humory jednak dopisywały panom w pełni, mimo bycia zamkniętymi wewnątrz. Szybko okazało się, że gdy doprowadzili się już do ładu, nagle znalazły się karty i właśnie rozpoczynali pierwszą partyjkę pokera, gdy jeden z nich dostrzegł pannę Holmes.
— Pani doktor! Zapraszamy do gry — zawołał Max, machając nieostrożnie swoimi kartami, tak że koledzy bez problemu mogli podejrzeć co takiego skrywał w dłoniach. I po możliwości wygrania tej kolejki… Towarzystwo momentalnie obróciło twarze w jej stronę. Zajęli cały spory salon, usadzając tyłki na wyjątkowo wygodnych kanapach i właściwie nie wiadomo jakim cudem nikt jeszcze nie zainteresował się tymi nalewkami ustawionymi w skrzyniach nieopodal wejścia do garażu…
Wielkim zwycięzcą poprzedniego wieczoru został o dziwo Juan, wkurzający tym samym jeszcze bardziej swoich kompanów, zmuszonych rozstać się z własnymi małymi trofeami. Nie wszystko udało się odbić, a i wypadało się położyć wcześniej niż zazwyczaj, skoro już następnego dnia rano planowane było kolejne wyjście, tym razem obejmujące wszystkich bez wyjątków i przesiadywanie do późnych godzin było wielce niewskazane, co po dwóch godzinach uświadomił im Samuel, wymownie odkładający swoje karty. Później jeszcze się okazało, że wybrał ten moment ze względu na swoją wyjątkowo kiepską kolejkę, ale faktycznie miał rację. Bez większego szemrania panowie zebrali się, sprawdzając jeszcze jak prezentuje się sytuacja na zewnątrz; w pobliżu nie kręciły się żadne zombie, a i nie słychać było tego charakterystycznego charczenia, które sprawiało, że skóra cierpła. Jak na pierwszy dzień i noc, wrażenia były całkiem pozytywne i jeśli ten stan się utrzyma… Cóż, daleko wciąż było do myślenia o próbie zamieszkiwania kolejnych obszarów bez najmniejszych obaw, bo do tego trzeba było czasu. Ale przynajmniej pojawiałoby się pewne światełko w tunelu, którego warto się schwycić. Josh wiedział, że nie jest to powód do odczuwania swego rodzaju niepokoju, ale z trudem przychodziło mu odsuwanie od siebie takich negatywnych myśli. Oczywiście, perspektywa uwolnienia się od zombie była więcej niż świetlana, ale jednak… Jakaś część nadal walczyła z uczuciami, podsuwając myśli o tym, że jeśli mają rację i naprawdę tak to wygląda, to Katherine wczesną wiosną odejdzie. Nie mógł sobie zażyczyć gorszej myśli w momencie gdy rzekomo miał się położyć do łóżka i szybko zasnąć. Już naprawdę by wolał, tak jak ona, mieć problemy z wspominaniem wspólnych chwil, których jak się zarzekał, mieli nie mieć. Swoich uczuć i pragnień był jak najbardziej świadom, chyba zresztą podobnie jak ona, bo przecież w ostatnim czasie w ogóle nie krył się z tym, że chciałby czegoś więcej niż koleżeństwa. Przestawienie się na ograniczenie tego i pogodzenie z jej odejściem było zupełnie inną bajką. Nic więc dziwnego, że kręcił się po położeniu tak długo, że oberwał od wkurzonego Petera, starającego się zasnąć na drugim łóżku, w czym przeszkadzało ciągłe niezdecydowanie Tylera. Dalej poszło już z górki i jakimś cudem udało mu się zasnąć bez kolejnych, zupełnie niepotrzebnych zresztą, utrudnień.
OdpowiedzUsuńMinęło parę dni przebiegających dość spokojniej, kiedy to przeczesywali teren i mieli już spędzić ostatnią nockę w tym miejscu, uprzednio wypuszczając się na ostatnie oględziny San Leandro. Z samego rana zostali obudzeni zaledwie dwie godziny po wschodzie słońca. Ot, pierwsza z dziwnych umiejętności Juana dla których był brany — całkiem nieźle sprawdzał się jako budzik. Zwlekli się z łóżek wprost do opustoszałej niemal zupełnie kuchni, która zaledwie po paru minutach zaczęła zaludniać się kolejnymi ludźmi. Akurat w czas, bo właśnie przygotowali świeżą kawę, idealną na pobudzenie o tak wczesnej porze. Jeszcze tylko wypadałoby dobrać się do śniadania i po wszystkim ogarnąć zespół w drogę. Znów nie zamierzali zapuszczać się zbyt daleko, przeczesując teren w obrębie maksymalnie dziesięciu mil w każdą ze stron. W pobliżu znajdowało się parę szpitali, które obejrzeli już ostatnio, poświęcając na dokładne przeczesanie ich dwa dni i było jasnym, że znaleźli nowy punkt wycieczki z zaopatrzeniowcami, ale teraz najbardziej interesowało ich zachodnie wybrzeże, w całości niemal usiane magazynami, w tym sporymi zaopatrującymi jedzenie. Jeśli okaże się, że tutejsze regiony będą zdatne do odwiedzenia, całkiem niewykluczone, że już niedługo dostaną nowe zadanie zdobycia z trzech ciężarówek i przetransportowania zawartości magazynów. Ponadto znajdowały się tam hurtownie z ubraniami, a przed zimą tym bardziej przyda się nowe uposażenie dla mieszkańców Obozu. Tak czy siak, przeglądania przed nimi całkiem sporo i dzień zapowiadał się na długi, nic więc dziwnego, że panowie ochoczo przystąpili do szykowania wyjątkowo solidnego śniadania.
Irytująca była świadomość, że gdyby nie nieprzewidziane problemy z Kitty, cały ten wyjazd przypadłby mu do gustu. Wreszcie opuścili Obóz na dłużej niż maksymalnie trzy dni, a w dodatku poza może dwoma wyjątkami (choć właściwie Franka dało się od biedy zdzierżyć jeśli nie miał akurat typowo szowinistycznego humoru) towarzystwo bardzo mu odpowiadało. I wieczory należały do przyjemnych, spędzonych na rozmowie, grach i żartach. A jednak coś rzucało cień… Próbował skupić się na swoim zadaniu, odcinając w ten sposób od nieustannych myśli uciekających w stronę ciemnowłosej kobiety. Nie było to łatwe gdy natykali się na siebie na każdym kroku, czy to podczas większych wyjść, a także nie znajdując chwili odetchnienia w domu, w którym dzieliły ich dwa pokoje. Samuel niestety nie zawsze szedł mu na rękę, będąc na tyle odpowiedzialnym dowódcą by nie pozwalać się przemęczać poszczególnym członkom grupy. I tak nici z codziennego opuszczania bezpiecznego schronienia, co przynajmniej dawałoby mu możliwość unikania panny Holmes. Każdy z tych razów gdy był zmuszony lawirować po mieszkaniu w taki sposób by nie stawać twarzą w twarz ze sobą, a już w ogóle najgorzej na osobności, zdawał się być bardziej wymagający od całodniowego wesołego hasania po mieście, unikając Szwendaczy, od czasu do czasu pokuszając się o zabicie któregoś i ukrócenie zagrożenia. Tym razem miało okazać się, że znów ma pecha. Tylko czy na pewno? Paradoksalnie wolał by Katherine była w jego zespole. Nie musiał przynajmniej za wszelką cenę starać się skupić na tym co działo się tutaj, zamiast zamartwiać czy na pewno żadne komplikacje nie mają miejsca w drugiej grupie. Raz to przeżył i o mało nie dał sobie odgryźć palców przez zombie. Teraz z kolei co prawda musiał się męczyć z upierdliwą chęcią spoglądania cały czas w stronę ciemnowłosej pani doktor, ale przynajmniej miał ją cały czas na oku. Tak więc przełknięcie decyzji dowódcy wcale nie było takie trudne jak by się mógł tego spodziewać. Rozdzielili się blisko dziesięć minut temu i przewidywana zbiórka dopiero za dwie godziny, po których mieli odjechać dalej na południe parę kilometrów i tam zrobić to samo. Nie widział już nikogo z tamtego zespołu, zbliżając się w stronę składów. I tylko przeczucie podpowiadało mu, że coś jest nie do końca tak jak powinno… Musiał upomnieć raz Mike’a, opowiadającego Katherine nieco zbyt podniesionym głosem o czymś zupełnie niezwiązanym z ich powodem pobytu tutaj, ale poza tym było spokojnie. Do momentu gdy zobaczył pierwszego zombie. A tuż za nim kolejnego.
OdpowiedzUsuńOstatnie dni mogły uśpić ich czujność. Nie spotkali się z żadnym większym zagrożeniem, a grupki zombie mijane po drodze trudno było nazwać stadami. Z każdym kolejnym miesiącem pozbawionym pożywienia, Szwendacze traciły nie tylko na liczności, ale także stawały się wolniejsze. Pozornie mniej groźne… Przynajmniej w pojedynkę, bo tak jak teraz, zobaczyli sporą gromadę zmierzając wprost na nich, tracili poczucie bezpieczeństwa. Już znikały myśli o tym, że najprawdopodobniej pięć kolejnych lat wystarczy by zacząć wracać do życia coraz bardziej przypominającego to przed apokalipsą. Wszystko działo się bardzo szybko. Nie zdążyli wycofać się i schować nim zostali dostrzeżeni, a trochę zamieszania wystarczyło by zwrócić na siebie wielką uwagę. Przeklął szpetnie, spychając swoją małą grupę do tyłu, ale szybko okazało się, że na nic te zabiegi. Utknęli pomiędzy charczącym, wygłodniałym stadem, a bezpiecznymi samochodami, mogącymi zabrać ich daleko stąd. Moment w którym zobaczył unoszącego broń Mike’a był chwilą gdy nie zdążył zareagować, a okrzyk Nie zamarł mu na ustach. Brak doświadczenia wyszedł na wierzch i nic już nie mogli zrobić, zwracając na siebie jeszcze większą uwagę. I nici z używania tych bezcennych tłumików, które udało im się zdobyć, nie dość licznych by obdarować nimi wszystkich. Od razu dało się dostrzec gdy zombie, zwabione świeżym miejscem, zacharczały głośniej, poruszając się jakby sprawniej, szybciej. Nawet w momencie gdy kolejne strzały leciały w stronę Szwendaczy, trafiając nie zawsze, robiąc czasem więcej hałasu niż pożytku. Pozostała czwórka będąca kilkaset metrów dalej musiała ich usłyszeć, wiedzieć że coś jest nie tak… Tak samo jak i wszyscy inni nieumarli w obrębie mili. Nawet nie dostrzegał zachowania za swoimi plecami, stając pomiędzy dwójką zwiadowców i Katherine, a wygłodniałymi drapieżnikami, gorączkowo myśląc nad jakimś rozwiązaniem. Wkoło nie było nic by umknąć, a przynajmniej przez długi czas tak mu się wydawało. Przynajmniej do momentu gdy za swoimi plecami usłyszał głos Kitty, przebijający się przez to wszystko. Bez względu na to jak bardzo nie chciał myśleć o jej obecności tutaj, to jednak wciąż… Tliło się to nie tylko w tle, ale zagłuszało wszystkie racjonalne spostrzeżenia. Za bardzo mu zależało, teraz odczuwał to bardziej niż kiedykolwiek, gdy życia ich wszystkich wisiały na włosku. Obejrzał się przez ramię, patrząc jak Max znika za drzwiami magazynu.
OdpowiedzUsuń— Szybciej, do środka! — Popchnął Mike’a w ramię, nie kłopocząc się delikatnością, ale poskutkowało. Chwilę później wpadł do ciemnego pomieszczenia, a tuż za nim Josh, zatrzaskujący pośpiesznie drzwi i odcinający dopływ światła. Tylko parę bardzo zakurzonych, wąskich okien na samej górze rozświetlało wnętrze, wciąż jednak pasował tutaj półmrok. Nie czekał jednak na to aż jego oczy się przyzwyczają i bez zastanowienia chwycił za stojącą pod ścianą na której znajdowały się części samochodowe i pociągnął… Gdyby nie szybka pomoc Maxa w porę zorientowanego na co się zamierza, ani by to drgnęło. Ale wspólnymi siłami udało się zastawić wejście i mieć nadzieję, że zatrzyma to zombie choć na chwilę. W środku zapanowała cisza przerywana jedynie przyśpieszonymi oddechami… Odwrócił się wreszcie, wiedząc, że jeśli nie znajdą drugiego wyjścia, mają jeszcze większe kłopoty. Nic tylko mieć nadzieję, że choć tutaj nie spotkają żadnych Szwendaczy. Albo przynajmniej nie w takiej liczbie.
Ostatni raz przed tą wyprawą mieli okazję być poza murami dobrych parę tygodni temu. Jak na złość, tamto wyście zakończyło się w najgorszy z możliwych sposobów, bo śmiercią jednego z nich. Nadal dobrze pamiętał wydarzenia koszmarnego popołudnia, gdy nikt nie spodziewał się podobnego obrotu spraw. Tu przynajmniej mogli podejrzewać, że pojawią się jakieś komplikacje, ale… Miał tylko szczerą nadzieję, że skończy się właśnie na czymś takim, tylko postraszeniu. Żadnej powtórki z rozrywki gdy na żywca musieli sięgać po piłę znalezioną na zapleczu stacji i odcinać wrzeszczącemu koledze nogę, nawet nie myśląc o mogących usłyszeć ich zombie, ale tym przejmującym bólu jaki musiał wtedy czuć i zagrożeniu życia. Jak się okazało, wszystko to na darmo. Nie zdążył nawet zareagować z tego wszystkiego, gdy Max wdał się w zupełnie niepotrzebną dyskusję. Sam był poirytowany, ale to był najgorszy z możliwych momentów na kłótnię. Najwyraźniej nie tylko on tak myślał, a panna Holmes stanęła w obronie młodzika. Tym bardziej powinien coś zrobić, nawet jeżeli atmosfera chyba zaczynała się rozluźniać.
OdpowiedzUsuń— Później o tym pogadamy — rzucił krótko, zastanawiając się wreszcie czy będzie w ogóle jakieś później. Odetchnął, rozglądając się dookoła. Na razie nie pojawił się żaden Szwendacz, ale nie ulegało wątpliwości, że nawet jeśli tu będzie spokój, to nie zajmie długo aż tamta horda z zewnątrz znajdzie jakiś sposób by dostać się do środka i spróbować ich dorwać. Gdy już zwęszyli zwierzynę, będą podążali tak daleko jak tylko utrzyma się ślad. Niestety byli widziani znikając za drzwiami, musieli więc czym prędzej się ewakuować. Max był zbyt wkurzony by podejmować jakiekolwiek decyzje, a gdyby mu pozwolić, pewnie pierwszą byłoby opieprzenie Mike’a za tamten błąd. — Od teraz przerzucamy się na noże, a pistolety tylko w ostateczności. Idziemy w głąb magazynu. Max jako pierwszy, potem Katherine z Mike’m, ja zamykam pochód. Niech nikt nawet nie próbuje głośno mówić — zarządził, patrząc jeszcze na zatrzaśnięte drzwi zza których dochodziło coraz głośniejsze charczenie. Odetchnął głębiej, spoglądając wreszcie po członkach swojej grupy. Wszyscy wydawali się podenerwowani, ale nic dziwnego po tym co wydarzyło się zaledwie chwilę temu. Przesunął wzrokiem po kolejnych osobach, skinąwszy głową gdy doszedł do niemrawego spojrzenia Mike’a, pełnego wyrzutów sumienia. Najchętniej powiedziałby coś jeszcze, ale najwyraźniej Kitty już zajęła się młodzikiem, podtrzymując go na duchu. No właśnie… Ona była ostatnia. Nie ważne jak bardzo lubił Maxa (mimo jego obecnego wkurzenia, być może jak najbardziej uzasadnionego…) czy też jakaś część widziała młodszego brata w drugim, młodszym chłopaku, to jednak kręciło się to wokół niej. Paskudna myśl podpowiadała, że to ją chroniłby za wszelką cenę, nie zważając jakie sam poniesie przy tym konsekwencje. To był ten moment gdy zapominał o postanowieniach jeszcze sprzed wyjazdu, gdy obiecywał sobie zachowywać odpowiedni dystans. Teraz z kolei zatrzymał na niej wzrok, czując jak uścisk w okolicach jego serca zelżał kiedy tylko upewnił się, że nic jej się nie stało. No, ale koniec z tym dobrym, zacznie się znów nad tym zastanawiać później.
—Chodźmy. Główne wyjście powinno być po tamtej stronie. Te magazyny mignęły gdy tu jechaliśmy. — Max wreszcie zapanował nad sobą i zamiast się wściekać, wyszarpnął duży nóż myśliwski w jakie byli wszyscy zaopatrzeni. Po chwili spędzonej w zaciemnionym magazynie przynajmniej było widać nieco więcej niż zarysy kształtów i mogli zacząć się przesuwać w stronę wyjścia, które rzekomo powinno być gdzieś po drugiej stronie… A przynajmniej na to wszyscy liczyli.
Ruszyli do przodu, zdając na orientację Maxa. I tu pojawiała się zaleta wynikająca z co najmniej kilkunastu wspólnych wyjść mężczyzn. Josh mógł mieć pewne obawy, ale szybko zostały rozwiane na wspomnienie o ostatnim razie gdy uratował mu skórę. I jeszcze poprzedni, a także minione trzy. Jakoś łatwiej się wtedy spoglądało w przyszłość, mając nadzieję na znalezienie wyjścia. Decyzje, które podejmowali także wskazywały na spore doświadczenie w wspólnym działaniu. Mężczyzna nawet nie zaprotestował, sugerując innego rozwiązania; obaj doskonale widzieli, że jako ci mający najwięcej styczności z Szwendaczami w przeszłości, powinni być bardziej narażeni. Mike nadal był trochę nie w sosie, co dało się z łatwością wyczuć. Nie przeszkodziło to jednak w niezbyt szybkim, ale za to systematycznym posuwaniu się do przodu. Kontrolował przede wszystkim to co działo się z przodu, ale nie sposób było ukryć, że dostrzegał też jak sylwetka Katherine zdaje się być coraz bliżej. O mało nie potknął się na gładkiej powierzchni gdy usłyszał jej pytanie skierowane w swoją stronę i dostrzegł ciemne oczy wpatrzone w niego.
OdpowiedzUsuń— Tak, w porządku — odparł, trochę nie do końca zgodnie z prawdą. Bo i owszem, fizycznie nic mu nie dolegało, ale co to za pociecha skoro zaledwie za kilka chwil może już wcale tak pięknie nie być. Z samopoczuciem już znacznie gorzej, nawet jeśli upominał się, czując spojrzenie panny Holmes na sobie, że nie powinien epatować złym humorem. Znalazła się w grupie rzekomo trzech osób zaskakujących nienormalnych jak na te warunki pogodnym usposobieniem, a tu proszę. Ten najbardziej skory do żartów zaledwie parę chwil temu opieprzał ostro swojego młodszego kolegę, również nie należącego do ponuraków. A sam Josh, który dobrze zdawał sobie sprawę z tego jak swego czasu irytował Katherine niezmiennie zadowoloną postawą, nie bardzo miał siłę by tryskać energią i zarażać nią innych. Miał wrażenie, że częściowo na jego barkach spoczywa odpowiedzialność za wystrzał Mike’a. Mógł zareagować szybciej czy chociaż przewidzieć, że chłopak spanikuje i zareaguje instynktownie. No nic, nie bardzo pora na rozrachunek sumienia. — Jak z tobą? Nic ci się nie stało? — W jego głosie napięcie wymieszało się z wyczekiwaniem gdy nieco przyśpieszył, zrównując się z kobietą. Trącił zupełnym przypadkiem jej ramię, ale teraz nie zrobiło to na nim większego wrażenia. Mieli poważniejsze kłopoty na głowie niż to co do siebie czują i konieczność zduszenia tego; co prawda już nie w zarodku, ale nim przeobrazi się w coś poważniejszego. Wiedział, że to ona otworzyła drzwi do magazynu posługując się bronią i miał tylko nadzieję, że obyło się bez żadnych nieprzyjemnych otarć. Nim jednak padło cokolwiek więcej, usłyszał charakterystyczne charczenie za swoimi plecami. Momentalnie obrócił się, szukając wzrokiem Szwendacza, którego jednak nie dostrzegł… Przynajmniej w pierwszej chwili, bowiem dźwięk dochodził z parteru, ale gdy głośny dźwięk nie miał początkowo miejsca lokalizacji, skoczyła mu adrenalina. Jakoś tak automatycznie odgrodził jedną z dłoni Kitty, stając pomiędzy nią, a potencjalnym zagrożeniem, w ogóle nie zastanawiając się nad tym, co robi. Zerknął wreszcie w dół, dostrzegając jak zombie pozbawiony dolnych kończyn, właściwie to nawet przecięty na pół w okolicy pasa, czołga się w ich stronę, ciągnąc za sobą roboczy strój pracownika magazynu. To wystarczyło na potwierdzenie, że nie mogą czuć się tu bezpiecznie. Na wszelki wypadek wbił myśliwski nóż w czaszkę Szwendacza, wycierając o szmaty ostrze. Najwyraźniej dwójka przed nimi zorientowała się, że coś się dzieje, bo dostrzegł, że również zwolnili, nie pozwalając na oddalenie się zanadto.
Minęły prawie dwa tygodnie od tej pamiętnej rozmowy w jej salonie, gdy leniwie płynące, przyjemne popołudnie zamieniło się w małą, prywatną katastrofę. Zgodnie z przewidywaniami Katherine, miał za sobą parę trudnych nocy pełnych analizowania każdego fragmentu tamtych wydarzeń, prowadzące zazwyczaj do jednego i tego samego wniosku. Nie miał prawa się wściekać. Nie ważne jak bardzo chciałby by było inaczej, a jego głos okazał się ważny. Sam zastąpił więzi rodzinne przyjaźniami, nawiązanymi już po przybyciu do Obozu. Gdyby nie to, byłby zupełnie bez nikogo bliskiego. Tak jak ciemnowłosa kobieta teraz, odcięta od jakichkolwiek wieści o swojej rodzinie, starając się od początku nie angażować w bliższe znajomości z mieszkańcami Wyspy Skarbów. W pewnym sensie to rozumiał, zdając sobie sprawę, że zostając tutaj nigdy nie będzie w pełni spokojna, a już na pewno szczęśliwa. Trudno było jednak wyzbyć się egoistycznych pobudek jakie nim kierowały. Wiedział, że z chwilą opuszczenia przez nią Obozu, nigdy więcej się nie spotkają i nawet nie dowie się, czy podróż zakończyła się sukcesem, a nawet po prostu czy jeszcze żyje. Teraz nie zamierzał dać szansy by ziściło się to ostatnie. Jego ruchom daleko było do wyćwiczenia czy przemyślanych działań. Postępował w pełni intuicyjnie, nie zastanawiając się nawet przez sekundę co powinien zrobić. Po prostu wiedział, od razu stając między Katherine a grożącym jej zagrożeniem. Nie ważne, że sam w tej chwili narażał się znacznie bardziej na spotkanie trzeciego stopnia z ewentualnym wygłodniałym umarlakiem. Mógłby tłumaczyć się rozkazami, według których lekarz zawsze musi być chroniony, ale oboje znali prawdę. Nie przejmował się zdrowiem i życiem pani doktor mającej dbać o nich w razie skaleczeń i wypadków, a o kobietę na której wbrew wszystkiemu, a przede wszystkim zdrowemu rozsądkowi, bardzo mu zależało. Był to pierwszy odruch i gdy odwrócił się wreszcie, nie do końca zrozumiał z jakiego powodu miała do niego pretensje. Przecież to oczywiste, takie naturalne. Najmniej istotne jakie relacje były obecnie między nimi, nie pozwoli by stała jej się krzywda. Dlatego już miał coś odpowiedzieć, wyjaśnić (i zdecydowanie nie uspokoić jej swoimi słowami)… Gdy na horyzoncie pojawił się Mike, samą swoją obecnością przypominający, iż powinni ruszać dalej i nie zostawać w miejscu. Pewnie Josh nie powinien robić podobnych planów zważywszy na swoje obietnice, że nie będzie szukał kontaktu, ale chciał porozmawiać z Katherine bez świadków. Znajdzie do tego okazję bez większego problemu. Kobieta przez ostatnie dni nie wykazywała większego zainteresowania spędzaniem wieczorów w męskim towarzystwie, zjawiając się głównie w okolicach posiłków, mógł więc wtedy skorzystać z sposobności. Naturalnie optymistycznie zakładając, że uda im się stąd wydostać. Nie powinni tracić więcej czasu, dlatego wytarł jeszcze raz ostrze, upewniając się, że nie nosi na sobie już żadnych śladów zabitego zombie, by ruszyć przed siebie. Nie uszli daleko, a ciszę przerywał tylko dźwięk ich kroków, gdy znów zaczął się niepokoić, że cały czas nie natknęli na drzwi wyjściowe, choć przecież znajdowali się tu od dobrych kilkunastu minut. Niby mieli dużo czasu i… Właśnie w tej chwili za nimi rozległ się huk, niosący echem po całym opustoszałym magazynie. Zatrzymał się w jednej sekundzie, obracając w miejscu po raz kolejny. To szafka, którą zastawili wejście została wreszcie obalona i nic już nie stało na przeszkodzie by Szwendacze wpełzły do środka, podążając ich śladem. Posuwały się do przodu powoli, ale jeśli nie znajdą wyjścia… Byli w potrzasku.
OdpowiedzUsuńOstatnie czego się obawiał to przemiany w zombie. Nawet gdyby został ugryziony, ten problem po prostu w przypadku Josha nie istniał. Kiedyś rozmawiał o tym z Katherine, właśnie przy okazji przywiezienia ugryzionego Coltona do Obozu. Mówił jak najbardziej poważnie, deklarując, że nie wróciłby na Wyspę Skarbów wiedząc, że został zarażony. Najprawdopodobniej gdyby właśnie w tej chwili doszło do ugryzienia po którym nie byłoby szans na uratowanie, bo na przykład oberwałby w korpus… Nie dopuściłby do przemiany. Jednym strzałem, przestając być zagrożeniem dla kogokolwiek. Na razie jednak podobne rozważania były zupełnie bezsensowne, bo i nie miały zastosowania. Z kolei przed nimi znacznie trudniejsze wyzwania i ostatnie czym mógł się przejmować to czy panna Holmes dobrze czuła się z tym co do niej czuje, czy też nie życzy sobie jakichkolwiek gestów, już i tak przecież ograniczonych przez blondyna do absolutnego minimum. Mieli trochę czasu, ale nie powinni go marnować, tylko jak najszybciej znaleźć wyjście. Bez jakichkolwiek dyskusji, wkroczyli w wąski korytarz. Jak się okazało, wcale nie tak bezpieczny jak mogliby sobie tego życzyć. Mike podskoczył w miejscu gdy o szybę jednego z boksów uderzyło martwe ciało, a częściowo nadgniła twarz z rozłupaną połową szczęki przykleiła się do drzwi, wybałuszając oczy i drapiąc o przeszkodę. Josh nie martwił się tymi Szwendaczami, wiedząc, iż nie mają większych szans na wyjście. Oczywiście o ile żaden z nich nie znajduje się w pomieszczeniu niezamkniętym i… Pomyślał o tym w porę, bowiem właśnie przed nimi wyłoniła się z cienia zgarbiona sylwetka odziana w niegdyś porządny strój, charcząc i kłapiąc zębami… Max potrzebował zaledwie dwóch sekund by wpakować zombie nóż między czaszkę, posuwając się cały czas do przodu, jeszcze nim ciało opadło na posadzkę z głuchym plaskiem.
OdpowiedzUsuń— Widzę drzwi! — Dłoń mężczyzny wskazała dokładnie to miejsce do którego tak zmierzali. Nie oznaczało to wcale ratunku, ale dawało nadzieję. Tylko co jeśli za nimi czekało kolejne stado? Nawet jeśli były zatrzaśnięte, chyba sobie jakoś poradzą, wyważą je w najgorszym wypadku… Przynajmniej tak się mogło wydawać w tym półmroku, gdy wciąż dzieliło ich kilkanaście metrów. Problem w tym, że charczenie zdawało się być coraz głośniejsze, a ich obecność tutaj najwyraźniej bardzo szybko przebudziła umarlaków, wykazujących większe zainteresowanie żywym mięsem. Jak na złość, po ich obu stronach pojawiły się kolejne trzy do zlikwidowania i zapowiadało się, że lada moment przyczłapią się następne. Pozbycie tych przebiegło sprawnie, choć sama świadomość czających się kolejnych nie była pokrzepiająca. Max jako pierwszy dopadł do drzwi i okazało się, że są zatrzaśnięte…
Nie spodziewał się spotkać tak wielu Szwendaczy, zakładając raczej, że nie uchowają się w ciasnych korytarzach sporego magazynu. A jednak, znów okazało się, iż nie miał racji. Mieli za to więcej niż dogodną okazję do zmniejszenia ich populacji i jeśli zamierzali przeżyć, to był dobry moment by skorzystać. Odczuwał zmęczenie coraz bardziej, mimo przyzwyczajenia do napotykania zagrożeń przez cały ten czas gdy czynnie działał jako zwiadowca w Obozie. Niemniej jednak Katherine miała słuszność sięgając po broń. Miał jeszcze dość sił by nie marnować amunicji, a przynajmniej tak sobie wmawiał. Po dłuższej chwili rzeczywistość zweryfikowała czy miał rację i niestety okazało się, że nie do końca. Siłował się właśnie z jednym z Szwendaczy, starając się odepchnąć drugiego, podchodzącego zdecydowanie zbyt blisko. W chwili gdy wyciągał z wielkim trudem ostry nóż z czaszki umarlaka, poczuł opór. Szarpnął mocniej… Nadal nic, a drugi był już tuż zaraz… Spróbował jeszcze raz i tym razem się udało. Aż za dobrze, bo impet odrzucił go do tyłu, gdzie wylądował dopiero na jednym z boksów. Lekki ból przeszył jego lewe ramię, którym upadł. Nie miał jednak czasu by o tym myśleć, dobrze wiedząc, że nabawił się siniaka i nic poza tym. Nawet w tym słabym świetle nietrudno było dostrzec, że powód jego zranienia nie był wcześniej brudny i żaden kontakt z wydzielinami zombie nie wchodził w grę, ale tak czy siak, odczuł ulgę, że nie zranił się w tak głupi sposób. Wokół zapanowała wreszcie cisza, a następni byli jeszcze daleko. Dobry moment by zregenerować się. Albo pośpieszyć kolegów, na co miał ogromną chęć. Okazało się jednak, że wybrali dobry moment by otworzyć wreszcie te przeklęte drzwi na oścież.
OdpowiedzUsuńWypadli na świeże powietrze, zatrzaskując za sobą drzwi by odciąć się od naciągających cały czas Szwendaczy, zaczerpując głęboki oddech. Dopiero wtedy miał okazję rozejrzeć się, sprawdzając czy przypadkiem nie wpadli z deszczu pod rynnę. Parę nerwowych chwil gdy chyba każdy z nich był równie zdenerwowany, by wreszcie przekonać się, że przynajmniej na razie, byli bezpieczni. Po kilkudziesięciu minutach spędzonych w ciemnym magazynie jasne światło raziło ich w oczy, ale dawno Josh nie czuł nic przyjemniejszego.
— W którą stronę do samochodu? — odsapnął Mike, opierając dłonie na udach i uspakajając się. Właśnie ich grupa przeszła niezły chrzest bojowy i należała się im choć chwila odpoczynku. Nie zaznają jej jednak dopóki nie dotrą do pozostałych, tam wreszcie zbierając się razem i jadąc do bezpiecznego domu, z dala od tych wszystkich czyhających na nich zombie, gotowych dorwać się do nich niczym południowego lunchu. Josh miał już odpowiedzieć, ale Max był szybszy i bez zastanowienia wskazał dłonią w odpowiednim kierunku.
— Tam. Maksymalnie pół mili. — Odległość nie była duża, ale przeszli przez cały magazyn i to co przemierzyli do momentu spotkania stada znacznie się trasa wydłużyła. Przy szybkim tempie i braku niepotrzebnych zastojów powinni pokonać ten dystans bardzo szybko, oddalając się tym samym od zagrożenia. Oby tylko druga grupa już tam była. — Ruszamy? — Potwierdzenia chyba nie były konieczne. Wszyscy bez wyjątku chcieli się stąd wynosić. I to jak najprędzej.
Chyba jedyną zaletą napiętych relacji między nim i Katherine było to, że nie ważne jak bardzo się narażał i czy sobie coś zrobi czy nie, przynajmniej mógł być pewnym, iż ta nie opieprzy go za nierozsądne postępowanie. A przynajmniej tak sobie myślał i całkiem mu się to spostrzeżenie spodobało. Wiedział zresztą, że postąpił słusznie nie sięgając po pistolet, nawet jeśli wiązało się to z pewnym, może nieco większym przy okazji, niebezpieczeństwem. Amunicja była bardzo potrzebna i dopóki możliwe było nie marnowanie jej, zamierzał to robić. Co oczywiście teraz odczuwał w postaci zmęczenia. Jedyne o czym myślał to rzucenie się na własne łóżko i przymknięcie oczu tak na pięć minutek… No, może w porywach małą godzinkę. Najpierw jednak koniecznym było kontrolowanie trasy jaką szli. A to dawało chociaż powód do nie myślenia o idącej tuż przed nim ciemnowłosej kobiecie. Tak jak ona widziała doskonale wszystko to co działo się z nim, tak i on cały czas miał na oku jej poczynania, z trudem walcząc z ochotą podczas starcia z umarlakami, by zmaterializować się trochę bliżej… Niestety trzeba było odciąć dojście do mocujących się z drzwiami z dwóch stron i z tego powodu tylko za każdym razem gdy jakiś Szwendacz podszedł za bardzo, wielka gula formowała się w jego gardle, a wraz z nią obawa o nią… Teraz z kolei miał zajęcie i było mu z tym dobrze. Trasa przebiegła bez większych komplikacji i całe szczęście, bo naprawdę nie uśmiechało mu się kolejne spotkanie z gromadą zombiaków. Na widok swoich kompanów stojących przy zaparkowanych na uboczu samochodów, o mało nie zaśmiał się swobodnie, wesoło i zupełnie nieskrępowanie. A co tam, nawet przeklęty Juan nie drażnił go tak jak zwykle. Wróć, tak się tylko wydawało do momentu gdy raczył otworzyć usta i wyrazić swoje jakże cenne zdanie. Samuel w porę zapanował nad kłótnią, która niewątpliwie rozgorzałaby w mig, bowiem nie tylko on wydawał się być podminowany.
OdpowiedzUsuń— To nie tak — zaprotestował, rzucając Mike’owi ostre spojrzenie, wyraźnie sugerujące by trzymał gębę na kłódkę. To co zamierzał zrobić wcale nie było takie dobre, ale przynajmniej częściowo zamknie jadaczkę Latynosowi. Dowódca od razu zwrócił swoje opanowane spojrzenie w kierunku Josha, czekając na dalsze wyjaśnienia. — Trafiliśmy na stado zombie. Trzydzieści, może trzydzieści pięć sztuk. Gdy Mike wystrzelił, już nas widzieli i nie mieliśmy większych szans na bezproblemową ucieczkę — wyjaśnił. I częściowo to było prawdą… Co prawda gdyby nie wystrzał na pewno mieliby znacznie łatwiej i a nuż… Ale nie, teraz wyjaśniać tego nie będzie. Porozmawia z Samem na osobności, wyjaśniając co i jak. Z dala od innych spojrzeń ich szef zrozumie jak zestresowany był młodzik, a przynajmniej łatwiej będzie to opowiedzieć, nie czując drwiącego wzroku Juana wbitego w młodszego kolegę. Max od razu pokiwał głową, Peter uniósł wymownie brew, uśmiechając się pod nosem. Od razu zwietrzył naciągnięcie prawdy i załagodzenie afery, ale nic nie powiedział. Tylko Mike spojrzał na Josha z niemałym zaskoczeniem, na szczęście siedząc cicho.
— Reszta w domu. Nie będziemy ryzykować kolejnym stadem. Pakować się do samochodów, jedziemy. — Szybka decyzja nie pozostawiła miejsca na wątpliwości. Od razu zbliżyli się do samochodów i jedynie Mike został zatrzymany przez Samuela. — Ty jedziesz ze mną.
Podróż nie zajęła im długo, zaledwie kolejne pół godziny, po których wylądowali na parkingu posiadłości. Zatrzaśnięto sporą bramę, wchodząc ochoczo do środka. Panowie od razu poczuli się pewniej i zaczęli rzucać uwagami o tym jak bardzo są wygłodniali. Frank poczuł się nawet zbyt pewnie i bezczelnie zapytał pannę Holmes co takiego dziś dla nich upichci.
Nie bez powodu Jinx wyznaczył na swojego zastępcę podczas uzasadnionej nieobecności właśnie Samuela. Najprawdopodobniej gdyby którykolwiek z pozostałej szóstki miał objąć dowództwo, nie skończyłoby się to tak wielkim posłuchem. Niestety wiązało się to z pewnymi ograniczeniami. Tak jak na przykład Sam niekoniecznie integrował się z resztą, a zawsze była pewna granica, nawet gdy siadał z nimi do stołu wieczorami, grywając w karty. Poza tą drobnostką na szczęście udawało się panować nad czasem skrajnie różnymi charakterami, a przecież utrzymanie w ryzach tylu facetów o niejednokrotnie diametralnie sprzecznych usposobieniach i przekonaniach, nie było łatwym zadaniem. Po niezbyt miłych wydarzeniach w mieście, teraz wszyscy zdawali się być w doskonałych humorach; żaden nie zginął, ba! Nawet obyło się bez zranień, a to już całkiem spory sukces. Śmiejąca się i zadowolona horda wpadła wprost do kuchni, na szczęście na tyle dużej by pomieścić całą tą gromadę. Nie trwało długo nim Frank stwierdził, że woli się odświeżyć niż stać przy garach, a Max i Peter również skorzystali z okazji do chwilowego odpoczynku, ewakuując się i zostawiając pozostałych z problemem co przygotować na obiadokolację. Dorwali się do trzech paczek makaronu i słoików z sosem bolońskim, zamierzając urządzić sobie z tej okazji małą ucztę. Tylko nikt z nich nie spodziewał się chyba, że powodów do świętowania było więcej… Na szczęście (lub też nie) Sam postanowił ich uświadomić w najmniej oczekiwanym momencie. Josh akurat sięgał po garnek do którego miał nalać wody i ugotować w niej makaron, gdy oto właśnie w tej chwili dowiedział się o tym, iż ta data faktycznie była szczególna. Naczynie wyślizgnęło mu się z palców, ale parę bardzo dziwnych i fartownych ruchów zapobiegło narobieniu niezłego hałasu. Pośpiesznie odstawił je na blat stołu, wbijając zdumione spojrzenie w pannę Holmes. Ale jak to tak…? Nic nie wiedział… Pamiętałby, to raczej oczywiste. Problem w tym, że jakoś podczas tych wszystkich rozmów jakie odbyli (a nie było ich przecież aż tak mało, chociażby zważywszy na fakt, iż parę dni u niego pomieszkiwała) ani razu nie padło nic na ten temat zarówno z jednej, jak i drugiej strony. Odprowadził wzrokiem znikającą na piętrze kobietę, wracając, wyjątkowo nieobecny myślami, do ogarniania jedzenia. Pół godziny później na stole postawione zostały talerze i sztućce, choć nie wszyscy przyszli na wspólny posiłek, a zostawione porcje czekały cierpliwie na odgrzanie. Wśród nich była też i Katherine, a Josh, którego myśli nieustannie uciekały w jej stronę, podejrzewał, że po wydarzeniach całego dnia, zapewne przysnęła. Na razie jednak nie zapuszczał się do jej pokoju by to sprawdzić, dobrze wiedząc, że gdy naprawdę zgłodnieje, sama zajdzie na dół. W tym czasie panowie mieli sporo okazji do zrelaksowania. Skorzystał więc z gorącej wody i wskoczył pod prysznic, pozwalając by przynajmniej częściowo obmyć swe ciało z trosk i zmartwień. A przynajmniej taką miał nadzieję, bo rezultaty okazały się raczej mierne. Zgodnie już z małą tradycją, po wysuszeniu się i ubraniu czystych rzeczy, zszedł na dół, gdzie spotkał już część kolegów.
OdpowiedzUsuńI cały plan szlag trafił. Zaczęło się już źle w momencie zagrożenia, a teraz najwyraźniej było tylko jeszcze gorzej. Tak jak przez ostatnie dni dawał radę ignorować (przynajmniej w pewnym stopniu, bo nie oszukujmy się, że w pełni) bytność Katherine, tak dziś nie mógł wyrzucić jej z swojej głowy. I naprawdę nic nie pomagało, choć chwytał się już paskudnych ruchów jak chociażby przypomnienie sobie tego paskudnego uczucia gdy powiedziała mu, że odchodzi… Miał nadzieję, że chociaż w ten sposób zniechęci samego siebie do dalszych rozmyślań, ale oczywiście nie. I w ten oto sposób siedział w salonie, grając w karty. A raczej przegrywając, bo trzecia już kolejka szła mu gorzej niż tragicznie i chyba najlepszym rozwiązaniem byłoby wycofanie się, jeżeli nie zamierzał w spektakularny sposób przegrać swoich fantów. Zabawne, powiadają, że kto nie ma szczęścia w kartach, ten ma szczęście w miłości. Wyjątkowo nietrafione stwierdzenie, zupełnie nie pasujące do jego obecnej sytuacji. Nic więc dziwnego, że w pewnym momencie po prostu spasował. Może wpływ na to miało to, że zaledwie kilkadziesiąt minut temu śmignęła mu dobrze znajoma sylwetka, którą dostrzegł tylko on… Choć chyba nie tylko. Bowiem w pewnym momencie, tak zaaferowany błądzeniem myślami, nie zauważył zniknięcia jednego z kolegów. I nie było w tym nic dziwnego… Poza tym, że miał przeczucie i to niespecjalnie miłe. Trudno to nazwać intuicją, ale coś kazało mu wreszcie podnieść tyłek i pójść na górę, czyniąc właśnie to, co odwlekał już od tak dawna. Musiał porozmawiać z Kitty, oczywiście na przekór i sobie, i jej. Idąc na górę, spodziewał się komplikacji, ale zdecydowanie nie takich. Przystanął na chwilę, słysząc głos Juana i zamrugał szybko, nie od razu rozumiejąc. Gdy jednak tak się stało, niewiele myśląc, wyłonił się zza rogu, kilka metrów za plecami panny Holmes, stojącej twarzą do nachodzącego ją mężczyzny. Ani poza, ani tym bardziej paskudny uśmiech nie zwiastowały niczego innego… Do tego jeszcze te słowa sprzed chwili.
OdpowiedzUsuń— Zostaw ją w spokoju. — Powinien użyć innych słów, mniej dobitnych i wskazujących na chęć starcia jeżeli Juan odważy się zaprotestować i postawić, pewnie też nie tak lodowatym, zdecydowanym tonem. Ale za dobrze znał przeszłość mężczyzny by ryzykować zostawianiem jakiś niedomówień w tym przypadku. Wolał nie zastanawiać się jak postąpiłby Juan gdyby zostawić mu wolną rękę, obawiając się wniosków do których dojdzie. Zaufanie do drugiego zwiadowcy znającego dobrze miasto i potrafiącego zachować zimną krew w starciu z Szwendaczami to nie to samo, co szacunek do człowieka. Za dużo wiedział, jeszcze więcej podejrzewał by móc się w tej chwili wycofać, licząc na to, że Latynos postąpi słusznie. I miał rację, bowiem w spojrzeniu jakie skierował na niego czaił się błysk wściekłości. Nie ulegało wątpliwości, że Josh pojawił się w idealnym momencie by przerwać. Szybko jednak ten grymas złości zniknął, starannie opanowany i zastąpiony nieco szyderczym wygięciem ust.
— Nie wiedziałem, że nasza pani doktor ma już towarzystwo. — Sposób w jakie wypowiedział ostatnie słowa wyraźnie sugerował co takiego mężczyzna miał na myśli, jednak akurat w tym momencie jasnowłosemu zwiadowcy było jak najbardziej na rękę zostawienie tej sprawy otwartej, nie ważne, że on i Katherine mieli zupełnie inny obraz przed oczyma. Juan jak gdyby nigdy nic ruszył przed siebie w kierunku schodów prowadzących na parter, wymijając przy tym swojego kolegę z zespołu, którego dłoń jakoś tak automatycznie zacisnęła się w pięść gdy tamten był blisko… I z napiętym ciałem i czujnym spojrzeniem odprowadził go wzrokiem aż zniknął za rogiem, a kroki ucichły już po chwili. Dopiero wtedy zapadła cisza.
Juan tłumaczył się wtedy alkoholem krążącym mu w żyłach i tym, że kelnerka w barze dawała mu sprzeczne informacje, które on po prostu źle zinterpretował… A jednak jakoś nikt poza jego najbliższym otoczeniem nie dał wiary tym słowom. Dobrze tylko, że do Josha nie dotarły argumenty dotyczące tego, że w tak trudnych warunkach kobiety powinny dbać o mężczyzn zapewniających im bezpieczeństwo, pożywienie i możliwość dalszego życia bez lęku o własne zdrowie i życie. Jego stosunek do mężczyzny były jeszcze gorszy niż obecnie, a zniknęłoby w jednej sekundzie całe poszanowanie do jakże cennych i użytecznych umiejętności, jakie teraz trzymało go w ryzach i stopowało niechęć. Dopiero po paru długich, ciągnących się w nieskończonych sekundach wreszcie drgnął, spoglądając w stronę Katherine. Zrobił najpierw jeden krok, potem następny, by zatrzymać się kawałek od niej, pewnie zbyt blisko jak na ich niepisaną umowę, ale również nie do końca mogąc sprawić, że popchnie ich to do czegoś głupiego. Ale musiał podejść bliżej, spojrzeć na jej śliczną twarzyczkę i upewnić się, że na pewno nic się nie stało. Nie chciał dostrzec strachu, bo przecież wyjeżdżając poza mury Obozu miała mieć zapewnione bezpieczeństwo. Przynajmniej w tym konkretnym sensie. A to co robił jeden ze zwiadowców wyraźnie wykraczało poza postanowienia, powodując zamęt i niepokój.
OdpowiedzUsuń— Powiem Samowi by zwrócił na niego uwagę. Nie będzie sprawiał więcej problemów — powiedział cicho, a napięcie wciąż nie chciało odpłynąć z jego ciała. Zdawało mu się, że niemal czuje obecność Juana, nawet jeśli ten zniknął już chwilę temu im z oczu. Wciąż jednak pozostawał pewien niepokój, bo choć stojąca przed nim kobieta nie należała do biednych niewiast potrzebujących pomocy, to jednak niekoniecznie chciał zostawić choć cień niebezpieczeństwa. Odetchnął głębiej, opierając się o framugę drzwi. Zajęło mu sekundę nim zorientował się jak bardzo podobna jest jego poza do tej, którą jeszcze chwilę temu obrał Latynos. Od razu poprawił się, nadal czując buzującą złość. To nie tak, że chęć wyjaśnienia tej sprawy w bardziej dosadny (czytaj: za pomocą pięści i ciosów) minęła czy też zniknie w przeciągu paru najbliższych chwil. Ale na szczęście miał dobry powód by oderwać się od myślenia o tym. Ten powód stał tuż obok, równie milczący co on sam… — Możemy porozmawiać? Mam coś do powiedzenia, ale jeśli jesteś zmęczona, może to poczekać. — Nie wiedział czy Kitty podejrzewa co takiego go tu sprowadziło, a i niekoniecznie miało wpływ tylko to co wypłynęło w kuchni, choć również w dużej mierze. Zerknął przez ramię, słysząc kroki na schodach. To Max chyba zatrzymał się w połowie, wesoło rozmawiając z kolegami, ale zapewne zaraz ruszy dalej. A to nie było dobre miejsce do rozmowy, nie pomiędzy nimi, gdy sytuacja była tak napięta, a powietrze wkoło dałoby się kroić.
Wszedł do środka bez zawahania, a drzwi zatrzasnęły się za nimi akurat w momencie gdy na korytarzu rozległy się kroki i głos Maxa, najwyraźniej bardzo zadowolonego z czegoś. Jakże inne były humory tej dwójki, a ich kolegi… Przynajmniej jednego mógł być pewien. Nie ważne jak bardzo pragnąłby kobiety, gdy brakowało bliskości, nigdy nie posunąłby się do takich czynów jak Juan. Paradoksalnie to Katherine zawdzięczał tą świadomość. Od paru miesięcy była jedyną kobietą o jakiej mógł myśleć, a jednak nie wolno mu było jej dotknąć, pocałować… Nie mówiąc o czymkolwiek więcej, o czym przecież też myślał, widząc oczyma wyobraźni tylko ciemnowłosą kobietę. I teraz znaleźli się w jeszcze większym potrzasku niż dzisiaj popołudniu, gdy zagrożeniem były tylko zombie, a nie własne uczucia.
OdpowiedzUsuń— Juan się nie odezwie, to w jego interesie — odparł, przekonany, że o ile sam nie wspomni Samuelowi, to nikt z grupy nawet się nie dowie o zajściu tutaj. Co prawda relacje między nim i kolegą pewnie ochłodzą się i to znacznie, ale akurat tym się najmniej przejmował. Już i tak nigdy nie było doskonale, a teraz po prostu panowie się jasno określą. Na ich współpracę w terenie nie powinno to wpłynąć, a przynajmniej tak mu się wydawało. Cóż, przekonają się dopiero w najbliższych dniach. Odetchnął, rozglądając się po małym pokoju należącym przez cały pobyt tutaj, tylko do panny Holmes. Był za ciasny jak na ich dwójkę, zwłaszcza w świetle rozstawionych strategicznie świec, budujących niepokojąco nęcący nastrój. Przymknął oczy, walcząc przez parę sekund sam ze sobą. Czy ona widziała jak bardzo pragnął pochwycić ją w ramiona i zamknąć w nich, nie wypuszczając do samego ranka? Całe jego ciało domagało się tego, a wydawało się, że nie ma już sił z tym walczyć. Zamiast jednak spełnić swoje pragnienia, spojrzał na nią tylko, wiedząc, iż widzi w jego oczach wymalowane te wszystkie myśli i pragnienia. A potem…
Potem podszedł do okna, odsuwając się od Katherine, choć nawet to nie pomogło mu skupić myśli. Nadal czuł w powietrzu zapach jej ciała, unoszący się w całym pomieszczeniu, wdychany za każdym razem gdy wmawiał sobie, że głębokie zaczerpnięcie tchu w czymś pomoże. Brednie.
— Nie zajmę ci długo. Chcę tylko porozmawiać o tym co wydarzyło się w magazynie — powiedział pozornie tylko spokojnie, jednak dłonie zaciskały się na parapecie z taką siłą, iż pobielały mu kłykcie. Przez chwilę znów nie bardzo wiedział jak powinien to ująć w słowa. Ale właściwie, po co się oszukiwać i szukać jak najbardziej okrężnej drogi. — Nawet jeśli ci obiecam, że to się nie powtórzy, oboje dobrze wiemy, że to nie prawda. Nie mam na to wpływu i to się jeszcze długo nie zmieni. Kitty, mogę schodzić ci z drogi w Obozie czy starać się to robić tutaj. Ale nie oczekuj tego w momencie gdy grozi ci niebezpieczeństwo. — Zakończył cicho, nie zwracając uwagi na to, że gdzieś na dole koledzy właśnie kłócą się o to, że ktoś oszukał w kolejce. Po prostu patrzył na nią, nie odrywając ani na sekundę wzroku. W tak słabym świetle, gdzie świece rzucały na jej twarz długie cienie.
Apokalipsa zombie to raczej kiepski moment na szukanie sobie drugiej połówki. To nie tak, że Josh nie był świadom tej raczej oczywistej prawdy. Od samego początku w Obozie skupił się raczej na wykonywaniu swoich zajęć, chcąc dołożyć własną cegiełkę do budowania tego miejsca, na którym bardzo mu zależało. Na początku panował niemały chaos i potrzeba było paru tygodni by zapanował względny spokój. Parę miesięcy walczyli o utrzymanie i stabilizację, a teraz z kolei mieli szansę na rozwój, co rokowało dobrze na przyszłość. Tylko przy tej całej pracy włożonej nie tylko w wypady do miasta, ale także przygotowywanie budynków gospodarczych, nietrudno było o nawiązywanie znajomości. I tak, w blisko dwustuosobowej społeczności zamieszkującej Wyspę Skarbów, miał parę bliskich osób, pokaźne grono znajomych i jeszcze większą ilość osób przynajmniej kojarzonych. Panna Holmes na przestrzeni tych paru miesięcy przeszła przez każdy z tych etapów, by wreszcie skończyć poza wszelaką kategorią, choć za wszelką cenę starał się z powrotem wepchnąć to w jakieś ramy umożliwiające w miarę neutralne współegzystowanie. Problem w tym, że nie ułatwiała mu tego, nie ważne jak bardzo starała się popchnąć Josha w kierunku zapomnienia. W pierwszej chwili nie zrozumiał tego, co chciała mu powiedzieć. O tym jak powinien ułożyć sobie życie, związać się z inną kobietą. To wszystko wydawało się tak bardzo nieprawdopodobne, iż w ogóle nie rozumiał jak mogła coś takiego zasugerować. Dlatego zrobił ostatnią rzecz jakiej się zapewne spodziewała, a jakiej już z całą pewnością czynić nie powinien. Zaśmiał się po raz pierwszy od dłuższego czasu, a dokładnie od dnia w którym dowiedział się o jej wyjeździe, co skutecznie odebrało mu humor. Później już tylko wszystko to było trochę wymuszone, przysłonięte cieniem tamtych informacji. Teraz jednak wreszcie doczekała się tego do czego ją przyzwyczaił. Cichy, wyjątkowo pogodny śmiech poniósł się po małym pokoju, na tyle subtelny by nie wydostać się poza jego ściany. Zamilkł po chwili, wpatrując się w nią ciepłym spojrzeniem, w którym kryło się zarówno uczucie, jak i szczere rozbawienie. Odepchnął się parapetu przy którym nieprzerwanie trwał, łamiąc własne postanowienie sprzed chwili by nie zbliżać się bardziej niż było to konieczne. Zamiast jednak trwać przy nim, kilka kroków i już był przy niej, unosząc delikatnym ruchem jej brodę. Pogładził kciukiem jej zaróżowiony policzek, bez tchu wpatrując się w ciemne, błyszczące oczy, poważniejąc nieco.
OdpowiedzUsuń— Spokojnie, nie pocałuję cię. Ten wieczór i tak nie powinien się wydarzyć, a ostatnie czego chcę, to byś mnie odepchnęła — powiedział cicho, spodziewając się, że śmiały ruch właśnie tak by się zakończył. Katherine, w przeciwieństwie do niego, zachowała resztki zdrowego rozsądku. Gdyby to od niego zależało, właśnie zdzieraliby z siebie ubrania, lądując na łóżku znajdującym się tuż za nią; nie opuściliby go do białego rana, nie znajdując ani sekundy na zmrużenie oka i odsapnięcie. Ale to nie on wyjeżdżał i nie on miał dylematy dotyczące ich relacji. To, czego pragnął, dawno przestało być tajemnicą. — Obiecałem, że nie będę cię powstrzymywał przed wyjazdem. I nie zrobię tego, niezależnie co myślę na ten temat. Ale proszę, nie wmawiaj mi innych kobiet. To nie ich pragnę. — Zaczerpnął tchu, czując mrowienie warg i był bardzo bliski złamania kolejnego zapewnienia w tym dniu. Powstrzymał się jednak, przywołując na usta lekki uśmiech. — I postaram się nie dać zabić. Ale to samo tyczy się ciebie…
Nie oszukiwał się, że zawsze już będzie prowadzić samotne życie, choć w chwili obecnej tylko jedną kobietę widział u swego boku. Tą, którą obdarzył uczuciem i przez to nie dostrzegał żadnych innych. Może potrzeba było czasu, oswojenia się z myślą, że ona odchodzi i najprawdopodobniej nigdy się nie spotkają. Nawet jeśli za parę lat sytuacja będzie dość opanowana by podróżować, im więcej czasu będzie dzieliło ich od ostatniego spotkania, tym większa utworzy się przepaść. Poza tym właśnie… Żadne z nich nie mogło mieć pewności. Mógł zginąć każdego dnia, tu miała rację. Wybierając takie, a nie inne zajęcie, z pełną świadomością decydował się na to niebezpieczeństwo, licząc że nie zabraknie mu szczęścia, bo przecież umiejętności to nie wszystko. Problem w tym, że miała rację co do okrucieństwa niewiedzy. Tak jak Katherine uciekała myślami do swoich rodziców, zastanawiając się czy jeszcze żyją, tak i on nie raz będzie myślał o niej, mogąc tylko mieć nadzieję, że odnalazła to, za czym tak bardzo goniła, odrzucając wszystko to, co miała na wyciągnięcie ręki. Nawet nie wiedział czy kobieta zdecyduje się wrócić do San Francisco jeżeli wyprawa przyniesie bolesne wiadomości. Myślał nawet czy spytać, chcąc podzielić się z nią swoją decyzją; nie przyszła łatwo, ale wiedział, że to co postanowił, było słuszne i pomoże mu znieść jakoś ten wyjazd. Nie miał tylko okazji, bo właśnie w chwili gdy chciał otworzyć usta, skończyło się tak, jak powinien podejrzewać, że się zakończy. Skinął tylko głową, pozwalając by odsunęła jego dłoń od swojej twarzy, czując nieprzyjemny dreszcz gdy znów dzieliła ich przerwa. Zrobiło się jakby chłodniej, choć to między nimi znów coś się zerwało. Gdyby nie apokalipsa… Nie znali się, mijając na ulicach wielkiego miasta, pozostając wiecznie anonimowymi. Kto wie jak by się to potoczyło w normalnym świecie. Być może byliby razem, a może po prostu nie było im pisane i pora się z tym ostatecznie pogodzić, a nie tylko wmawiać sobie, że się to zrobiło. Parę kroków w tył, odwracając wzrok i wbijając go w cokolwiek, tylko nie w ciemnowłosą kobietę, ale nijak to nie pomogło.
OdpowiedzUsuń— Wszystkiego najlepszego — powiedział jeszcze nim zatrzasnęły się za nim drzwi, a nie zabrzmiało to ani trochę tak, jak planował, idąc tutaj. Myślał, że uda mu się dodać jeszcze coś więcej, ale to nie był dobry moment. I chyba nigdy takowego nie będzie, bo każda ich rozmowa zbaczała z obranego toru ledwo do głosu dochodziły uczucia, nie dając się zepchnąć na dalszy plan. Im dłużej by tu zostawał, tym trudniej byłoby nacisnąć tą przeklętą klamkę i wreszcie się wymieść. Odwrócił w końcu wzrok, dobrze wiedząc, że tą wizytą w jej sypialni na własne życzenie zafundował sobie naprawdę długą noc. Po chwili drzwi zamknęły się, odcinając mały pokój od korytarza na którym zniknął Josh, kierując się w stronę swojej sypialni.
Miał już po dziurki w nosie tego całego wyjścia i nie mógł doczekać się momentu w którym wrócą wreszcie do Obozu. Pomyśleć, że jeszcze kilkanaście dni temu jedyne co zaprzątało mu głowę, to odpowiednie przygotowania do wyprawy. Na spół z myślami o pannie Holmes, ale to akurat jak najbardziej do przewidzenia i można było uznać wręcz za normę. Natomiast ostatnie dni… Były trudne. Świadomość, że sprawił to sobie na własne życzenie też nie należała do najbardziej pokrzepiających. Jakoś minęły te ostatnie dni, ale nie były one przyjemne. Trudno było cieszyć wieczorami spędzanymi w towarzystwie kolegów, gdy przebywanie w domu skupiało się raczej na ciągłym mijaniu z osobą wiadomą. Tak jak poprzednio próbowali zachować jakieś pozory i traktować raczej neutralnie, tak teraz nie było to już możliwe i udawało się całymi dniami nie zamienić ani jednego słowa czy spojrzenia. Nie przychodziło to łatwo, ale jak się okazało, było wykonalne. Tym bardziej będzie po powrocie na Wyspę Skarbów będzie łatwo udawać, że dla siebie nie istnieją. Nadal czuł charakterystyczne już małe wybuchy sprzecznych emocji ilekroć słyszał jej głos rozlegający się w pobliżu, ale przecież nie podejrzewał, że będzie to takie proste i przyjemne. Pozostawały wieczory podczas których najłatwiej było się nie widywać, a kiedy to jakoś tak automatycznie, wbrew sobie, zastanawiał się nad tym czy właśnie opracowuje swoją trasę w którą wyruszy za parę miesięcy. Bo akurat tego, że kobieta upewniła się tylko w decyzji, był pewny. Zombie nie stanowiły wielkiego problemu, a tym bardziej za pół roku jeszcze spokojniej będzie na otwartej przestrzeni.
OdpowiedzUsuńZatrzymali się w ostatnim miejscu przed powrotem do Obozu, a spędzić tu mieli następnych parę dni, nim na dobre zakończy się ta cała wyprawa. Choć trudno nazwać to miejsce ich przemyślanym wyborem bo im później się robiło, tym bardziej czuli się przyparci do muru. Nie pomagały ani ciemności, ani zbliżająca się ulewa, która zastała ich w najgorszym z możliwych momentów. Światła rzucane na drogę mogły tylko sprowokować zombie, zwracając na siebie ich uwagę. Dlatego tym bardziej odetchnęli gdy znaleźli wreszcie dobrze sytuowany dom, w którym mieli spędzić najbliższą noc. Wszyscy przemoknięci i zmarznięci, nie mogli bardziej się ucieszyć na widok sporej posiadłości w której nie zastali wcale tak wielu zombie jak można by się spodziewać. Zatrzaśnięto bramy, zasłoniono okna… Nadal jednak mając dach nad głową, odczuwali konsekwencje złapania przez burzę. Wniesione rzeczy były niemal zupełnie przemoknięte i jedyna ich nadzieja w znalezieniu jakiś suchych ubrań w szafach poprzednich właścicieli. Jednak najwyraźniej chłód i trudne warunki przysłoniły im to rozsądne myślenie, spychając najpierw dyskusję na możliwość rozpalenia wewnątrz ogniska. Oczywiście grupa była podzielona, bo jakżeby inaczej. Przez to tylko stracili dobre dziesięć minut na czczej dyskusji. Według niego ryzyko było w tym przypadku znikome, a deszcz stawał się ich sprzymierzeńcem. Rozpalenie ognia w kominku rozprowadzi ciepło na cały budynek, a dymu nie będzie widać ani czuć w tej ulewie, zwłaszcza gdy nie otworzy się w pełni komina, pozwalając by część dymu wleciała do środka salonu. W pewnym momencie, nie mogąc przekrzyczeć reszty, wkurzony, poszedł na przeczesywanie mieszkania, zostawiając tą zgraję samą sobie. Odnalazł parę koców, jakoś tak automatycznie jeden odkładając na bok… Pamiętał o pewnej pannie nienawidzącej zimna i domyślał się jak paskudnie się obecnie czuła. Gdy zszedł na dół, grupa już doszła do porozumienia, decydując rozpalić ogień, a woda gotowała się w czajniku, przeznaczona na zrobienie czegoś ciepłego do picia. Panowie otworzyli też jedną butelkę nalewki, chcąc się trochę rozgrzać. Chwycił jeden z kubków, zaparzając herbaty i wlewając trochę malinówki, po czym wyminął towarzystwo, znoszące z piwnicy trochę drewna do rozpalenia, idąc od razu na górę. Nogi same go niosły, po drodze zabrał też jeden z odłożonych koców, zamierzając tylko dać i się wycofać natychmiast. Z tą myślą, zapukał w zamknięte drzwi.
Dom był duży, chyba największy z tych wszystkich jakie mieli do tej pory okazję zamieszkiwać. Z jednej strony było to wygodne bo prawie każdy mógłby korzystać z osobnego pomieszczenia, nie musząc dzielić sypialni z kolegą (bo w końcu panna Holmes tak czy siak, niezmiennie zajmowała pokój w pojedynkę), ale ogrzanie tego całego wielkiego domu nie należało do najłatwiejszych zadań. Nawet jeśli kominek był tak skonstruowany by rozprowadzać ciepło po budynku i docierać do poszczególnych pomieszczeń, to zanim się to wszystko odpowiednio nagrzeje, po paru miesiącach nieużytkowania. Tak więc najlepiej byłoby wrócić do salonu i usiąść przy rozpalonym ogniu, ogrzewając wszystkie kończyny, uprzednio zadbawszy o skombinowanie sobie jakiś ciuchów. Akurat z tym nie powinno być problemu, a przynajmniej taką miał nadzieję, bowiem jego plan był wyjątkowo zgodny z najlepszą możliwą opcją rozgrzania się. Problem w tym, że jak zwykle coś musiało się skomplikować. I — cóż za wielkie zaskoczenie! — znów z powodu panny Holmes. Nie powinien pamiętać o tym, że tak bardzo nie lubiła zimna i leciutki wiaterek podczas spaceru wprawiał ją w drżenie. A jeśli już koniecznie musiał, to przynajmniej wypadałoby się postarać to po prostu zignorować. Tylko po raz kolejny przekonywał się, że w przypadku gdy chodziło o jej bezpieczeństwo i dobre samopoczucie, spychał na dalszy plan własne postanowienia by więcej się nie mieszać, czy też wszelakie próby odcięcia się od tej specyficznej znajomości, której tak daleko było do zwykłych, koleżeńskich relacji. A do takowych przecież mieli powrócić. Teraz nie zastanawiał się długo, kierując swoje kroki na górę. Ujrzał szereg drzwi, wszystkich zamkniętych i skrywających poszczególne pokoje w których dzisiaj się ułożą. Nietrudno było jednak dowiedzieć się gdzie ułożyła się panna Holmes, nawet jeśli ciemności nie bardzo mu w tym pomagały. Na szczęście jego latarka miała się całkiem nieźle i zaglądając do tych znajdujących się bliżej schodów, od razu zauważył gdzie nikogo na razie nie było. Dojrzał jeszcze tylko spore szafy do których zamierzał się wrócić gdy tylko poda jej kubek z herbatą z wkładką i odłoży przewieszony przez ramię ciepły koc, od razu się wycofując… W ogóle nie dopuszczał do siebie myśli o tym, że mógłby zachować się inaczej. Po prostu nie. Ostatnie dni nauczyły go, że takie sytuacje nie kończą się dobrze. Nie powinno go tu nawet być, ale skoro już przyszedł… To przynajmniej będzie się wreszcie trzymał tego, co założyli. Zwłaszcza, że sam czuł się średnio komfortowo. Mokre jeansy ciążyły mu, wyraźnie chcąc opaść na podłogę, brudne w dodatku na spodzie od błota; był jednym z tych nieszczęśników do których należało zatrzaśnięcie bramy, przy okazji moknąc jeszcze bardziej. Bluzę zostawił już na dole, rozwieszając na jednym z krzeseł. I jeszcze przemoknięta koszulka przylepiała się do jego torsu i ramion, chłodząc ciało i próbując wessać resztki ciepła jakie się uchowały. No nic, pora jednak skupić się na czymś innym. Zapukał, dobrze wiedząc, że to właśnie tu ją znajdzie. Czekał chwilę aż odpowie coś, ale ten moment przedłużał się i ciągnął, a zza drzwi nie dochodził żaden dźwięk. Zaniepokojony, zrobił coś bardzo głupiego. Może się potem sobie samemu tłumaczyć, że chciał tylko sprawdzić czy drzwi są otwarte, ale zaraz potem wsunął się, rozglądając… Jego oczy nie w pełni przywykły do ciemności skoro posiłkował się poprzednio latarką, ale nie potrzeba było sztucznego światła by dostrzegł dygoczącą postać pod kocami.
OdpowiedzUsuń— Rozpalamy ogień na dole, możesz zejść się rozgrzać — zaproponował, podchodząc bliżej, jak sugerowało mu przeczucie. I całkiem słusznie, bowiem im bliżej był, tym lepiej widział tą bladą, niemal trupio, twarzyczkę. Coś wewnątrz drgnęło gdy podszedł bliżej, kucając przy jej łóżku. Teraz już dostrzegał bez problemu sine usta, mokre włosy przyczepione do policzków i słyszał przyśpieszony oddech. Na moment jakby serce przestało mu bić, ale szybko zamiast roztrząsać to, co właśnie widział, zaczął działać. — Napij się, przyniosłem ci gorącej herbaty. — Tym razem na końcu zdania nie było niepewności. Postawił kubek na stoliku nocnym, tuż obok niej. Miał nadzieję, że ta zachęta będzie dość silna by skłonić ją do ruszenia się. W końcu perspektywa oplecenia palcami gorącego naczynia i zaczerpnięcie paru łyków powinno trochę pomóc. Nie do końca, bo akurat tutaj niewątpliwie tak prosto nie będzie. Niewiele myśląc, a właściwie to praktycznie wcale, wychylił się i przycisnął usta do jej skroni, oddychając głęboko przez nos. — Zaraz wracam, kociaku.
UsuńWpadł do pierwszego z pokojów, oświetlając sobie szafę. Przynajmniej od razu udało mu się znaleźć męskie ubrania, co niewątpliwie należało do sporych plusów. Pachniało tutaj stęchlizną, ale nie zwracał na to najmniejszej uwagi, przebierając w ciuchach. Oczywiście wszystko w złym stanie. Dlatego bez większych zastrzeżeń przyjął dresowe spodnie, znajdując tylko sporą rozpinaną bluzę w ciemnych kolorach, którą najprawdopodobniej sobie zatrzyma. Nic więcej nie nadawało się do użytku, ale lepsze to niż nic. Jeszcze potem może uda mu się poszukać czegoś kobiecego, ale zamiast teraz o tym myśleć, czym prędzej wrócił do sypialni w której zostawił Katherine. Zatrzasnął za sobą drzwi, zapominając o swoich kolegach rozpalających na dole ogień, w tej sekundzie ściągając swoją przemoczoną koszulkę, rzucając gdzieś na podłogę. Zaraz obok wylądowały jeansy, tuż obok skarpetki zostawione w butach. Naciągnął na siebie znalezione spodnie i bluzę, której nie kłopotał się nawet zapinać, po czym podszedł do łóżka na którym leżała.
Już pierwszego wieczoru gdy się poznali, zwrócił uwagę na wielką awersję panny Holmes do zimna, choć wtedy jeszcze nie do końca rozumiał jak bardzo podatna jest na chłód. I prawdę mówiąc wszystkie te miesiące też wcale nie przygotowały go na widok jaki zastał po wejściu do tego pokoju, zastając ją dygoczącą na łóżku. Nie spodziewał się w tym wszystkim aż takiego odczucia przemoknięcia, bo on sam… No cóż, było mu zimno, szczególnie gdy jeszcze na dworze dodatkowo uderzał w nich silny wiatr. Ale potem już wszystko działało tylko w kierunku rozgrzania. Chociażby ta kłótnia, która sprawiła, że skoczyło mu ciśnienie jak słuchał niektórych idiotycznych argumentów. Potem pociągnął sobie dwa spore łyki nalewki, zaraz po tym jak doprawił nią tą nieszczęsną herbatę przygotowaną dla Katherine. To jednak nic w porównaniu z reakcją na widok jaki zastał po wejściu do tej malutkiej sypialni na końcu korytarza. W jednej chwili zapomniał o tym, że sam ma na sobie mokre rzeczy i też zmarzł, a krew zaczęła szybciej krążyć po całym jego ciele, jakby serce specjalnie mocniej pompowało, chcąc nieco go przygotować na to, co zamierzał zrobić. Niewiele go obchodziło czy kobieta dostrzeże jego zamiary, zauważając jak bez najmniejszego skrępowania zostawia swoje rzeczy na podłodze w okolicy drzwi. Na szczęście tylko w porę dostrzegł w miernym świetle pochodzącym od okna dziwną kałużę w okolicach łóżka, od strony w którą leżała zwrócona Kitty. Od razu połączył to z dźwiękiem słyszanym zaledwie chwilę temu, gdy był jeszcze w sąsiedniej sypialni. I znów jego myśli przepełnił niewydobyty z gardła jęk, domyślając się co takiego musiało się wydarzyć. Nie były to dobre wieści, a obawiał się, że może być jeszcze gorzej jeżeli nie zacznie działać. Dlatego ostrożnie, uważając by nie wejść w kałużę, podszedł do łóżka i nie pytając o zdanie, podniósł bok koców w powietrze. Musiało być to średnio przyjemne dla ciemnowłosej pani doktor, gdy odrobinę chłodniejsze powietrze dostało się pod koce, jednak wszystko to trwało sekundy, bowiem tyle potrzebował, by nieproszony wpakować się na posłanie; podwójne, pewnie swego czasu spokojnie mogła wyspać się tu para gości odwiedzająca gospodarzy. To jednak było najmniej istotne, bo nie potrzebowali dużo miejsca, a wręcz przeciwnie. Nie wiedział nawet czy Katherine zaprotestuje czy też nie, ale znów nie bardzo miał to na uwadze, gotów jeśli to nie zadziała, pozbyć się pozostałych warstw, a gdy i to by zawiodło kombinował co dalej. W jednej sekundzie wysunął ramiona i przyciągnął ją do siebie, oplatając ciasno w uścisku, okrywając ich oboje szczelnie kocem.
OdpowiedzUsuń— Dlaczego nic nie powiedziałaś? — westchnął cicho, nie oczekując nawet odpowiedzi. Mogli jej pomóc, mogli postarać się zrobić cokolwiek. Tylko teoretycznie to ona miała dbać o nich, ale przecież… Cóż szkodziło po prostu wyjaśnić, przecież nie tylko on by się przejął kiepskim stanem panny Holmes. Porozmawiają o tym kiedy indziej, teraz od razu skupił się na działaniu, zamiast próbować wciągnąć ją w jałową rozmowę. Owiał gorącym oddechem jej twarz, dłońmi sunąc w górę i w dół po jej talii i plecach, traktując trochę ją jak szmacianą laleczkę, którą szybko ułożył w sposób, by jak najszybciej się ogrzała. Twarzą w twarz, wsuwając się trochę pod Katherine, pozwalając by mogła odnaleźć w zagłębieniu jego szyi odpowiednie miejsce do wtulenia buźki. Sam natomiast nie czekał ani sekundy, a jego dłonie bardzo szybko znalazły się wszędzie. Nie odczuwał pobudzenia gdy jego palce po raz pierwszy muskały jej nagie uda, a przerażenie gdy zrozumiał, że jakby dotykał sopli lodu. Podczas gdy dłonie kobiety opierały się o jego naglą klatkę piersiową, mogąc czerpać z niej ciepła (choć znów zmroziło go gdy poczuł skostniały dotyk), on oplatał ciasno jej talię i gładził plecy, przekonując się jak bardzo szczupła była, a jej drobne ciało drżało z zimna. Przymknął na chwilę oczy, czując wręcz fizyczny ból na myśl o tym jak musiało być jej trudno.
Nawet w tej chwili był świadom, iż powinien zostawić ten przeklęty, roztrzaskany aktualnie w drobny mak, kubek z herbatą na stoliku nocnym, podać kobiecie koc i zejść na dół, zapominając o całej sprawie. I tak zrobił za dużo, a w ogóle nie powinno go tu być. Nie wychodziło mu odcinanie się od tej znajomości, a co gorsza, uczucia jakimi ją żywił Katherine zdawały się nie blednąć ani trochę. W takich momentach jak ten, było jakby zupełnie odwrotnie… I choć miał wybór, mogąc i sobie i jej oszczędzić wyrzutów w następnych dniach, to jednak najpierw trzeba było jakoś przetrwać ten wieczór. Gdzieś po drodze okazało się, że decyzja została podjęta już dawno, z dala od jego własnych upodobań czy życzeń. Nie potrafił w takich chwilach po prostu odpuścić, pozwalając jej cierpieć w samotności, nawet wiedząc, że w ten sposób działa przeciw sobie. Zresztą, przez cały ten czas oszukiwał się myślą, że to tylko na chwilę. I jak tylko spełni to, co zamierzał, czym prędzej wróci do kolegów. Tam wleje w siebie co najmniej parę porządnych łyków nalewki i rozsiądzie przy kominku, starając się skupić na wszystkim, tylko nie na ciemnowłosej kobiecie. Ale oczywiście nie mogło być tak łatwo. Wślizgnął się pod koce i gdyby nie lodowato zimne ciało Katherine, szybko zrobiłoby mu się gorąco. Spodziewał się tego, że gdy pierwszy szok ustąpi, każe mu się wynosić (co tak czy siak miał plan zignorować), a więc brak jakiejkolwiek reakcji był nie tyle dziwny, co wręcz niepokojący. Jego dłonie ciasno oplatały pannę Holmes, pozwalając jednak by ułożyła się tak, by było jej jak najwygodniej w jego objęciach. Nieprzyjemny deszcz przebiegł po jego ciele gdy pierwszy raz jej chłodne dłonie napotykały jego nagą skórę, ale szybko przyzwyczajał się, pozwalając jej czerpać z własnego ciepła. Skorzystał też z okazji by przycisnąć policzek do jej czoła, sprawdzając czy nie pojawiła się już wysoka temperatura. Niepokoiły go te drgawki i drżenie jej ciała, na szczęście ustępujące z czasem.
OdpowiedzUsuń— Nie marudź. To ja tu mam trudniej — odparł, rozluźniając się wreszcie trochę. Choć jej głos brzmiał trochę nienaturalnie, odetchnął gdy znalazła dość sił by opieprzyć go, jak to przecież miała już poniekąd w zwyczaju. Uśmiechnął się lekko na przekór swym słowom, przymykając oczy i nadal spokojnymi, kojącymi ruchami gładził jej plecy i talię, powstrzymując się przed zapuszczaniem z dłońmi dalej. Początkowo ten aspekt bliskości był zepchnięty na margines, ale z każdą chwilą gdy ona czuła się lepiej, trudniej było mu wmawiać sobie, że nie zdarza mu się myśleć o tym, że było mu… przyjemnie. Może trochę aż za bardzo, gdy jej dłonie przestały przypominać sople lodu, a on uświadomił sobie, że przez te wszystkie miesiące nigdy nie byli tak blisko siebie. Wszystkie te niedoszłe pocałunki nie dochodziły do skutku, a pierwszy raz leżała wtulona w niego, bardzo nieubrana i coraz trudniej było przekonać samego siebie, że powinien iść. Zaczynało się robić coraz bardziej błogo, a sam rozgrzewał się coraz bardziej, leżąc okryty aż dwoma kocami. Najchętniej odrzuciłby jeden, ale coś mu podpowiadało, że spotkałoby się to z protestem ze strony jego ciemnowłosej towarzyszki. Ale im cieplej było, tym mniejszą miał chęć do robienia czegokolwiek. — Jeśli będziesz chciała czegoś ciepłego, mogę ci przynieść — zaproponował, widząc bardziej szansę dla siebie. Dopiero słysząc jej wyraźną prośbę miałby impuls do ruszenia się, bo na razie na przekór zdrowemu rozsądkowi, łóżko przytrzymywało go w miejscu.
Mógł walczyć sam ze sobą, ale gdy dobiegł go jej ledwie słyszalny szept, wszystko się rozpadło. Resztki zdrowego rozsądku, które choć przebąkiwały o rozważeniu porzucenia tej katastrofalnej w skutkach sytuacji, wyparowały wraz z tym jednym słowem, zostawiając jedynie pragnienie poddania się tej chwili i zapomnienia o wszystkich problemach z jakimi obudzą się następnego ranka. Nie pamiętał teraz o tym, że wyjeżdżała za parę miesięcy, a ilekroć starał się do niej zbliżyć, za każdym razem kończyło się tak samo. Nawet nietrudno było odepchnąć od siebie obawy przed następnym rankiem, gdy obudzą się w swych ramionach. Tylko ta chwila była dla niego istotna i poddał się jej z ogromną przyjemnością. Gdzieś tam na dole jego koledzy powoli zbierali się do łóżek, równie zmęczeni i zasługujący na odpoczynek, a deszcz z cały czas tak samo wielką zaciętością uderzał w szyby, podczas gdy raz za razem niebo przeszywała błyskawica; burza najwyraźniej nie chciała ustąpić i niewykluczone, że następny dzień spędzą z nosami przylepionymi do szyb, czekając na rozpogodzenie umożliwiające im zbadanie terenu. Do rana było jednak tak daleko, a on nie miał już sił o tym myśleć. Zamiast tego wsłuchiwał się w spokojny oddech Katherine, pozwalając by jego dłonie łagodnie muskały jej ciało; pokiwał jedynie głową gdy poprosiła by został, przelotnie całując jej czoło i samemu wygodniej opadając na poduszki. Miała rację wierząc, że nigdy by jej nie skrzywdził. Teraz, leżąc w jego ramionach wydawała się zupełnie bezbronna i krucha, ale nawet przez myśl mu nie przeszło by wykorzystać to przeciw kobiecie, a raczej odzywała się chęć chronienia jej, co pewnie mogło drażnić jakże samodzielną i zaradną na ogół panią doktor, ale takie myśli znów były silniejsze od niego i pojawiały się zupełnie intuicyjnie. Przez dłuższą chwilę leżał po prostu, czując gorące tchnienia na swojej szyi, z zadziwiającą łatwością panując nad wszystkimi sprzecznymi emocjami jakie raz po raz próbowały dojść do głosu, przypominając mu o tym jak bardzo pragnął jej bliskości i ilekroć nawiedzały go niespełnione wizje podobnych wieczorów, pozbawionych tylko tego pierwiastka przejmującego zimna. W pewnym momencie nawet i jego dłonie zamarły, układając się wygodniej na ciele panny Holmes, a on, dotychczas nieprzerwanie czuwający nad jej spokojnym snem, zaczął odczuwać jak z każdą sekundą jego powieki zdają się być coraz cięższe i cięższe, a zmęczenie zaczyna wygrywać tą nierówną walkę. Ostatni raz odnalazł ustami jej włosy, pozwalając by zapach ciemnych kosmyków odurzył go, zapadając wreszcie w sen.
OdpowiedzUsuń— Ktoś z was o tym wiedział? Peter, czemu nic nie mówiłeś?!
Usuń— Dajcie spokój, wyłazimy. Nie ma na co patrzeć…
— Ciszej, bo się obudzą!
Niewyraźne głosy przebijały się do jego świadomości coraz wyraźniej, a on uparcie nie chciał ich do siebie dopuścić, balansując gdzieś na granicy snu i jawy. Przez chwilę wydawało mu się, że to jakiś pokręcony sen, gdy dobiegały go słowa wyraźnie wypowiadane przez jego kolegów, ale leżał z zamkniętymi oczami, nie chcąc jeszcze wracać do średnio przyjemnej rzeczywistości pełnej zombie, zimnego domu i tej gromady buców dosłownie zaglądającej mu do sypialni. Wolał jeszcze powylegiwać się, trzymając w ramionach ciemnowłosą kobietę, tulącą się do niego przez sen, najwyraźniej wciąż jeszcze błogo odpoczywającą i korzystającą z ciepła płynącego z jego objęć. Powoli wracały do niego fragmenty poprzedniego wieczoru, uświadamiając, że to wszystko nie jest tylko bardzo miłą fantazją senną i faktycznie leżą razem w łóżku, zajmując niespełna połowę tego sporego posłania. Ale jeśli to było prawdą, tamta ulewa i jej konsekwencje, wśród których i jego bytność tutaj, to… Momentalnie otworzył oczy, odnajdując po zaledwie sekundzie parę męskich sylwetek gramolących się przy drzwiach. Już nawet nie zaglądali z ciekawością, ale otworzyli drzwi na oścież, stając w progu. Od razu rozpoznał twarze. Stojący na przedzie, rozrechotany Frank, podejrzanie wesolutki Max, gramolący się gdzieś w tle Mike, który chyba nie wiedział czy powinien w ogóle zaglądać i próbujący wypchnąć to całe towarzystwo Peter. Oczywiście z marnym skutkiem. Dopiero gdy uniósł się na ramionach, a wtulona w niego Katherine opadła na poduszki, po twarzach całej tej ferajny przebiegł bardzo podobny wyraz. Gdy chwytał za stojącą na stoliku nocnym jakąś książkę najwyraźniej czytaną przez właściciela przed snem, usłyszał tylko O kurwa! na kilka szybkich uderzeń serca przed tym, jak tomik przeleciał przez cały pokój, trafiając w zatrzaskujące się akurat drzwi. Oddychał ciężko, z trudem panując nad złością. Rozejrzał się po pokoju, rozumiejąc dopiero jak było źle. Jego ubrania zostały porzucone w pośpiechu gdzieś w okolicy wejścia, a i mokre ciuchy Katherine także nie wyglądały na starannie poskładane. Jak na złość, w nocy zgubił bluzę w której się kładł, a zupełnie nie pamiętał momentu pozbywania się jej. Wnioski…? Chyba dość oczywiste.
Mógł się spodziewać, że to właśnie nastąpi, bowiem szanse, iż w tym wszystkim Katherine przegapi wizytę paru wyjątkowo durnych zwiadowców pchających się zdecydowanie tam gdzie nikt ich nie prosił, było przejawem wręcz skrajnej naiwności. Nadzieja umiera ostatnia, ale może to i lepiej. Naprawdę nie chciał być tym, który bladym świtem (no może nie takim bladym, bo słońce wyraźnie sugerowało co najmniej godzinę dziesiątą rano) zaraz po przebudzeniu, będzie jej tłumaczył, że na skutek bardzo niefortunnego zbiegu okoliczności, cała grupa jest teraz święcie przekonana, że spędzili noc. Tak dowiedziała się sama… Choć chyba też nie do końca, bo najpierw jeszcze musiał co nieco naprostować z jego bytnością tutaj. Gdyby nie to, że było mu błogo i przyjemnie, obudziłby się trochę wcześniej i zdążył umknąć z sypialni, starając się uniknąć tego całego zamieszania. Niestety, nie tylko dla niej była to najprawdopodobniej najprzyjemniejsza noc od momentu wybuchu apokalipsy, nie ważne że spędzona w zatęchłym pokoju, pod dwoma średniej jakości kocami. Niestety zakończyła się w dość feralny sposób i już za późno by coś na to poradzić. Sam był nadal nieco skołowany, ale zdążył przytaknąć, gdy padło pytanie o kolegów, obserwując tylko jak pośpiesznie zbiera swoje rzeczy, gotowa lada moment wypaść z malutkiej sypialni, ponownie —a to zaskoczenie — uciekając od niego. I nawet już nie miał sił protestować, więc żaden głos sprzeciwu nie wyrwał się z jego gardła, nawet gdy zostawiła go z niedokończoną wypowiedzią mogącą właściwie sugerować wszystko i nic. Miał po prostu dość, a ten dzień będzie jeszcze gorszy niż wszystkie poprzednie. To nie podejrzenia. On to wiedział.
OdpowiedzUsuńOkazało się, że miał rację, w chwili gdy wreszcie zszedł do ogromnego salonu połączonego z kuchnią. Cała męska ekipa już tam była, jakby tylko czekając. Josh odwlekał ten moment długo, po zebraniu swoich rzeczy (na szczęście choć koszulka wyschła) ogarnął się w jednej z łazienek, na szczęście nie trafiając po drodze na pewną ciemnowłosą panią doktor. Powinien mieć moralnego kaca po tym do czego wczoraj dopuścili, ale jedyne o czym myślał… To że dzisiejszą noc też chciałby spędzić trzymając ją w ramionach. Niech to szlag, a już zwłaszcza niech cholera weźmie te przeklęte uczucia nie dające się wykopać. I tak, wchodząc do salonu, przywitały go spojrzenia. Ale żeby tylko. Frank był najwyraźniej w swoim żywiole, rzucając co rusz głupimi uwagami, w których dzielnie wtórował mu Max do których chętnie dołączał się Juan, jakby mniej rozbawiony a bardziej złośliwy od kolegów; niezrażeni brakiem najmniejszej odpowiedzi na którekolwiek z na ogół dość wymownych pytań, co rusz zarzucali towarzystwo kolejnymi, prześcigając się w komentarzach. Wątpił by przed końcem wyjazdu dali im spokój, a na zapewnienie, że do niczego nie doszło i tak by nie uwierzyli. Milczał więc uparcie, mając nadzieję, że w ten sposób szybciej się znudzą. I tylko na pytające spojrzenie wyraźnie w tym wszystkim zadowolonego Petera pokręcił ledwie zauważalnie głową, a entuzjazm przyjaciela momentalnie oklapł. No cóż, przynajmniej ten chciał dla niego dobrze. Zabrał się za spóźnione śniadanie, zalewając kawę gorącą wodą i szykując dla siebie solidny posiłek. Reszta już zjadła, musiał się więc uraczyć resztkami tego, co na dziś zostało pozostawione. Był właśnie w trakcie krojenia sobie jednego z wyhodowanych w obozowych szklarniach pomidorów, gdy nagle cały ten gwar ucichł jak ręką odjął. To mogło oznaczać tylko jedno. Katherine również zdecydowała się na zejście do reszty grupy. I choć dzielnie trzymał się postanowienia, że skupi się na swoim zadaniu, to jednak wystarczyło kilka sekund by się złamać i skierować wzrok w jej stronę, niby tylko na chwilkę… Ale gdy ich spojrzenia się spotkały, dopiero ostry ból sprowadził go na ziemię. W tym wszystkim zapomniał się i niechcący rozciął sobie nieznacznie wnętrze dłoni. Malutka rana, a krwi oczywiście co nie miara, dlatego szybko wsunął dłoń pod kran, oblewając ją wodą. Idiotyzm. Oby tylko nikt nie dostrzegł.
Śniadanie było dobrym pomysłem, przynajmniej w zamierzeniu. Miało pomóc skupić myśli na czymś… No, czymś zupełnie innym od wydarzeń poprzedniej nocy, które wciąż uporczywie nie chciały mu wyleźć z głowy. Jak na złość, musiał pamiętać każdy szczegół. Z ogromną zaciętością wyżywał się na pomidorze, starając się z każdym cięciem noża wyrzucić kolejne wspomnienie. To, jak jej dłonie układały się na jej klatce piersiowej, jak wtulała głowę w zagłębienie jego szyi. Wszystko na nic. Chociaż na pocieszenie wydawało mu się, że będąc na parterze, był względnie odcięty od obecności ciemnowłosej kobiety. Naprawdę nie przypuszczał, iż pojawi się tu tak szybko, skazując na dość wymowną reakcję jego kolegów, nawet w milczeniu zachowujących się niezbyt subtelnie. Najgorsze, że cokolwiek nie zrobią, mogą tylko pogorszyć całą tą sytuację próbując załagodzić. Nie powinien się rozpraszać, pozwalając sobie na jedno przypadkowe spojrzenie, które uchwycili. I proszę, teraz efekty. Dwucentymetrowe, bardzo płytkie rozcięcie, które jednak spowodowało więcej zamieszania niż faktycznej szkody. Trochę tylko bolało, ale to mógłby znieść, w końcu gorsze rzeczy zdarzało mu się przechodzić. Oczywiście też więcej niż pewne, że kobieta nie odpuści, ufając, że jej pomoc jest niepotrzebna. A jakżeby inaczej, muszą mieć pod górkę. Już dość tych plotek i komentarzy jego kolegów, którzy właśnie dostali nową pożywkę. Po przyjeździe do Obozu będzie koniecznie musiał co najmniej parę razy pokazać się z inną kobietą, dać się wreszcie umówić Hannah z jakąś koleżanką, tylko po to by wszystko przycichło i absolutnie nikt nie próbował uznawać ich za szczęśliwą parę.
OdpowiedzUsuń— Nic mi nie jest — zaoponował, ale już właściwie był w drodze dokądkolwiek go prowadziła, bez cienia sprzeciwu prowadzony przez kobietę. O ile jej jeszcze nie rzucali wymownych spojrzeń, tak z kolei Josh odprowadzony został paroma naprawdę szerokich uśmiechów, które miał wielką ochotę zetrzeć. Bo noż cholera, nawet gdyby między nimi doszło do tego, co wszyscy podejrzewali, to przecież wciąż, to nie jest sprawa nikogo poza tą dwójką. Dopóki nie obściskiwaliby się na widoku, to mieli prawo liczyć na trochę prywatności. Przecież nawet spali za zamkniętymi drzwiami i to ta hołota wprosiła się do środka, podczas gdy oni nikogo swoim zachowaniem nie gorszyli. Bo jakby jeszcze było w ogóle co tak bardzo przeżywać, jeszcze wtedy chyba mógłby zrozumieć. Ale tak… Ech, średnio ciekawie gdy wszyscy inni myśleli, że stało się coś, czego przecież pragnął, a ku czemu nie było najmniejszych szans. Z cichym westchnieniem usiadł na wskazanym miejscu. — Naprawdę, jest w porządku — dodał kiedy wróciła z apteczką. Uniósł spojrzenie na Katherine, wyraźnie sugerujące, że mówi prawdę. Zraniony był w lewą rękę, broń trzymał w prawej. Dziś najprawdopodobniej i tak nigdzie nie wyjdą bo ciemne chmury cały czas jakoś tak wisiały nad okolicą, a nikt nie chciał ryzykować ponownym złapaniem przez ulewę. — Nie musisz tego robić. — Ostatnie słowa wypowiedziane zostały cicho, by nikt inny nie usłyszał, ale dobitnie, wyraźnie nawiązując do tego wszystkiego co się między nimi działo w ostatnim czasie. Szczególnie po ostatniej nocy niekoniecznie pewnie chciała spędzać czas nie tylko w jego okolicy, a co dopiero zaledwie pół metra dalej, dotykając i poświęcając mu czas.
Panował tu spokój i cisza, przynajmniej jeśli zignorować rumor dochodzący z kuchni, w której na nowo rozgorzało gdy tylko wyszli. Nie wątpił, że to oni właśnie byli na językach i tak jeszcze pozostanie przez parę następnych dni. Mimo to nie mógł powiedzieć by żałował poprzedniej nocy. Zamiast tego, skupił się na obecnej chwili, odcinając od domyśleń dotyczących komentarzy tamtej zgrai. A miał całkiem dobry rozpraszacz w postaci właśnie Katherine. Dobrze wiedział, że jej nie przegada. Dlatego pozwolił kobiecie mówić, bardzo obrazowo przedstawiając co takiego by się z nim stało gdyby nie zgodził się na opatrzenie ręki. Co prawda podejrzewał, że konsekwencje nawet w połowie nie prezentowałyby się tak źle jak próbowała mu to w tej chwili wmówić, ale spierać się nie będzie. Medycznej wiedzy nie posiadał, więc tym bardziej koniecznym było ustąpienie pola ciemnowłosej pani doktor. Zresztą, skoro już i tak go tu zaciągnęła, co za różnica? Koledzy tam zostali, pewnie dopowiadając sobie nie wiadomo co, zupełnie jakby mieli korzystać z uprzejmości tutejszych kanap zamiast opatrywać ranę. Wzruszył tylko lekko ramionami na znak, że akceptuje wszystko to co zamierzała właśnie zrobić, nie ruszając się z zajętego miejsca. Postarał się też nie zareagować w żaden sposób gdy poczuł jak jej dłoń ujmuje jego (z marnym skutkiem, przez cały czas gdy ich ciała się stykały, miał przyśpieszony, znacznie płytszy oddech). Bez słowa komentarza obserwował jej zabiegi, zauważając jak sprawna i pewna była w swych działaniach. Nawet jeśli nie ten zawód wybrała, to jednak teraz radziła sobie niczym rasowa pani doktor od ludzi. Co prawda nie miał porównania w ostatnich miesiącach, bo… Bo jakoś tak się złożyło, że ilekroć lądował w ambulatorium, to miał to szczęście trafiać w bardzo konkretne dłonie opatrujące jego zranienia. Zaczęło się jeszcze w zeszłym roku, podczas całego zamieszania z żebrami. Nieco zaskoczony, uniósł wzrok kiedy usłyszał jak odzywa się, a głos kobiety choć pozornie pewny, wydał mu się trochę dziwny, jakby na coś się zapowiadało. I pewnie miał rację, gdyby nie to, że ktoś postanowił im przerwać. Odwrócił się w stronę z której dochodził dźwięk, od razu czując narastającą złość. Przez cały ten czas gdy Juan mówił, siedział spokojnie, patrząc na ten zadowolony uśmieszek malujący się na jego twarzy. Dopiero gdy skończył, oparł dłonie na udach, dźwigając się powoli i idąc w stronę drzwi. Latynos pozostawał spokojny, dobrze wiedząc, że Josh pewnej granicy przekroczyć nie może. Nie za takie słowa. Nie te, które godziły tylko i wyłącznie w niego…
OdpowiedzUsuń— Nie twoją sprawą — dokończył bardzo spokojnie, choć jego zacięte spojrzenie nie wskazywało na to by był równie opanowany jak wskazywał na to jego głos. Zatrzymał się zaledwie półtora metra od drzwi przy których stał ciemnowłosy. Juan był niższy od niego i bardziej krępy, a niezbyt powalającą posturę starał się nadrobić wyzywającym wzrokiem i ciągłym układaniem dłoni na broni. Czy to nożu, czy pistolecie, który przecież mógł nosić. Teraz także grymas wykrzywił jego twarz i dostrzegł jak automatycznie sięga dłonią. Od dawna podejrzewał kolegę o nieczyste zagrania i teraz tylko przekonywał się, że było to prawdą. — Inaczej byś sobie nie poradził, co…? — Uśmiechnął się kpiąco, a ostatni raz w ten sposób reagował gdy jeszcze w Obozie mieszkał Warren, powodujący dokładnie takie samo cierpnięcie skóry ilekroć tylko go widział na horyzoncie. Teraz najwyraźniej rosło mu godne zastępstwo. — I mówią, że kobiety którym się płaci za takie przyjemności na ogół się nie skarżą. Interes musi się kręcić. Może to dlatego żadna nie narzekała? — dodał, czując jak krew zaczyna mu szybciej pulsować, a mięśnie tężeją. Gdyby nie wspólna praca, która rzekomo powinna przebiegać bezkonfliktowo dla dobra wyprawy, już dawno te iskry przerodziłyby się w coś poważniejszego.
Z każdą upływającą chwilą atmosfera zagęszczała się coraz bardziej i tylko interwencja osoby trzeciej mogłaby coś tutaj zaradzić, bowiem jeśli zostawić panów samym sobie… Cóż, niewątpliwie Katherine za kilka minut miałaby sporo pracy przy opatrywaniu i jednego i drugiego. A jak znał swoje szczęście, to pewnie jeszcze opieprzyłaby go za głupotę. Tak więc choć wydawało się bardziej prawdopodobne, że to właśnie ciemnowłosa kobieta użyje swoich wpływów, odciągając Josha od Juana, to jednak sprawy obrały dość nieprzewidziany obród. Na Sama dzisiejszego dnia nie zwrócił większej uwagi, a dowódca zdawał się być jeszcze bardziej z boku niż w poprzednich dniach. Nic więc dziwnego, że nie rzucał się w oczy, podczas gdy najwięcej hałasu robiła ta hołota rzucająca niewybrednymi żarcikami. I co z tego, że wiedział, iż zdecydowana większość z nich także po części zazdrości. Niekoniecznie faktu, iż ich kolega zbliżył się do tej konkretnej kobiety, ale tak po prostu. Mike co prawda z tego co słyszał, zalecał się do jakiejś panny zajmującej szkrabami w przedszkolu, z Peterem to jasna sprawa. Ale reszta panów raczej nie miała towarzyszek tutejszego życia. Nim jednak doszło do jakichkolwiek rękoczynów na jakie się wyraźnie zapowiadało, ktoś im przerwał. I to na szczęście osoba ta posiadała na tyle kompetencji, by odesłać Juana z salonu, a ten nie mógł nawet pisnąć słowa sprzeciwu. Obserwował jak po słowach przełożonego, na twarzy Latynosa przebiega cała gama uczuć, wśród których przewijała się i chęć sprzeciwu. Powstrzymał się jednak, zmuszając do odmaszerowania w milczeniu, odprowadzony wzrokiem przez jasnowłosego zwiadowcę, który spodziewał się, że to nie koniec ich kłopotów. Ale przynajmniej na chwilę mieli mieć spokój… Tylko, że potem było znów gorzej, kiedy padły kolejne słowa, równie wymowne jak te pierwsze.
OdpowiedzUsuńSkoro wszyscy inni wiedzieli (a przynajmniej im się tak wydawało, bo tak naprawdę o niczym nie mieli pojęcia), to raczej mogli się domyślić, że i Samuelowi najnowsze wieści nie umkną uwadze. Co prawda gdy obudził się dostrzegając intruzów w pokoju zajmowanym przez pannę Holmes i na tą jedną noc, także jego, nie dostrzegł dowódcy całej wyprawy, ale akurat był on raczej ostatnią osobą jakiej by się tam spodziewał. Dobrze wiedział, że ciemnoskóry mężczyzna z całą pewnością nie pozwoliłby sobie na takie niewybredne żarty, choć jakoś zareagować musiał w tej chwili. I tylko pokiwał głową w odpowiedzi, dobrze wiedząc, że akurat tej rozmowy nie ominie choćby nie wiadomo co się stało. Obaj panowie cierpliwie poczekali aż Katherine zabierze swoją torbę w której trzymała apteczkę i wyjdzie z pokoju, zostawiając ich samych. Jeszcze przez chwilę panowała cisza, a Sam zadbał o to by drzwi zostały zatrzaśnięte, a nic z tej rozmowy nie wydarło się poza obręb salonu i tej dwójki… Wrócili do kuchni po zaledwie kilku, może kilkunastu minutach, obaj z raczej nieodgadnionymi minami, nie sugerującymi żadnego scenariusza. Tak naprawdę dowódca zadał Joshowi tylko jedno pytanie. Jasnowłosy zwiadowca nie miał bladego pojęcia czy odpowiedź przypadła mu do gustu, bowiem w żaden sposób nie skomentował jej, po prostu patrząc przez dłuższą chwilę… Po czym wyszedł znów do reszty, a za nim Tyler.
Następne godziny minęły względnie bezkonfliktowo, głównie dzięki temu, że zaszył się z Peterem przy pakowaniu kolejnych zdobyczy; gdy wyjeżdżali z Obozu ich bagaże były zdecydowanie mniejsze, ale na przestrzeni tych kilku dni zapełniły się na tyle, by nie mieścić się w całkiem sporych bagażnikach. Staranie unikał całej reszty zgrai, oszczędzając sobie mało subtelnych komentarzy, a tamtym paru połamanych nosów. Leniwy dzień ciągnął się na zadaniach typowo porządkowych, które nie należały do jego ulubionych. Ciemne chmury jednak zawisły w okolicy i dopiero w okolicy piętnastej zdecydowały się powędrować na południe, zostawiając ostatnich parę godzin względnie ładnych i słonecznych. I tak nie lunął z nich deszcz, tylko przez chwilę w okolicy południa spadło parę ostrzegawczych kropel, więc pogoda mogłaby się szybciej zdecydować i umożliwić im dalsze działanie. Niestety niemożliwym było wybranie się na przejrzenie okolicy w takich warunkach, a nikt nie chciał przecież ryzykować, iż skończy się to paskudnym przeziębieniem. Jedną z zalet było możliwość wreszcie ogrzania całego wielkiego domu, teraz wypełnionego ciepłem z centralnego ogrzewania, jakie udało im się uruchomić. W świetle dnia można też było dokładniej obejrzeć całą posesję, znajdując kilka przydatnych rzeczy, kolejnych do zabrania ze sobą. Choć domostwo było duże, trudno nazwać je równie zadbanym jak to pierwsze i nikomu nie było przykro z przerobienia trzech sporych drewnianych szaf na opał. Zapadła jednak dość jasna decyzja, że nie zmienią lokum, uznając je za dość wygodne, mimo dziwnego, trochę stęchłego zapachu w paru pokojach. Josh z kolei wolał się nie szwendać po pokojach, a skupić na zadaniu wyznaczonym odgórnie, zamykając w sporym bagażu do którego wprowadzony zostały samochody. Unikał nie tylko Juana, niespecjalnie chcąc sprawić sobie kolejne kłopoty w postaci wiszącej w powietrzu bójki, ale także Sama. Nadal nie był pewny jak dowódca zareagował na jego słowa, a spokojna twarz, którą miał niezmiennie podczas tamtej rozmowy którą odbyli rano, nie wyrażała żadnych emocji. Paskudne, nie wiedzieć czy się podpadło, czy można spać spokojnie, nie obawiając odsunięcia od wyjść w najbliższych dniach. I właściwie do wieczora był w takim trochę zawieszeniu, pracując by zabić myśli dotyczące całej tej otoczki, na szczęście nie musząc przyjacielowi tłumaczyć całej tej sytuacji. Bo i oficjalnie nic nie wiedział, podobnej rozmowy nigdy nie było…
OdpowiedzUsuńKolacja przebiegała wręcz podejrzenie spokojnie, ale można było tłumaczyć nagłą niechęć do odzywania się zatkaniem większości grupy ostrym jedzeniem. Nigdy więcej nie pozwolą Maxowi gotować, to więcej niż pewne. Szkoda tylko, że nie byli tacy mądrzy przed tym jak zafundował im kolację z piekła rodem, gdy każdy wlał w siebie co najmniej dwa litry wody, próbując choć trochę opanować pieczenie w przełyku. A szkoda, bo gdyby nie co najmniej dwie papryczki chili za dużo, kolacja miałaby potencjał. Przez cały posiłek panowało milczenie, a Josh wolał się skupić na swoim talerzu, niż na szukaniu wzrokiem panny Holmes, jak przecież niegdyś miał w zwyczaju. Jakakolwiek interakcja między nimi mogłaby spowodować kolejne salwy głupich tekstów, ale okazało się, że i to nie było konieczne do rozochocenia towarzystwa żyjącego nową sensacją. Wystarczyło by wstała od stołu, odchodząc w kierunku zlewu, a już jakoś tak rozbawionych uśmieszków było więcej, zupełnie jakby tylko czekali… No tak, nie ulegało wątpliwości, że jak każdego wieczoru, Katherine uda się na spoczynek, nie towarzysząc panom w ich typowym już rytuale kończącym dzień. Po prawdzie miał ochotę postąpić podobnie i ulotnić się, nie dając im okazji do ponownego rzucania żarcikami. Problem w tym, że nie zdążył, a znów się zaczęło. I usłyszał o tym, że wreszcie wiadomo dlaczego tak szybko znikają od towarzystwa, mając widocznie lepsze zajęcia, ktoś jeszcze dorzucił by się streszczał i nie kazał pani czekać. Ale już w ogóle przegięcie pojawiło się w momencie gdy Frank bezczelnie zaproponował wyprawę do najbliższej apteki, by za parę miesięcy nie doczekano się w obozie małych owoców tej wyprawy… W tym momencie nie wytrzymał. Zdążył już wstać z zamiarem ewakuowania się nim doprowadzą go do szału, ale najwyraźniej nie zdążył i słowa starszego kolegi zatrzymały go w miejscu. Nawet nie zwrócił uwagi na wielką salwę śmiechu, jaka poniosła się po kuchni. Odetchnął głębiej… Ale nie, nic to nie dało.
Usuń— Do niczego nie doszło, jasne?! NIC się w nocy nie wydarzyło. — Omiótł wściekłym spojrzeniem kolegów, najwyraźniej nie do końca rozumiejących jego słowa; odstawił z trzaskiem talerz na stół i nie fatygując się by dodać cokolwiek jeszcze, wypadł z pomieszczenia, trzaskając drzwiami.
Sam nie do końca rozumiał własne zachowanie. To znaczy, nie to sprzed chwili, gdy po prostu nie wytrzymał. Akurat to było jak najbardziej jasne i zrozumiałe. Gorzej, że nie dziwił się kolegom, zaskoczonym takim, a nie innym wyborem. Nie mogli się z Katherine bardziej różnić. Ba, nawet jeśli chodzi o takie pierdoły jak kolor włosów czy oczu, znów byli przeciwieństwami. Jak ogień i lód, szczególnie gdy mowa o usposobieniu. On w Obozie prowadził normalne życie, dobrze wiedząc, że odcięty od jakichkolwiek relacji z innymi ludźmi po prostu opadnie z sił, nie mając skąd ich czerpać. Potrzebował przyjaciół, kogoś bliskiego z kim mógłby spędzać czas, nie zamykając się tylko w swych czterech ścianach, separując od świata. Nie ważne jak bardzo koszmarny był, takie relacje pomagały mu akceptować to co działo się wkoło bo i odnajdywał w tym swego rodzaju normalność. Jasne, zamknięci na wyspie, oglądając swoje dawne miasto z daleka, wiedząc, że grasują tam teraz Szwendacze, gotowe rzucić się w pogoni za posiłkiem. Ale moment gdy brał sfatygowaną piłkę i wychodził na boisko ze swoim kilkuletnim sąsiadem pozwalał nie myśleć o tym jak wszystko stracili. Bo choć ich życie się zmieniło, wcale nie uważał, że nie może być równie pełne i satysfakcjonujące. Tylko… inne. Dlatego też był na Wyspie Skarbów personą dość znaną, w dodatku rozpoznającą zdecydowaną część rozmówców, których kojarzył przynajmniej z imienia i mniej więcej wykonywanego zawodu. Natomiast gdy mowa o ciemnowłosej pani doktor, sam do końca nie był pewien czy oprócz niego (a to spowodowane było wręcz oślim uporem, a nie jej odwzajemnionymi chęciami) dopuściła do siebie kogoś bliskiego. Czy zdarzało jej się spędzać wieczory w mieszkaniu przy herbacie z jakąś koleżanką, a nie tylko ograniczać do miejsca pracy. Najprawdopodobniej w normalnym świecie też by się minęli i nawet nie wiedzieli o swoim istnieniu, obracając w zupełnie innych kręgach. Więc tak, to co się działo było zaskoczeniem i sam nie wiedział co takiego sprawiało, że od samego początku po prostu… Coś go do niej przyciągało. To coś, co sprawiało, że ulubioną częścią dnia stawało drażnienie się z nią. Oczywiście na etapie gdy mógł już sobie przynajmniej na to pozwolić… No ale te czasy też już dawno za nimi. Teraz mieli inne dylematy i problemy, a jednym z nich było uciszenie wreszcie rozbawionego towarzystwa. Może nie dręczyłoby go tak gdyby nie mówili o czymś dotyczącym akurat tej strefy. Bo problem w tym, że on przecież chciał i to bardzo… Drażniło go więc wypominanie tego, co się nie wydarzyło na przekór uczuciom jakimi zaczęli się darzyć. Tak więc nie widział dla siebie innego wyjścia jak tylko wyjaśnić to raz na zawsze, mając nadzieję, że przynajmniej posłuchają i zakończą durne komentarze. Nie wydarzyło się i nie wydarzy, koniec kropka.
OdpowiedzUsuńSwój pokój odnalazł od razu. Nie była to sypialnia, ale gabinet najprawdopodobniej należący do pana domu w którym zwykł spędzać dużo czasu. Po sporej biblioteczce dotyczącej księgowości i finansów, łatwo odkrył jaki zawód musiał wykonywać. Brakowało łóżka, ale tą jedną noc mógł się przemęczyć na kanapie. Zwłaszcza, że jak miał do wyboru pchać się do jednej z sypialni zajmowanej przez swoich kolegów zwiadowców, to naprawdę wolał zaryzykować małym ścierpnięciem. Zatrzasnął za sobą drzwi, siadając w wygodnym, skórzanym fotelu. Niech ta wyprawa się wreszcie skończy, potrzebował chwili samotności. Pierwszy raz od bardzo dawna niczego tak nie chciał jak tylko tego, by nikt mu się nie pałętał pod nogami i miał czas tylko dla siebie, na własne przemyślenia. A przecież miał nad czym się zastanawiać. Począwszy od wczorajszej nocy, która znów zbyt wiele skomplikowała, aż do rezultatu całej tej wyprawy. Znajdowali się zaledwie kilkanaście kilometrów od Obozu i musiał jakoś ścierpieć tą jedną, ostatnią noc. Z samego rana wyruszą i będzie po sprawie. Ta myśl jakoś go uspokajała. Gdy usłyszał kroki na korytarzu, pomyślał o tym, że to Peter przylazł sprawdzić czy wszystko jest w porządku. Fakt faktem, że takie wybuchy nie zdarzały mu się często i mogło to być kolejne już tego dnia zaskoczenie. Miał nadzieję, że odpuści sobie i da mu święty spokój. A najwyraźniej jego prośby zostały wysłuchane i kroki zatrzymały się pod jego drzwiami by jednak… Nie wejść do środka. Odetchnął, wbijając wzrok w ciemne niebo za oknem. Czuł się zmęczony. Tym całym dniem i jego wydarzeniami. A także świadomością tego, co jeszcze ich czeka w najbliższych paru. Dlatego też nic dziwnego, że szybko padł na kanapę, naciągając na siebie koc i kładąc jasną czuprynę na nieco zbyt twardej poduszce. I znów paskudna myśl uświadamiająca jak dobrze mu było poprzedniej nocy, na tym wielkim łóżku, z wtuloną w niego Katherine. Umysł jednak nie był aż tak do końca okrutny i poddał się zmęczeniu zamiast rozpamiętywać wczoraj. Zasnął niemal natychmiast, a przynajmniej tak mu się zdawało. Wiatr zawodził za oknem, a był to ostatni dźwięk jaki słyszał przed zamknięciem oczu. Parę godzin później obudził go dźwięk wystrzału…
UsuńW pierwszej chwili nawet nie wiedział co się dzieje. Ale przecież żaden z jego kolegów chyba nie byłby tak głupi by urządzać sobie bladym świtem strzelanie, w dodatku najwyraźniej bez użycia tłumika. Nawet gdyby na posesję dostał się jakiś Szwendacz, przecież oczywistym było, że wychodzi się z dużym, myśliwskim nożem i załatwia sprawę po cichu. Nic więc dziwnego, że od początku poczuł dziwne ukłucie niepokoju... Coś było nie tak, podobne zachowanie nie mogło pojawić się bez powodu. Ostatnia noc, jak wszystkie poprzednie, minęła spokojnie. Sam parokrotnie miał obowiązek pełnić wartę i kontrolować czy nic złego się nie dzieje w pobliżu. Wtedy jego zadaniem byłoby albo uporanie się z zagrożeniem o ile było niezbyt istotne, a jeśli właśnie zbliżałaby się horda zombie, poinformować — oczywiście po cichu swoich kompanów o zaistniałej sytuacji. Tylko raz zdarzyło mu się być zmuszonym zapuścić poza dom gdy nieoczekiwanie jakiś nieumarły zaczął drapać w szybę przedpokoju. Dziwne zachowanie mogłoby sprowadzić im na głowę innych, znacznie liczniejszych. Jeden sprawny cios gdy ostrze wbiło się w czaszkę i po sprawie, reszta nocy upłynęła bez innych komplikacji. Zrywając się na równe nogi, przypominał sobie wszystkie fakty. Odnalazł odłożoną obok posłania broń, chwytając też za nóż z którym nie lubił się rozstawać. Amunicja kiedyś się skończy i robi zdecydowanie zbyt dużo hałasu, a to zadanie może bardziej ryzykowne, ale równie skuteczne przy odrobinie wprawy. Tej nocy na straży miał stać Frank, zresztą nieukrywający, że nie przepada za tym konkretnym zajęciem. Josh podejrzewał, że miało to coś wspólnego z coraz gorszym wzrokiem, bo w końcu mężczyzna dawno przekroczył czterdziesty rok życia i nie był już tak sprawny jak jego młodsi koledzy, ale sam zainteresowany nigdy nie powiedział wprost co jest tego powodem i nie mieli nawet możliwości wykręcenie go od podobnego zadania. Czy mogło mu coś odbić i bez powodu wystrzelił? Szybko odrzucił tą opcję. Było już jasno, a przynajmniej słońce powoli wschodziło, więc za nimi egipskie ciemności. Ponadto każdy z nich już miał tłumik i hałas nie byłby taki głośny… Wypadł na korytarz, zamierzając zbiec natychmiast na dół, sprawdzając co takiego się mogło wydarzyć. Ledwo otworzył drzwi, od razu usłyszał tłumiony dotąd rumor. Jego pokój znajdował się na samym końcu, miał więc parę metrów by dopaść do schodów. Jeszcze mignęła myśl o zajrzeniu naprzeciwko, by zerknąć czy wszystko w porządku u ciemnowłosej kobiety. Nie miał jednak na to czasu, bowiem dostrzegł kątem oka Petera, siłującego się z zamaskowanym mężczyzną. Był rosły, a odepchnięcie go stanowiło spory problem, z każdym ciosem coraz większy. Popłynęła pierwsza krew gdy rozkwasił przyjacielowi Josha nos, a ta chlusnęła obficie na usta i szyję, docierając aż do jasnej koszulki jaką miał na sobie. Bez zastanowienia dopadł tam, zaciskając mocniej dłonie na pistolecie. Zamiast jednak wystrzelić, obrócił broń w dłoni, i uderzył uchwytem w głowę mężczyzny. Zachwiał się i zaledwie sekundę później z łomotem opadł na podłogę bez świadomości. Nachylił się nad nim, uprzednio upewniwszy się przelotnym spojrzeniem czy z Peterem jest wszystko dobrze, ale poza złamanym nosem wydawało się, że nic mu nie dolega. Intruz był zamaskowany, ciemna chusta zasłaniała mu nos i usta, ale teraz bez problemu sięgnął do niej i szarpnięciem zsunął na dół, przyglądając się ogorzałej, zarośniętej twarzy. Nie znał go, był pewny. Pierwszy raz widział napastnika i tym bardziej nie mógł zrozumieć dlaczego na nich napadnięto. Czyżby w okolicy San Francisco uchowała się jakaś grupa, która nie zdecydowała się na przyłączenie do Obozu. Toż to szaleństwo. Ostatnie dni spędzili między innymi na murach wypisywać farbami w spary’u o bezpiecznej przystani do której każdy może się udać. Ktokolwiek się na nie natknie, otrzyma wiadomość o miejscy gdzie mieszkańcy są chronieni.
OdpowiedzUsuńWspólnie zbiegli na dół, a przynajmniej spróbowali, bo gdy tylko Josh wpadł na schody, jakaś kula przecięła powietrze zaledwie metr od niego, wbijając się z ogromnym impetem w ścianę. Przystanął, czując jak puls przyśpiesza mu coraz bardziej. Szybko odnalazł wzrokiem rosłą sylwetkę która celowała bronią akurat w niego. Wydawało mu się, że skądś zna ten niebezpieczny błysk w oku i w chwili gdy znów zamierzał wystrzelić, a Josh dopiero unosił broń, rozległ się kolejny huk i z ramienia mężczyzny trysnęła krew, a on sam krzyknął z bólu. Znów znajomy dźwięk… A może tylko mu się w tym wszystkim wydawało? To Sam nie zawahał się przed oddaniem strzału, za co szybko zapłacił gdy od tyłu zaszedł go kolejny zamaskowany mężczyzna i uderzył z całej siły. Jeden cios nie wystarczył by powalić rosłego ciemnoskórego mężczyznę, a potem spadł na niego następny, zadany przez następnego, gdyż w pojedynkę nie potrafili mu zaradzić. Nie widział nigdzie Maxa i Juana. Mike właśnie obrywał, najwyraźniej nie radząc sobie zbyt dobrze po tym jak jego broń wylądowała pod oknem, wytrącona z dłoni. Miał rozciętą skroń, a kolejne uderzenie jakie spróbował wyprowadzić, nie dosięgło przeciwnika. Zbiegając po dwa stopnie na raz, zauważył leżące ciało na tarasie, którego dotychczas nie dostrzegał. Przez spore okna balkonowe widział tylko wielką kałużę krwi w której leżał zabity rozlewającą się wokół głowy i te przerzedzające się włosy. Zastanawiał się co takiego stało się z Frankiem. A teraz otrzymał odpowiedź. Nie przepadał za tym podstarzałym szowinistą i jego zboczonymi żartami, ale ile by dał by jeszcze raz je usłyszeć, powstrzymując się przed wymownym prychnięciem… Prawie równo z Peterem wpadli do salonu w którym to wszystko się działo. Przyjaciel natychmiast, bez słowa konsultacji, ale przecież ta nie była potrzebna, podbiegł do Mike’a, odciągając od niego napastnika. Josh natomiast skręcił w prawo, dobrze wiedząc gdzie chce dopaść. Nie wiedział dlaczego, ale to mężczyzna, który do niego strzelał momentalnie stał się celem. Teraz, z przestrzelonym ramieniem nie był tak sprawny i tym bardziej chciał się go pozbyć.
UsuńPotem… Potem będzie zastanawiał się dlaczego, nawet jeśli pierwsze wnioski nasuwały się same. Byli przekonani, że jedynie zombie napotkają na swej drodze i trudno nawet mówić by wypatrywali ludzi. Może po drugiej zatoki, ale na pewno nie w okolicy San Francisco, gdzie na każdym kroku widoczne były informacje o Wyspie Skarbów. Wymalowane wielkimi, czerwonymi literami na wysokich budynkach, widoczne z daleka. To Mike miał największą wprawę, włażąc na mury czy spuszczając się nawet raz w brawurowej akcji (o której Rada do dziś się nie dowiedziała) na linach, by nabazgrać informacje. Dlaczego więc…? Co stało na przeszkodzie? Tego nie rozumiał. I nie miał czasu zastanawiać się nad podobnymi możliwościami, dobrze wiedząc, że na samym końcu, bo przecież już dziś mieli wracać, coś poszło nie tak. Nie ulegało w tym wszystkim wątpliwości, że napaść wcale nie była przypadkowa, a grupa zamaskowanych mężczyzn nie bez powodu tu się pojawiła bladym świtem, zabijając jako pierwszego wartownika. Być może weszli przypadkowo na ich teren, ale prędzej spodziewałby się, że to ich zapasów zarówno broni, jak i pożywienia poszukują, chcąc je przywłaszczyć. Nie był naiwny by spodziewać się, że po wszystkim rozejdą się w pokojowych nastrojach. Nie po tym co się stało. Gdy stygnące ciało Franka leżało zaledwie kilka metrów dalej na tarasie, skąpane w promieniach wschodzącego słońca. Miał nadzieję, że nie poczuł nic umierając, bo tylko tego mógł mu życzyć. Jeśli będzie jakieś później, na pewno nie raz wspomni go z rozrzewnieniem, pomijając te wszystkie absurdalne wady którymi wszystkich drażnił. Teraz jednak co chwilę coś przyciągało jego wzrok i gdyby nie konkretny cel, nie wiedziałby w co ręce najpierw włożyć. Mike i Peter radzili sobie dobrze po jego lewej, powalając wreszcie tamtego mężczyznę, szamoczącego się jeszcze na podłodze, ale nie mógł już uniknąć kolejnych ciosów. Nadal nie widział przeklętego Juana, a Latynos mógłby się wreszcie na coś przydać, poza działaniem mu na nerwy.
OdpowiedzUsuńSam leżał bezwładny kilka metrów dalej, choć nawet przeciwko dwóm przeciwnikom dał radę zranić poważnie jednego, dźgniętego w szyję nożem. Wykrwawiał się obok swojego nieprzytomnego przeciwnika, a zamaskowany kolega gdzieś wyparował, podczas gdy w salonie zrobiło się nagle jakby więcej miejsca. Josh był już w połowie drogi do zamaskowanego osiłka, którego koszulka w okolicy prawego ramienia przesiąkła krwią z rany. Impet postrzału wyrzucił mu z ręki broń, wypuszczoną, kopniętą przypadkowo przez przypadkowo napatoczoną osobę nie wiadomo gdzie. W chwili gdy sam chciał się przymierzyć i go zranić po raz kolejny, poczuł silne, męskie dłonie chwytające go od tyłu i zaciskające się na jego szyi. Szarpnął raz i drugi, ale palce zacisnęły się tylko mocniej. Nie mogąc zaczerpnąć tchu uderzył z całej siły z łokcia z brzuch, czując jak trochę słabnie. Skorzystał z okazji by odepchnąć go od siebie, ale zatoczył się, by zatrzymać się właściwie metr przed rannym wielkoludem. I nim zdążył obrócić się w pełni, lewa dłoń z całym impetem uderzyła w jego żebra. Cios godzący w miejsce, które jeszcze parę miesięcy temu tak ostrożnie kurował, nie chcąc nabawić się poważniejszej kontuzji. Zaczerpnął gwałtownie tchu, unosząc spojrzenie i z trudem parując kolejne. Już wiedział skąd zna to zacięte, okrutne spojrzenie i czemu cała ta sylwetka wydaje mu się dziwnie znajoma. I nawet ból żeber nie mógł go powstrzymać gdy z pięściami rzucił się na Warrena, jednym ruchem zdzierając mu z twarzy maskę. Miał przewagę w postaci przestrzelonego ramienia byłego Obozowicza. Skończył z czystą grą, z nie sięganiem po broń palną i chęcią załatwienia wszystkiego pięściami. Jasnym się stało kto jest winowajcą odpowiadającym za tą napaść. Mężczyzna stracił na swej tężyźnie przez te parę miesięcy, więc obalenie go paroma sprawnymi ruchami godzącymi głównie w prawą część ciała nie było trudne. Szybko znaleźli się na podłodze, a on przydusił tors tanatonauty kolanem, uderzając w twarz. Popłynęła krew, odczuł pieczenie w pięści od siły uderzenia, ale nie zwrócił na to uwagi. Zamachnął się jeszcze raz gdy dwie pary rąk odciągnęły go i nie potrafił się im wyrwać. Dojrzał tego, którego odepchnął przed chwilą. I potem następny, też powalony przez kilkoma minutami. Zaczynał żałować, że nie dokończył zadania wtedy na piętrze, gdy osunął się nieprzytomny po uderzeniu. Za szybko doszedł do siebie, a teraz mściło się to przeciw niemu. Szarpiąc się i próbując wysmyknąć unieruchamiającym dłoniom, obserwował jak Warren zdrową ręką ociera płynącą z rozciętej wargi krew, podnosząc się powoli, z wyraźnie zbolałą miną. Dyszał ciężko i od zmęczenia, i wściekłości.
UsuńCokolwiek próbował robić, był powstrzymywany w połowie kroku, a palce wbijały się w jego ciało, zmuszając do ustąpienia, nie ważne jak próbował. Warren tylko stał i patrzył na niego, z wyraźnie odmalowanym zadowoleniem na obliczu; paskudny uśmiech pojawił się gdy patrzył na bezradnego Josha, zupełnie jakby z tej przyjemności płynącej z pokonania dawnego rywala zapominał nawet o bólu promieniującym z prawego ramienia. Zwisało ono trochę bezwładnie, sugerując, że zranienie musiało być dość poważne. Pomyśleć, że to tylko dzięki Samowi, temu samemu, który teraz leżał bezwładnie po drugiej stronie salonu. Ich opanowany, niezachwiany dowódca, teraz został znokautowany kolejnymi ciosami i zadawanymi ranami. Nawet stąd widział, że krwawił, choć odwracanie wzroku od Warrena było trudne. Miał przeogromną chęć zetrzeć mu ten głupkowaty wyraz twarzy i gdyby tylko miał wolne ręce… Inaczej by to wyglądało.
OdpowiedzUsuń— Zanieście go na taras. — Głos mężczyzny brzmiał dziwnie ochryple, ale przy tym zdecydowanie. Dwójka jego pomagierów właśnie weszła do środka i nawet nie ośmielili się zaprotestować tylko od razu, bez najmniejszego mruknięcie, chwycili rosłego, nieprzytomnego mężczyznę pod ramiona i wywlekli na zewnątrz. Ale nie to było najgorsze. Moment, który zabolał go bardziej niż jakiekolwiek ciosy jakie dotychczas na niego spadły, dopiero miał nadejść. Oddychał płytko, starając się opanować, znaleźć jakieś wyjście z tej beznadziejnej sytuacji. Ale wszystko to runęło gdy dostrzegł postać ciemnowłosej kobiety prowadzonej na zewnątrz. Wydawało mu się, że jego serce na parę sekund po prostu przestało bić. Czego niby się spodziewał? Że się schowa, przetrzyma jakoś ten koszmar, bezpiecznie odcięta od tutejszego zamieszania. Oczywiście, że nie, ale ten widok i tak go ugodził, odbierając dech. Odprowadził ją wzrokiem, czując się tak bardzo beznadziejnie bezradny. Gdy zniknęła na zewnątrz, gdzie nie sięgało już jego spojrzenie, powoli przesunął je w kierunku dowódcy tej zgrai. Nie mógłby być szczęśliwszy. — Trzeba było jej tu nie przywozić… — Groźba zawisła w powietrzu, gdy wypowiedział te słowa.
Pociągnęli go w kierunku tarasu gdy były tanatonauta odwrócił się na pięcie, idąc w stronę wyjścia. Nawet nie próbował wyrwać się, czując wielkie zmęczenie. Dłonie mocno trzymały go, nie dekoncentrując się nawet na chwilę. Próbował przez ostatnie minuty, niby dlaczego miałoby mu się udać właśnie teraz? Padły na niego pierwsze promienie światła, a w tej sekundzie zaczął szukać wzrokiem całej reszty. Dostrzegł chłopaków unieruchomionych, trzymanych pod bronią. Napastnicy zdążyli już ich związać i zdać na własną łaskę. Za nimi trójka, kolejnych dwóch przy Samie… Potem następny, ten przy Katherine. Znów mu serce zagalopowało na jej widok, wyrywając się do przodu. Szedł spokojnie, obserwując otoczenie i grupę częściowo już tylko zamaskowanych mężczyzn. Przybyli tu w dziesiątkę jeśli liczyć tego trupa z którym poradził sobie jeszcze Sam nim go skatowano. Jeden utykał, właściwie człapiąc nogą… Ale to wciąż za mało. Przystanął nieopodal swoich kolegów . Tam chwycono jego dłonie i wykręcono do tyłu, zawiązując mocnym, grubym sznurem wpijającym się w skórę. Poczuł pchnięcie, ale nie poddał się mu, hardo patrząc w twarz Warrena, jakby nie interesowali go jego podwładni. Bo to, że był szefem, dało się wyczuć. Po tym jak spoglądali na niego oczekując aprobaty, jak wsłuchiwali się uważnie w każde słowo. No i panoszył się z ogromną przyjemnością, czując najwyraźniej niczym pan i władca.
Usuń— Na kolana. — Nieznoszący sprzeciwu głos rozległ się za nim, ale zignorował rozkaz, twardo stojąc, nawet gdy silne dłonie naparły na niego, chcąc zmusić do posłuchania. Nie ugiął się, zaciskając zęby i oddychając płytko przez nos. Nie da im tej satysfakcji. Skoro kierował nimi tanatonauta, było więcej niż jasne, że w końcu zginie. Pytanie tylko jak bardzo będzie cierpiał uprzednio. — Powiedziałem. Na. Kolana. — Syknięcie tuż za nim i dłonie na chwilę ustąpiły, ale zapewne tylko po to by ugodzić z wielką siłą. Mężczyzna próbujący go przymusić nie zdążył jednak wziąć odpowiedniego zamachu gdy zatrzymało ich:
— Nie! — To Warren wtrącił się do dyskusji, najwyraźniej nie mogąc sobie odpuścić. Wsunął za pasek duży nóż, ten sam, który odebrał Joshowi. Cholernie go lubił i teraz paskudnie było patrzeć jak ta kanalia przywłaszcza sobie jego rzeczy. Krok za krokiem, podchodził coraz bliżej, starając się nie poruszać za bardzo zranionym ramieniem. Zatrzymał się tuż przed, zaledwie na wyciągnięcie ręki. Uśmiechnął paskudnie i… Zamachnął potężnie uderzając dokładnie tam, gdzie zabolało najmocniej. Silny cios wyprowadzony lewą pięścią uderzył w żebra, a tylko cudem coś wewnątrz nie gruchnęło w ramach protestu na tak bestialskie traktowanie. Bardzo chciałby nie okazać słabości, ale nic nie mógł poradzić na to, że kolana same się pod nim ugięły, a całe ciało poddało silnemu, zupełnie obezwładniającemu bólowi. Nie mógł oddychać, nie umiał zebrać jednej myśli. Upadł na kolana dokładnie tam, gdzie tego chciano, czując tylko ból.
Spodziewał się tego, ale wciąż nie chciał by ktokolwiek na to patrzył. Koledzy, którzy gwałtownie zaczerpnęli tchu, jakby bardziej się szarpiąc. No i ten krzyk wibrujący mu w głowie, choć przez chwilę ostry ból przysłonił mu wzrok i tylko po tym rozpoznał, że to Katherine. Nie chciał by tak kończyło się to wszystko, bo gdzieś wewnątrz wiedział przecież, że patrzenie na to też musi sprawiać jej przykrość. Jakkolwiek starała się wypierać i bronić przed tym uczuciem, ono się pojawiło, był go boleśnie świadom. Zwłaszcza w momencie gdy jej dłonie oplotły jego kark, a słodki zapach spowodował, że bolało jakby mniej. Jej bliskość sprawiała, że w pewnym sensie było łatwiej, ale jednak z drugiej strony… To wszystko się komplikowało i w obliczu zagrożenia, nie mógł pragnąć niczego poza jej dotykiem i obecnością. Postarał się wydyszeć ciche Jest okej, ale chyba mu nie wyszło. Zresztą… I tak znając życie by nie uwierzyła. Ale sam poczułby się lepiej, choć próbując jej wmówić, że nie ma powodu by się o niego martwić. Drgnął, słysząc jak tuż obok, cały czas trzymając go przy sobie, lży na tanatonautę.
OdpowiedzUsuń— Patrzcie jaka wyszczekana — zaśmiał się Warren, najwyraźniej nic sobie nie robiąc ani z groźnej miny, ani z słów ciemnowłosej kobiety. Bo i dlaczego by miał? Tak naprawdę był teraz najważniejszą osobą, mogącą decydować o życiu i śmierci. Jedno słowo, a padną martwi tu gdzie właśnie klęczą i prawdopodobnie nikt nawet nie dowie się ani o ich losie, ani o winowajcy całego tego zamieszania. Jego pomagierzy zarechotali idąc śladem rosłego mężczyzny, rozumiejąc najwyraźniej, że jest to dozwolone. — Nigdy cię nie lubiłem, Holmes. Ale teraz przynajmniej się wreszcie na coś przydasz. — Choć skierował spojrzenie na swoje ranne ramię, co mogło sugerować pomoc medyczną, Joshowi wydawało się, że dostrzega niebezpieczny błysk w oczach mężczyzny, na który zwrócił uwagę przed tym jak go wyprowadzono. Tak samo wtedy odnosił bardzo niepokojące wrażenie, że kryje się za tym coś więcej niż zwykły plan wykorzystania jej umiejętności medycznych. Może się mylił… Oby się mylił. — Zabrać ją, koniec tej szopki. Musimy się zbierać, umarlaki są coraz bliżej. — Wszystko potem działo się bardzo szybko. Męskie dłonie chwyciły Katherine za ramiona i odciągnęły od niego, podrywając w jednej chwili na nogi. To pomocnik Warrena, który stracił koncentrację dopuszczając do tego zajścia, właśnie nadrabiał swoje winy. Faktycznie, tanatonauta miał rację, zwracając uwagę na pojawiające się grupki Szwendaczy. Jeśli nie uwiną się dość szybko, przebicie przez powoli formujące się u bram stado nie będzie łatwe. Zwabiły ich głosy wystrzałów i gromadziły się przy płocie, na szczęście na razie nie mając jak się tu przedostać. Zrobiło mu się niedobrze na myśl o tym, że gdy tylko już tu wejdą, będą miały pożywienie w postaci martwego ciała Franka. Tak żałował, że Colton nie mógł mieć normalnego pogrzebu, a teraz… Było tylko gorzej. Powoli ból ustępował, za chwilę będzie mógł wstać i dać się poprowadzić do samochodów. Bo tego, że ich tu nie zostawią, był pewny. Warren za dobrze się bawił używając sobie i zastraszając ich. Ich cierpienia jeszcze potrwają.
— Musimy się tylko pozbyć zbędnego balastu — dodał, podejrzanie zadowolony. Zaczerpnął tchu. Czyżby się mylił? Wiedział, że umrą jeśli nie wykombinują sposobu na wydostanie się, ale czy to właśnie ten moment, kiedy to się wydarzy. Warren nawet nie pofatygował się by zabrać pistolet czy karabin. Tylko powiódł wzrokiem po klęczących mężczyznach, jakby oceniając kto pierwszy. Skrzywił się na widok nieprzytomnego Sama leżącego kawałek dalej. To on go zranił i był najniebezpieczniejszy; w końcu udało mu się zabić jednego z napastników. — Tego czarnego. Resztę pakować do samochodów. Po jednym do każdego, dwójkę do bagażnika by nikt się nie wydostał. — Zarządził jakby od niechcenia, wskazując zdrową dłonią na nieprzytomnego mężczyznę. Okrzyk protestu zamarł na ustach nie tylko Josha, ale wszystkich zwiadowców, jednak nim zdołali zaprotestować, jeden z zamaskowanych odbezpieczył broń i posłał dwa szybkie strzały prosto w czaszkę Sama. Krew popłynęła obficie po tarasie, docierając aż do spodni klęczącego Mike’a, brudząc je na szkarłatno. — Pośpieszyć się, czekam w samochodzie. — Zupełnie jakby nie zrobiło to na nim większego wrażenia, odmaszerował w stronę jednego z dużych aut i zajął miejsce pasażera. Łącznie z dwoma terenówkami, które przejęli, były w sumie cztery. Jakiś głos nakazał im wstać i posłusznie to zrobili. Nie mógł oderwać oczu od rozlewającej się krwi. Samuel… On był niezniszczalny, prowadził ich i zarządzał, a teraz… Ktoś go popchnął. Nawet nie widział gdzie idzie, poddał się temu rozkazowi.
Usuń