Meredith Clarkson
Nie ma powodu, aby zawdzięczać coś swoim rodzicom. Poza życiem i jedną niezbędną umiejętnością, którą wpajali jej przez osiemnaście lat: radź sobie sama. Ku zdziwieniu wszystkich nieporadna i niezdarna dziewczyna radziła sobie całkiem nieźle, bez niczyjej pomocy i bez niczyjego wsparcia. W obliczu niepowodzenia zamykała się w sobie, szukając odpowiedniego rozwiązania. Bystra i uparta nie ma w zwyczaju, aby poddawać się po pierwszej próbie. Zdaje sobie sprawę z tego, że może i jest życiową nieudacznicą, że nigdy nic nie szło po jej myśli. Musiała poświęcić mnóstwo wolnego czasu i sporo znajomości, aby dostać się na wymarzone studia. Spotykając Meredith musisz wiedzieć, że to ona ma zawsze rację. Jest przekonana, że jej działania skupione są na ogólnym dobru ludzkości, dlatego nie lubi, kiedy ktoś przeszkadza jej podczas pracy, podczas misji, którą wykonuje. Nie można jednak nazwać jej złym człowiekiem, mimo pewnej arogancji i bezczelności, jest osobą, która musi pomagać, która nie może siedzieć bezczynnie w miejscu. Największą słabość objawia w stosunku do dzieciaków, dlatego stara się unikać ich towarzystwa, bo wie, ba - jest święcie o tym przekonana - że nastały czasy, w których nie można okazać odrobiny słabości. Wbrew pozorom, często się uśmiecha, ale prawie w tej samej częstotliwości wpycha swój nos tam, gdzie nie trzeba.
Dwudziestopięcioletnia absolwentka Harvard Medical School, w obozie zajmuje stanowisko pomocnika lekarza. Na Treasure Island przybyła dwa tygodnie temu w towarzystwie grupki uciekinierów z Salt Lake City. Posiadaczka scyzoryka, latarki i paczki zapałek.
p o w i ą z a n i a
Na zdjęciu nieznana mi pani. W tytule słowa Tadeusza Kotarbińskiego.
Mogę bywać rzadko, mogę pomijać. Ale jestem.
Cześć. :)
Mogę bywać rzadko, mogę pomijać. Ale jestem.
Cześć. :)

[No to ja się dzisiaj tylko witam. ;)]
OdpowiedzUsuńMichael Davis
[ A bo Josh już w samym założeniu miał być postacią jak najbardziej pozytywną, trochę na przekór rzeczywistości. I sama nie wiem czy nazwałabym przyjemnością zszywanie go wtedy, bowiem zapewne zapamiętałaby go zarówno z kuriozalnej rany jak i potoku bardzo niecenzuralnych słów. Ale powiązanie jak najbardziej pasuje. ]
OdpowiedzUsuń[ Zauważyłam kursywę, sama również zastosowałam :) I nie dziwię się, właściwie bliżej mi do ciepłego łóżeczka niż do wymyślania wątków. Zwłaszcza, że najprostszy i najbardziej oczywisty odpada - załatwiłam już Joshowi osobistą pomoc medyczną (która jeszcze o tym nie wie, ale się przekona wkrótce), więc raczej do Meredith w razie kolejnej rany już nie przyjdzie. Opcje są trzy. Albo razem kombinujemy co może nas do czegoś sensownego doprowadzić, albo Ty coś wymyślisz, a ja zacznę w ramach podziękowania, ewentualnie czekamy do rana w nadziei, że spłynie na mnie olśnienie. ]
OdpowiedzUsuń[ Dzięki – z tymi koleżankami po fachu to nie byłabym taka pewna… Kitty daleko do studiowania właściwej medycyny, chyba, że masz na myśli wspólną pracę w obozowym szpitalu. Wtedy mogę się zgodzić, mają ze sobą całkiem dużo wspólnego. ]
OdpowiedzUsuń[ Nawet mi to na rękę, nie wiadomo jak to z kapryśną weną bywa, a co dwie głowy to nie jedna. Okej, czyli zakładając, że Josh przytargał jakiegoś rannego, możemy założyć, że rana jest poważniejsza niż kilka prostych przeciągnięć nicią, ale z jakiś powodów sam zainteresowany się opiera. I trzeba go ogłuszyć, potem Josh jako dobry kolega musi wysłuchać jak tamten nie powinien się zachowywać... Jakoś samo by na pewno poszło w wątku. ]
OdpowiedzUsuń[ Nie ten typ, niestety. Zresztą nie najlepsza z niej towarzyszka do rozmów, nawet tych na polu prywatnym. Musiałabym trochę pogłówkować, co prócz pracy w ambulatorium, mogłoby zbliżyć do siebie Kitty i Mer, bo tak to wątpię, aby ta pierwsza w naturalny sposób dążyła do zacieśniania więzów. ]
OdpowiedzUsuń[ Obiecałam już rozpoczęcie autorce Katherine, więc jeżeli nie masz nic przeciwko, wyślę komentarz do Ciebie gdzieś w okolicach południa, może trochę później. ]
OdpowiedzUsuńMając w pamięci własne doświadczenia sprzed kilkunastu dni, był wyrozumiały. Nawet wtedy, gdy w okolicach szóstej rano jego kompan darł się wniebogłosy, kurwując na prawo i lewo, czym na pewno nie byli zachwyceni smacznie śpiący obozowicze w mijanych mieszkaniach. Wracali z nocnego wyjścia, które przebiegało w miarę spokojnie jak na tą porę, będącą przecież okresem największej aktywności zombie. Po ich powrocie, z samego rana, zaopatrzeniowcy mieli wyruszyć wyznaczoną trasą mając pewność, iż żadne niespodziewane hordy krwiożerczych bestii nie wyskoczą na nich w najmniej oczekiwanym momencie. Dlatego należało im drogę nieco oczyścić, zostawiając po sobie smród spalonych ciał. Jednak tak jak przez zdecydowaną większość czasu wszystko szło doskonale po ich myśli, tak należało sobie w najmniej odpowiednim momencie przypomnieć, że przypadki chodzą po ludziach i niektórzy w ekipie zwiadowców to jednak idioci gdy adrenalina za mocno uderzy do głowy. I w ten oto sposób po jakże widowiskowym skoku który jeszcze w czasie lotu rozbawieni ocenili na porządną ósemkę, teraz mieli takiego jednego z nienaturalnie wykręconą prawą nogą, skomlącego jak szczeniak ilekroć próbował na niej stąpnąć. Rekcja po paskudnym upadku była już mniej entuzjastyczna, a od tego momentu niebezpiecznie spowalniając cały pochód, dwójka musiała nieść nieroztropnego akrobatę wprost do ambulatorium, licząc na spotkanie jakiejś pomocy medycznej, która choć osądzi jak bardzo poważny jest to uraz.
OdpowiedzUsuńW akompaniamencie drącego się kolegi, którego obaj zdecydowali się zignorować, wparowali niezbyt grzecznie do środka, od razu sadzając rannego na wolnym łóżku stojącym pod ścianą. Josh rozejrzał się dookoła, dostrzegając nieco zdziwioną twarzyczkę młodej kobiety. Pamiętał jak nieco ponad dwa tygodnie temu wyjmowała z jego barku zabłąkaną kulkę i zszywała ranę, a pewności wspomnień dopełniał biały kitel wyraźnie wskazujący na pielęgniarkę jeżeli nie samodzielną panią doktor. Uspokojony obecnością pomocy medycznej polecił koledze z którym tutaj przyszedł udać się do przełożonego i złożyć stosowny raport, który później sam uzupełni w rozmowie z Jinxem. Josh wolał jednak zostać na miejscu i przypilnować rannego, od dłuższego czasu twierdzącego, że wcale nie musi tu być i wszystko samo się zagoi. W związku z podobną postawą miał poważne obawy, że młoda pielęgniarka sama sobie nie poradzi i nie był na tyle okrutny by zostawiać jej samej z tym problemem.
- Dobry, mogłabyś się zająć tym tutaj? Niefortunne lądowanie i nie może teraz chodzić – powiedział, przechodząc od razu na ty. Niezależnie od funkcji w Obozie, gdzie rzekomo nie było ważnych i ważniejszych, patrząc na buźkę stojącej przed nim dziewczyny, był pewny, iż jest od niej starszy. – A ty się zamknij i pozwól się opatrzyć – warknął już zdecydowanie mniej przyjaźnie w stronę broniącego się przed interwencją lekarską bruneta siedzącego tuż obok, który chyba nagle zapomniał o bólu.
[Dziękuję :)
OdpowiedzUsuńW sumie, pomysły złe nie są. Poznać mogłyby się przez Martena, z którym Aly często mogłaby się bawić. Z czasem dziewczyna zaczęłaby przychodzić też do Meredith, aby jej pomóc przy układaniu lekarstw oraz różnych papierów albo ot tak, aby porozmawiać z kimś w jej wieku. Mer, jako pomocnica lekarza, mogłaby też wiedzieć o tym, że przed wybuchem epidemii Aly była pacjentką szpitala psychiatrycznego. Co do wątku zaś, Alyssa lubi podejmować się rzeczy, którym czasami nie jest w stanie sprostać. Powiedzmy, że tym razem postanowi wspiąć się na drabinę, aby coś, gdzieś przyczepić i oczywiście w pewnym momencie bęc, spada na ziemię. Wielka panika, łzy jak grochy, bo przecież boli i szybko do Meredith, aby nałożyła jej gips, bo niewątpliwie złamała rękę, która naprawdę okaże się być tylko potłuczona, ale przecież Aly lubi wyolbrzymiać. Może być?:)]
Alyssa
[Błagam, zacznij, zbuduję ci ołtarzyk :D]
OdpowiedzUsuńAlyssa
To był ciężki czas dla Davisa. Od dwóch tygodni nie miał kropli alkoholu w ustach i od tego samego czasu nie mógł spać. Zawsze tak miał, gdy przestawał pić. Podczas ciągów alkoholowych przesypiał całe dnie, ale gdy odstawiał procenty, czuwał przez niemal całe noce. Teraz było podobnie. Żył na adrenalinie, niebezpieczeństwo zastępowało mu alkohol, naciskanie spustu wynagradzało brak kawy. Ale tego dnia nie działo się kompletnie nic. Siedział niemal bezczynnie, od czasu do czasu pomagając w pomniejszych pracach fizycznych. Drżały mu ręce, miał zaczerwienione oczy, zaczął żałować, że od dwóch tygodni grzecznie oddaje zaopatrzeniowcom cały znaleziony alkohol. Był zawieszony w stanie, gdy zmęczenie jest już tak duże, że nie pozwala odpocząć.
OdpowiedzUsuńBiegał. Gdy był już w takim stanie, że nie mógł złapać oddechu, biegał. Długo, daleko, szybko. Nie słyszał nic, oprócz pulsowania krwi w uszach. Nic, oprócz stóp odbijających się od żwiru, piasku, betonu. Nic, oprócz odgłosu silnika. Nic, oprócz… swojego nazwiska. Ktoś go wołał. Nie zatrzymał się od razu. Dopiero po dłuższej chwili, gdy uznał, że będzie w stanie normalnie oddychać. Serce biło mu jak oszalałe. Pochylił się do przodu, opierając dłonie na kolanach. Słyszał, że tuż za nim zatrzymał się samochód, słyszał wołanie, słyszał tanatonautów i już wiedział, że dalej biec nie musi.
Dostał latarkę. Dostał M16. Stary, z uszkodzoną rękojeścią i ograniczonym zapasem amunicji. W pasku miał swój pistolet, w plecaku magazynki na wymianę i całkowicie podstawowe przybory do pierwszej pomocy. Znów czuł się dobrze, znów czuł się lekko i znów nie czuł zmęczenia. I tylko fakt, że nie uśmiechał się od dwóch lat, powstrzymywał go przed wyszczerzeniem zębów. W półciężarówce czuć było atmosferę niepokoju i niezdrowego podekscytowania. Mieli znaleźć grupę zaopatrzeniowców, z którą Obóz stracił kontakt. Ktoś rzucił w powietrze, żeby rozglądać się też po ziemi i wśród całej ekipy zapanowała nieprzyjemna cisza, w której słychać było tylko burczenie silnika.
Od razu się rozdzielili. Mieli iść w dwuosobowych zespołach, ale było ich pięciu bez kierowcy, który miał za zadanie pilnować auta. Davis został bez pary, co było mu zdecydowanie na rękę. Nie był zwierzęciem stadnym, towarzystwo doceniał tylko wtedy, gdy sam nie dosięgał tkwiącego w jego plecach noża, a poza tym nie znosił czuć na siebie wzroku kooperantów. Ograniczało mu to swobodę. Dostał do sprawdzenia rewir w okolicach poszukiwanej przez zaopatrzeniowców apteki. Szedł powoli, spokojnie, ufając bardziej swoim uszom niż oczom. I chyba słusznie, bo gdy godzinę później stał z latarką przyklejoną do karabinu, trzymając palec na spuście i celując stopem światła przed siebie, nie wierzył własnym oczom.
Nie zdążył nawet otworzyć ust, nie zdążył zrobić kroku, nie zdążył zrobić nic. Nacisnęła spust.
Michael Davis
Był zmęczony i zirytowany. Ambulatorium nie kojarzyło mu się dobrze nawet mimo przemiłego personelu jaki mógł tu spotkać, bowiem pamiętał Meredith jako sympatyczną młodą kobietę, która udzieliła mu fachowej pomocy nie zważając na to, że jej pacjent był wtedy podminowany i miał ambitny plan zabić pewnego młodzika, który wpakował mu w bark przypadkową kulkę. Co prawda teraz podchodził do całej sytuacji z sporą dozą humoru… Ale wtedy do śmiechu zdecydowanie mu nie było. Teraz także czekał tylko na moment kiedy będzie mógł wyjść. Raport rzekomo został złożony, ale uzupełnienie będzie raczej konieczne. Poza tym jednak myślał już tylko o własnym łóżku i możliwości wyciągnięcia się na parę kwadransów, zaznawszy odrobiny świętego spokoju.
OdpowiedzUsuńByć może należał do tej grupy szalonych, ale niemal codziennie opuszczał mury obozu, patrolując okolicę, upewniając się, że panuje względny spokój. To do zwiadowców należała też rola informatorów. Jeżeli napotkali na swojej drodze zbłąkanych ocalałych, kierowali ich w stronę schronienia, niejednokrotnie przy tym ratując ludzkie życia. Ale patrzenie na ruiny rodzinnego miasta nie było łatwe. Pamiętał inaczej te ulice, jeszcze gdy tętniły życiem śpieszących się wiecznie ludzi. Dziś miliony z tych zabieganych mieszkańców już nie żyło.
- Nie, nic mi nie jest! – Ciemnowłosy mężczyzna za wszelką cenę próbował przekazać im jakże odkrywczą wiadomość, że noga sama się nastawi i wszystko będzie dobrze. Josh mógłby to zignorować gdyby nie fakt, że jego niespełna rozumu kolega najwyraźniej miał w nosie grzeczne polecenie pani doktor, próbując wstać. W tym momencie nieco się zirytował i postanowił doprowadzić go do porządku w typowo męski sposób. Szybki cios pięścią w twarz co prawda nie miał go ogłuszyć, ale taki właśnie skutek przyniósł. Lepsze to niż nic, choć zamiarem jasnowłosego zwiadowcy były tylko uspokoić, a nie pozbawić przytomności.
- Nie ma sensu tracić na niego dobrego alkoholu – powiedział, spoglądając z politowaniem na leżące ciało. Miał dość tych krzyków i ciągłego wykłócania się, nawet jeżeli tak nie powinien postąpić dobry kolega. – Zawsze możesz przekazać go mnie, na pewno się dobrze zaopiekuję. No i liczę, że do badania jego przytomność nie była konieczna. – Odwrócił się w stronę kobiety, uśmiechając przy tym już całkiem pogodnie, jakby nie zaszło przed chwilą absolutnie nic dziwnego.