piątek, 19 kwietnia 2013

FACTUM

Zaczęło się w październiku ubiegłego roku i nic nie wskazywało katastrofę. Słońce nad San Francisco świeciło jak każdego przeciętnego poranka. Na Uniwersytecie Kalifornijskim nieśpiesznie otwarto wszystkie zamki, pół godziny później przyszli naukowcy. Ubrani w te swoje białe kitle, robiący mądre miny, niemający pojęcia, że każdy następny krok będzie zbliżać ich do tragedii. Początkowo żaden z nich nie zakładał, że eksperyment da jakiekolwiek efekty. Jeden na stu szalonych ludzi (których jest może jeden na milion) okazuje się posiadaczem niezwykłego daru. Tacy ludzie patrzą daleko w przyszłość i widzą ją jasną, czystą, stojącą przed nimi otworem. Jeden człowiek zainicjował eksperyment, żywiąc przekonanie, że mu się uda. Rezultat przerósł najśmielsze oczekiwania, ujmując to dalekim eufemizmem. A przecież chodziło tylko o to, żeby roślinki nie zdychały, kiedy zapomni się ich nakarmić. Na tym miało polegać całe przedsięwzięcie - znaleźć substancję, która wzmocni odporność domowego ogródka. Testy przeprowadzano na pomidorach. Ku zaskoczeniu wszystkich - preparat działał wręcz niesamowicie. Na tyle dobrze, by sukces naukowca-ogrodnika wzbudził zazdrość kolegów po fachu. Nie do końca legalnie podebrali jedną roślinkę i rozłożyli na komórki. Znaleźli komórki pomidora i komórki stare replikującego się wirusa. Odkrycie szybko doprowadziło do kolejnych badań. Nie wiedząc, że stoją na krawędzi przepaści, użyli lampy rentgenowskiej. I w ten sposób dali nura prosto w przepaść. Wirus okazał się nieoczekiwanie podatny na promieniowanie. Zmutował się w ciągu jednej nocy, gdy więc naukowcy wrócili do laboratorium, zastali zupełnie nowy szczep. Jak się miało okazać, diabelnie zakaźny. Nim odkryli rzecz przerażającą, pojawił się pomysłodawca pomysłu pożywki dla roślinek i zabrał pomidora. Kilka miesięcy później "ulepszone" pomidory znalazły się u pierwszych stu hodowców. Paru z nich dostało szczep skażony promieniowaniem. Po tygodniu wszyscy, którzy go spożyli przeszli niewyobrażalną zmianę. Z pogodnych ludzi stali się pozbawionymi rozumu, a kierowanymi jedynie przez najbardziej prymitywne instynkty kreaturami. Jak słusznie zauważyły media - zombie. Mimo długotrwałych wysiłków wszystkich służb, nie udało się zapobiec rozwojowi epidemii. GaiaT4 okazała się największą katastrofą, jaka kiedykolwiek dotknęła San Francisco i całe USA. Alarm postawił na nogi cały świat. W obliczu zagrożenia podjęto najbardziej radykalne środki. Ameryka Północna została odcięta od reszty świata. Do chwili, gdy ognisko zarazy wygaśnie. Z możliwych rozwiązań to było najbardziej humanitarne, w grę wchodziła jeszcze tylko broń jądrowa. W ciągu kilku najbardziej koszmarnych miesięcy dwudziestego pierwszego stulecia GaiaT4 zmieniła znaczną część mieszkańców każdego z pięćdziesięciu stanów. Pozostali robią wszystko by przeżyć i dostać się do Europy, gdzie życie toczy się prawie normalnie, nie licząc murów w każdym porcie. 

Wirus GaiaT4 roznosi się w dwojaki sposób: przez kontakt z płynami ustrojowymi zakażonych oraz spożywanie zakażonej żywności. Szczepionka jak dotąd nie znana, wiadomo jednak, że niektóre osoby posiadają wrodzoną odporność. Są to ludzie, u których wystąpiły mutacje genowe, a więc osoby z zespołem Downa, chorzy na fenyloketonurię oraz, by nie przeciągać, na przykład hemofilię. Okres inkubacji GaiT4 trwa około tygodnia, kiedy objawy przypominają zwykłą grypę, dopiero w końcowej fazie powodują zgon (tak, pacjent umiera), a kilka godzin później wskrzeszeni. Zakażeni GaiąT4 odczuwają silne zapotrzebowanie na białko zwierzęce i ludzi postrzegają jako jego chodzące źródła. Nie czują bólu ani zmęczenia, jedynie silny głód. Jeśli widzisz kogoś z oderwaną ręką, ledwo stojącego w pionie i chcącego odgryźć ci głowę - strzelaj do niego. Jeśli idzie na tyle szybko, że możesz nie trafić - strzelaj do siebie, mniej zaboli. 

Osią akcji bloga jest Traesure Island, wchodząca w terytorium San Francisco, teren dawnej bazy wojskowej. Obecnie na niej znajduje się Obóz, zamieszkany przez około setkę osób zdrowych i zdolnych do pomocy, oraz garstka dzieci i kilka osób starszych, którzy wręcz cudem uniknęli Gai. Rada Obozu niejednokrotnie podkreślała, że osiedlanie się w centrum jest znacznie bezpieczniejsze niż zamieszkiwanie obrzeży, jednak nie wszyscy skorzystali z tej porady. Warunkiem przebywania w Obozie jest bezpośrednie posłuszeństwo Radzie, która rozdziela obowiązki i zajmuje się każdym, kto nie przestrzega prostego, lecz restrykcyjnego prawa. Mimo to każdy ocalony stara się dostać do Obozu, który jest jedyną szansą na przetrwanie epidemii i być może dostanie się do Starego Świata, nazywanego coraz częściej Wolnym Światem. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz