Urodzony
dwunastego stycznia tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego piątego roku w San
Francisco jako pierworodny syn Anny i Timothy'ego Tylerów - pary niezbyt zamożnego
małżeństwa z blisko trzyletnim stażem i pełnym nadziei wejrzeniem w przyszłość.
Wychował się na jednym z szarych blokowisk portowej części czternastego co do
wielkości miasta Stanów Zjednoczonych, obdzierając chłopięce kolana, smakując
zakazanego trunku dla dorosłych
krótko po skończeniu czternastego życia i zakochując się na zabój średnio trzy
razy w miesiącu. Ukończywszy szkołę średnią i otrzymawszy sportowe stypendium
rozpoczął studia. Zmuszony przerwać edukację na skutek niespodziewanych
wypadków losowych i drastycznego pogorszenia się sytuacji finansowej rodziny,
podjął pracę jako strażak, którą z zaangażowaniem i satysfakcją wykonywał do
wybuchu epidemii. Pewny śmierci obojga rodziców, los młodszego brata pozostaje
nieznany; w związku z brakiem jakichkolwiek wieści od kilku miesięcy, uznaje go
za zmarłego.
Josh
był jednym z pierwszych mieszkańców obozu, w ramach przeprowadzki zmieniając
jedynie zamieszkałą część rodzimego miasta. Czynnie działający jako zwiadowca -
doskonała znajomość ulic San Francisco oraz przyzwyczajenie do instynktownego
radzenia sobie ze strachem zapewniły mu miejsce w zespole; mający na koncie
jedną lub dwie definitywnie należące do przeszłości nieodnotowane przygody z tanatonautami
na początku pobytu do których oficjalnie się nie przyznaje. Wykazuje odrobinę zbyt dużą skłonność do brawury,
utrzymywaną jednak w ryzach dzięki nieodłącznemu poczuciu obowiązku i troski o
towarzyszy broni, kiedy wychodząc poza mury obozu wzajemnie pilnują swoich
pleców. Zaadoptowawszy się do panujących warunków odkąd wmówił sobie, że wbrew
zdrowemu rozsądkowi wcale nie celuje w coś, co gdzieś w głębi nadal może być
człowiekiem, ręka już mu nie drży, a głowy w krótkie, umęczone noce nie
dosięgają sny o winie i niemożliwym przebaczeniu. Zachowuje pogodę ducha,
niezmiennie pozostając niepoprawnym optymistą irytującym co bardziej sceptycznych
swym wiecznym uśmiechem i panoszeniem się po obozie. Jako prawdziwy patriota
nadal uważa upadłe Stany Zjednoczone za rzekomy sztandar wolności i dobrobytu,
licząc odzyskać w przyszłości okaleczone resztki utraconej rzeczywistości, acz
myśli coraz częściej uciekają w stronę Starego Świata, mając nadzieję jeżeli
nie na pomoc, to chociaż na ratunek.
Trzy blizny
(dwie będące pamiątką po dawnej profesji jeszcze z tamtego życia, jedna – najświeższa – to efekt przypadkowego
postrzału przez nieopierzonego młodzika, który dorwał się do broni
nieproszony), oswojony pistolet, skórzana kurtka i wciśnięta głęboko w kieszeń wybłagana
od zaopatrzeniowców ostatnia paczka zgniecionych papierosów.
JOSH TYLER
z w i a d o w c a
____________________
wizerunek:
Charlie Hunnam
zapraszam do wątków


[Cześć :) Całkiem z niego pozytywny człek, o. Pomysłów zbyt wiele nie mam, ale wpadłam na banał. Jeśli nowej blizny dorobił się w przeciągu ostatnich dwóch tygodni, to może Meredith miała przyjemność go opatrywać? :)]
OdpowiedzUsuńMeredith
[Ja dzisiaj jestem w stanie powiedzieć tylko, że Josh wyszedł świetny. Skoro miał jakieś przygody z tanatonautami, to może z Davisem?]
OdpowiedzUsuńMichael Davis
[Dlatego też przyjemność napisałam kursywą, bo o tej porze miewam problemy z doborem odpowiednich słów :) Skoro powiązanie pasuje, to teraz wypadałoby jakiś wątek wymyślić i napisać.]
OdpowiedzUsuńMeredith
[ Zaczyna się obiecująco… ]
OdpowiedzUsuń[A dziękuję. ;)
OdpowiedzUsuńMyślałem nawet, żeby Josh uratował któregoś razu życie Davisowi, więc on po części z sympatii, po części z poczucia obowiązku milczy o jego niegdysiejszym przekraczaniu kompetencji. Dzisiaj już nie wymyślę niestety żadnego wątku.]
Michael Davis
[Możemy kombinować razem, możemy czekać do rana, aż olśnienie spłynie na którąkolwiek z nas, bo sama raczej nic nie wymyślę. Nie teraz. Ewentualnie możemy uznać, że Josh wraca z rannym kolegą (bądź kolegami), a dostępna jest tylko Meredith. Ale co dalej?]
OdpowiedzUsuńMeredith
[ Niech się cieszy biedak póki może ]
OdpowiedzUsuń[No i nam się udało. Jeszcze jakbyś zaczęła, to będę wdzięczna :)]
OdpowiedzUsuń[Cieszy mnie to bardzo :) A błąd poprawiony! Poza tym, skoro Josh by ją polubił to przydałby się jakiś wątek, czyż nie? Jakieś pomysły masz czy może ja mam coś wymyślić?]
OdpowiedzUsuńAh, no i ubóstwiam Hunnama! Cieszy mnie fakt, że nie zagra Greya, bo niewątpliwie zepsułby tym sobie karierę :)]
Alyssa
[Wiem o tym, uwierz mi! Też któregoś razu przeglądałam jego zdjęcia, jednocześnie pisząc kartę. Skończyło się na tym, że kartę napisałam po dwóch godzinach.
OdpowiedzUsuńW każdym razie, mi się pomysł podoba! Ażeby nam się szybko wątek nie skończył, Josh mógłby mieć jakieś jedno większe zadrapanie na ciele, a że nie będzie to nic poważnego, do pielęgniarki nie pójdzie, więc Alyssa się uprze, żeby chociaż ona mogła na to zerknąć, bo czuje się taka niepotrzebna i chciałaby się o kogoś choć trochę zatroszczyć, o. A co będzie dalej to zobaczymy. Jeżeli pasuje, postaram się jak najszybciej zacząć wątek :)]
Alyssa
Ile by ona dała, aby móc spędzić cichy i spokojny wieczór nad ogromnym tomiszczem anatomii człowieka, jedynie w towarzystwie własnym i kubka gorącej herbaty na rozgrzanie… Siedząc pochyloną nad aktami medycznymi grupy dzieciaków, których wraz z kolegami i koleżankami po fachu składała do kupy około godziny osiemnastej, gdy zgłosili się oni do ambulatorium z mniejszymi oraz większymi rozcięciami skóry rąk i twarzy, nie spodziewała się, iż uzupełnianie ich dokumentacji medycznej zajmie jej tyle czasu. Kilkulatki, znudzeni spędzaniem czasu w szklarni wraz ze swoją sędziwą opiekunką (tak swoją drogą, kto wpadł na pomysł, aby powierzać opiekę nad ośmioma rozbrykanymi dzieciakami osobie, która już dawno przekroczyła siedemdziesiąty rok życia?) Postanowili pograć w piłkę, i tak, w wielkim skrócie, szklarnia, w której się bawili nadawała się już tylko i wyłącznie do gruntownej naprawy. Na szczęście dla nich, odłamki szkła nie poraniły ich zbyt mocno. Skończyło się na lekkich opatrunkach i kilku szwach, choć samo zapanowanie nad stadkiem ciekawskich dzieciaków było bardziej męczące od udzielania im właściwej pomocy. Kitty, która przywykła do tego, że często miewa w życiu pod górkę, zgodziła się uzupełnić akta z dzisiejszego dnia. Widzą, że główny lekarz słania się na nogach po wczorajszym dyżurze, wolała sama zająć się odpowiednim wypisywaniem raportów. Zwłaszcza, iż dzisiejszego wieczoru nie musiała spędzać na twardej kozetce w ambulatorium. Swoją pracę zakończyła po dwudziestej trzeciej. Poukładała akta w równe stosiki, po czym odłożyła je starannie do stalowej szafeczki nieopodal własnego, małego biurka. Pożegnawszy się ze swoją zmienniczką, opatuliła się ciepło najpierw jednym, a później drugim swetrem, wychodząc wprost w chłodne objęcia nocy. Najbliższe miesiące będą dla niej bardzo trudne. Kitty nie lubiła zimna, a wszakże był już listopad. Z każdym kolejnym tygodniem będzie coraz gorzej, a ona nie miała nawet porządnej kurtki. W ogóle, tak jak każdy, nie miała wiele. Na razie ochraniała się przed chłodem grubymi swetrami. Zaopatrzeniowcy nie przywozili ze sobą wielu kurtek, ale za jakiś czas Rada obozu powinna o to zadbać. Inaczej wszyscy będą cierpieli z powodu zimna. Objęta ramionami panna Holmes powtarzała sobie w myślach, że jeszcze tydzień, góra dwa i dostanie swoją przydziałową kurtkę… musi zagryźć zęby i uzbroić się w cierpliwość. Te ponure myśli pochłonęły ją do tego stopnia, iż w momencie, gdy usłyszała nieopodal siebie głośne nawoływanie, podskoczyła w miejscu, obejrzawszy się za siebie z wyraźnym zdezorientowaniem. Było ciemno, i dopiero po chwili rozpoznała znajome rysy twarzy jednego ze zwiadowców, którego miała przyjemność zszywać tuż po jednej z jego akcji. Odwdzięczył się gorącą herbatą i stosem koców… może dlatego, zamiast go zignorować, udając, że go nie pamięta, Kitty przystanęła w miejscu, rzucając mu trudne do określenia spojrzenie swych piwnych ślepi.
OdpowiedzUsuń– Śledzisz mnie Tyler …? – Mruknęła na powitanie, unosząc sceptycznie jedną, ciemną brew.
[Gdyby Alyssa zabrała się za zszywanie, Josh prawdopodobnie wylądowałby po chwili u lekarza z jeszcze gorszymi obrażeniami. W każdym razie, dobrze, na razie bez ranienia biednego Josha :) W takim razie zabieram się grzecznie za wątek/]
OdpowiedzUsuńAlyssa
Choć od utworzenia Obozu minął prawie miesiąc, Alyssa czuła się jakby była już tutaj przynajmniej rok. Może to dlatego, że każdy dzień wyglądał niemal tak samo, może dlatego, że nie miała stałego zajęcia i niemal codziennie wałęsała się po wyspie, starając się znaleźć jakieś pożyteczne zajęcie. Początkowo cieszyła się, że nie ma żadnych obowiązków i może zaszyć się gdzieś w kącie, aby po raz dziesiąty przeczytać Władcę Pierścieni, jednak z czasem, gdy Obóz powoli zaczął się rozwijać i każdy miał coś do roboty, a Alyssa już trzeci raz czytała tę samą książkę, zaczął jej ciążyć fakt, że nie ma nic sensownego do roboty. Schowała więc książkę pod prowizoryczne posłanie, które dostała, gdy przybyła do Obozu i zaczęła chodzić od jednej osoby do drugiej, pytając się czy może w czymś pomóc. Od razu wiedziała, że pomoc w szpitalu nie jest dla niej, w kuchni też nie radziła sobie zbyt dobrze, a sprzątać nigdy nie lubiła, więc od razu z tego zrezygnowała. Coraz częściej jednak pomagała w ogrodzie przy uprawie owoców i warzyw, co w pewien sposób ją satysfakcjonowało. Nie mogła jednak tam spędzać całych dni, więc po kilku godzinach znowu zaczynała wałęsać się po Obozie, szukając innej pracy. Raz popilnowała czyichś dzieci, innym razem pomagała podawać obiad, a czasami nosiła jakieś lżejsze rzeczy do magazynów.
OdpowiedzUsuńDzisiejszy dzień zaczęła jak każdy inny. Najpierw kilka godzin w ogrodzie, później chwilka wolnego na obiad i przeczytanie kolejnego rozdziału książki, a następnie szukanie kolejnych zajęć, których mogłaby się złapać do wieczora. Niestety, przez dobre dwie godziny nic nie mogła znaleźć, bowiem nikt nie potrzebował jej pomocy. Marudziła, jęczała, mruczała coś pod nosem, dopóki w końcu nie znalazła sobie zajęcia. Wiedziała, że porywa się z motyką na słońce, bowiem kartony z żywnością, którą przywozili raz na kilka dni zwiadowcy wraz z tatonautami, są zbyt ciężkie, przynajmniej dla tak niskiej i drobnej dziewczyny jak ona, ale nie zamierzała się tak łatwo poddać. Wybrała więc te pakunki, które wyglądały na najlżejsze i zaczęła ciągnąć je w stronę kuchni, która o tej porze była niemalże pusta. I jeżeli Alyssa myślała, że jakoś da sobie radę, niestety się przeliczyła. Minęło może dziesięć minut, a dziewczyna była dopiero w połowie drogi, ciągnąc i szarpiąc pudło jak głupia, jednocześnie klnąc cicho pod nosem, co istotce takiej jak ona raczej nie przystoi.
- Głupi karton - warknęła w pewnym momencie, prostując się i kopiąc pakunek ze złością.- Nie mógłbyś mi chociaż trochę pomóc? - dodała po chwili, wiedząc, że i tak nikt jej nie odpowie. Westchnęła ciężko i po chwili podjęła się kolejnej próby przeciągnięcia pudła do kuchni, która była oddalona o zaledwie kilkadziesiąt metrów.
Alyssa
Kitty miała to do siebie, że nie słynęła z miłego uosobienia. W stosunku do ludzi, rzecz jasna… jeśli chodziło o zwierzęta, sprawa wyglądała wręcz przeciwnie. Panna Holmes zawsze przeżywała krzywdę czworonożnych (a niekiedy nie) pupili. Cieszyła się ich widokiem, czuła się swobodnie w ich towarzystwie. Prawdziwe katusze przeżywała wtedy, gdy widziała je zaniedbane lub porzucone, albo musiała czworonogi usypiać. To było dla niej potworne i niewyobrażalne, choć jak na wykształconą, racjonalną kobietę przystało, doskonale wiedziała, że niekiedy nie było innego wyjścia, jak ulżyć zwierzęciu w cierpieniu. Jej znajomi zawsze żartowali sobie z tego, iż jest bardziej wyczulona na psy niż na małe dzieci. I taka była prawda, panna Holmes nawet nie zamierzała zaprzeczać. Każdy, kto ją znał, prędzej czy później się z tym godził i przyzwyczajał się do jej szorstkiego usposobienia. Nie była zołzą. Po prostu ufała wyłącznie sobie oraz garstce osób, (których potrafiłaby wyliczyć na palcach obydwu dłoni), o których myślała tuż przed zaśnięciem i zaraz po przebudzeniu. To na rodzicach i rodzeństwie zależało jej najmocniej na świecie. Zwłaszcza teraz, gdy ich los pozostawał nieznany, a ona nie miała wokół siebie ani jednego przyjaciela. Choć najwyraźniej owy jasnowłosy zwiadowca miał inne zdanie na ten temat, co Kitty wyraźnie uczulało.
OdpowiedzUsuń– Masz na myśli podchmielonych mężczyzn z bronią w kaburze…? – Uśmiechnęła się z przekąsem, choć nie na tyle wyzywająco, aby mógł to odebrać za wyraźną zniewagę. Musiałaby być ślepa, aby nie domyślić się obecnego stanu Josha. Nie zapamiętała go sobie, jako ponuraka, ale nawet on wydawał się zbytnio wesolutki oraz żywy, jak na taką późną porę i mało sprzyjające warunki pogodowe. W dodatku, gdy stanął naprzeciwko niej, mogła spokojnie ujrzeć jego rozszerzone źrenice, co tylko utwierdziło ją w przekonaniu, iż musiał wracać z bardzo przyjemnego wieczorku, gdzie nie szczędzono napojów wysokoprocentowych.
– Wracaj do siebie Joshua, jest już zbyt późno na zgrywanie bohatera. – Westchnęła cicho pod nosem, kręcąc przy tym lekko swą ciemną czupryną. Po chwili odkręciła się na pięcie, i ruszyła w stronę zaciemnionych alei, przy których mieściły się ogromne, ziejące pustką magazyny.
[ Och tak za jednego takiego wyszła za mąż nawet. Niestety biedaczek umarł. Peszek.
OdpowiedzUsuńTo ja się też przywitam i od razu o wątek zapytam?]
Lucy
[No cóż trzeba jakoś żyć dalej. Rozpacza sobie po nim cichutko. Nie pozostało mi nic innego jak czekać i przygotowywać się mentalnie na zaczęcie tego co tam wymyślisz ^.^]
OdpowiedzUsuńLucy
Na wyspie przebywało około stu osób. Mało, a zarazem dużo mieszkańców, jeśli brać pod uwagę panujące za lodowato zimną wodą warunki. Obóz był bardzo bezpiecznym miejscem, zarówno, jeśli chodziło o odseparowanie się od zakażonych, jak i wspólnotę zasiedlającą wyspę. Kitty nie bała się późnych powrotów do małego, oddalonego o dziesięć minut spacerkiem od szpitala, mieszkania. Tu zawsze było spokojnie. Tak spokojnie, że gdyby nie przechadzający się od czasu do czasu Strażnicy z odbezpieczoną bronią pod pachą, Kitty mogłaby uznać, że apokalipsa zombie była jedynie głupim snem po przejedzeniu się popcornu na noc. Niestety, nie był to jedynie niewinny koszmar. Tak czy inaczej, nie czuła się tu zagrożona. Dlatego zupełnie nie rozumiała nacisków ze strony Josha, który chciał ją bezpiecznie odstawić do domu. Przewróciła ciemnymi ślepiami, wzdychając cicho pod nosem. Faceci i ich poczucie odpowiedzialności za słabszych. Skąd się jeszcze tacy biorą? Kitty myślała, że już dawno wymarli.
OdpowiedzUsuń– Zawsze byłeś taki nachalny…? – Odgarnęła z czoła ciemną, niesforną grzywkę, gdy ta zatańczyła energicznie na chłodnym wietrze. Katherine skrzywiła się lekko, czując kolejną dawkę zimna, która spłynęła na nią dokładnie w tej samej chwili. Skuliła się lekko, choć hardość jej spojrzenia nie zelżała ani odrobinę. Wpatrywała się w jasnowłosego zwiadowcę z trudną do odgadnięcia miną, aż w końcu ponownie odwróciła się przodem do kierunku pierwotnego marszu, machnąwszy lekceważąco ręką. – Rób co chcesz, skoro znowu ci się nudzi… – Tak samo było w przypadku, gdy został z nią na noc w ambulatorium. Nie rozumiała tego, nie musiał tego dla niej robić. Przecież się nie znali. W dodatku ona wyraźnie nie zachęcała go do zmiany tego stanu. Zwykle jej podejście wystarczyło, żeby odstraszyć od siebie większość ludzi. Dlaczego on nie chciał dać się tak łatwo spławić? Był lekko wstawiony… może to tu tkwił cały sęk? Jutro stwierdzi, że powinien przestać tyle pić, i to zapewne będzie ich ostatnie spotkanie. Kitty obejrzała się za siebie, zerkając uważnie na sylwetkę jasnowłosego natręta. Powinien umilać sobie czas wolny z jakąś panią, która nie traktowała go tak, jak ona, okazując mu większą sympatię i zainteresowanie. Panna Holmes mogła się założyć, że w tym obozie znalazłoby się ich, co najmniej kilkanaście.
To nie tak, że Alyssa cieszyła się z tej całej epidemii. Owszem, osobom postronnym mogłoby się tak wydawać, szczególnie, że każdego dnia uśmiechała się od ucha do ucha i nie martwiła się co przyniesie jutro, w przeciwieństwie do pozostałych mieszkańców Obozu. Wszakże nie była już beztroskim dzieckiem, a młodą kobietą, która powinna trzeźwo patrzeć na świat i twardo stąpać po ziemi. Jednak, jak niektórym wiadomo, Aly nigdy nie umiała być poważną i racjonalną osobą. Od zawsze uciekała w świat fikcji, rzadko kiedy brała coś na poważnie i właśnie przez to miała problemy nie tylko z rodzicami, ale i rówieśnikami. Aż w końcu zdała sobie sprawę, że tak nie wolno i musi z tym skończyć. Przynajmniej tak sobie wmawiała, gdy zgłaszała się do szpitala psychiatrycznego, choć w głębi duszy wiedziała, że tak naprawdę idzie tam tylko dlatego, aby uciec od krzywych spojrzeń i poznać ludzi, którzy myślą podobnie. To właśnie dzięki nim skończyła ze swoim wyimaginowanym przyjacielem, a nie dzięki lekom i terapiom. Już więcej go nie potrzebowała, bowiem spotkała prawdziwych, żywych przyjaciół, którzy doskonale ją rozumieli.
OdpowiedzUsuńO dziwo, była szczęśliwa w szpitalu, naprawdę. Chociaż traktowali ją tam jak wariatkę, a nie zagubioną, delikatną dziewczynę, która po prostu potrzebuje w swoim życiu ludzi podobnych do siebie, czuła się tam jak w domu. I nagle wszystko się skończyło. Wybuchła epidemia i zaczęła się ewakuacja szpitala, która skończyła się fiaskiem. Do Obozu dotarło tylko kilkanaście osób z kilkudziesięciu. Ona, jedna z pielęgniarek i kilku innych pacjentów, których nie znała. Reszta przepadła, zniknęła. Być może się uratowali, jednak Alyssa wiedziała, że mieli marne szanse. Mimo wszystko, Aly zauważyła w tym swoją szansę. Niemal nikt jej nie znał, mogła zacząć od nowa, mogła zająć się czymś pożytecznym i nie myśleć o tym co było kiedyś. Zresztą, o tym co będzie też wolała nie myśleć. Żyła teraźniejszością, innym pozostawiając martwienie się o to, co będzie jutro. Ona zaś martwiła się w tej chwili jedynie o to, jak przenieść ciężkie pudło wypełnione żywnością do kuchni. Może i była młodsza od większości mieszkańców Obozu i miała od nich więcej energii, jednakże siłą dorównać im niestety nie mogła. Mimo to, dość często porywała się z motyką na słońce, co najczęściej kończyło się wizytą u pielęgniarki lub nadąsaną miną, gdy ktoś wyręczał ją w tym, co sama chciała zrobić, a na co nie miała wystarczająco siły.
Drgnęła machinalnie, gdy nagle tuż obok niej pojawił się Josh i z łatwością podniósł pudło. Blondynka wyprostowała się powoli, wydymając usta. Po raz kolejny wyręczona przez dorosłego, silnego mężczyznę. Powoli zaczynało ją to irytować, gdyż Alyssa była typem dziewczyny, która chciałaby robić wszystko sama. Taka mała Zosia Samosia, która niestety nie ma do tego odpowiednich predyspozycji. Cóż więc miała zrobić? Z miną obrażonego dziecka pozwoliła mu zanieść pudło do kuchni, przy okazji depcząc mu po piętach, jakby pilnowała go przed ucieczką ze sporym zapasem żywności.
- Nikt mi nie kazał - mruknęła, wzruszając lekko ramionami. To akurat była prawda. Tym razem nie pytała się czy może pomóc, bo wiedziała, że odpowiedź będzie przecząca. Ot, po prostu wybrała najmniejsze pudło z nadzieją, że nie będzie ono zbyt ciężkie. Niestety, dość szybko przekonała się, że małe pudło wcale nie oznacza lekkie.- Nikogo przy samochodzie nie było, więc po prostu wzięłam jeden z kartonów - dodała po chwili, wciskając za ucho zbłąkany kosmyk blond włosów.- Chciałam pomóc. Nikt mnie nigdzie nie chce, a nie lubię siedzieć bezczynnie na tyłku - westchnęła z miną największej cierpiętnicy.
Alyssa
[Zawsze uważałam, że apokalipsa zombie i Sons of Anarchy to doskonały pomysł. A najlepiej, jakby dorzucić do tego trochę z House'a, ale jak jest się na biolchemie to powoli się odechciewa wiecznie robić za lekarza. Zwłaszcza, jak biorą cię do tej roli na każdym larpie... Nevermind.
OdpowiedzUsuńJa wątek zawsze. Może być nawet wątek "wyjściowy", powiedzmy w opuszczonym szpitalu stosunkowo blisko Wyspy Skarbów.]
Jinx
Prywatność była dla panny Holmes niezmiernie poważanym tematem – śmiało mogła pochwalić się z bycia jedną z najbardziej rozpoznawalnych (głównie za sprawą przynależności do małego, niemniej niezbędnego zespołu tutejszych medyków) a zarazem najmniej znanych osobistości w Obozie. Większość mieszkańców kojarzyło Katherine, jako tą pielęgniarkę, która z wykształcenia była weterynarzem, i nie za wiele miała wspólnego z leczeniem ludzi. To akurat nie było pilną tajemnicą. Kitty od razu przyznała się, że żaden z niej Doktor House w spódnicy, ale zapewniła, że zna się na rzeczy na tyle dobrze, aby być przydatną szpitalnych szeregach. Co do reszty… Dziewięćdziesiąt pięć procent mieszkańców nie miało bladego pojęcia o tym, ile ma dokładnie lat, skąd pochodzi, i czy ma jeszcze jakąś rodzinę… Katherine dbała o to, aby nikt nie wiedział więcej niż było mu to do potrzebne. Tak, nie ufała innym ludziom. Tego też nie zamierzała ukrywać. W obecnych czasach nie było jej stać na ten luksus, zresztą nigdy niebyła osobą wyjątkowo wylewną. Swoje prywatne sprawy pozostawiała w kręgu jedynie najbliższych sobie osób.
OdpowiedzUsuń– To bez znaczenia. – Wzruszyła lekko ramionami, nawet nie spoglądając w kierunku jasnowłosego towarzysza. – Istnieje więcej niż siedemdziesiąt procent szans, że za miesiąc, może dwa, jedno z nas będzie już martwe. Nie opłaca się marnować energii na bawienie się we wzajemne poznawanie się. – Stwierdziła bardzo rzeczowym tonem głosu, pozbawionym choćby cienia melancholii lub strachu. Ostatnie tygodnie definiowały przyszłość w dość ponurych barwach, i Katherine zdążyła się już z tym pogodzić. Była realistką, bardzo mocno stąpała po ziemi. Dlatego możliwe, że uda jej się jeszcze trochę pożyć. Może nie była tak silna i wysportowana jak chociażby panicz Taylor, ale rezolutności i wrodzonej zaradności nikt jej nie odbierze. Na razie, w tutejszym obozie, czuła się bezpiecznie, ale nadal nie interesowało ją aklimatyzowanie się do otaczających ją ludzi. A przynajmniej nie w sposób poważny, który w przypadku śmierci jednej z nich, bardzo mocno by zranił. Najlepiej było odseparować się od ciekawskich spojrzeń, ignorować zaczepki zarówno kobiet, szukających wsparcia, jak i mężczyzn, liczących na bliskie towarzystwo jakiejś zlęknionej kretynki, która nie potrafi zadbać o samą siebie, i dlatego koi strach w ramionach obcych przedstawicieli płci brzydkiej. Kitty z pewnością nie należała do tej podgrupy.
[Nie mam nic przeciwko takiej prawej ręce. W zasadzie teraz mogę być spokojna, że żadna filigranowa dzieweczka się o rolę nie upomni.
OdpowiedzUsuńBardzo mi ta wizja odpowiada, ale dorzucę coś od siebie. I zaraz stanie się jasne, dlaczego ludzie nie lubią mojego poczucia humoru.
Tymi dwiema duszyczkami będą osoby, które nie dość, że nie mają jak się wydostać, to nie mogą tego zrobić. Bo jedną jest starszy pan żyjący dzięki sztucznym płucom, które oddychają za niego. Drugą może być mały chłopiec z ciężką wadą genetyczną, na przykład... alkaptonurię. Do poprzedniego dnia opiekowała się nimi pielęgniarka, ale prawdopodobnie to ją nasi zwiadowcy zastrzelą przy wejściu.
To kto zaczyna?]
Jinx
Nie zamierzała się z nim wykłócać o to, które z nich ma rację. Każdy miał prawo do zachowania własnego zdania, nawet wówczas, gdy wokół świat walił się i palił w posadach. Wypowiedź Katherine mogła być przez niego odebrana, jako wyjątkowo posępna, wręcz pesymistyczna, ale prawda była taka, iż panna Holmes była tylko realistką, która w bardzo klarowny sposób starała się ogarniać to, co się wokół niej wyprawiało. I mówiąc o siedemdziesięciu procent szans na śmierć jednego z nich, miała na myśli jego, a nie siebie. To już z pewnością nie zakrawało na pesymizm, prawda? Ona wierzyła, że da sobie radę, ufała samej sobie. Nawet, jeśli Obóz miał paść w przeciągu najbliższego tygodnia… ona to przetrwa. Po prostu.
OdpowiedzUsuń– Widzę, że ktoś tu po godzinach eksterminacji zombie, lubi bawić się w pana psychologa… - Odparła wymijająco, nie zamierzając zagłębiać się w temat nieuchronnej śmierci oraz sposobów oswajania się z obecnymi realiami. Była zmęczona, zmarznięta i z pewnością nie planowała poruszać tak poważnych kwestii w towarzystwie praktycznie obcego jej mężczyzny. Powstrzymała się od cichego prychnięcia politowania, gdy usłyszała z jego ust uwagę o tym, iż oboje znajdą się w tych trzydziestu procentach szczęśliwców, którym uda się przeżyć, zachowując szczątkowe relacje z innymi ludźmi. Jedynie na jej pobladłych ustach pojawił się odrobinę kpiący uśmieszek, który jednak szybko ustąpił miejscu wyraźnemu niezadowoleniu, gdy na ciemnym niebie rozbłysła pierwsza błyskawica, a w ślad za nią powędrowały pojedyncze krople deszczu. Katherine wyglądała tak, jakby miała się za chwilę rozpłakać. Już i tak było jej potwornie zimno, za jakie grzechy miała jeszcze moknąć? Jeśli się przeziębi, będzie wykluczona z pomocy innym, a bez stałego zajęcia, chyba zwariuje, zamknięta w tych ciasnych, czterech ścianach. Modliła się w duchu, aby był to tylko lekki kapuśniaczek… i więcej postanowiła się nie modlić, gdy niebo ponownie rozcięła jasna błyskawica, a w nią oraz w jasnowłosego zwiadowcę uderzyła pierwsza fala chłodnego, rzęsistego deszczu. Nawet nie kłopotała się z oglądaniem za siebie. Przeklinając cicho pod nosem, ruszyła biegiem ku najbliższemu schronieniu, które znajdowało się jakieś trzysta metrów od nich. Stara papiernia była niemal na wyciągnięcie ręki. Kitty, dobiegając do jej drzwi wejściowych, była już całkiem mokra. Pociągnęła za klamkę z całych sił, ale metalowe wrota ani drgnęły… były zamknięte.
Nie potrzebowała jego pomocy. Nawet nie zamierzała o nią prosić. Stare wrota do papierni wydawały się być zamknięte na cztery spusty, i gdyby nie łaskawość jasnowłosego mężczyzny, z pewnością zostawiłaby je w spokoju, aby podbiec do zadaszonego garażu, zaledwie pięćdziesiąt metrów dalej. Poradziłaby sobie bez jego siły, też mi wielkie halo… i wcale nie zamierzała się z nim kłócić. Katherine nie rzucała słów na wiatr, a on wcale nie zdenerwował ją do takiego stopnia, aby miała ochotę wbić mu żarzący się pręt pomiędzy te jasne, filuterne ślepia. Odsunęła się na bok, aby nie wadzić w próbach otwarcia wrót, po czym pierwsza przekroczyła próg pogrążonej w ciemności papierni. Nawet ogromne, ponad czterometrowe wyrwy, w których niegdyś wstawione były masywne okna, nie wpuszczały do wnętrza zrujnowanego budynku zbyt wiele światła… zresztą, nawet księżyc schował się za ciężkimi, burzowymi chmurami, pozostawiając dwójkę przemokniętych nieszczęśników samych sobie. Nieprzenikniony mrok rozświetlały jedynie pojedyncze błyskawice, dzięki którym Kitty, co parę sekund widziała porozrzucane po ogromnej hali części maszyn, jakieś bliżej niezidentyfikowane narzędzia i mnóstwo, mnóstwo śmieci. Zgniłe papiery oraz kartony roznosiły wokół osobliwy zapach wilgoci. Panna Holmes mrugała pośpiesznie powiekami, aby jak najszybciej oswoić się z panującą zewsząd ciemnością, równocześnie starając się nie dzwonić głośno zębami. Cała się trzęsła, a jej dwa najcieplejsze swetry zamieniły się w ciężkie, mrożące krew w żyłach szmaty, do cna przesiąknięte wodą. Kichnęła wymownie, walcząc z dreszczami. Gdy już, jako tako poczęła rozpoznawać kontury pojedynczych przedmiotów, ruszyła powoli do przodu, w stronę wąskiego korytarza, którego wnętrza nie rozświetlały nawet pojedyncze uderzenia błyskawic. Może była tam jeszcze jakaś stara stróżówka? Na upartego mogliby tam znaleźć jakąś latarkę, może nawet skrawek suchego materiału…? Postawiła zaledwie parę kroków, gdy deski pod jej stopami zajęczały żałośnie, odbijając ten mało przyjemny odgłos echem od zniszczonych, ceglanych ścian. W tej samej chwili, do jej nozdrzy dotarł potworny zapach rozkładu, który zmusił ją do zasłonięcia sobie nosa jak i ust drżącymi z zimna dłońmi. Skrzywiła się przy tym niemiłosiernie, odwracając twarz za siebie.
OdpowiedzUsuń– Czujesz ten smród…? – Jej głos wydawał się trochę zniekształcony, przez to, że trzymała ręce tuż przy ustach, ale była pewna, że jej pytanie było jasne i zrozumiałe.
Nie była tu zbyt długo, a prawie każdego dnia musiała kogoś zszywać lub pomagać reperować. I nie byli to sami odważni, którzy zapuszczali się w rejony zrujnowanego miasta. Często musiała zszywać stałych mieszkańców obozu, którzy nawet nie wyobrażali sobie chwili, kiedy przestąpią jego mur, aby wrócić tam, skąd przyszli. Ludzie czując odrobinę bezpieczeństwa, czując się nieco pewniej, zapominali o rozwadze, zdrowym rozsądku i ostrożności, którą powinni zachowywać nawet w podstawowych czynności. Zdarzały się przypadki, kiedy opatrywała pocięte palce obozowych kucharzy lub rozwalone kolana biegających wszędzie dzieci. Chociaż Rada starała się wszystko opanować – trzeba było przyznać szczerze, że nie wszyscy przywykli do obozowej rutyny i zasad tutaj panujących. Ludzie przeżywali szok, kiedy trafiali do zorganizowanego społeczeństwa. Zlęknieni, głodni, nieraz ranni i zawsze zmęczeni, nie umieli odnaleźć się w nowej rzeczywistości tak od razu. Na palcach jednej ręki potrafiła zliczyć śmiałków, którzy opuścili Treasure Island i już nie powrócili. Nikt nikogo tutaj nie zatrzymywał, ale źle było patrzeć, jak bramy zamykają się przed kimś, kto stał się częścią wspólnoty.
OdpowiedzUsuńPomogła już wielu, z wieloma nawiązała jakieś znajomości, ale do nikogo się nie przywiązywała. Uczono ją zawsze, że powinna radzić sobie sama, a tutaj – w Obozie, nie było to łatwe. Sporo osób polegało na jej wiedzy i umiejętnościach, podobnie jak ona polegała na wielu ludziach, których nawet nie znała. Życie tutaj miało swój jasno określony rytm, ale czasami zdarzały się takie dnie, jak ten, kiedy do ich szpitala wtargała trójka silnych mężczyzn. Kiedy jeden z nich był ranny i potrzebował pomocy. To byli ci, którzy opuszczali bezpieczne granice.
Otarła ręce o biały kitel, który już taki biały nie był. Był już nieco poprzecierany, szarawy i pewnie niedługo zrezygnują i z tego ubioru. Chociaż narzucała go tylko na ramiona, aby się nieco wyróżniać przymały kitel ograniczał jej ruchy. Dlatego ściągnęła go teraz, rzucając gdzieś na bok. Podeszła do siedzącego mężczyzny.
- Możesz się położyć? – spytała, sięgając po nożyczki. Musiała rozciąć nogawkę jego spodni, aby zbadać nogę, ocenić obrażenia. Kąt, pod którym była wygięta, nie wyglądał sympatycznie, dlatego obawiała się, że zbyt prędko chodzić nie będzie. – Jak się położysz, przyniosę ci trochę wódki na znieczulenie – uśmiechnęła się blado, próbując jakoś przekonać mężczyznę.
Meredith
Szczury…? Katherine westchnęła cicho pod nosem, rozglądając się po ciemnej hali, w poszukiwaniu bytności tychże stworzeń. Skoro Josh postawił taką, a nie inną hipotezę, musiał znaleźć ku temu pewne powody. Panna Holmes niestety ich nie wypatrzyła, ale tak czy inaczej, ten swąd był nie do zniesienia. Zmieszany z odorem ciężkiej wilgoci, która powoli osiadła na jej mokrych włosach i ubraniach, zaczynał ją doprowadzać do szału. Stanie w miejscu, i wdychanie odoru rozkładu z pewnością na niewiele im się przyda. Zakasłała więc cicho, z powodu upierdliwego uczucia drapania w gardle, po czym zagryzła lekko pobladłą wargę. Starała się dojrzeć oczu swego towarzysza, ale widziała jedynie jego sylwetkę, tuż obok swojej. Słyszała jego oddech, a nawet dźwięk uginających się pod jego ciężarem desek podłogowych starej papierni. I wtem ją olśniło. Nagły przebłysk geniuszu na moment poprawił jej wyraźnie podłamany humor.
OdpowiedzUsuń– Idiotka ze mnie… – Szepnęła cicho, po czym szybkim ruchem dłoni sięgnęła ku wewnętrznej kieszeni jednego z przemokniętych swetrów. Przy okazji, niechcący, uderzyła dłonią z rozpędu w rękę stojącego obok jasnowłosego mężczyzny. Mruknęła ciche przepraszam, nie zaprzestając grzebania pod warstwami ciężkich ubrań, a nim panicz Tyler zdołał zapytać, co w nią wstąpiło, dzielącą ich przestrzeń wypełniło słabe światło zapalniczki. – Zabrałam ją jednemu ze zwiadowców, gdy wczoraj przemywałam mu ranę na żebrach. Zapomniałam oddać… – Wyjaśniła w miarę spokojnie, teraz mogąc w pełnej krasie ujrzeć twarz oraz górną część sylwetki Josha. – Wyglądasz jak mokry pies. – Stwierdziła uprzejmie, uśmiechnąwszy się przy tym z wyraźną satysfakcją. Bo to, że tak zmokli to była jego wina. Gdyby jej nie zatrzymywał i nie zagadywał, zdążyłaby dobiec do domu przed burzą, a tak siedzieli zamknięci w zdewastowanej fabryce, otoczeni szczurzymi trupami o niemiłosiernie okropnym zapachu. Właśnie, ten odór zaraz sprawi, że zwróci kolacje. Nie czekając więc na reakcję jasnowłosego towarzysza, ruszyła ponownie ku wąskiemu korytarzykowi, w akompaniamencie pojękiwania starych desek podłogowych. Gdzieś na zewnątrz rozległ się głuchy łomot, prawdopodobnie odgłos pioruna uderzającego w wodę. Kitty nie była pewna, co znajdą na końcu korytarza, ale wcale nie zamierzała zawracać – zdawało jej się, że im głębiej wchodziła do budynku, tym dalej pozostawiała za sobą swąd szczurzych zwłok.
Nieświadomy urok… to określenie z całą pewnością pasowało do panny Holmes, która nigdy, w przeciągu dwudziestu siedmiu lat swego życia, nie przykładała większej wagi ku własnemu wyglądowi. Owszem, nie była brzydka, ale nie zwracała uwagi na to, jakie może wywierać wrażenie na obcych mężczyznach. Jeśli ktoś miałby ją spytać o zdanie, a ona byłaby zmuszona odpowiedzieć szczerze, stwierdziłaby, że z pewnością owe wrażenie jest średnie. Zgrabna sylwetka, ładna buzia… ale pozbawiona czegoś, co czyni ją interesującą. Uśmiechu. Tego zwykle jej brakowało. Poważna do bólu, rzadko dającą upust swym prawdziwym emocjom, zwłaszcza tym pozytywnym. Zachowawcza, pyskata… kiepski materiał na dziewczynę, chyba, że dla pierwszego lepszego pantoflarza. Ci jednak Kate nie interesowali. Chyba w ogóle nawet nie myślała o ustatkowaniu się. Ostatnie lata spędzała na pracy, pracy i jeszcze raz pracy. Na budowaniu sobie bezpiecznej pozycji w tym niestabilnym świecie. Tak wiele zdążyła osiągnąć… Jeden szczep bakterii zniszczył wszystko to, nad czym tak ciężko harowała. I jak tu nie być wiecznie złym?
OdpowiedzUsuń– Widzisz tamtą latarnię, przy domku Strażników…? – Gdy przystanęła tuż za nim, spoglądając na ścianę deszczu za potłuczonym oknem papierni, wskazała lekkim ruchem podbródka, we wspomnianym przez siebie wcześniej kierunku. Nie odpowiedziała mu na jego poprzednie pytanie. Nie zapomniała o nim. Musiała się tylko trochę zastanowić, czy warto udzielać mu jasnej odpowiedzi, skoro jeszcze piętnaście minut temu podejrzewała go o śledzenie… – Stoi tam dawny budynek przebywających na wyspie budowniczych portu. Tam zajmuje jedno z mieszkań. Dwupokojowe, na piętrze. Pięć minut drogi stąd. – Wyjaśniła spokojnie, po chwili odwracając się tyłem do mężczyzny. Wnętrze piętra starego budynku interesowało ją odrobinę bardziej, niż widok ulewy za oknem. Uniosła zapalniczkę lekko do góry, odsuwając ją odrobinę dalej od ciemnych oczu. Pomieszczenie dwa metry od niej nadal tonęło w mroku, ale pod swoimi stopami widziała kolejną porcję brudów i prześwitujące, spróchniałe deski. Westchnęła cicho w myślach. Wiatr bijący po jej skostniałych ramionach wprawiał płomień zapalniczki w drżący taniec. Pewnie z powodu zimna zaraz wpadnie w hipotermie… no dobra. Może nie zaraz. Ale za jakiś czas na pewno.
Katherine zawsze była zmarzlakiem. Nie tolerowała temperatur niższych niż dziesięć stopni, a gdy już miewały one miejsce, bardzo mocno przeżywała każdy ziąb, jakby tylko przyprawiał ją o dreszcze. Była dziewczyną ze skwarnego Teksasu, do cholery. Urodziła się w miejscu, gdzie słońce niemal bez przerwy zdobi niebo, a suche, letnie dni wloką się leniwie, nawet nie sugerując jakiejkolwiek zmiany pogody na gorsze. Potrafiła radzić sobie w niemiłosierne upały, ale gdy przychodziła zima… źle ją znosiła. Było tak zawsze, i na zawsze pozostanie. Nic, więc dziwnego, iż z każdą chwilą czuła się gorzej. Trzęsła się jak osika, a trzymana w jej dłoni zapalniczka, której płomień dygotał jak w napadzie padaczki, tylko potwierdzał w jak kiepsko radziła sobie z chłodem. Gdyby to jeszcze był lipiec… a nie listopad, wtedy sprawa mogłaby wyglądać o wiele lepiej. A tak nawet specjalnie nie protestowała, gdy dłonie Josha wylądowały na jej ramionach. Miała zamiar się odsunąć, ale jego dotyk przyniósł ciepło. A tego właśnie pragnęła, źródła ciepła. Pozwoliła więc złapać się za rękę i poprowadzić w dół schodów. Myślała, że na parterze znajdą mniej odsłoniętą kryjówkę… nie spodziewała się szaleńczego biegu w strugach deszczu.
OdpowiedzUsuń– Poczekaj, ja nie… – Ja nie chcę, chciała krzyknąć. Ale było już za późno. Znów zalała ją tafla zimnej wody, przez co pierwsze sto metrów była niemal ciągnięta siłą. Nogi jej się poplątały, dopiero po chwili odzyskała jako taką sprawność. Gnała za jasnowłosym zwiadowcą, myśląc o przyjemnościach, jakie czekały na nią w jej mieszkaniu. Domyśliła się, że właśnie tam Josh postanowił dotrzeć, nie pytając ją wcześniej o zgodę. Miała tam herbatę, suche ubrania, koce, działające ogrzewanie… To dodawało jej sił. Gdy ujrzała wyłaniający się zza zakrętu skromny budynek, omal nie jęknęła z zachwytu. Przyśpieszyła na ostatnich stu metrach, ślizgając się na błocie i wpadając w ogromne kałuże, a gdy wpadła tuż za Joshem na małą klatkę schodową, nie wyhamowała, zatrzymując się dopiero na jego plecach. Oddychała ciężko, starając się doprowadzić do porządku po tak wyczerpującym sprincie. Była jednak w stanie rąbnąć jasnowłosego zwiadowcę prosto w bark, na znak swojego niezadowolenia, iż w ogóle odważył się ją dotknąć, a później jeszcze wyciągnąć wprost w strugi deszczu.
[Czy mnie oczy nie mylą? Widzę Jaxa Tellera? ;D Jak na razie, łączy ich tylko to samo miejsce narodzin. Możemy przyjąć, że poznali się jeszcze przed wybuchem epidemii. Wykorzystałabym tutaj jego wcześniejszy zawód strażaka, choć nadal zastanawiam się nad innymi możliwościami.]
OdpowiedzUsuńAnna
Może gdyby nie była tak zziajana jak teraz, cios wymierzony w jasnowłosego zwiadowcę, odniósłby odrobinę większy skutek, niż jedynie rozbawił go. Katherine potrafiła przyłożyć, jej prawy sierpowy zyskał całkiem niezły rozgłos tam, skąd pochodziła. Dzięki ojcu i starszemu bratu potrafiła nieco więcej, niż jedynie machać bez sensu ramionami, gdy znajdowała się w podbramkowych sytuacjach. W chwili obecnej, nie miała jednak zbyt wiele sił, na wykrzesanie z siebie odpowiedniej dawki energii, potrzebnej do zdzielenia zadowolonego z siebie mężczyzny. Zresztą… może miał trochę racji. Stanie tam i marznięcie mogłoby się skończyć poważnym zapaleniem płuc. Bieg w strugach deszczu paradoksalnie odrobinę ją rozgrzał. Tak jak i słowa, które padły z ust panicza Tylera, odnośnie skuteczniejszego ogrzania jej. Od razu troszkę się nastroszyła, a w jej żyłach żywiej popłynęła krew. Dowodem na to były lekkie rumieńce na jej pobladłym do tej pory obliczu, oraz krzywy uśmiech, który pojawił się na jej drżących od wysiłku wargach.
OdpowiedzUsuń– Przestań tyle kłapać tym dziobem, bo ktoś ci go kiedyś zatka, raz a dobrze… – Mruknęła hardo w odpowiedzi, marszcząc wymownie swe ciemne brwi. Zaczesała czekoladowe kosmyki włosów za uszy, odklejając mokrą grzywkę od czoła. Spojrzała na swe ubłocone buty i uszargane nogawki spodni z nieskrywanym powątpiewaniem. Nie dość, iż była cała mokra, to jeszcze i brudna. Ciepły prysznic powinien załatwić sprawę. O ile jej sąsiedzi nie wyczerpali już dziennego zapasu gorącej wody… oby nie, dla ich własnego dobra. Katherine była w stanie dokonać krwawej rzeźni, jeśli bojler będzie już zupełnie pusty. Wyminęła opartego o ścianę jasnowłosego mężczyznę, zatrzymując się na trzech pierwszych stopniach schodów. Przez chwilę stała tak w bezruchu, bijąc się z myślami. Na zewnątrz lało, i nie zanosiło się na szybkie rozpogodzenie. A on był przemoczony, zmęczony i zziębnięty. Westchnęła cicho w myślach.
– Będziesz tam tak stał, czy idziesz ze mną…? – Spytała w końcu mało zachęcającym tonem, jednak obejrzała się za siebie, rzucając mu odrobinę dłuższe spojrzenie niż dotychczas. Później, nie czekając na jego odpowiedź, ruszyła w górę schodów, pozostawiając ewentualną decyzję samemu blondynowi. Ona prosić go nie będzie. I tak powinien się cieszyć, że zaproponowała mu pójść ze sobą. Nie spraszała obcych facetów do swojego mieszkania.
Powiedzmy, że Katherine musiała jeszcze trochę popracować nad komunikacją interpersonalną. Może i nie była mistrzynią w stosunkach międzyludzkich, ale chyba nie było aż tak źle, prawda? Przejęła się jego losem. To niezbity dowód na to, że i ona ma sumienie. Choć dla ułatwienia sobie sprawy pomyślała o Joshu jako o zmokniętym, bezpańskim psie, którego przecież mogła przechować pod swoim dachem na jedną noc, nim ponownie wypuści go na wolność. Tak, ta wizja nieco poprawiła jej humor, niemniej jednak nie zamierzała się nią dzielić z samym zainteresowanym. I to kolejny dowód na to, że nad sobą pracuje, o. Gdy wdrapała się w końcu na trzecie piętro, wyciągnęła z przemokniętej kieszeni swetra pęk kluczy. Odnalazła właściwy, i z niewielkim trudem, gdyż znów zaczynały ją ogarniać dreszcze, otworzyła nim drzwi do swojego skromnego mieszkania. I słówko skromne wcale nie było przesadzone. Jej oczom, i jego także, ukazał się niewielki hol wejściowy, w którym z trudem mieściły się dwie osoby, a już zwłaszcza takie postury Josha. Z holu wchodziło się od razu do salono-jadalnio-kuchni. Może mogło to kogoś zdziwić, ale w tym największym pomieszczeniu wcale nie panował przesadny porządek. Na kanapie leżały pootwierane w połowie książki, w zlewie zaległo parę brudnych naczyń, a na stoliku, gdzie Katherine zwykła jadać posiłki, stała miska z nieuprasowanym praniem. Będzie musiała tu trochę posprzątać, choć zawsze znajdywała sobie ciekawsze zajęcia, jak chociażby nauka lub praca w szpitalu.
OdpowiedzUsuń– Hmm… rozgość się. – Zamknęła drzwi za swoim jasnowłosym towarzyszem, po chwili mijając go z trudem w ciasnym holu, po to, aby przedostać się w pobliże stołu, gdzie zdjąwszy z siebie dwa mokre swetry, rozwiesiła je na krzesłach. – Tam jest łazienka. – Wskazała palcem w stronę uchylonych drzwi. Właściwie, to znajdowała się tam jej sypialnia, ale tylko z niej można było się dostać do toalety. – Wykąp się pierwszy. I to nie podlega żadnej dyskusji. Ja w tym czasie znajdę Ci jakieś suche ubrania w rozmiarze XXXL… – Stwierdziła z namysłem, zastanawiając się skąd ona wytrzaśnie takie rzeczy. Swoich własnych miała mało, a co dopiero męskich…? Tak czy inaczej ona już podjęła decyzję, i tylko spoglądała na Josha nagląco, aby wreszcie udał się pod ten prysznic. Nie tylko ona była cała mokra, spocona i ubłocona…
Potrafiła być gościnna… wyniosła z rodzinnego domu wiele przydatnych nawyków oraz umiejętności, tak jak chociażby sposób goszczenia w swych progach innych ludzi. Zresztą, nie mogła pierwsza zająć łazienki. Nie chciała się śpieszyć, to raz, a dwa to to, że musiała skądś wytrzasnąć suche ubrania dla Josha, nim ten skończy brać prysznic. Gdy jasnowłosy mężczyzna zniknął za drzwiami jej sypialni, poskładała porozwalane na kanapie książki w jedną, schludną kupkę, ustawiając je pod ścianą, za jednym z oparć mebla. Wtedy też wpadła na pomysł odnoście ubrań dla swego niespodziewanego gościa. Wyszła z mieszkania, składając późną wizytę mieszkającemu piętro niżej sąsiadowi. Frank miał niespełna dwadzieścia lat i niezłą fiksację na punkcie elektroniki. Pracował, na szczęście nawet po nocach, nad uruchomieniem czynnej radiostacji. Całkiem miły chłopak, ale Kitty najbardziej interesowało to, że był mniej więcej w rozmiarach Josha. Pożyczyła od niego wyglądające na najbardziej czyste szare spodnie dresowe, parę ciepłych skarpet i podkoszulek. Gdy już wróciła do siebie, wygrzebała z kredensu w sypiali zachomikowaną na dnie ogromną bluzę z logo Uniwersytetu Kalifornijskiego. Była wyraźnie męska. Katherine zwykła tonąć w niej jedynie w zaciszu własnego mieszkania, bo o wiele wygodniej było naciągać na siebie wyłącznie jeden ciuch i w czasie wolnym paradować sobie w nim po mieszkaniu. Bluza była tak wielka, że zakrywała u niej wszystko, na czym można było zawiesić na dłużej oko. No, może poza nogami. Te miała odkryte do połowy ud, ale nigdy jej to nie przeszkadzało. Przecież i tak zawsze była sama. Złożyła starannie wszystkie ubrania na kanapie, tuż obok koca, który również był do jego dyspozycji. Nim pojawił się ponownie w salonie, Kitty zdążyła opłukać brudne naczynia i zalać wrzącą wodą kubek z herbatą. Gdy usłyszała kroki, a później komunikat Josha, mimowolnie odwróciła się za siebie, spoglądając na jego sylwetkę… i chyba jeszcze szybciej ponownie odkręciła od niego wzrok, skupiając się na ostrożnym wyjmowaniu torebki po herbacie, tak, aby się przy tym nie poparzyć. Poczuła się dziwnie…
OdpowiedzUsuń– Herbatę masz na blacie, a suche rzeczy na kanapie. – Zakomunikowała, po cichym odchrząknięciu. Nadal starając się na niego nie patrzeć, chwyciła miskę z praniem i przemknęła obok niego do swojej sypialni, zatrzaskując za sobą drzwi.
Opatrywanie półnagich, wysportowanych zwiadowców w szpitalnych warunkach nie wzbudzało u niej żadnych dziwacznych odruchów. To była jej praca, a do wykonywanych obowiązków podchodziła niemal ze śmiertelną powagą. Jasne, widziała, że niektórzy jej pacjenci mogli się pochwalić całkiem niezłą tężyzną fizyczną, ale Kitty nie odbierała tego faktu w sposób prywatny. Jeśli bandażowała umięśnionego Strażnika, skupiała się jedynie na dokładności opatrunku i tym, iż prawdopodobnie szybciej wróci on do zdrowia, biorąc pod uwagę jego masę i siłę. Nic więcej, żadnych podtekstów. Co do spotykania we własnym mieszkaniu, po godzinach pracy, pół nagiego, obcego faceta, to tu było odrobinę inaczej... Po prostu dziwnie, o. Najlepsze określenie. Katherine mogła czuć się nieswojo, ale nie zamierzała odstawiać żadnych dramatów. Po zniknięciu za drzwiami sypialni, odłożyła miskę z praniem na pościelone łóżko, wybrawszy sobie z kredensu porcję suchych ubrań dla siebie samej. Gdy wkroczyła do łazienki, ta była już odpowiednio nagrzana. Szybko pozbyła się przemokniętych dżinsów i koszulki, znikając za kabiną prysznicową. Pozwalała gorącej wodzie otulać swe ciało, co najmniej przez piętnaście długich minut, nim zakręciła kurek i wyślizgnęła się na ciepłe kafelki, aby wytrzeć się i ubrać. Naciągnęła na siebie czarne, dresowe spodnie i szarawą bluzę, tym razem dopasowaną rozmiarem do jej ciała. Nie pachniała tak przyjemnie, jak ta, którą oddała jasnowłosemu mężczyźnie, ale to, dlatego, iż nie chodziła w niej tak często, jak w tej z logo UK. Zawiązała mokre włosy w wysoki kok, tak, aby wreszcie mieć idealne pole widzenia, po czym wyszła z łazienki, gasząc za sobą światło. Wkroczyła do salonu akurat wówczas, gdy Josh przeglądał jedną z jej książek, Anatomię Gray. Bardzo przydatna pozycja, otrzymana od znajomego zaopatrzeniowca, który zaskarbił sobie jej wdzięczność, przynosząc jej od czasu do czasu podobne gratki.
OdpowiedzUsuń– Nie chciałabym nikogo zabić. – Odparła, wzruszając lekko ramionami. Bardzo pocieszająca odpowiedź, nie ma, co. Wiedziała, że ludzie nie mieli do niej większego zaufania. I rozumiała ich obawy. Starała się skupiać na prostych czynnościach, takich jak zakładanie szwów, obmywanie ran i podstawowe badania okresowe, bo to mogła wykonywać bez obawy, iż komuś zaszkodzi, zamiast zranić. Książki o poważniejszych zabiegach doczytywała po to, aby w razie potrzeby wiedzieć, jak może pomóc…
Szwy potrafiłaby zakładać nawet z zamkniętymi oczami – tak naprawdę nie była to niebywale trudna umiejętność do opanowania. Każdy stażysta, co najmniej przez parę miesięcy, bawił się głównie w zszywanie ludzi, a w jej przypadku, zwierząt. Gdy trafiła na praktyki do kliniki weterynaryjnej, zaledwie na drugim roku, jej opiekun nie pozwalał jej na robienie nic poza zakładaniem szwów i czyszczeniem po czworonożnych pacjentach. Inni na jej miejscu już dawno by zrezygnowali, bo choć profesorek był uznanym specjalistą, to miał ciężki charakter i lubił wyręczać się stażystami. Kitty zagryzła jednak zęby i przetrzymała. Kto, jak kto, ale ona też nie była wrażliwą duszyczką. Dała radę i to się jej opłaciło. Spędziła tam na stażu trzy lata, w tym ostatni rok nieźle sobie zarobiła. A profesor okazał się być całkiem znośny…
OdpowiedzUsuń– To oczywiste, opatrywał ci ją nie byle, jaki młodzik bez doświadczenia. – Odparła z wyraźnie wyczuwalną nutką dumy w tonie głosu. Może i nie była specjalistką w leczeniu ludzi, ale w przeciwieństwie do dwójki pozostałych pomocników głównego lekarza, miała już doświadczenie w trudnej pracy i niezły upór, aby nawet na własną rękę doszkalać się w niesieniu pomocy bliźnim. Rzuciła mu znaczące spojrzenie, po czym przygotowała sobie własną herbatę. Widziała, że jasnowłosy mężczyzna zrobił jej miejsce obok siebie na miękkiej kanapie… ale wybrała krzesło, przy stole. To było jej mieszkanie, a jednak podskórnie czuła, że klapnięcie tuż obok niego wywołałoby u niej kolejną falę dyskomfortu. Mogła pozwolić mu się umyć i wysuszyć, ale pewnych granic z pewnością nie przekroczy. Bo taka już była.
– Nie, nie wychowałam… – Kolejne pytanie jasnowłosego mężczyzny uruchomiło w niej pewną dziwną czujność. Ostatnie tygodnie udowodniły jej, że zachowawczość potrafi ratować życie, a nawet niezainfekowani ludzie zdolni byli do najokropniejszych rzeczy, tylko po to, aby przetrwać. Pytanie było niewinne, ale Kitty i tak niemal od zawsze była wyczulona na wszelkie ingerencje w jej prywatność. Mimowolnie poprawiła ciemny kosmyk włosów, który uciekł jej się z pod szczelnego koka, równocześnie zastanawiając się, czy jej latami niwelowany, charakterystyczny akcent mógł jej się przypadkiem wymsknąć, naprowadzając Josha na trop tego skąd pochodzi…, ale gdy zjechała dłonią na szyję, a później na dekolt, momentalnie pobladła, natychmiast zapominając o tym, jak wybrnąć z tego pytania obronną ręką. Niespodziewanie zerwała się z miejsca, ruszając biegiem do małego holu.
Pytanie było niewinne, i Kitty, po przemyśleniu sobie paru spraw, mogłaby na nie odpowiedzieć... Choć w sumie to zrobiła. Nie spytał się, skąd pochodzi. Spytał się, czy ma rację twierdząc, że nie jest stąd. A ona potwierdziła. Czyli nie wykręciła się od odpowiedzi, a jedynie nie pociągnęła dalej tego tematu. Zresztą, mniejsza o większe. Szybko zapomniała o swych rodzinnych stronach… no, a przynajmniej w kwestii pytania jasnowłosego mężczyzny. Gdy dobiegła do holu, stanąwszy przed zawieszonym na ścianie lustrem, w brunatno złotej oprawie, o mały włos, a jęknęłaby żałośnie. Na szczęście udało jej się zagryźć wargi, a jedynie jej wyraz twarzy mógł sugerować, iż stało się coś naprawdę strasznego. Strasznego dla niej samej.
OdpowiedzUsuń– Nie ma go… – Szepnęła w końcu cicho, z wyraźną złością i szczyptą niedowierzania w tonie głosu. Rozciągnęła dekolt bluzy, najmocniej jak potrafiła, ale jej szyja nadal pozostawała pusta. Pusta, ponieważ brakowało na niej czegoś, bez czego Kitty właściwie nie wychodziła z domu, odkąd przeniosła się na wyspę, pozostawiwszy swój cały dobytek na pastwę losu. Była wściekła. Zignorowała pytanie jasnowłosego mężczyzny i pognała do swojej sypialni, a później łazienki. Wróciła po niespełna minucie z wyrazem twarzy, którego pewnie nie spodziewał się u niej ujrzeć. Wściekłość przerodziła się w nieskrywany żal. Katherine stała oparta o framugę drzwi do sypialni, wbijając ciemne, nieobecne ślepia w drewnianą posadzkę pod bosymi stopami. Długo milczała, nim wreszcie, zdecydowała się coś powiedzieć.
– Mój medalik, zgubiłam go. – Wyjaśniła. – Był ważną pamiątką… – Dodała już z wyraźną złością. Złością na samą siebie, bo nie powinna do tego dopuścić. Ktoś mógłby zapytać, dlaczego osoba właściwie niezwiązana z kościołem rozpacza po utracie małego, złotego krzyżyka? I dlaczego w ogóle go nosiła. Cóż, Kitty nie była sentymentalna… ale ten medalik był jedyną rzeczą, którą zabrała ze sobą na wyspę, po wybuchu epidemii, a który dostała od osoby bliskiej jej sercu, aby dodawał jej otuchy, prawie dziesięć lat temu, gdy opuszczała rodzinny dom, aby przenieść się do San Francisco. A teraz przepadł, na dobre.
OdpowiedzUsuńMedalik nie był zanadto drogi, choć wykonano go z prawdziwego złota. Skromna zawieszka w tym samym kolorze, a z tyłu krzyżyka, malutkimi literkami wygrawerowane jej inicjały. K.H.H. To wszystko, nic wielkiego, a jednak Katherine czuła ogromny żal do siebie samej, iż udało jej się zgubić jedyną ważną dla niej rzecz w tym teraźniejszym dobytku. Kretynka. Powinna była poczuć, gdy łańcuszek się zrywał. Teraz nie było już szans, na odnalezienie go. Utonął w błocie lub pod stertami śmieci w papierni, szukanie go było bez sensu. Panna Holmes już wiedziała, że nigdy go nie odnajdzie. I choć czuła się zmęczona, to nadal przeważała w niej złość na samą siebie i własną nieostrożność. Zagryzła lekko dolną wargę, po czym ponownie wyprostowała się, spoglądając chłodno w kierunku jasnowłosego mężczyzny.
– Mam dyżur w szpitalu od dziewiątej rano. – Zakomunikowała sucho, obejmując się mocno ramionami, aby czegoś z tej złości nie rozwalić. Ot, choćby buźki stojącego nieopodal gościa. Może by i doceniała jego zapewnienia o odnalezieniu zguby, gdyby nie była w stu procentach przekonana, iż na nic jego starania. Odwróciła się na pięcie i na moment zniknęła w czeluściach własnej sypialni. Gdy z niej wyszła, trzymała w rękach dwie poduszki, które wręczyła jasnowłosemu mężczyźnie, wskazując ruchem ręki na leżący na kanapie koc. – Kanapa to nie prawdziwe łóżko, ale ta jest wystarczająco wygodna. Dobranoc. – Nim jeszcze zamknęła za sobą drzwi do sypialni, zatrzasnęła na zamek te od mieszkania. Później, gdy już znalazła się w swoim pokoju, przez moment zastanawiała się, czy i tych nie zamknąć na klucz, ale doszła do wniosku, iż to już mogłoby zakrawać o paranoję. Zostawiła, więc zamek w spokoju, po chwili gasząc światło, zakopawszy się pod warstwą ciepłej kołdry. Dziś wydarzyły się dwie ważne rzeczy: zgubiła ważną pamiątkę, i pozwoliła obcemu mężczyźnie spać z nią w jednym mieszkaniu. Sama już nie wiedziała, co ją bardziej niepokoiło. Może powinna wykazać się większą ostrożnością, ale szczerze powiedziawszy, nie czułaby się dobrze sama ze sobą, wystawiając Josha za drzwi. To nie byłoby na miejscu, a przecież nie była złą kobietą. W mieszkaniu szybko zaległa cisza, a myśli i wyrzuty Katherine wreszcie załagodził zasłużony sen.
Burza, która zaledwie dwa dni temu przetoczyła się nad Wyspą Skarbów dokonała wielu poważnych zniszczeń, których naprawa miała zająć sporo czasu oraz wysiłku. Zewsząd napływały informacje o zalanych piwnicach domów, jak i też budynków magazynów. Ochotnicy całą minioną noc spędzili na ratowaniu suchego prowiantu, a część z nich zabrała się za zabezpieczanie zapasowych pomieszczeń, aby kolejne tego typu wyładowanie atmosferyczne, nie zalało ocalałej żywności. Wiatr, wiejący z siłą ponad stu kilometrów na godzinę, wyrwał z ziemi pojedyncze słupy energetyczne, pozbawiając prądu połowy mieszkańców wyspy. Nim technicy zdołają to naprawić, południowa część obozu będzie pozbawiona dopływu światła i ogrzewania, a w tym prowizoryczny szpital, w którym Kitty dyżurowała niemal od świtu do nocy, pomagając w przyjmowaniu poszkodowanych przez nawałnicę. Ostatnią noc spędziła w pracy, odsypiając gdzieś w kątach, aby nie zasnąć przy udzielaniu pomocy innym. Gdy już ludzie nie byli problemem, razem z personelem musiała uprzątnąć samo ambulatorium. Burza pozbawiła je prądu, a także wyrwała niezłą dziurę w dachu, wybijając przy tym parę okien oraz uszkadzając drzwi wejściowe. Najgorsze jednak było to, iż szafki z zapasowymi lekami również oberwały. Przynajmniej czterdzieści procent rezerw przepadło, zalanych wodą, niezdatnych do ponownego wykorzystania. Należało temu szybko zaradzić. Jeśli znów nadejdzie podobna burza, a wielu to właśnie zwiastowało, będą potrzebowali znacznie więcej medykamentów. Jasnym było, iż główny lekarz na wyprawę udać się nie mógł. Był zbyt ważny, a w dodatku należał do Rady. Tak, więc Kitty zgłosiła się na ochotniczkę, aby z samego rana, udać się z grupą zaopatrzeniowców w poszukiwaniu lekarstw i opatrunków. Żaden z nich nie miał wykształcenia medycznego, a ktoś musiał czuwać nad tym, co zamierzali zabrać ze sobą na wyspę. Nie zajmowała się organizacją nagłej wyprawy z technicznego punktu widzenia. Tak jak polecił jej wąsaty dowódca grupki zaopatrzeniowców, stawiła się bladym świtem w punkcie zbiórki, nieopodal głównej bramy wjazdowej do obozu. Ubrała się w wygodnie dżinsy, podkoszulkę, bluzę i skórzaną kurtkę (którą pożyczyła jej znajoma pielęgniarka), a przede wszystkim wyposażyła się w wygodne, ciemne buty trekkingowe – idealne do samoobrony, i do ucieczki. Zaopatrzeniowcy ustalali między sobą ostatnie punkty wycieczki, natomiast Kitty siedziała już w jednym z dwóch wozów, przysłuchując się rozmowie grupki mężczyzn, oraz raz jeszcze wiążąc długie sznurówki butów, aby te nie wadziły jej później w okrążaniu zniszczonego zarazą miasta…
OdpowiedzUsuńKatherine nie pchała się poza mury na własne życzenie… no, nie tak zupełnie. Wiedziała, że ktoś z personelu medycznego powinien towarzyszyć zaopatrzeniowcom w wyprawie, i wiedziała również, iż obowiązywała ją pewna hierarchia ważności w szpitalnej grupce medyków. Główny doktor absolutnie nie mógł się narażać, mimo, iż był mężczyzną po byku i nie wyglądał na tchórza, bojącego się małej wycieczki do centrum miasta. Tak czy inaczej, istniały pewne zasady, których nie łamano bez większej potrzeby. A skoro nikt inny z jej kolegów i koleżanek nie palił się na wyprawę, ukróciła ich niepewność i sama się zgłosiła. Nie dlatego, aby pokazać im jaka z niej bohaterska dziewczynka. Nie, im szybciej załatwią leki, tym szybciej będą mieli problem z głowy. A tak poza tym, to miała już dość sprzątania w ambulatorium… Gdy usłyszała lekkie stukanie w szybę, uniosła ciemną czuprynę, spoglądając w prawo. Teoretycznie nie powinna się już dziwić, ponownie widząc znajome oblicze jasnowłosego zwiadowcy. Ostatnio nieustannie się na niego natykała, niemniej jednak, przybrała wyraźnie skonsternowany wyraz twarzy, odprowadzając go wzrokiem ku grupce pochylonych nad mapą, uzbrojonych po zęby mężczyzn. Wyglądało na to, że i tym razem się od niego nie uwolni… zresztą, chyba była mu winna małe podziękowania. Budząc się rano, zaledwie dwa dni temu, odnalazła na stoliku w salonie swą drogocenną zgubę, którą myślała, iż utraciła na dobre. Łańcuszek był zerwany, ale złoty krzyżyk miał się całkiem dobrze. Kitty nie miała jednak czasu, aby rozejrzeć się za kimś kompetentnym, do naprawy jej medaliku. Przez ostatnie czterdzieści osiem godzin miała ręce i głowę zajętą pracą w szpitalu. Pamiątkę schowała do szuflady w stoliku nocnym, będąc już spokojną o jego bezpieczeństwo. Wiedziała, że wypadało Joshowi podziękować, choć do tej pory nie miała ku temu dogodnej okazji. Mimowolnie chwyciła za klamkę drzwiczek po stronie pasażera, ale zrezygnowała z wysiadania z samochodu. Teraz też nie był odpowiedni czas na załatwianie takich spraw… zwłaszcza, że grupka mężczyzn najwyraźniej zakończyła swą naradę wojenną. Złożyli mapę i ruszyli do samochodów. Kitty zapięła, więc spokojnie pasy, odczekawszy, aż kierowca znajdując się po jej lewej stronie odpali silnik pojazdu. Ruszyli zwartym konwojem, z dodatkowym trzecim samochodem, w którym znajdowali się zwiadowcy, mający na celu ich obstawę. Dopiero, gdy minęli mury obozu, wjeżdżając na pusty most wiodący w stronę miasta, panna Holmes odczuła nieprzyjemny ucisk w dołku, który szybko stłumiła w samum zarodku.
OdpowiedzUsuńMiasto wyglądało… źle – żadne inne określenie nie pasowało tak idealnie, jak te, które panna Holmes użyła we własnym myślach, zaraz po zjechaniu z mostu wprost na zaśmiecone ulice San Francisco. Kiedyś to miejsce tętniło życiem, a teraz przypominało jedno wielkie, wymarłe pobojowisko. Zniszczone budynki zionęły przejmującym chłodem, a zagracone deptaki, po których walały się zarówno gruzy jak i mniejsze szczątki, z pewnością nie zachęcały Katherine do opuszczania w miarę ciepłego i bezpiecznego wnętrza samochodu. Podróż minęła spokojnie, bez większych niespodzianek, praktycznie w milczeniu. Zaopatrzeniowcy zajęci byli uważnym rozglądaniem się po okolicy, jakby gdyby niemal wyczekiwali ataku wygłodniałych zombie. Kitty skupiła się na powtarzaniu w myślach listę najważniejszych lekarstw oraz produktów, które powinna zdobyć w pierwszej kolejności, gdy już dotrą pod wybraną aptekę. Było tego całkiem sporo, ale nie obawiała się, aby o czymś zapomniała. Zbyt wiele czasu spędzała w ambulatorium, aby nie nauczyć się na pamięć spisu leków i opatrunków. Była gotowa szybko załatwić całą tą sprawę i wracać do obozu, nim komuś mogłaby się stać jakakolwiek krzywda. Dlatego, gdy po dłużącym się oczekiwaniu na znak domorosłych komandosów, wreszcie ujrzała zielone światło, bez wahania wyszła z samochodu, i razem w towarzystwie trzech mężczyzn ruszyła wprost do wnętrza apteki. Zanurzyła się w jej wnętrzu, jako jedna z pierwszych, właściwie tuż za jasnowłosym zwiadowcą. Krótki rzut oka wystarczył, aby stwierdzić, iż w głównym pomieszczeniu nie ma ani jednej żywej (i nie) duszy. Teren był czysty, tak więc Kitty przystąpiła do badania zawartości zniszczonych półek i szafek. Po pięciu minutach już wiedziała, że nie wywiozą stąd nawet połowy potrzebnych im zapasów. Apteka została już parokrotnie opróżniona, i oprócz kilku zestawów do szycia, syropów na kaszel i aspiryny, nie znalazła tu nic godnego uwagi.
OdpowiedzUsuń– To nie wystarczy. – Zwróciła się wyraźnie niezadowolona w kierunku wąsatego dowódcy, który stojąc w kącie pomieszczenia, łypał podejrzliwym wzrokiem na to, co działo się za oknami budynku. A nie działo się nic istotnego. Czyżby komuś się tu nie podobało…?
– Sprawdź…
– Sprawdziłam. – Przerwała mu w połowie zdania. – Na zapleczu też już nic nie ma. – Trzymany w jej rękach plecak nadal wydawał się być prawie pusty. W tej aptece nie mieli najmniejszych szans na uzupełnienie zapasów. Kitty spoglądała wyczekująco w stronę dowódcy wyprawy, oczekując od niego podjęcia decyzji o wyprawie do następnej na liście apteki. Ten jednak spozierał na nią, jakby powątpiewał w to, czy na pewno nie pominęła jakiegoś miejsca, w którym magazynowano rezerwy. Katherine czuła, że zaraz mu przyłoży, jeśli zacznie kwestionować jej rozeznanie…
Wcale nie zamierzała oponować. Wręcz przeciwnie, interwencja jasnowłosego zwiadowcy oszczędziła jej wiele nerwów. Nie chciała ustępować wąsatemu dowódcy, tylko dlatego, że nie radzi sobie najlepiej z opiniami płci pięknej. Katherine nie mogła wrócić do obozu bez lekarstw i opatrunków. Gdyby zjawiła się w ambulatorium z tym, co miała obecnie w plecaku, chyba by ją wyśmiali, lub też nawet wykopali za drzwi. Dobrze wiedziała, że jeśli nie znaleźliby zbyt wiele w pierwszej aptece, mieli sporo czasu udać się do następnej. Słońce wzeszło dopiero godzinę temu. Nim zrobi się ciemno, minie jeszcze dobrych osiem godzin, a oni mieli samochody i pełno naładowanej broni. Zawrócenie w tak kluczowym momencie byłoby jakiś ogromnym nieporozumieniem. Kitty liczyła na zdrowy rozsądek dowódcy, ale widząc jego wyraz twarzy, gdy oświadczała mu, iż tutaj nie pouzupełniają rezerw, mogła spodziewać się najgorszego…
OdpowiedzUsuń– Oczekujesz, że będę się przymilała oraz trzepotała rzęsami jak jakaś w pełni niedorozwinięta lala…? – Prychnęła w odpowiedzi, gdy wraz z Joshem ruszyła do jednego z pustych pojazdów. – Moim zadaniem jest dostarczyć odpowiedni zapas medykamentów, a nie łechtać ego tego szowinistycznego zarozumialca. – Oświadczyła hardo, niemal wyrwawszy mu kluczyki z dłoni. Katherine nigdy nie skąpiła sobie ostrych słów prawdy. Była wyraźnie niezadowolona, iż przydzielono jej wsparcie, które ni cholery nie podchodziło do zaistniałego problemu z pełną powagą. Następnym razem, jeśli znów będzie musiała wyruszać poza mury obozu w poszukiwaniu leków, sama skompletuje sobie drużynę. I może nawet Josh znajdzie sobie w niej miejsce, skoro zaledwie parę chwil temu wsparł ją w dyskusji z tym wąsatym despotą… Uspokoiła się dopiero wówczas, gdy zasiadła za kierownicą samochodu. Zamknęła za sobą drzwi, a gdy na miejscu pasażera zasiadł jasnowłosy zwiadowca, odpaliła silnik, i ruszyła w kierunku najbliższej apteki. Znała ich rozkład niemal na pamięć. Nie potrzebowała ani mapy, ani przewodnika, a co najważniejsze, nie musiała się śpieszyć. Trzy przecznice to nie daleko, mogła nie forsować silnika, a tym samym zmniejszyć prawdopodobieństwo produkowanego hałasu do niezbędnego minimum. Zarażeni dysponowali całkiem niezłym słuchem, lepiej nie ryzykować, iż jakieś zaplątane po nocnej burzy zombie namierzą ich poprzez ryk silnika samochodu.
Przecież była miła. Nie wydała mu bezpośredniego rozkazu, prawda? Oczekiwała, aż on, jako dowódca, wyda właściwie polecenie, niemniej jednak temu gburowi wcale się nie śpieszyło, a Katherine nie lubiła sterczeć jak pień, wystawiona na czyjąś łaskę. Nie odezwała się już ani słowem, uznając dalszą dyskusję na ten temat za całkowicie zbędna. Ponownie, każde z nich miało swoje własne zdanie, z którego tak łatwo nie zrezygnują. Zresztą, ich obecna sytuacja nie sprzyjała kłótniom. Katherine pragnęła skupić się na zadaniu, tak więc pochłonęło ją ostrożne kierowanie pojazdu. Do budynku niewielkiej apteki dotarli w zaledwie parę minut. Po drodze musiała jeszcze wyminąć powalony słup wysokiego napięcia (zapewne pozostawiony na środku ulicy, jako pamiątka niedawnej burzy), ale reszta trasy nie sprawiła im większego kłopotu. Wokół ich miejsca docelowego panowała martwa cisza. Wyglądając przez szyby samochodu Kitty nie dostrzegała nikogo ani niczego, co mogłoby zagrozić ich bezpieczeństwu. Nie protestowała jednak przed wręczeniem sobie nabitej broni. Otrzymany od Josha pistolet chwyciła pewnie w prawą dłoń, przyglądając mu się przez krótką chwilę. Skomentowała jego słowa wymownym: rozumiem, a później wysiadła z pojazdu w ślad za jasnowłosym zwiadowcą. Na pierwszy rzut oka pistolet wydawał się ciężki, ale Kitty z dużym spokojem obracała go w drobnej dłoni, aby wreszcie wetknąć go sobie za spodnie. Narzuciła na lewe ramię pasek ogromnego plecaka, po czym zamknąwszy drzwi samochodu, ruszyła za Joshem. Potłuczone witryny apteki wydawały się złym zwiastunem, ale po przekroczeniu progu niewielkiego budynku, okazało się, iż wewnątrz panowały o wiele lepsze warunki, niż przy okazji ich pierwszego postoju. Katherine chwilę rozglądała się dookoła, oceniając zarówno bezpieczeństwo jak i przydatność zastanych tu fantów. Gdy stwierdziła, że wewnątrz nie ma nikogo poza nią i Joshem, szybko wyminęła jasnowłosego mężczyznę przystępując do metodycznego opróżniania półek. Zagłębiła się w wąskie korytarze apteki, wrzucając do plecaka wszystko to, co wydało jej się niezbędne lub chociażby przydatne. Wiedziała, że nie powinna się guzdrać, dlatego chciała się uwinąć w nie więcej niż dziesięć minut. Choć wokół było bardzo spokojnie, Katherine i tak czuła wewnętrzne zdenerwowanie, jasno dające jej do zrozumienia, iż panujące poza murami obozu warunki potrafią zmieniać się jak w kalejdoskopie.
OdpowiedzUsuńZ każdą kolejną minutą jej plecak stawał się coraz cięższy. Wypełniała go skrupulatnie wszystkim, co uznawała za potrzebne – pastylki, antybiotyki, syropy, bandaże, maści… w końcu dotarła do lady, odgrodzonej szklaną szybą, aby pracujące tam niegdyś farmaceutki nie były wystawione na zarazki klientów. Na szczęście dla Kitty, drzwiczki do wnętrza oddzielonego pomieszczenia były wyłamane. Prześlizgnęła się na drugą stronę, znajdując w tamtejszych szufladkach istne skarby. Środki uśmierzające ból, prawdziwe znieczulacze… wpakowała je do bocznych kieszeni plecaka, mając wrażenie, że ten zaraz eksploduje. Powinni tu wrócić z większą ekipą, mogliby doszczętnie wyczyścić to miejsce, zapewniając sobie odpowiedni zapas leków, na co najmniej dwa miesiące. Zamierzała wspomnieć o tym swojemu przełożonemu. Należał do Rady, powinien móc zorganizować większą wyprawę. Katherine miała właśnie zamiar wychodzić, ale kątem oka dostrzegła drzwi prowadzące na zaplecze apteki. Wiedziała, że teoretycznie nie powinna tam wchodzić, ponieważ pomieszczenie nie zostało wcześniej sprawdzone… ale przecież, gdyby były tu jakieś zombie, już dawno wylazłyby na powierzchnie. Tylko sprawdzi, czy nie ma tam większych pudeł z dostawą leków i będą mogli wracać do reszty. Zostawiła plecak na ladzie, udając się w kierunku zaplecza. Ujrzała schody prowadzące w dół. Im niżej schodziła, tym chłodniej jej się robiło. Gdy znalazła się już na samym dole, nacisnęła włącznik światła. Ledowe lampy, zamontowane pod sufitem, rozbłysły z ociąganiem, wypełniając pomieszczenie słabym światłem jarzeniówek. Kitty zamrugała parę razy powiekami, a gdy jej spojrzenie nabrało ostrości, ujrzała wiele, wiele nierozpakowanych jeszcze kartonów, prawdopodobnie z medykamentami, poustawiane na pojedynczych, metalowych półkach. Tego dnia po raz pierwszy się uśmiechnęła. Podbiegła do najbliższej ze ścian, zdejmując z regału pierwsze z pudeł. Odnalazła w kieszeni scyzoryk, którym rozcięła zabezpieczenie, otwierając karton na oścież. Insulina… Kitty miała ochotę klasnąć z uciechy w dłonie. Mieli w obozie paru cukrzyków, z pewnością nie pogardzą podobnym znaleziskiem. Rozejrzała się po zapełnionych półkach, walcząc z nieprzebraną chęcią, aby zajrzeć do jeszcze kilku z kartonów, ale wiedziała, że czas ją naglił. Chwyciła więc tylko ten z Insuliną, i już ruszała z nim w kierunku schodów, gdy za jej plecami rozległo się głuche rzężenie, które zjeżyło jej włosy na karku. Odwróciła się powoli, spoglądając na najbardziej zaciemniony kąt pomieszczenia. Po chwili ujrzała, jak wyłania się z niego kobieta… o zszarzałej cerze, prawdziwej furii wymalowanej w przekrwionych oczach i z narzuconym na ramionach kitlem. Plakietka przyczepiona do jej niegdyś różowego swetra głosiła, iż miała na imię Becky… nim stała się bezmózgim zombie, naturalnie.
OdpowiedzUsuńJasnowłosa Becky musiała być kiedyś urodziwą, młodą kobietą. Kto wie, może nawet była w wieku zbliżonym do panny Holmes? Miała na sobie zszargany sweterek, który nawet Kitty, na co dzień preferująca zwykłe podkoszulki w cenie czterech dolarów, przypisałaby do rodzaju bardzo stylowych oraz bardzo drogich. Dobrała do niego ciemną spódniczkę za kolana i ładne buty na obcasach. Niegdyś musiała je uwielbiać. Nic dziwnego, pewnie często eksponowała w nich swe zgrabne nogi. Katherine wpatrywała się w jej zdeformowaną twarz z wyraźnym żalem widocznym w swych ciemnych ślepiach. Becky, za życia, była piękną kobietą. Miała przed sobą świetlaną przyszłość, nie tylko ze względu na dobrą pracę, ale także i połyskujący na serdecznym palcu lewej dłoni ogromny brylant. Ciekawe, czy ten, który się jej oświadczył, zamienił się w podobne do niej monstrum…? Głośny huk wystrzału wyrwał Katherine z krainy myśli, przy okazji odrobinę ją ogłuszając. Pomieszczenie było małe, więc rykoszet strzału podrażnił bębenki słuchowe panny Holmes do takiego stopnia, iż mimowolnie wypuściła z rąk karton pełen ampułek Insuliny, chwytając się dłońmi w pobliże skroni. Przez dobrych parę sekund słyszała jedynie ostry pisk, który później zamienił się we mgiełkę, szczelnie otulającą jej uszy. Wszystkie dźwięki zdawały się być przytłumione. Stała przez moment w bezruchu, wpatrując się w puste ślepia martwej Becky, aż wreszcie uniosła głowę odrobinę w bok, dostrzegając na schodkach sylwetkę jasnowłosego zwiadowcy. Z ruchu jego warg odczytała własne imię, choć nadal nie słyszała, co dokładnie do niej wołał. Domyśliła się jednak, iż stało się coś złego. Wyraz twarzy blondyna sugerował, iż to nie Becky stanowiła ich największe zmartwienie. Kitty wreszcie opuściła dłonie. Powoli odzyskiwała zdolność normalnego słyszenia. I o dziwo, zostawiła karton z Insuliną w spokoju, ale nim podbiegła w kierunku Josha, kucnęła przy nim prędko i nabrawszy w garść tyle ampułek ile zdołała, powtykała je sobie do kieszeni spodni i kurtki. Nie musiała pytać, aby wiedzieć, iż w pobliżu budynku pojawiło się zagrożenie w postaci zombie. Zresztą, nadal dzwoniło jej w uszach, nie mówiąc już o uporczywym łupaniu w głowie. Zrezygnowała z opieprzania go za to, iż mógł ją ogłuszyć na resztę życia. Później mu wygarnie, gdy już nie będą musieli pilnować własnych tyłków przed odgryzieniem. I może jeszcze parę dni temu zignorowałaby wyciągniętą w swym kierunku dłoń blondyna, ale dziś musiało być już inaczej, skoro zamiast ją odtrącić, chwyciła ją mocno, zaciskając na niej smukłe palce.
OdpowiedzUsuńKatherine nie zareagowała, ponieważ zombie nie zdążyło rzucić się w jej kierunku. Gdy jasnowłosy zwiadowca wpadł do magazynu, zbyt pochopnie ocenił całą sytuację. Panna Holmes mogła przyznać, iż nie wyglądała ona za ciekawie, ale w swym mniemaniu doskonale panowała nad tym, co też się tam działo. Pozostawała również kwestia wystrzału z broni, który po pierwsze, ściągnąłby im na głowy dodatkową porcję zarażonych (a wtedy Kitty jeszcze nie wiedziała, że już i tak było po ptakach), a po drugie, huk mógł uszkodzić jej słuch, gdyż w tak niewielkim pomieszczeniu dźwięk powróciłby do niej ze zdwojoną siłą. Co zresztą się stało. W efekcie docierały do niej tylko niewyraźne szumy, gdy wbiegała po schodka, tuż za swym jasnowłosym towarzyszem. Ponownie znalazła się w głównym pomieszczeniu apteki, jednak tym razem było ono wypełnione grupką Szwędaczy. Katherine zamrugała nerwowo powiekami, wciśnięta gdzieś między ścianę a sylwetkę Josha. Nie miała bladego pojęcia, skąd nagle pojawiło się tu tylu zombie. Dosłownie dwie minuty temu, gdy schodziła na dół, w budynku nie było nikogo poza nią i Tylerem. Teraz aptekę wypełniały koślawe postaci ni to żywych, ni to martwych mieszkańców San Francisco, którzy najwyraźniej zwęszyli sobie niezłą okazję do ucztowania. W czasie, gdy Josh zajęty był eliminacją pojedynczych celów, Kitty nie wahała się odsunąć, aby chwycić zapełniony po brzegi plecak. Był ciężki jak cholera, ale prędzej da się zjeść żywcem, niż ot tak go tutaj zostawi. Zarzuciła go sobie na ramiona… i dosłownie w ostatniej chwili uskoczyła na bok, przed zmierzającym w jej kierunku zakażonym. Miała przy sobie pistolet, to prawda, ale na ladzie tuż obok jej dłoni leżały rozsypane długopisy – mimowolnie pochwyciła jeden z nich i bez wahania wbiła w sam środek czaszki Szwędacza, który ośmielił się ją zaatakować. Upadł z łoskotem na ziemię, a Kitty nie miała nawet chwili, aby odetchnąć, gdyż tuż za nim zmaterializował się kolejny. Najszybciej jak to tylko umożliwiał jej ciężki plecak, dała nura w jedną z alejek apteki, automatycznie tracąc z oczu sylwetkę Josha. Nie mogła stać jak kołek, zwabiając do siebie rzeszę wygłodniałych zombie. Musiała się ruszyć, i szczerze powiedziawszy, bardziej bałaby się pozostawać jedynie na łasce panicza Tylera, niż samej wziąć sprawy we własne ręce.
OdpowiedzUsuńPlecak wypełniony lekami zdawał się ją przyciągać w kierunku podłoża skuteczniej niż sama grawitacja – Katherine, pomimo niezgorszej kondycji, miała wyraźną trudność w złapaniu równowagi, tuż po tym, gdy zniknęła za wysokim regałem z medykamentami. Opierając jedną słoń na drewnianej półce zdołała chwilę odetchnąć. Do czasu, aż kątem oka nie ujrzała sunącego w swym kierunku Szwędacza. Kolejnego… nie miała pojęcia, skąd się tu wzięły, niemniej jednak namnażały się w zastraszającym tempie, co pannie Holmes wcale a wcale się nie podobało. Poczuła jak rośnie w niej wewnętrzna irytacja. Chyba ciążyło nad nią jakieś upierdliwe fatum. W minionych tygodniach bardzo rzadko było tak, iż grupy zwiadowców lub zaopatrzeniowców natrafiały na więcej niż jednego lub dwa zombie. Dlaczego więc dopiero wtedy, gdy ona postanowiła wystawić nos poza mury obozu, w okolicy zaroiło się od wygłodniałych zakażonych? To nic innego jak pech, który nie chciał się od niej odczepić. Chwyciwszy jedną z buteleczek syropu przeciwkaszlowego, cisnęła nią prosto w nadciągającego z naprzeciwka Szwędacza. Ta odbiła mu się od ramienia, nie robiąc na nim żadnego wrażenia. Dopiero, gdy za drugim razem trafiła go prosto w czoło, wpadł na sąsiedni regał, strącając z niej niemal cały zapas mleka w proszku. Kitty wyrwała do przodu, chcąc nad nim przeskoczyć, ale w ostatniej chwili zombie pochwyciło ją za prawą kostkę u nogi, sprawiając, iż o mały włos, a ponownie straciłaby równowagę. Przytrzymała się solidnej półki, w tej samej chwili słysząc serię wystrzałów, która rozległa się tuż za witryną apteki. Miała już serdecznie dość zarówno tego miejsca jak i całej tej wyprawy. Wyrwała energicznie stopę z uchwytu leżącego pod puszkami z mlekiem Szwędacza i podeszwą buta, co najmniej siedem razy, zadała mu cios w głowę. Gdy zombie znieruchomiało, a jej but pokryła lepka warstwa krwi oraz tego, co niegdyś można było określić mianem tkanki mózgowej, ruszyła do przodu, znajdując się już w okolicy drzwi wyjściowych z apteki. Dostrzegła w oddali samochód, ale nigdzie nie zauważyła sylwetki jasnowłosego zwiadowcy… Znów poczuła ten nieprzyjemny ucisk w okolicach żołądka. Powoli odwróciła się w kierunku jednej z alejek, spoglądając na plecy jedynego ocalałego już Szwędacza, który właśnie rzucał się w kierunku Josha. Dopiero teraz zareagowała instynktownie. Pomieszczenie wypełnił huk wystrzału, a po chwili, ostatni zombie padł wprost u stóp Tylera, odsłaniając stojącą za nim parę metrów Katherine, z dymiącą się jeszcze bronią w dłoni. Żaden mięsień na jej twarzy nie drgnął ani o milimetr, gdy odnalazła spojrzeniem ciemnych ślepi wzrok swojego jasnowłosego towarzysza…
OdpowiedzUsuńMiała osiem lat, gdy po raz pierwszy trzymała w swych dłoniach prawdziwą broń. Zakradła się do gabinetu ojca, podkradłszy mu z szuflady biurka bardzo stary rewolwer. Colt Navy, model z 1851 roku. Niegdyś należał do jej pra, pra dziadka, uczestnika wojny secesyjnej. Walczył po stronie Konfederacji, a po zakończeniu konfliktu powrócił na stałe w rodzinne strony, w stanie Teksas, gdzie stworzył rancho, którego wychowanką był nie kto inny jak Kitty i jej rodzeństwo, a dawniej jej własny ojciec, dziadek oraz pradziadek. Tam skąd pochodziła podejście do broni palnej było inne od tego chociażby ze stanu Nowy Jork lub New Hampshire. Teksas słyną nie tylko z pogłowia bydła oraz największych upraw rolnych ze wszystkich pięćdziesięciu stanów Ameryki. Słyną przede wszystkim z surowego prawa, oraz zezwolenia na zastrzelenie każdego, kto postawi nogę na posesji drugiej osoby bez jej zgody. Gdy dziewczynki z Connecticut bawiły się lalkami, Kitty wraz z rodzeństwem strzelała z wiatrówek do pustych puszek po fasoli. Dzierżenie broni nie nastręczało jej niepotrzebnych dylematów. Inna mentalność, inne podejście do sprawy. I choć eliminowanie zarażonych nigdy nie było rzeczą przyjemną, nie wpływało to na umiejętności panny Holmes odnośnie pociągania za spust oraz trafiania prosto do obranego celu. Nie była uzależniona od broni – właściwie, to starała się oszczędzać kule i nie hałasować. Huk wystrzału jedynie prowokował Szwędaczy. Radziła sobie bez pistoletu najdłużej jak potrafiła… ale nie mogła zignorować zombie zamierzającego wgryźć się w szyję jasnowłosego zwiadowcy. Szybka decyzja zneutralizowała zagrożenie. Naprawdę nie spodziewała się AŻ tak wylewnej reakcji ze strony Josha. No dobrze, może uchroniła go przed mało przyjemną perspektywą spotkania trzeciego stopnia z zakażonym, ale na Boga… każdy by tak zrobił, prawda? Zesztywniała, gdy blondyn poderwał ją z ziemi, nie mając bladego pojęcia jak zareagować. Nie spodziewała się tego. Mogła jedynie uczepić się mocniej jego ramion, w obawie, iż za chwilę wyląduje na jednym z regałów, i mieć nadzieję, że zaraz mu przejdzie. Nawet, jeśli zamierzała go ochrzanić, to jego kolejne słowa wywołały w niej zbyt duże zaskoczenie, aby udało jej się skupić na przekleństwach. Przybrała dość skonsternowany wyraz twarzy, krzywiąc pobladłe wargi w lekkim grymasie zdenerwowania. Gdy postawił ją ponownie na ziemi, odczuła ogromną ulgę… czy tylko jej zrobiło się tak potwornie gorąco? Bez szemrania oddała mu ciężki plecak i szybko się odsunęła, na co najmniej trzy duże kroki, poprawiając nerwowo ciemne, poczochrane włosy. Nic nie powiedziała, i nawet na niego nie patrząc po prostu szybko wymaszerowała z apteki, ściskając w dłoni nadal odbezpieczoną broń. Poluzowała uchwyt dopiero wówczas, gdy ponownie wsiadła do samochodu, odkładając pistolet do schowka, a ręce układając na kierownicy pojazdu. Znów było jej dziwnie… tak jak wtedy, gdy gościła Josha w swoim mieszkaniu.
OdpowiedzUsuńPrzytaknęła powoli, przekręciwszy kluczyki w stacyjce samochodu. Pragnęła już powrotu do obozu – była zadziwiająco zmęczona. Najlepiej, gdyby cały ten pokręcony dzień już się skończył, a ona mogłaby w spokoju wyciągnąć się na kanapie w mieszkaniu, wertując kolejny tom medycyny. Niemniej jednak, dochodziła dopiero godzina dziesiąta przed południem, a ją czekało jeszcze katalogowanie zdobytych leków, ich rozłożenie oraz parę godzin dyżuru w ambulatorium… czyli innymi słowy, całkiem sporo obowiązków, nim wybije godzina osiemnasta, a ona będzie mogła wrócić do domu. Cóż, o tyle dobrze, iż droga powrotna do obozu rysowała się wyłącznie w optymistycznych barwach. Na horyzoncie ani ślady kolejnych zombie. Josh nie musiał jej powtarzać dwa razy – gdy pod maską samochodu zamruczał jego silnik, Katherine od razu wcisnęła pedał gazu i wykręciła za jednym zamachem, ruszając w drogę powrotną na Wyspę. Zerknęła w lusterko, sprawdzając, czy pozostałe dwa samochody jadą za nimi, spotykając się z badawczym spojrzeniem siedzącego z tyłu mężczyzny. Wyglądał tak, jakby miał parę wątpliwości odnośnie Kitty, jako kierowcy konwoju, ale szczerze powiedziawszy, ciemnowłosą kobietę ani trochę to nie obchodziło. Nie byłaby sobą, gdyby było przeciwnie. Wyjechała z bocznej uliczki na trzypasmową, zaśmieconą osiemdziesiątkę, która wiodła wprost na San Franciscco – Oakland Bay Bridge. Pięć minut i będą u celu. Katherine wreszcie odetchnęła głębiej, łapiąc się na tym, że aż do tej pory nerwowo zaciskała dłonie na kierownicy samochodu. Trochę tak, jakby spodziewała się jakiegoś niezapowiedzianego ataku… zupełnie jak w aptece, gdy teoretycznie wszystko wydawało się w porządku.
OdpowiedzUsuń– Chyba jesteśmy kwita. – Odparła w końcu, nie spuszczając wzroku z drogi przed sobą. On dwa dni temu odnalazł jej medalik, ona pomogła mu dzisiaj z jednym z zakażonych. Wszyscy powinni być szczęśliwi. Choć nadal czuła, iż dzielący ich dystans, o średnicy starej skrzyni biegów, w pełni jej nie wystarczał. Siedziała sztywno, nawet nie spoglądając w kierunku jasnowłosego mężczyzny. Naprawdę nie podobało jej się to, z jakim opóźnieniem reagowała na jego dotyk. Ten jeden, wyjątkowy raz w papierni mogła jakoś przeżyć, bo naprawdę zamarzała, ale wybuchu radości, jakiego doświadczyła dziesięć minut temu z pewnością długo nie przeboleje. Dlaczego mu po prostu nie przyłożyła...? Do diabła z nim.
Poczuła się zdecydowanie lepiej, gdy wreszcie przekroczyła próg Obozu. Nie musiała się już martwić stadem wygłodniałych zombie, zakażeniem lub inną wątpliwą przyjemnością. Wykonała swoją pracę, udało jej się zebrać całkiem sporo istotnych medykamentów, dlatego z czystym sumieniem mogła stawić się z nimi w pracy w ambulatorium. Nie mogła jeszcze w pełni odsapnąć, gdyż dzień dopiero się zaczął, ale wystarczyło, że postawiła stopy na bezpiecznym kawałku ziemi i od razu uszło z niej całe zdenerwowanie… no dobra. Może nie całe. Nie rozumiała, dlaczego przy wysiadaniu z samochodu Josh zabrał ze sobą plecak z lekami. Nie był tragarzem, tylko zwiadowcą. To Kitty miała za zadanie dostarczyć pakunek do szpitala. Zatrzasnęła za sobą drzwiczki, wyminąwszy łysego koleżkę panicza Tylera, który wbił w nią wyraźnie niezadowolone spojrzenie. Zapewne przez to, iż nie obchodziła się delikatnie z jego pojazdem. Tak czy inaczej, nie było to zmartwienie Katherine. Ona miała własne problemy na głowie.
OdpowiedzUsuń– Ja to wezmę, dziękuję. – Nie wahała się podejść wprost do grupki gawędzących sobie mężczyzn i bez wahania ściągnąć z ramienia jasnowłosego zwiadowcy wypchany plecak z medykamentami. Wykorzystała element zaskoczenia, i nim ten zdążył zaprotestować, chcąc dalej ciągnąć tę prześmieszną zabawę w dżentelmena, Kitty zarzuciła sobie pakunek na własne ramię i ruszyła w stronę pobliskiego szpitala. Widziała szarawy budynek już z tej odległości. Niecałe czterysta metrów i będzie na miejscu. Zajmie się tym, czym musi, czyli segregacją, katalogowaniem oraz zabezpieczaniem leków. Nie będzie traciła czasu na Josha i jego kumpli. Zresztą, nadal miała ochotę walnąć wąsatego zaopatrzeniowca, więc lepiej, aby nie przebywała za długo w jego towarzystwie, bo jeszcze zaświerzbi ją ręką i będzie po ptakach. Znów wyminęła łysego zwiadowcę, który widząc jej mało zachęcający wyraz twarzy, zwyczajnie zszedł jej z drogi, wzruszając bezradnie ramionami w kierunku grupki swoich znajomych. Pewnie nie za bardzo wiedział, dokąd jej się tak śpieszyło, ale nie próbował jej zatrzymywać. I tak nikomu by się to nie udało. Szybko pokonała te kilkaset metrów i dopiero, gdy zniknęła za drzwiami wejściowymi szpitala, odetchnęła z wyraźną ulgą. Może następnym razem odpuści sobie piesze wycieczki po mieście. Chyba wyszła z wprawy… wolała myśleć, iż zwyczajnie zasiedziała się w Obozie, niż miałoby to mieć cokolwiek wspólnego z towarzystwem pewnego jasnowłosego zwiadowcy…
Panna Holmes nie traciła czasu. Od razu po wkroczeniu do ambulatorium przebrała się w wygodniejsze ubrania, przy okazji pozbywając się umorusanych krwią Szwędacza butów. Obiecała sobie, iż za godzinkę lub dwie, postara się je doczyścić, aby były one jeszcze zdatne do chodzenia. Polubiła te trepy – ich solidna podeszwa pomogła jej roztrzaskać głowę jednego z zainfekowanych, a to się chwali. Gdy nic już nie krępowało jej ruchów, pośpiesznie odnalazła pognieciony, oprawiony w wyblakłą skórę notatnik, w którym zapisywano wszystkie leki dostępne w szpitalu. Ułożyła ją na widoku, a następne zaczęła wyjmować wszystko to, co zdołała wepchnąć do plecaka, na ogromny stół zabiegowy. Wystarczyło dziesięć minut, aby zapełniła całą dostępną sobie przestrzeń. Poukładała w odpowiednie kupki poszczególne specyfiki, i dopiero wtedy sięgnęła ponownie po notatnik i stojąc nad stołem, spisywała kolejno nazwy oraz ilość wszystkich preparatów. Zapomniała o uczuciu głodu. Na pewno nie pogardziłaby czymś ciepłym do zjedzenia, aby odrobinę się wzmocnić, ale najpierw chciała wykonać swoją pracę, a później wynagrodzić sobie trud smacznym obiadem. Miała jeszcze półtorej godziny, nim stołówka wyda posiłki, więc nie musiała się nigdzie śpieszyć. Mogła się skupić na katalogowaniu… do czasu, aż w ambulatorium pojawił się nie kto inny, jak panicz Tyler. Katherine oderwała ciemne ślepia od kartek notatnika, spoglądając na nieproszonego gościa z wyraźnym zdumieniem, które chwile później przerodziło się w coś na kształt lekkiej (przynajmniej początkowo) irytacji. Co on tu znowu robił? Czyżby nie widział, że była zajęta…?
OdpowiedzUsuń– Ty naprawdę nie wiesz, kiedy sobie odpuścić, prawda…? – Warknęła od razu na wstępie. Jeszcze nikt, od początku jej pobytu w Obozie, nie zaczepiał ją tak często jak ten oto jasnowłosy zwiadowca. I Kitty, jak to zwykle w takich sytuacjach bywało, zaczynała się z tego powodu wyraźnie denerwować. Dlaczego ciągle go spotykała? I skąd u niego ten absurdalny pomysł, iż nagle zacznie go tolerować? Katherine była samotnikiem z wyboru, a on, jak natrętna mucha, nie chciał się od niej odczepić. Była niemiła, a on nadal tu stał. Gdzie w tym sens? Powinien, tak jak wszyscy, po prostu się obrazić i o niej zapomnieć. I chyba stąd brała się jej wewnętrzna irytacja – nie postępował według znanego jej schematu. Nie był taki jak inny.
– Ojej… a co to są Szwędacze…? – Przybrała głos słodkiej idiotki, licząc, że zrozumie jej sarkazm, a przy okazji machnie na nią ręką i szybko sobie pójdzie. Cóż to za kretyńskie pytanie… Oczywiście, że zabijała już zainfekowanych. Jakim cudem udałoby się jej nadal żyć, jeśli sama by się o siebie nie zatroszczyła? Jeśli jeszcze tego nie zauważył, nie miała wokół siebie nikogo, kto by jej pilnował i wyręczał w wykonywaniu brudnej roboty. Była sama.
Wielki zegar w stołówce wskazywał dwadzieścia minut po godzinie siódmej wieczorem. Ogromna hala, będąca niegdyś jednym z pokaźniejszych magazynów wojskowych, a obecnie przemianowana na Obozową jadalnię, była zapełniona ludźmi po same brzegi. Kuchnia wydawała ostatni tego dnia posiłek, więc nic dziwnego, iż nikt nie chciał przegapić porządnej kolacji. Nawet Kitty, która zwykła zabierać sobie jedzenie na wynos, siedziała przy jednym z zapełnionych, metalowych stołów, rozkoszując się pyszną, a przede wszystkim gorącą zupą. Po dziesięciu godzinach bezustannej pracy, przegapionym obiedzie oraz paru zarwanych nocach była wystarczająco zmęczona, aby usiąść w stołówce, i to w niej spożyć swą kolację. Nie lubiła zgiełku, ani panującego na sali tłoku, ale była na tyle głodna, iż burczący brzuch odniósł zwycięstwo nad wygodą. Usadowiła się na krańcu jednego z podłużnych stołów. Raczej nie zwracała na siebie większej uwagi, gdyż siedziała w jednym z rogów hali. Tak czy inaczej, po dwóch minutach jedzenia w ciszy, wypatrzyła ją znajoma ze szpitala. I o ile Katherine nie miała większych obiekcji przeciwko jej towarzystwu, tak w chwili, gdy zauważył ją pewien przesadnie umięśniony osobnik, mogła zapomnieć o wszelkim spokoju i niezobowiązującej rozmowie z koleżanką. Warren był Tanatonautą. Miał ponad dwa metry, brzydkie ( zdaniem wielu więzienne) tatuaże, trudny charakter i cuchnący dymem papierosowym oddech, o czym Katherine przekonała się w chwili, gdy ten usiadł tuż obok niej, nachyliwszy się w jej stronę. Trzeba było dać sobie na wstrzymanie i wziąć kolację do mieszkania…
OdpowiedzUsuń– Holmes, chyba mamy do pogadania… – I choć ton głosu Warrena sugerował, iż nie będzie to miła, niewinna pogawędka, Katherine nie ruszyła się ani o milimetr. Co więcej, nawet nie spojrzała w jego stronę, nadal spokojnie jedząc swoją zupę, ze zmęczonym wzrokiem utkwionym gdzieś w metalowy blat stołu.
– Nie zmieniłam zdania. – Odparła bez pośpiechu. Na Boga, czy on musiał tyle palić…? – Twoje obrażenie nie jest już poważne, nie potrzebujesz… – Nim skończyła mówić, pięść mężczyzny wylądowała z hukiem na blacie stołu, powodując, że znajoma Kitty podskoczyła w miejscu, a znajdujący się najbliżej ludzie, poodwracali z zainteresowaniem głowy w ich kierunku. Ona jednak nadal nie wykazywała zdenerwowania.
– Potrzebuję czegoś, co złagodzi ból, do cholery… – Syknął. A kto nie potrzebuje? Gdyby Katherine rozdawała wszystkim chętnym morfinę, to po tygodniu już nic by z niej nie zostało. Warren nie musiał już otrzymywać zastrzyków. Kontuzja jego barku nie stanowiła tu głównego problemu. Kitty już trzykrotnie odmówiła mu morfiny, bo nawet głupi zauważyłby, że to nie cierpienie, a zwykłe uzależnienie.
– Jeśli masz jakieś obiekcje, to możesz zgłosić się z tym do głównego lekarza. – Oświadczyła spokojnie, odkładając powoli łyżkę na tackę. – Ale tak między nami… sugeruję ci, abyś wziął się w garść i przestał skamleć. – Dopiero teraz raczyła go chłodnym spojrzeniem ciemnych ślepi, a następnie, nim zdążył zareagować, wstała z miejsca, skinęła głową milczącej koleżance i ruszyła z tacką w kierunku wyjścia. Przez tego parszywego narkomana zaczęła boleć ją głowa. Świetnie. Już chyba nie mogło być gorzej, prawda? A przynajmniej tak myślała, ponieważ jeszcze nie zauważyła, iż Warren dźwignął się z miejsca i ruszył tuż za nią.
Katherine zamierzała opuścić spokojnie stołówkę, udając się prosto do mieszkania. Krótkie spięcie z rozeźlonym tanatonautą potraktowała, jako swój przykry obowiązek do spełnienia – odkąd nastawiła mu, a później zszyła rozharatany w trakcie wyprawy bark, zdążyła odesłać go z kwitkiem, co najmniej parę razy, zawsze tłumacząc mu, iż wykorzystał swój limit środków przeciwbólowych. Zwłaszcza, że jego bark goił się prawidłowo. Katherine nie mogła przepisać mu więcej morfiny. Odmawiała za każdym razem, gdy zjawiał się u niej w ambulatorium. I nie były to przyjemne chwile. Warren miał długi jęzor, i był nieprzewidywalny, ale panna Holmes nie zamierzała dać się zastraszyć, jak jakaś pierwsza lepsza siksa. I nie zamierzała też lecieć na skargę do swojego przełożonego. Co to miało być, przedszkole…? Zamiast skupić się na swoim głodzie, powinien uzmysłowić sobie, iż nic nie było już takie jak kiedyś, a więc i dostęp do środków znieczulających stał się praktycznie niemożliwy. Morfina była zarezerwowana wyłącznie dla potrzebujących, dla tych, którzy byli ranni lub bardzo cierpieli. A Warren rannym już nie był. Kitty liczyła na to, że za jakiś czas sobie odpuści. Znudzi się, lub znajdzie inny sposób na dogodzenie sobie, bo ona nie da mu tego, czego tak bardzo pragnie. Myślała, że wyraziła się wystarczająco jasno. Odstawiając tackę na wózek z brudnymi naczyniami, zastanawiała się ile jeszcze razy przyjdzie jej wyrzucić go za drzwi szpitala. Podejrzewała, że jutro znów złoży jej wizytę w pracy… tak sądziła, dopóki nie usłyszała wymiany zdań Warrena i pewnego mężczyzny, którego ponad tydzień temu potraktowała trochę… no dobrze, bardzo nie fair. Odwróciła się powoli za siebie, początkowo podejrzewając u siebie jakieś omamy. Gdy jednak ujrzała panicza Tylera mierzącego się wzrokiem z wściekłym tanatonautą, poczuła się wyraźnie… pogubiona. Znów on. I znów chce jej pomóc. Po tym jak go obraziła nie spodziewała się po nim podobnej reakcji. Od początku traktowała go oschle, a nawet wrogo. Nie rozumiała, dlaczego miałby się narażać na nieprzychylność Warrena dla kogoś takiego jak ona. To nie miało sensu…
OdpowiedzUsuń– Zajmij się swoją owsianką, strażaku… – Żuchwa Warrena zacisnęła się do tego stopnia, iż Kitty miała wrażenie, że zaraz pęknie. Wielkolud posłał w stronę jasnowłosego zwiadowcy rozwścieczone spojrzenie, a następnie ponownie skupił się na stojącej około dziesięciu metrów przed nim Katherine. Ciemnowłosa kobieta dostrzegła jak jego pierś unosi się i opada w zaskakująco szybkim tempie, a później spojrzała mu prosto w rozszerzone źrenice i już wiedziała, czemu tanatonaucie tak trudno jest się opanować…
– Już coś brałeś, prawda…?
– Zamknij się ździro, chcesz zrobić ze mnie jakiegoś ćpuna…?! – Warren wreszcie wybuchł. Wszelkie rozmowy, wszelki ruch w stołówce… wszystko raptownie zamarło. Zgromadzeni wewnątrz Obozowicze spoglądali w stronę rozchwianego tanatonauty z wyraźnym zdumieniem. Wyglądało na to, że nikt nie wiedział jak powinien się zachować, a w tym sama Kitty. Wpatrywała się w mężczyznę z mieszanymi uczuciami wymalowanymi na twarzy. Z jednej strony nie wyglądała na zdziwioną, taką reakcją, a z drugiej… chyba wreszcie odczuła pewien niepokój, zwłaszcza w chwili, gdy Warren niespodziewanie ruszył w jej stronę.
– Odmawiasz mnie, człowiekowi, który codziennie naraża własne życie za murami tego pieprzonego obozu, przepisania lekarstw na uśmierzenie bólu…?! Co, ktoś taki jak ty, może o tym wiedzieć, co? – Dziesięć metrów zamieniło się w pięć, a pięć w dwa. – Gdyby to ode mnie zależało, dziwek jak ty i tobie podobnych pozbyłbym się z Wyspy bez ani jednej chwili zastanowienia, zrozumiałaś…?!
Zagryzała wargi coraz mocniej, i mocniej, i mocniej… ze wszystkich sił starała się nie zareagować na wyzwiska pod swoim adresem, ale to było praktycznie niewykonalne. Milczała, ale miała ochotę wykrzyczeć mu tu i teraz, prosto w twarz, że sam nie jest lepszy. Wiedziała, że żadne słowa nic tu nie wskórają. Nie miała szans w starciu z dwumetrowym, nieobliczalnym molochem, któremu najwyraźniej puściły wszelkie hamulce. Obraźliwe słowa bolały. Gdzieś wewnątrz, zakuły ją prosto w serce, które na przekór pierwszemu wrażeniu nie było zrobione z kamienia. A im bliżej podchodził, tym silniej odczuwała jego bicie. No cóż, bała się. Nie dawała tego po sobie poznać, ale ogarnął ją strach. We krwi Warrena krążyły narkotyki… jakby to, iż sam z siebie był nieprzewidywalny nie wystarczało. Nie wiedziała, czego się spodziewać. Kolejnych wulgaryzmów? Uderzenia…? Gdy dzieliły ją od niego zaledwie dwa metry, napięła wszystkie mięśnie, mimo lęku, gotowa przyjąć kolejny atak. Ale nic się nie wydarzyło. Nic się nie wydarzyło, ponieważ za plecami tanatonauty pojawił się panicz Tyler. I wtedy wszystko potoczyło się w zupełnie przeciwnym kierunku. Katherine z każdą kolejną chwilą rozwierała powieki coraz szerzej, aż z nieukrywanym zdumieniem, niepokojem i odrętwieniem równocześnie, śledziła starcie jasnowłosego zwiadowcy z górą mięśni na sterydach. Nagle wokół niej zaroiło się od ludzi, którzy powstawali ze swoich miejsc, aby lepiej widzieć to, co się wyprawia na środku stołówki. Jedni wyglądali na przerażonych, inni na zaciekawionych, a jeszcze inni spoglądali na to wszystko z dwojakimi odczuciami. Przeproś…. Te słowa dźwięczały w głowie Katherine niczym upierdliwa mantra. Nie… niech ją nie przeprasza, tylko zwyczajnie zniknie, aby nie zdarzyło się coś, czego panna Holmes obawiała się od samego początku. Niestety, zaledwie parę chwil później okazało się, iż jej modlitwy nie zostały wysłuchane. Gdy Warren otrząsną się z pierwszego szoku, ponownie stanął na własnych nogach. I od razu zrobił z nich niezły użytek. Wyrwał do przodu jak wściekły byk. Pochylił się, i z całą mocną uderzył zdrowym barkiem w klatkę piersiową Josha. Blondyn poleciał do tyłu. Tłum rozstąpił się, aby uniknąć spotkania trzeciego stopnia z walczącymi, którzy zatrzymali się dopiero na jednym z betonowych filarów. Tyler uderzył w kamień plecami, w dodatku nadal był trzymany przez wściekłego rywala. Katherine zamarła, gdy zwiadowca otrzymał cios pięścią prosto w twarz, upadając nieopodal filaru. Ujrzała krew. Najpierw na jego wargach, a później na chłodnej posadzce, gdy wreszcie ją wypluł. I miała już dość. Jak zwykła kolacja mogła do tego doprowadzić…? Mogła się tu nie pojawiać, w ogóle by do tego nie doszło. Zacisnęła usta w wąską linię… i wybiegła na sam środek sali. Wyminęła Warrena, podśmiewającego się z zadowoleniem pod nosem, zapewne już wietrzącego triumf, i uklękła przy poobijanym Joshu. Zachowywała się zupełnie jak nie ona, ale nic nie mogła poradzić na to, że tak bardzo zależało jej na przerwaniu tego szaleństwa. Warren zasłużył sobie na parę prztyczków w nos, ale nie kosztem jasnowłosego zwiadowcy. Cholera no…
OdpowiedzUsuń– Dość, już starczy… – Jęknęła cicho, chwyciwszy panicza Tylera najpierw za jedno ramię, a później za drugie. Była zdenerwowana. On, jako jeden z nielicznych mógł to ujrzeć, ponieważ wszystkie negatywne uczucia miała wypisane w ciemnych oczach, którymi wpatrywała się w niego z napięciem. Czuła się winna temu, co tu przed chwilą zaszło. Chciała pomóc mu wstać. Zacisnęła prawą rękę na materiale jego bluzy, a lewą układając delikatnie na plecach… ale cień Warrena zawisł nad nimi obojga w najmniej odpowiednim momencie. I Kitty zajęło parę chwil zrozumienie, że wielkie łapsko, które nagle wylądowało na jej ramieniu, nie należało do żadnego z gapiów, ani nawet do samego Josha, tylko do uśmiechającego się paskudnie molocha…
Co więcej mogłaby zrobić? Starała się przemówić do rozsądku panicza Tylera, ponieważ tylko on byłby skłonny ją wysłuchać. Rozentuzjazmowany bójką tanatonauta wyglądał, i zachowywał się, jak ryba w wodzie – zainteresowanie publiki, zacięta rywalizacja… był w swoim żywiole. Nie zanosiło się na to, aby nagle zmądrzał i dobrowolnie zrezygnował. A już na pewno nie teraz, gdy wydawało mu się, iż uzyskał przewagę nad swoim przeciwnikiem. Poczuł się na tyle pewnie, że znów zapragnął powrotu do rozmowy o znieczulaczach. Właśnie z tego powodu chwycił Katherine za ramię, chcąc, aby zwróciła swoją uwagę na niego, a nie na podnoszącego się powoli z ziemi Josha. Kitty była gotowa wbić mu paznokcie w szyję, była tak wściekła jego zachowaniem… ale jasnowłosy zwiadowca znów ją ubiegł. Słowa protestu ugrzęzły jej w gardle. Tak właściwie, to jakiekolwiek słowa ugrzęzły jej w gardle. Gdy znów się na siebie rzucili, była całkowicie bezradna. I to również tak bardzo ją wkurzało. Słowo daję, miała ochotę wepchnąć się między nich i obydwu przyłożyć, każąc rozejść się po kątach. Jeśli nikt nic za chwilę nie zrobi, naprawdę do nich dołączy… Tym razem jednak, ktoś tam na górze uznał, iż kotłująca się z napakowanymi facetami Katherine chyba nie była najlepszym pomysłem, tak, więc w stołówce zjawiła się część rady, a także przełożony zwiadowców. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, koledzy zarówno Josha jak i Warrena, rzucili się w ich kierunku, wreszcie ich od siebie odseparowując. W rezultacie miała okazję ujrzeć stan panicza Tylera w pełnej krasie… i miała ochotę głośno jęknąć, widząc, do czego się doprowadził. Co za głupi buc… po co się mieszał?! Teraz ona ma wyrzuty sumienia, ona! Było jej żal wyłącznie Josha, choć Warren nie prezentował się o wiele lepiej. Obaj wyglądali jak po trzeciej wojnie światowej. Całe szczęście, bójka dobiegła końca. Katherine nawet nie była zainteresowana pytającym spojrzeniem swojego przełożonego, który na widok panny Holmes wśród najbliższych gapiów, wyglądał na poważnie zdumionego. Nie była przecież typem osoby, która interesowała się podobnymi zajściami… Kitty nie miała jednak ochoty ze wszystkiego mu się spowiadać. Zrobi to później. Powie mu o Warrenie i o jego zachciankach… dzisiaj tanatonauta przekroczył pewną granicę, a Katherine nie zamierzała pozwolić na to, aby znów ktoś niewinny przez to ucierpiał. Zwinnie przepchnęła się przez tłum gapiów ku wyjściu z hali. Była zła i roztrzęsiona, choć wyraz jej twarzy pozostawał niemal kamienny. Musiała znaleźć Josha. Dla spokoju sumienia musiała sprawdzić, w jakim jest stanie... a przynajmniej tak podpowiadał jej rozum, gdy wypadła na zewnątrz, rozglądając się w jego poszukiwaniu. Co jednak ze zwykłym odruchem serca, które ścisnęło się nieprzyjemnie, na widok opartego o mur zwiadowcy? Wolała myśleć, że to tylko ze złości…
OdpowiedzUsuń– Dlaczego mnie nie posłuchałeś…?! – Żachnęła się natychmiast, podbiegając w jego stronę. – Dlaczego musisz być taki… taki… uparty…? – Na usta cisnęły jej się o wiele gorsze określenia, ale w porę ugryzła się w język, spoglądając na sylwetkę Josha z wyraźnym niepokojem wymalowanym na bladym obliczu. Cholera, zapomniała, że zwykle nie daje po sobie niczego poznać… No trudno, jakoś to przeżyje. Teraz ważniejszy był stan zdrowia jasnowłosego zwiadowcy. Nie patrzył na nią, więc Kitty odruchowo wyciągnęła ręce do jego twarzy, zmuszając go, aby odwrócił się przodem do niej. Zacisnęła usta w wąską linię, widząc rozbity łuk brwiowy, rozciętą skroń oraz wargę, a także parę zadrapań na policzkach i brodzie… a to były tylko rany na jego twarzy.
– Masz problemy z oddychaniem…? – Ton jej głosu niespodziewanie złagodniał, a przede wszystkim przycichł. Chwilę temu jeszcze krzyczała, ale teraz spoglądała na niego z odrobinę większym spokojem w ciemnych ślepiach, cofając powoli dłonie. Czemu w ogóle go dotykała…?
To naprawdę było zabawne – z jednej strony tak bardzo chciała mu przyłożyć, iż niemal czuła jak świerzbią ją ręce, gotowe do wymierzenia ciosu prosto w ten uśmiechnięty, poharatany dziób. Z drugiej jednak nadal nie potrafiła wyzbyć się myśli, że to całe zajście było jej winą. Mogła zjeść u siebie, mogła olać Warrena, i nie wdawać się z nim w żadną rozmowę, albo mogła próbować załagodzić sytuację, jakimiś wymówkami… ale była zbyt uparta, aby dać się sobą rządzić. A Josh był (i jest) zbyt głupi, aby nie mieszać się w sprawy, które go nie dotyczą. Później obrywa. On cierpi, ona się niepotrzebnie miota. Co za kuriozalna sytuacja. Kitty potrafiłaby przeżyć wyzwiska. Nie były one przyjemne, ale padły z ust śmiecia, a takimi ludźmi nie należało się przejmować. W ogóle nikim nie powinna się przejmować. Tak, łatwiej powiedzieć, niż zrobić. Chyba zaczynała przyzwyczajać się do swojej obecnej fuchy, bo jak inaczej wytłumaczyć to, że zależało jej na ocenie stanu Josha? Sumienie i zmęczenie – zdradziecka mieszanka…
OdpowiedzUsuń– Możesz mieć złamane żebro… – Westchnęła z wyraźnym zdenerwowaniem. Wolała od razu przyjąć jedną z gorszych możliwości, niż mieć płonną nadzieję, że to tylko stłuczenie. Choć tego również nie wykluczała. Problem polegał na tym, że nie mieli przy sobie przenośnego rentgena. Postawienie stuprocentowej, odpowiedniej diagnozy będzie więc niemożliwe. I Kitty trochę to przerażało. Myślała już jak rasowy lekarz. Bała się o skaleczenie płuca, a tym samym, zagrożeniach płynących z odmy opłucnej…
– Musimy iść do ambulatorium. – Oświadczyła stanowczo. Nie zamierzała się go pytać o zdanie. Dopiero w szpitalu będzie mogła albo RACZEJ wykluczyć złamanie, albo RACZEJ je potwierdzić. Tak czy siak nie można było tak stać bezczynnie, i jeszcze w dodatku marznąć. Ujęła Josha za ramię, chcąc jak najszybciej oderwać go od muru, ale aż przeklęła cicho, uświadomiwszy sobie, iż w ten sposób nigdzie go nie ruszy. Był za ciężki. Musiała spróbować inaczej. Założyła więc sobie lewe ramię mężczyzny na własną szyję i wtedy dopiero była w stanie jakoś mu pomóc, a przy okazji nie wlec się jak żółwie. W głowie zastanawiała się, czy mają na składzie jakąkolwiek opaskę uciskową… o mniejsze rany i rozcięcia, w tym te na twarzy, nie martwiła się tak jak bolesnością klatki piersiowej. To naprawdę nie były żarty. Kiedy podobny uraz, w dobie szpitali i dostępnego dwadzieścia cztery godziny na dobę pogotowia nie stanowił większego zagrożenia dla życia. Teraz jednak, gdyby doszło do poważnych uszkodzeń wewnętrznych, a żebro przebiłoby jeden z organów… Nic nie mogłaby zrobić. Kompletnie nic. I to ją właśnie przerażało. Bezradność w obliczu śmierci, mimo wiedzy i umiejętności…
Nie podobało jej się to, że tak szybko słabł. Ani to, że tracił energię na kłapanie dziobem, chociaż to irytowało ją niemal ciągle, bez specjalnej przyczyny. Na szczęście ambulatorium było już coraz bliżej, tak, więc Katherine skupiła się na przypominaniu sobie w myślach, o tym, co i jak należy zastosować, aby załagodzić ból w klatce piersiowej Josha. Była tak pochłonięta tymi myślami, że prawie nie zauważyła dwójki małych, rozchichotanych dziewczynek, które wyminęły ich w podskokach, zwracając na siebie uwagę jasnowłosego zwiadowcy. Z początku nie zrozumiała uwagi panicza Tylera, ale później pojęła, do czego zmierzał, i trochę się naburmuszyła, przy okazji zabarwiając policzki lekkim, stonowanym różem…
OdpowiedzUsuń– Nie masz teraz przypadkiem ważniejszych rzeczy na głowie? – Odparła w miarę spokojnie, choć w tonie jej głosu dało się wyczuć pewną cierpkość. Najwyraźniej nie miała ochoty zastanawiać się nad tym, co też ludzie o niej… nich powiedzą. Warren, który był głównym prowodyrem całego tego zajścia, miał nie po kolei w głowie. To wystarczyło, aby uznać powód bójki za błahy i szybko o niej zapomnieć. Przynajmniej w logicznym odczuciu Katherine. To, że Josh nadstawił dla niej karku, to inna sprawa, bardziej skomplikowana, wymagająca świętego spokoju, aby ją sobie odpowiednio przemyśleć… A teraz tego spokoju akurat nie miała, więc skupiła się na tym, co należało zrobić. Gdy znaleźli się wreszcie w holu wejściowym szpitala, Kitty pośpiesznie skierowała się z jasnowłosym towarzyszem ku mniejszemu gabinetowi zabiegowemu, gdzie akurat stało wolne łóżko. Wchodząc do środka, zapaliła światło łokciem.
– Nie kładź się jeszcze… – Mruknęła, pomagając usiąść mu na miękkim posłaniu. Szybko zapaliła zawieszoną w pobliżu łóżka lampkę i ściągnęła z siebie płaszcz, odrzucając go na parapet. Czuła presję czasu, więc pośpiesznie umyła ręce, związała włosy i wygrzebała z szuflady sterylne rękawiczki. Po minucie znów stała naprzeciwko niego, tym razem patrząc mu prosto w oczy (przywilej stania na własnych nogach, a nie siedzenia na materacu). Trzymała w dłoniach kuchenne nożyczki… – Mam nadzieję, że to nie jest twoja ulubiona bluza. – Stwierdziła całkiem poważnie, a później od razu przystąpiła do rozcinania materiału ubrania na klatce piersiowej Josha. – Jeśli żebro jest złamane, nie możesz ryzykować gwałtowniejszymi ruchami, inaczej może ono uszkodzić narządy wewnętrzne… – Mówiła cicho, ale wyraźnie, i jakby bardziej do siebie, niż do niego. W ten sposób lepiej kontrolowała swoje poczynania.
To pewnie zabrzmi dziwnie, ale to już nie pierwszy raz, gdy ma okazję widzieć panicza Tylera pół nago. Za pierwszym razem przybył do niej z rozcięciem w okolicach karku, które to szybko zszyła, starając się, aby nie została po nim pamiątką w postaci blizny. Już wtedy zdążyła zauważyć (tak na marginesie, naturalnie), że ma ich wystarczająco sporo. Nie potrzebna mu była kolejna. Za drugim razem sama się o to prosiła, gdy po szaleńczej gonitwie w deszczu, pozwoliła mu przenocować w swoim mieszkaniu, a wcześniej kazała mu się obmyć z błota i kurzu. Wylazł z pod prysznica w samych spodniach, co wyraźnie ją… hm, zakłopotało. To nie była służbowa wizyta lekarska, a prywatna sytuacja w zaciszu czterech ścian. Powiedzmy, że od takiej nagości Katherine zdążyła już trochę odwyknąć. I właśnie teraz był ten trzeci raz. Na szczęście (lub nie, zależy z czyjego punktu widzenia na to spojrzeć), była teraz pochłonięta pracą, tak, więc skupiła się wyłącznie na tym, co też musiała zrobić – czyli zadbać o jego komfort i bezpieczeństwo. Gdy odrzuciła pociętą bluzę na bok, skrzywiła się lekko, widząc powstające zasinienie w okolicach piątego i czwartego żebra. Spojrzała kątek oka na twarz blondyna, a później znów przyjrzała się uważnie obiciu, dotykając to jedno, konkretne miejsce chłodnymi palcami. Starała się to robić bardzo delikatnie, ale i tak zdawała sobie z tego sprawę, iż musi trochę boleć. Skoro nawet zwykłe oddychanie stanowiło problem…
OdpowiedzUsuń– Boli cię coś jeszcze, prócz klatki piersiowej…? – Zapytała, sięgnąwszy po leżący na szafeczce stetoskop. Może i nie miała przy sobie sprawnego rentgena, ale mogła spróbować trochę mniej pewnej diagnozy. – Postaraj się choć przez moment nic nie mówić. – Zaleciła po chwili. Włożyła pośpiesznie słuchawki do uszu, a później jedną dłoń ułożyła na ramieniu Josha, drugą natomiast, najdelikatniej jak potrafiła, zaczęła przesuwać głowicę po jego klatce piersiowej. Wsłuchiwała się w jego bicie serca… miarowe. Wsłuchiwała się w oddech… i uśmiechnęła się lekko pod nosem. Nie był świszczący, nie zarejestrowała żadnych szmerów. To dobry znak. Jeśli nawet żebro pękło, nie uszkodziło płuc. – Wydaje mi się, że jeszcze trochę sobie pożyjesz. – Stwierdziła po chwili, zawieszając niedbale stetoskop wokół własnej szyi. – Zaraz wracam, ani drgnij. – Dodała już bardziej stanowczo, po chwili znikając w drzwiach prowadzących do sąsiedniego pomieszczenia.
Nie rozkazywała mu dlatego, że lubiła dyrygować ludźmi. Wydawała mu polecenia, ponieważ w tej sytuacji wiedziała, co było dla niego najlepsze, a przy okazji, skoro już podjęła się próby doprowadzenia go do stanu używalności, była za niego odpowiedzialna. Nie chciała, aby się nadwyrężał. Proste badanie stetoskopem nie ukazało poważniejszych urazów płuc, ale to nadal nie był dokładny rentgen, i o tym Katherine musiała pamiętać, licząc na to, że to jedynie stłuczenie, ewentualnie nieduże pęknięcie. Zanurzając się w ciemnościach panujących w sąsiednim pomieszczeniu, powtarzała sobie w myślach, że przecież Josh nie jest pierwszym lepszym chucherkiem – Warren był wyższy i większy, ale nie AŻ tak bardzo, aby mógł zrobić mu większą krzywdę zwykłym szturchaniem. Liczyła też na to, iż panicz Tyler miał więcej szczęścia niż rozumu, choć tak czy inaczej przez najbliższe dwa/trzy tygodnie może zapomnieć o jakimkolwiek ruszaniu się z posłania. Koniec kropka. Gdy Kitty zapaliła wątłe światło lampki, w poszukiwaniu odpowiedniej szufladki z lekiem, zdała sobie sprawę, iż uświadomienie mu tego będzie trudniejsze niż mogłoby się komukolwiek wydawać. Żebra goją się kilka tygodni, do paru miesięcy… a jeśli ona nie może stwierdzić jak poważny jest to uraz, tym bardziej należało chuchać na zimne. Nieźle się wpakował. Westchnęła cicho pod nosem, akurat po chwili odnajdując małą fiolkę z… no właśnie. Z morfiną. Schowała znalezisko do kieszeni spodni, razem z zapakowaną strzykawką, odnajdując również bandaż elastyczny. Wróciła do pokoju, odkładając na stolik obok posłania białą opaskę, natomiast później zabrała się za rozpakowywanie strzykawki i przygotowanie jej do podania leku. Gdy już była gotowa, zerknęła na Josha, zdmuchnąwszy sobie z twarzy parę ciemnych kosmyków włosów.
OdpowiedzUsuń– To złagodzi ból. Nie wyeliminuje go do końca, ale pomoże Ci w zniesieniu bandażowania. – Nie chciała mydlić mu oczu. Po podaniu zastrzyku będzie musiała usztywnić mu klatkę piersiową. Nie będzie to przyjemne, delikatnie mówiąc, ale było konieczne. Tak jak złamaną rękę wkładało się w gips, tak pęknięte/złamane żebro zabezpieczało się elastycznym opatrunkiem. – Sprawi też, że szybciej zaśniesz i odpoczniesz. Teraz to najważniejsze. – Stwierdziła, układając lewą rękę na jego ramieniu. Nie czekała na jego pozwolenie. To po prostu należało zrobić, i już. Dlatego Kitty wbiła ostrożnie igłę w skórę blondyna, racząc go bezpieczną porcją morfiny.
Katherine starała się być delikatna względem każdego swojego pacjenta, choć od samego początku wiedziała, iż nie będzie to wcale łatwe. Była weterynarzem, i jak każdy weterynarz całą swą empatię kierowała ku leczonym zwierzętom – Kitty nie miała tyle cierpliwości do ludzi, ile właśnie do czworonożnych stworzeń. Ostatnio jednak starała się nad tym odpowiednio pracować, i chyba widać było małe postępy. Jasne, nie uśmiecha się przez cały czas, nie wyciera poszkodowanemu nosa, ani nie wiąże mu butów, ale potrafiła oszczędzać sobie kąśliwych uwag i nie straszyć nikogo posępnością własnej miny. Znaczny progres, nie ma co. W przypadku Josha pewnie było tak samo. Choć powód, dla którego w ogóle tu trafił, sprawiał, iż gdzieś tam nieświadomie, Kitty starała się trochę bardziej niż normalnie. Nadal czuła się winna tego zamieszania, i choć tego nie okazywała, wiedziała również, iż była zła na panicza Tylera za to, że w ogóle się wtrącał. To zdenerwowanie zdołała jednak na tę chwilę odłożyć i skupić się na pracy.
OdpowiedzUsuń– To zależy… – Mruknęła cicho w dopowiedzi, spodziewając się podobnego pytania. Odłożyła pustą strzykawkę na pobliski stolik nocny, po czym zaczęła powoli zdejmować z rąk sterylne rękawiczki. Do bandażowania klatki piersiowej Josha wcale nie były jej potrzebne. – Jeśli to tylko stłuczenie, to szybciej wrócisz do siebie. Ale jeśli to pęknięcie, lub złamanie, to może potrwać od dwóch do nawet pięciu miesięcy… – Stwierdziła w końcu, rozwijając trzymany w dłoniach bandaż. Stała parę centymetrów przed nim, obracając w palcach biały opatrunek. Spoglądała mu uważnie w jasne oczy, i zastanawiała się jak ciężko przyjmie do wiadomości fakt, iż przez tą dzisiejszą scysję, zapewne zostanie na długi czas wykluczony z szeregów zwiadowców. Katherine może i nie znała go zbyt dobrze, ale już dawno zauważyła, że nie był typem człowieka, który łatwo tolerował nudę i bezczynność. Ona wręcz przeciwnie. Lubiła ciszę, stabilizację i pewną rutynę. Ale o dziwo potrafiła zrozumieć jego niezadowolenie z otrzymanych informacji. Jej ojciec też był żywiołowym mężczyzną. Gdy spadając z konia połamał sobie nogę, przez półtora roku odpoczynku był gorszy niż małe dziecko – zły, sfrustrowany i nadąsany. Nie potrafił znieść siedzącego trybu życia. Domyślała się, że u Josha będzie bardzo podobnie.
Góra pięć miesięcy to i tak optymistyczne założenie. Prawda była taka, iż złamane żebro już nigdy nie będzie tak w pełni stabilne oraz mocne jak niegdyś. Tak samo jak w przypadku kości raz pękniętej ręki lub nogi. Wszystko miało swoją cenę, tak więc lepiej dla panicza Tylera, aby skończyło się to wyłącznie na stłuczeniu. Co i tak będzie można stwierdzić dopiero za dwa, trzy tygodnie, gdy sponiewierana klatka piersiowa odpocznie. Wtedy nawet sam Joshua będzie mógł odczuć, czy ból zelżał, czy jeszcze się trzyma.
OdpowiedzUsuń– Komu? Radzie…? – Uśmiechnęła się lekko, z wyraźnym politowaniem bijącym z ciemnych ślepi. Pokręciła rozczochraną łepetyną, po czym przestąpiła powoli z nogi na nogę. Morfina powinna już zacząć działać… – To nie problem Rady, tylko mój. I radzę sobie z nim od dawna. Ja, i dyżurujące ze mną pielęgniarki. Myślisz, że to pierwszy raz, gdy ktoś sfrustrowany żąda od personelu medycznego wydania leków? Chyba nie wiele wiesz na temat tego, jak ta praca może wyglądać… – Dodała całkiem spokojnie, nawet na niego nie patrząc. Nie można było sobie pozwolić na pomiatanie sobą. Jeśli Kitty postąpiłaby tak, jak sugerował jej Josh, miałaby jeszcze gorsze problemy. Warrenowi zagrożono by odejściem z zespołu, albo nawet i z obozu (w końcu nie można było narażać wszystkich obecnością ćpuna). I dopiero wtedy stałby się człowiekiem zdesperowanym i zdolnym do wszystkiego. Nie, takie decyzje nie należały do Katherine. Warren mógł być sobie upierdliwym dupkiem, ale ona nie zamierzała mu ulegać, i albo dać mu lekarstwa, albo donieść na niego do kogoś wyżej. Był tylko mocny w gębie, może czasem coś rozwalił ze złości, ale to nie robiło na niej żadnego wrażenia. Nie było to przyjemne, ale jednak dało się jakoś przeżyć.
– Unieś powoli ręce, jak najwyżej możesz. Nic na siłę. – Poprosiła. Musiała jakoś obwiązać go tym bandażem, prawda? Gdy po chwili Josh spełnił jej prośbę, przystąpiła do skrupulatnego oplatania jego klatki piersiowej elastyczną opaską. Nie śpieszyła się i starała się to robić w miarę delikatnie, ale jej dłonie pracowały sprawnie, bez opieszałości. Wiedziała, że było to bolesne, ale musiała to zrobić. Inaczej nici z szybkiego gojenia się żeber i w miarę sprawnego powrotu panicza Tylera do aktywnej służby u zwiadowców.
Nic nie mówiła, skupiona na skrupulatnym obandażowywaniu klatki piersiowej panicza Tylera. Nie było to zadanie wymagające Bóg wie jakich kwalifikacji, ale jednak Katherine robiła to bez pośpiechu, w bardzo skrupulatny sposób. Starając się oplatać żebra jasnowłosego zwiadowcy subtelnie, a jednak wystarczająco mocno, zaciskała usta w wąską linię, słysząc słowa, które raz po raz padały z ust Josha. Słowa, które ani trochę nie przypadły jej do gustu. Sugerował dość… drastyczne wizje, o których Kitty nawet nie myślała, odkąd znalazła schronienie za murami obozu. Scenariusz, w którym miałaby się czuć zagrożona towarzystwem innych mężczyzn był jej zdaniem wielce nierealny. Po pierwsze, ludzie mieli o wiele większe zmartwienia, a także potrzeby, niż jedynie kontakty intymne. A po drugie, jeśli do czegokolwiek takiego by doszło, oznaczałoby to wyrzucenie winnych poza mury obozu. Czyli innymi słowy, śmierć. Kto o zdrowych zmysłach, kto dopiero wyrwał się z łapsk zombie, z własnej woli pchałby się w tak poważne tarapaty? To było nielogiczne, nierozsądne i zwyczajnie głupie. Nikt by się do takich rzeczy nie posunął.
OdpowiedzUsuń– Musiałeś oberwać w głowę mocniej, niż przypuszczałam. – Stwierdziła, gdy po skończonym bandażowaniu, panicz Tyler wstał z łóżka, szykując się do powrotu do domu. Szybko porzuciła bzdurne myśli o nieprzyjemnościach czyhających na nią zza każdego rogu, skupiając surowe spojrzenie ciemnych ślepi na sylwetce blondyna. – Nigdzie nie pójdziesz. Chyba, że chcesz ryzykować pogorszenie swojego stanu zdrowia i przedłużenie sobie zwolnienia z paru miesięcy na cały rok. – Dodała z naciskiem, choć nie zamierzała go tu zatrzymywać na siłę. Jeśli uprze się i będzie chciał wracać, był to jego wybór. Głupi, bardzo głupi, ale Kitty nie będzie prowadziła z nim jałowych dyskusji. Chciała mu pomóc, a on najwyraźniej nie rozumiał, że wsadzenie go w bandaż to tylko początek całego procesu leczenia. – Połóż się teraz, nim morfina zupełnie cię zmorzy. Twoja twarz… ją też trzeba opatrzyć. Zajmę się tym, z pewnością lepiej od ciebie. – Westchnęła, nie schodząc mu z drogi. Był wyższy, ale jego postawa nie wywierała na niej żadnego wrażenia. Dziś już miała do czynienia z jednym wielkoludem i również się nie ugięła. Choć były to dwie różne sytuacje, Kitty w każdej z nich wiedziała, że musiała postawić na swoim.
Nic nie mówiła, bo i co miałaby powiedzieć? Że w pewnym sensie, panicz Tyler miał rację, ale nie do samego końca? Że ona ma inne spojrzenie na to wszystko? To można było stwierdzić po samym wyrazie jej twarzy, a ostatnią rzeczą, do której Katherine chciała teraz dążyć, była niepotrzebna kłótnia. To z powodu jednego, wielkiego nieporozumienia tkwili tutaj obydwoje. Wystarczy kolejnych nieprzyjemności. Każde z nich było zmęczone, a Josh i tak lada moment zaśnie. Kitty podała mu wystarczająco dużą dawkę morfiny, aby zapadł w mocny, regenerujący sen. Akurat tego potrzebował w tej chwili najbardziej, a ona, jako osoba odpowiedzialna za niego, zamierzała dopilnować, aby odpowiednio długo i solidnie wypoczął.
OdpowiedzUsuń– Nie, będę tylko ja. – Kłamała z taką wprawą, iż niejedna aktorka mogłaby jej pozazdrościć. Katherine nie miała dzisiaj nocnego dyżuru. Teoretycznie, od dobrych dwóch godzin, powinna była zalegać we własnym mieszkaniu, zajęta piciem gorącej herbaty oraz czytaniem książek. Nie widziała najmniejszej potrzeby, aby informować Josha o dyżurującej parę pomieszczeń dalej pielęgniarce. To nie ona się nim zajmowała. Robiła to Kitty. A nim pomyśli o odpoczynku, miała jeszcze sporo do zrobienia. Gdy jasnowłosy zwiadowca wreszcie ułożył się na skrzypiącym biurku, panna Holmes podeszła do jednej z szafek w rogu pomieszczenia, wyciągając z niej dwa grube koce. Josh nie musiał się martwić, o to, że zmarznie. Nie, gdy w tym samym pokoju przebywała Katherine. Ona jak nikt inny potrafiła wyczuć zbyt niską temperaturę i jak najszybciej ją zniwelować. Zarzuciła na swojego pacjenta jeden, a później drugi koc, a później w spokoju zaczęła rozsznurowywać buty panicza Tylera. Nie zdjął ich, pakując się na posłanie, a w tych trepach nie mógł spać. Zdjęła je więc z jego nóg, odstawiając z dala od zasięgu ręki blondyna, pod jedną ze ścian. Tak na wszelki wypadek, gdyby coś strzeliło mu do głowy, i chciał wracać do domu. Już przy samej próbie schylenia się po nie, odczuje, jaki to debilny pomysł. Ponownie poprawiła starannie obydwa koce, następnie przysuwając sobie bliżej krzesło do materaca, w okolicy twarzy Josha. Na stoliku nocnym leżał już czysty zestaw podręcznych przyborów do przemywania i opatrywania ran, więc Kitty, nakładając na dłonie nowe rękawiczki, zabrała się do doprowadzania oblicza jasnowłosego zwiadowcy do porządku.
– Może trochę piec, ale to szybko minie… – Rozluźniła się już nieco, wyraźnie spuszczając z tonu. Skoro panicz Tyler nie zamierzał nigdzie iść, mogła przestać skupiać się na robieniu groźnej miny (choć zwykle nie musiała się zbytnio starać) i powolnymi, subtelnymi ruchami dłoni, zmywać chłodną wodą, zaschniętą na jego skroni krew.
– Gdybyś chciał skorzystać w nocy z łazienki… musiałbyś wyjść na zewnątrz. – Stwierdziła spokojnie, nie przerywając obmywania twarzy jasnowłosego zwiadowcy wilgotnym wacikiem. – Ostatnio mieliśmy problem z zatkaną ubikacją. – Wyjaśniła pokrótce, marszcząc lekko ciemne brwi. Kiepska sprawa z tą toaletą. Powinna być sprawna, zwłaszcza w takim miejscu jak jedyny, obozowy szpital. Pech chciał, że akurat dwa dni temu, sedesowi zebrało się na awarię, którą jak na razie nie sposób było naprawić, bez odpowiednich części. Główny lekarz umówił się już z paroma zaopatrzeniowcami, aby przy okazji następnej wycieczki do miasta, postarali się o części zamienne do tego ustrojstwa. Na razie przebywający w ambulatorium pracownicy trenowali wytrzymałość pęcherza, lub wpadali do budynków obok, jeśli potrzeba była bardzo, bardzo nagląca. Josh jednak nie mógłby sobie pozwolić na tak dalekie, w dodatku nocne spacerki. Katherine była pewna, iż dzięki środkom znieczulającym prześpi solidnie parę godzin, budząc się dopiero następnego dnia rano. Nie musiał się, więc kłopotać problemem nieczynnej ubikacji. Katherine oderwała wzrok od rozciętego łuku brwiowego panicza Tylera dopiero w chwili, gdy w pomieszczeniu zjawiła się jej koleżanka po fachu. Kłamstewko Kitty wyszło na jaw, jednak nie wyglądała na zbytnio zmartwioną tym faktem. Nie przerwała również swojej pracy, powoli odkładając na pobliską szafkę nocną nasączony krwią wacik, aby tym razem przetrzeć oblicze Josha suchą chustką. Był już czysty, pozbyła się całej zaschniętej krwi, a z nabytych ran nie sączyła nowa. To dobrze. Teraz jego twarz nie wyglądała tak strasznie, jak jeszcze chwilę temu, gdy przywodziła na myśl o wiele gorsze obrażenia, niż w rzeczywistości. Jedynie łuk brwiowy nadawał się do zszycia, i to tylko trzema, może czterema szwami. Nie powinno być śladu. Rozcięciu na skroni wystarczą małe plasterki, a rozcięta warga zagoi się już za dwa dni.
OdpowiedzUsuń– Ale chciałam. – Słysząc słowa Josha, oderwała wzrok od jego ran, przenosząc je na jasne ślepia blondyna. Po chwili skierowała spokojne spojrzenie na koleżankę, skinąwszy jej lekko głową. – Zostanie tutaj na noc. Podejrzenie złamania żeber, dostał już środki znieczulające. – Wyjaśniła pielęgniarce, na co ta przytaknęła ze zrozumieniem, i zabrawszy ze sobą potrzebne jej lekarstwa, opuściła pomieszczenie, zamykając za sobą cichutko drzwi. Znów zostali sami. Kitty sięgnęła do jednej z szuflad, po drugiej stronie posłania, nachylając się nad jasnowłosym zwiadowcą. Wyciągnęła z niej podręczny zestaw do szycia i powróciła do swojego wygodnego siadu tureckiego, rozpakowując igłę oraz specjalne nitki.
– To tylko kilka szwów. – Dodała po chwili ciszy, ponownie na niego zerknąwszy. Pewnie słyszał to już wystarczająco często, ale taka była prawda. Kitty nie zamierzała nakładać mu pięćdziesięciu szwów. Mógł nie obawiać się bólu ani blizn. Ona zrobi tak, aby ani jednego, ani drugiego, po prostu nie było. Może marna z niej towarzyszka rozmów, ale na opatrywaniu znała się jak nikt inny, więc tego się będzie trzymała.
Trudno by jej było myśleć teraz o sprawach związanych z bliską obecnością drugiej osoby. Tak właściwie, odkąd przybyła do San Francisco w wieku zaledwie osiemnastu lat, podobne tematy prawie w ogóle nie zaprzątały jej głowy. Nigdy nie ukrywała, iż wyjechała do większego miasta tylko po to, aby zdobyć wykształcenie oraz usamodzielnić się. Może nie było, czym się chwalić, ale Katherine zależało przede wszystkim na dobrej pracy, własnym mieszkaniu w dobrej dzielnicy, sprawnym samochodzie… miała dwadzieścia siedem lat, i rzadko bywały chwile, w którym myślała o ewentualnym partnerze, z którym wiązałaby jakieś poważniejsze plany. Miała jeszcze czas na takie rzeczy. Na razie skupiała się na pracy w klinice, na ukończeniu doktoratu… myślała o jakimś wyjeździe, może do Europy, do Francji…? Podszkolić się w języku, ujrzeć większy kawałek świata. Jej starsze rodzeństwo już dawno pozakładało własne rodziny, ustatkowało się. Ona zwlekała, choć była bardzo dojrzała jak na swój wiek. Może, dlatego, najdłuższy jej związek trwał ze starszym o piętnaście lat mężczyzną. Parę miesięcy. Było całkiem… hm, przyjemnie. Bez górnolotnych dramatów. Dwoje dorosłych ludzi, niedążących do niczego sformalizowanego… choć pod koniec, Katherine miała wrażenie, że jej partner zaczyna się łamać, a wypady w pobliże parków pełnych rodzin z wózkami nie były przypadkowe. Na szczęście pojawiła się zaraza zombie, i Kitty ominął ten przykry moment uświadamiania go, iż ona nie zamierza niczego w swoim życiu zmieniać. Los podjął decyzję za nią, za niego, i za całą ludzkość, niszcząc to, co kiedyś było normalnymi, przyziemnymi rozterkami każdego człowieka. Teraz podobne problemy zastąpiły zmartwienia o lekarstwa, o żywność, o ciepłe ubrania… o bezpieczeństwo i śmierć. Bardzo okrutną i bolesną śmierć…
OdpowiedzUsuń– Gdy skończę cię zszywać, poszukam taśmy izolacyjnej, aby pozaklejać okno… – Stwierdziła cicho, skupiona na delikatnym nakładaniu szwów na jego łuku brwiowym, tak aby niemal w ogóle tego nie odczuwał. W sumie, i tak od paru dni obiecywała sobie, że uszczelni wszystkie okna w ambulatorium. Przed zimą należało to zrobić, aby zatrzymać więcej ciepła w pomieszczeniach. Teraz, gdy w jednym z nich leżał panicz Tyler, Katherine zyskała większa motywację do działania. Sama bardzo źle znosiła zimno. Potrafiła sobie wyobrazić, że innym również mogło ono doskwierać, tak więc należało temu zwyczajnie zapobiec.
Nie będzie dzisiaj kleiła wszystkich okien – tylko to jedno. I wcale nie zamierzała zmieniać zdania. Było tu bardzo zimno, ponieważ rama okna była nieszczelna. Katherine, skupiona na składaniu panicza Tylera do jednej kupy, początkowo zignorowała chłód bijący po plecach oraz ramionach. Odczuła go dopiero w chwili, gdy nakleiła na skroni blondyna ostatni plaster, tym samym kończąc opatrywanie krnąbrnego zwiadowcy. Teraz Josh prezentował się już o wiele lepiej… bez tej całej krwi, która wcześniej zaschła mu na twarzy. Coś ją jednak podkusiło, aby sprawdziła jeszcze pojawiający się pod jego lewym okiem siniec. Powoli przyłożyła do policzka blondyna dłoń, już bez tej śmierdzącej rękawiczki ochronnej, przejechawszy ostrożnie kciukiem po fioletowym siniaku… nie skrzywił się, więc kości policzkowe oraz oczodołu pozostały nietknięte. I całe szczęście, pomyślała z wyraźną ulgą. Brakowało jej jeszcze kolejnego podejrzenia złamania… Cofnęła pośpiesznie dłoń, równie prędko wstając z miejsca. Mogła pochwalić się za skrupulatność w sprawdzaniu stanu zdrowia pacjenta, ale tej dziwnej chwili zawahania, gdy trzymała dłoń na jego policzku, nie rozumiała już ani trochę. I na tą chwilę wolała się w to w ogóle nie zagłębiać…
OdpowiedzUsuń– Wydajesz się zbyt żywy, Tyler… – Skwitowała jego ostatnie słowa wymownym przewróceniem piwnych ślepi, sprzątając pozostałości z zestawu do szycia ran. Wyrzuciła odpady medyczne do pobliskiego kosza, po czym posłała jasnowłosemu zwiadowcy wyraźnie pobłażliwy uśmiech, unosząc jedną, ciemną brew. – Chcesz kolejną dawkę środków znieczulających? Tym razem wstrzykniętych prosto w język, może wtedy wreszcie będziesz cicho, i pozwolisz sobie odpocząć, co? – Spytała podejrzliwie uprzejmym tonem głosu. Ile on mógł mieć energii? Powinien był leżeć i odzyskiwać siły, a zamiast tego kręcił się i gadał, jak gdyby wydarzenia z przed półgodziny w ogóle nie miały miejsca. Katherine westchnęła w myślach, odwracając się do niego tyłem. Postanowiła nie komentować szerzej uwagi o wspólnym dzieleniu posłania, skupiając się na poszukiwaniach taśmy izolacyjnej. Ostatnio widziała ją w którejś z tych szuflad. Na pewno gdzieś tu była. Zaklejenie okna zajmie jej jedynie parę chwil, a będzie miała czyste sumienie, pozostawiając tu Josha na noc. Nie powinien zmarznąć. Już i tak był połamany, nie potrzebował zapalenia płuc na dokładkę.
Gdyby się uparła, mogłaby mu podać kolejną dawkę morfiny… ale tak szczerze powiedziawszy, nie widziała takiej potrzeby. Panicz Tyler był już wyraźnie zmęczony. Wydarzenia z przed kilkudziesięciu minut oraz zaaplikowane środki znieczulające zrobiły swoje. Lada moment a i tak zaśnie. Wreszcie zaśnie. Mógł narzekać na bezczynność oraz lenistwo, ale akurat tego potrzebował teraz najbardziej. Nie istniało żadne inne lekarstwo zdolne do przyśpieszenia regeneracji pękniętych lub złamanych kości. Musiał więc szybko pogodzić się z tym, że jego biednemu organizmowi potrzebny był czas i spokój. Nic poza tym.
OdpowiedzUsuń– Jeszcze zdążysz się nagadać… – Odparła cicho, przetrząsając kolejną już szufladę w poszukiwaniu taśmy izolacyjnej. W końcu ją znalazła, zakopaną pod stertą śrubek, gwoździ i papieru ściernego. Nie miała bladego pojęcia, co tam te rzeczy robiły, ale po dłuższej chwili stwierdziła, że nawet w miejscu takim jak ambulatorium mogą się kiedyś przydać. Pourywała starannie parę długich kawałków taśmy i zaczęła nimi obklejać nieszczelną ramę okna. Zajęło jej to około dziesięciu minut, ponieważ nałożyła aż dwie warstwy. Od razu odczuła różnicę. Teraz chłód nie wdzierał się do pomieszczenia aż tak dotkliwie jak jeszcze przed chwilą. Zadowolona ze swojej pracy, odkręciła ciemną łepetynę w kierunku Josha, aby zapytać się, czy teraz będzie mu już wystarczająco ciepło… ale nic nie powiedziała. Jasnowłosy zwiadowca zasnął, w trakcie, gdy ona była zajęta klejeniem ram. I bardzo dobrze. Westchnęła ze zmęczenia, odkładając powoli zużytą do połowy taśmę ponownie do szuflady. Później jeszcze trochę ogarnęła pokój, na koniec przystając przy łóżku jasnowłosego poszkodowanego. Rano powinien poczuć się już trochę lepiej… przynajmniej jeśli chodziło o zranienia w okolicach twarzy. Żebra będą dokuczały, ale Katherine i na to coś postara się zaradzić. W końcu nadal nie opuściło ją dziwne przeświadczenie, że to ona zawiniła, a Josh tylko niepotrzebnie za nią oberwał. Głupi był, i pewnie nie raz mu o tym przypomni. Ale może już nie dzisiaj. Sięgnęła ręką do wiszącej nad łóżkiem lampki i zgasiła ją ostrożnie. Wyszła powoli z pomieszczenia, w progu jeszcze raz zerknąwszy na pogrążonego w śnie panicza Tylera. Nawet on śpiąc wyglądał spokojnie.
– Spokojnych snów i tobie. – Mruknęła cicho, zamknąwszy za sobą drzwi do pomieszczenia. Będzie miała co robić, przez resztę nocy. Jej koleżanka nie pogardzi dodatkową pomocą. Choć Kitty mogła iść do domu, nie miała teraz na to najmniejszej ochoty. Chyba lepiej będzie jeśli zajmie czymś ręce i myśli, o…
Zimna minęła… i całe szczęście – panna Holmes nie wytrzymałaby tego siarczystego mrozu ani sekundy dłużej, a dał się on jej porządnie we znaki przez minione miesiące. Niekiedy miała wrażenie, iż bez niczyjej pomocy, przyjdzie jej kopnąć w kalendarz, jeśli temperatura, choć odrobinę nie podrośnie. Najgorszy kryzys nawiedził ją wówczas, gdy ogrzewanie w jej mieszkaniu szlag trafił. Przechodziła trzy dni w sześciu warstwach ubrań, wyglądem przypominając wściekłego bałwana. I o ile technik, którego przysłano, aby naprawił awarię, uważał ją za wyjątkowo uroczą atrakcję, tak ona postarała się, aby doskonale ją sobie popamiętał, byle tylko nie pomyślał sobie o bezczelnym leniwieniu się, gdy ona cierpi. A cierpiała, oj cierpiała… gdy naprawiono jej grzejniki, niemal w ogóle się od nich nie odsuwała. Niechętnie też opuszczała dom na rzecz pracy w ambulatorium, które zwłaszcza w zimie przywodziło na myśl prosektorium. Los najwyraźniej musiał ją lubić, gdyż dał jej odpowiednio dużo sił, aby przetrwała to lodowe piekło. Teraz było już o wiele lepiej. Kwiecień miewał swoje chłodniejsze dni, ale temperatura nie spadała już poniżej dziesięciu stopni, co Katherine uważała za zadowalające. Nawet obowiązki szpitalne wykonywała nieco żwawiej niż ostatnio, choć nocne dyżury nadal były dla niej straconą sprawą. Dziś akurat nie musiała się tym przejmować. To jej biedna koleżanka zostawała na noc w tej małej, zimnej klitce, gdy ona mogła sobie spokojnie wrócić do mieszkania. Odliczała minuty do końca pracy, wychodząc z gabinetu z lekkim uśmiechem na ustach, gdy nareszcie doczekała się godziny zero. Jeszcze tylko podpis na paru kartach i była wolna… a przynajmniej tak myślała, dopóki jej wzrok nie spotkał się ze spojrzeniem jasnych, roześmianych ślepi, stojącego przed nią mężczyzny. Wyraźnie straciła wątek, zamierając w miejscu. Nie, nie spodziewała się go tu. Nie dzisiaj, nie o tej porze. O ile dobrze pamiętała, ostatnią wizytę kontrolną u lekarza miał tydzień temu… nie musiał już przychodzić do ambulatorium.
OdpowiedzUsuń— Słucham…? — Spytała trochę nieprzytomnie, zamrugawszy szybciej powiekami. Pierwsze zdziwienie minęło jednak dość szybko. Wystarczyło, iż usłyszała ciche, rozmarzone westchnięcie siedzącej za ladą znajomej. Posłała w jej stronę wyjątkowo wymowne spojrzenie, które sprawiło, iż dziewczyna pośpiesznie powróciła do sortowania papierków. Katherine natomiast ponownie spojrzała w stronę jasnowłosego zwiadowcy, tym razem jednak przybierając dość sceptyczny, cierpki wyraz twarzy. — To, że mam wolne od pracy, nie znaczy, że nie mam już innych planów na wieczór. — Stwierdziła lakonicznie. Wyminęła panicza Tylora, przeciskając się do lady recepcji, na której postawiła kupkę kart pacjentów. Zaczęła je po kolei przeglądać, co rusz składając swój podpis na poszczególnych stronach. Jednocześnie starała się nie zerkać przez ramię na sylwetkę Josha, stojącą niebezpiecznie blisko jej własnej. — Co ty tu w ogóle robisz o tej porze? — Westchnęła wreszcie, nadal uparcie spoglądając w papiery. — Powinieneś wypoczywać.
OdpowiedzUsuńCo by zrobiła, gdyby została przykuta do posłania na parę miesięcy, bez możliwości jakiegokolwiek ruchu lub wyraźnego przemęczania się…? Zapewne by zwariowała, postradałaby zmysły do reszty. Gryzłaby, drapała i fukała na każdego, kto chciałby jej jakkolwiek pomóc. Nie zniosłaby ubezwłasnowolnienia. Nie i koniec. Nie potrafiłaby leżeć bezczynnie, gdy wokół niej toczyłoby się normalne życie… no, na tyle normalne na ile było to możliwe, w trakcie trwania apokalipsy. Tak czy inaczej, pozbawiona stałego zajęcia, stałaby się nie do wytrzymania. Musiała coś robić, musiała mieć czym zająć ręce. Już taka była, i nawet przy końcu świata nie potrafiłaby tego zmienić. Praca w obozowym ambulatorium dawała jej ogromną satysfakcję oraz poczucie bycia przydatną. Nawet, jeśli nie była prawdziwym lekarzem, miała na tyle odpowiednie umiejętności, aby dbać o leki, opatrywać lżejsze skaleczenia, czy też zajmować się drobnymi dolegliwościami chorych pacjentów… Bez tego czułaby się obco. Czułaby się zwyczajnie źle, i nie mogłaby na siebie patrzeć. Nie znosiła ludzi, którzy załamywali ręce i spędzali całe dnie na gapieniu się w ścianę, przytłoczeni tym, co niegdyś nazywali swoim zwyczajnym życiem. I może to właśnie z tego powodu nie potrafiła spławić panicza Tylera. Pomijając fakt, iż to trochę z jej winy wylądował na zwolnieniu, spędzając parę długich miesięcy poza normalną pracą. Był na tyle upartym mężczyzną, iż dopiął swego. Wyzdrowiał, chciał wrócić do czynnej służby… to oznaczało, iż Katherine nie mogła uważać go za całkowicie irytującego oraz krnąbrnego osobnika. Może i ją szczególnie lubił wyprowadzać z równowagi, ale musiała przyznać mu jedno… miał w sobie siłę, żeby stanąć na nogi. A to przecież ogromna zaleta. Inna sprawa, iż prędzej połknie własny język, niż przyzna to na głos, przy nim samym…
— Nie mam pojęcia, o czym ty mówisz… — Mruknęła po sekundzie wyraźnego zakłopotania, odchrząknąwszy znacząco. Czuła na sobie ciekawskie spojrzenie skrytej za ladą recepcji koleżanki, a to wcale nie pomagało jej w łatwiejszym znoszeniu dwuznacznych uwag panicza Tylera. No ładnie. Brakowało jej tylko jeszcze plotek w miejscu pracy. — Nie powiedziałam, że spędzę ten wieczór przy książce i herbacie. — Fuknęła już nieco bardziej stanowczo, wreszcie odwracając się do niego przodem. Szybko jednak tego pożałowała, bo niemal nie trzasnęła czubkiem głowy o jego brodę. Ułożyła dłoń na ladzie recepcji, odchylając się lekko do tyłu, aby móc mu zerknąć prosto w jasne tęczówki. Wpatrywała się w nie hardo, parę długich sekund, nim wreszcie nie ułożyła ust w lekki dzióbek, marszcząc przy tym ciemne brwi. — Nie wiem co wymyśliłeś, i nie jestem pewna czy tego nie pożałuję… — Oświadczyła cicho, nie spuszczając z niego badawczego spojrzenia.
Nie przepadała za zbytnią bliskością… właściwie kogokolwiek. Nic więc dziwnego, iż wyrobiła w sobie naturalny odruch uniku, gdy w grę wchodził choćby najdrobniejszy dotyk lub muśnięcie. I nie, nie miała za sobą żadnej traumy, która powodowałaby takie a nie inne zachowanie. Taka się urodziła i zapewne już taka pozostanie, co jakoś szczególnie ją nie martwiło, gdyż nigdy nie była typem towarzyskiej trzpiotki. Właściwie, to była zdania, iż dzięki tej wrodzonej ostrożności udało jej się dożyć aż do dnia dzisiejszego. Nie ufać nikomu poza sobą samym – oto idealna recepta na przetrwanie w czasie apokalipsy. Unikać brawury, pakowania się w niepotrzebne kłopoty, niepotrzebne zaczepki… choć akurat z tym ostatnim łatwo nie było. Zajście z obozowej stołówki ciągnęło się za nią już od jakiegoś czasu. Nie potrafiła się od niego uwolnić. Cokolwiek by nie powiedziała, aby załagodzić całą tą sytuację, i tak byłoby to źle lub nieopatrznie odebrane, tak więc panna Holmes wybrała opcję milczenia. Nie poruszała tematu, nie komentowała… a plotki i tak żyły swoim własnym życiem, gdyż ludzie zamknięci za grubymi murami obozu potrzebowali zajmującej rozrywki, a jedną z takich oto rozrywek było omawianie wszystkiego, co też działo się na wyspie. Nie darowaliby sobie, gdyby przepuścili okazję obgadania bójki między zwiadowcą a tanatonautą...
OdpowiedzUsuń— Kamień z serca… — Odparła ciszej, z wyraźną nutką ironii w tonie głosu, gdy panicz Tyler napomknął o schronieniu wśród stert szczurzego truchła. Katherine wolała wyrzucić to wspomnienie z pamięci. Nie dlatego, iż reagowała histerią na samą myśl o martwych zwierzątkach, a dlatego, iż przemarzła wtedy do samych kości, a to było o wiele gorsze niż perspektywa spędzenia całej nocy w towarzystwie padłych gryzoni. Nim zdążyła dodać coś więcej, jasnowłosy zwiadowca postawił na swoim, oznajmiając, iż będzie tak miły i zaczeka, aż przebierze się i wyjdzie z pracy. A później szybciutko się wycofał, nie dając pannie Holmes możliwości wynalezienia sobie kolejnej dobrej wymówki. Westchnęła w myślach, dokańczając podpisywanie kart. Nie omieszkała również posłać swej uśmiechniętej koleżance ostrzegawczego spojrzenia, gdyż wcale nie podobało jej się to, z jakim rozczuleniem na nią zerkała. Po pięciu minutach oddała jej uzupełnione papiery, po czym zniknęła w klitce dla personelu, ściągając z siebie biały fartuch. Wychodząc na chłodnawe, nocne powietrze, naciągnęła mocniej gruby sweter oraz płaszcz, dodatkowo obwiązując sobie wokół szyi słusznej długości szalik. Ani myślała marznąć. Josh stał tuż obok drzwi do ambulatorium. Mruknęła cicho pod nosem parę niezrozumiałych (pewnie przez naciągnięty pod sam nos szalik) słów, po czym powlekła się ku niemu, upychając dłonie głęboko w kieszenie wierzchniego okrycia.
— Mam cię na oku, Tyler… — Mruknęła złowrogo. — Tylko spróbuj wywinąć jakąś głupotę, a nici z pozwolenia na powrót do czynnej służby. — Czyż troska Katherine nie ujmowała za serce…?
Chyba jej trochę niedoceniał. Potrafiła być naprawdę uparta, jeśli na czymś jej zależało – gdyby więc zechciała uziemić panicza Tylera na kolejny miesiąc, była pewna wygranej. Wystarczyło poddać poważnym wątpliwościom jego stan zdrowia, pomartwić się prawidłowym zrostem żeber… i w sumie to by wystarczyło. Tutejszy lekarz nie lubił ryzykować, tak więc dla spokoju sumienia mógłby zechcieć się upewnić. Dwa tygodnie dodatkowego leżenia… przecież to cudowny prezent, prawda? Z pewnością większość mieszkańców obozu przyjęłaby to zwolnienie z najwyższą czcią… ale nie Josh. Katherine wyczuwała jego zapał. Musiałaby być ślepa, aby nie widzieć jak bardzo zależy mu na powrocie do kolegów oraz wspólnych misji. Może nie była wzorem najlepszej pielęgniarki pod słońcem, ale jej oschłe zachowanie wcale nie oznaczało, iż nie chciała, aby wrócił do pełni zdrowia. Tak, nadal czuła się odrobinę winna wydarzeń z przed paru miesięcy, mimo iż między zwiadowcą a tanatonautą od dawna toczyły się pewne inne spory, które nie miały z nią nic wspólnego. Niemniej jednak, to ona była punktem zapalnym tamtej bójki. Znalazła się pomiędzy nimi w złym miejscu i o złej porze. Wtedy, gdy zobaczyła go podpartego o mur była pewna, iż ucierpiał o wiele mocniej niż mógłby przypuszczać. Nie potrafiłaby tego tak po prostu zignorować. Głupek może i zasłużył sobie na lekkie przetrzepanie skóry… ale na pewno nie w tak brutalny sposób i nie z rąk tamtego buca. I tak bez niczyjej pomocy potrafił się ciągle ranić.
OdpowiedzUsuń— Śpieszę się na randkę. — Wymruczała, choć opatulony wokół ust, gruby szalik wyraźnie przytłumił jej wypowiedź. Owszem, palnę kompletną głupotę, choć dla niej miała ona pewien głębszy sens. Zawsze było jej śpieszno do ciepłego mieszkanka, w którym mogła spędzać przyjemne chwile… jedynie we własnym towarzystwie oraz towarzystwie swych książek. A czemu akurat dzisiaj tak mocno zależało jej na szybszym powrocie do domu? Otóż rano, do ambulatorium wpadł pewien znajomy zaopatrzeniowiec. Właśnie wrócił z dłuższego wypadu za mury. Obiecał poszukać jej ciekawych lektur, i słowa dotrzymał. Poinformował Katherine, że zostawił jej paczkę pod drzwiami mieszkania. Gdy spytała, co udało mu się wyszperać, nie chciał nic powiedzieć, twierdząc iż będzie miała miłą niespodziankę po dyżurze. Prawdę mówiąc, miała ochotę urwać mu łeb, bo nie znosiła takiego ciągania za nos. Ale dobrze wiedziała, iż owy znajomy lubił się droczyć, tak więc czynił to wszystko z okrutną premedytacją. Katherine nie chciała mu dawać satysfakcji, więc opanowała swe mordercze zapędy i nawet w miarę grzecznie podziękowała.
Prychnęła cicho w odpowiedzi. Żarty panicza Tylora może i były zabawne, ale nie dla niej. Właśnie zdała sobie sprawę z tego, iż zaczyna być jej zimno. Cholera jasna, przecież ubrała się jak na wczesną jesień! Nie powinna odczuwać skutków spacerowania chłodną nocą jeszcze co najmniej przez następne półgodziny, a tu taka niemiła niespodzianka. I jak tu pozwolić sobie na chwilę rozluźnienia, jeśli człowiekowi wieje po karku, a kolana dają o sobie znać lekkim dygotaniem? A może po prostu oznaczało to, iż coś podłapała? Ostatnio niemal nieustannie starała się pomagać zakatarzonym pacjentom, którzy niezbyt sprawnie przechodzili z zimy we wczesną wiosnę. Musiała się zarazić, innego wytłumaczenia nie było. Nawet ona nie reagowała tak źle na niższe temperatury. Była zmarzlakiem, ale to już gruba przesada. Wsadziła głębiej nos w puchaty szalik, przymknąwszy na moment ociężałe powieki. Wreszcie odczuła zmęczenie. Poranny dyżur jednak dawał jej się we znaki, i nic nie potrafiła na to poradzić. Już nawet nie chodziło o to, iż chciała spławić Josha swym opryskliwym zachowaniem. Nie planowała tego potężnego ziewnięcia i nie czuła satysfakcji na myśl o tym, aby znów się z nim pokłócić. Nie była chyba aż taką zołzą. Bo nie była, prawda…? Tak czy inaczej, gdy przystanęli przy jednym z bocznych budynków, zadarła lekko głowę do góry, przyglądając się bliżej ceglanej kamienicy. Wyglądała na opuszczoną. W oknach nie paliły się żadne światła, a wokół panowała niemal grobowa cisza. Katherine nie miała bladego pojęcia, co to za miejsce.
OdpowiedzUsuń— Czekaj… co? — W pierwszej chwili w ogóle go nie zrozumiała. Musiało minąć parę sekund, nim wreszcie załapała, o co mu chodziło. Przybrała wtedy wyraźnie skonsternowany wyraz twarzy, zerkając to na niego, to na uchylone okno, aż wreszcie nastroszyła się, mrużąc groźnie ciemne tęczówki. — To po to wywlekłeś mnie z pracy po dwudziestej drugiej…? Żebym włamywała się do cudzego domu, skacząc przez otwarte okna? — Uniosła wymownie brwi, splatając ramiona na klatce piersiowej. — Nie wiem jak inne panie, ale jeśli to ma być twój sposób na umilenie kobiecie wieczoru, to chyba oberwałeś wtedy w głowę mocniej niż przypuszczałam. — Żachnęła się, prychnąwszy wymownie na widok wystawionych rąk blondyna. Chyba coś mu się pomyliło. Ani myśli robić to, czego najwyraźniej od niej oczekiwał. Przecież to skrajna głupota. A jak ktoś ich przyłapie? Albo narażą się na niebezpieczeństwo? Nic z tego nie rozumiała.
Dlaczego on musiał tak wszystko utrudniać? A mówiąc wszystko miała na myśli… ugh, wszystko! Nawet zwykły spacer potrafił przeistoczyć w przygodę rodem z Mission: Impossible, na którą Katherine nie zamierzała się porywać. A przynajmniej tak sądziła jeszcze parę chwil temu, ponieważ początkowe zdenerwowanie ustąpiło miejsca wewnętrznej irytacji… i zaciekawieniu. A niech go szlag. Nie miała bladego pojęcia, co też kryło się za murami tego domu, jednakże faktycznie wyglądał na opuszczony, kompletnie niezamieszkały przez nikogo żywego. Co w takim razie było w nim takiego niezwykłego? Katherine zmarszczyła zabawnie nos, choć fałdy grubego szalika zapewne pozostawiły ten gest poza zasięgiem wzroku jasnowłosego zwiadowcy. I dobrze. Jeszcze opatrznie by to zinterpretował. Panna Holmes nadal miała ogromną ochotę wytarmosić go za ten blond kudły, niemal siłą wyduszając z niego dopowiedź, jaki sekret skrywała ta kamienica, i dlaczego do cholery nie pofatygował się, aby zdobyć wcześniej klucza? Nie musieliby wchodzić po omacku, zupełnie jak jakaś para pospolitych złodziejaszków.
OdpowiedzUsuń— …czasami naprawdę cię nie rozumiem. — Mruknęła wreszcie, westchnąwszy cicho pod nosem. Mogła odwrócić się na pięcie i wrócić do domu. Pod drzwiami mieszkania czekała na nią upragniona przesyłka, która z pewnością nie będzie jej kazała skakać po oknach. Skoro jednak już się tutaj przywlekła… to chyba nie powinna się wycofywać. Inna sprawa, iż nietolerowana głupich pomysłów, a jeszcze inna, że nie lubiła wychodzić na tą, która mogła się czegoś bać, trzęsąc kolanami. To akurat było zarezerwowane jedynie dla niskich temperatur. Pokręciła jeszcze chwilę ciemną czupryną, rozglądając się nerwowo na boki, po czym podwinęła rękawy płaszcza, aby nie pobrudzić mankietów, spoglądając ponownie na jasnowłosego zwiadowcę.
— Jeśli mnie upuścisz, to przyrzekam wbić ci igłę prosto w serce. — Zadeklarowała. Ani jeden mięsień na jej twarzy nie drgnął, przez co groźba, która zawisła w powietrzu nabrała zdecydowanie głębszego wydźwięku. — Grubą, co najmniej dwudziestocentymetrową igłę… — Dodała już ciszej. Nie musiała krzyczeć, gdyż podeszła bliżej niego, pakując mu ciężki but prosto w złączone dłonie. Chwyciła się jego ramion, wyprostowała nogę… i złapała za parapet, podciągnąwszy się na nim do góry, tak, aby móc usiąść na nim bokiem, odrywając się od uchwytu panicza Tylera.
Nim wsunęła się przez uchylone okno do wnętrza budynku, zerknęła z góry na jasnowłosego zwiadowcę, marszcząc groźnie brwi. Wiedziała, co powinna zrobić. Nie musiał prowadzić ją za rączkę jak jakąś nowicjuszkę; przecież to nie poligon wojskowy. Zaglądając do środka widziała jedynie ciemność, jednak nie zawahała się wysunąć stóp do przodu, po chwili napotykając opór w postaci drewnianej posadzki. Skąd wiedziała, że akurat drewnianej? Ponieważ gdy już zeszła z parapetu, przenosząc ciężar ciała na obydwie nogi, podłoga zaskrzypiała ostrzegawczo, jakby chciała jej dać do zrozumienia, iż nie jest tu mile wdziania. Zignorowała to idiotyczne przeczucie, po czym zamrugała parę razy powiekami, chcąc przyzwyczaić wzrok do panujących zewsząd ciemności. Nie wiele to pomogło. Przed oczami majaczyły jej niewyraźne kontury mebli… lub tego, co meble przypominało. Nie miała bladego pojęcia gdzie jest i w którą stronę powinna się udać, aby nie zrobić sobie większej krzywdy. Co prawda panicz Tylor twierdził, iż nic jej się nie stanie, jednakże wcale nie była tego taka pewna. Postawiła krok do przodu… a później następny, i kolejny. Przy szóstym czy siódmym z kolei musiała ominąć coś wielkiego i metalowego. Nie śpieszyło jej się. Wiedziała, iż Josh musiał już czekać pod drzwiami, ale nic mu się nie stanie, jeśli jeszcze trochę tam sobie posterczy. Ot tak, dla zasady… Gdy już zdawało jej się, iż zbliża się do drzwi, lub do czegoś co te drzwi przypomina, niespodziewanie huknęła kolanem o kant półki. Mebel zatrząsł się w posadach, a razem z nim zatrzęsła się i sama Katherine, która nie szczędziła przekleństw oraz wyzwisk pod adresem parszywego regału… czy czegokolwiek innego. W oczach stanęły jej łzy. Zacisnęła wściekła zęby, warcząc pod nosem kolejne brzydkie epitety. Jakimś cudem dokuśtykała parę kroków, łapiąc za klamkę. Wymacała wsadzony w zamek klucz, przekręciwszy go jednym, mocnym szarpnięciem. Gdy uchyliła drzwi, światło z pobliskiej latarni na moment sprawiło, iż oślepła. Zmrużyła oczy, krzywiąc się nieznacznie.
OdpowiedzUsuń— Jeszcze jakieś mądre pomysły…? — Sapnęła z irytacją, odsunąwszy się na bok, aby wpuścić go do środka. Dzięki otwartym przez chwilę drzwiom zauważyła stojącej nieopodal krzesło. Usiadła na nim, rozcierając obolałe kolano.
Oczywiście, że nie zrobiła sobie większej krzywdy – w starciu z drewnianym regałem ucierpiała wyłącznie jej własna duma, która za nic w świecie nie przyznałaby się do tego, iż bardzo boleśnie obtłukła sobie kolano. Boleśnie, ale niegroźnie. Siedząc na chybotliwym krzesełku rozcierała ostrożnie obolały staw. Nadal miała ręce skostniałe z zimna, choć na zewnątrz panowała już wczesna wiosna, a temperatura podskoczyła o parę kresek. Dla niej jednak wciąż było stanowczo za chłodno, tak więc włamanie się do osłoniętego przed wiatrem pomieszczenia wcale nie było tak tragiczne w skutkach, jak się tego spodziewała… No, oprócz uderzenia się w to nieszczęsne kolano, naturalnie… choć i tak w życiu się przed nim nie przyzna, iż środku budynku było o wiele przyjemniej niż na zewnątrz. Mogłaby sobie trochę ponarzekać i popsioczyć na pomysły panicza Tylera, ot tak, dla własnej przyjemności, jednak nim zebrała się za pouczanie go, w pokoju rozbłysło blade światło, a Kitty szybko straciła wątek. To, co ujrzała sprawiło, iż zapomniała nawet o zdzieleniu go w jasną czuprynę za nazwanie ją niezdarą. Wyprostowała się powoli na krześle, wstając z miejsca. Kolano zakłuło z lekka, jednak Katherine zignorowała ból, rozglądając się ze zdumieniem po całym wnętrzu sali. W ciemności pomieszczenie wydawało jej się o wiele mniejsze… teraz mogła zobaczyć, iż było ono całkiem słusznych rozmiarów i z pewnością pomieści wiele uradowanych maluchów, które ucieszą się na widok mini kina, nowych książek oraz stosu przeróżnych zabawek. Nie miała bladego pojęcia, iż coś takiego powstaje na terenie obozu…
OdpowiedzUsuń— Skąd ty wiesz o tym miejscu…? — spytała po chwili, wcale nie ukrywając nutki zaskoczenia w tonie głosu. Patrzyła z podziwem na kawałek ciężkiej pracy, którą musiała włożyć w stworzenie tego pięknego miejsca grupka ochotników, nie mogąc nadziwić się ilościom zgromadzonych przez nich rzeczy. Nie czekając na odpowiedź jasnowłosego mężczyzny, ruszyła do najbliższej pułki z książkami, przyglądając się tytułom wielu ciekawych tomów, które tam za murem prędzej zgniłyby w zapomnieniu, niż ponownie trafiły w ręce zainteresowanego czytelnika. Pytanie o kino niemal zignorowała, ponieważ szczerze powiedziawszy, nie pamiętała, kiedy ostatnim razem wybrała się na pokaz filmowy. — Nawet bez apokalipsy na karku nie byłam zbyt częstym gościem na sali kinowej… — przyznała, wzruszając lekko ramionami — Nie starczało mi czasu na kino, byłam zajęta… miałam pracę. I doktorat, ja… — zreflektowała się raptownie, odchrząknąwszy cicho. Wyprostowała się, odrywając wzrok od książek. Przeniosła odrobinę podejrzliwe spojrzenie ciemnych ślepi na oblicze jasnowłosego zwiadowcy, krzyżując buńczucznie ręce na klatce piersiowej. — Nie mów, że będziemy oglądać Kota w butach… — zmarszczyła brwi. Było tu tyle maskotek, lalek i książek z bajkami, iż wątpiła, aby filmy stojące na kredensie obok odbiegały od górnej granicy lat ośmiu.
Powoli odpięła parę guzików płaszcza, równocześnie pozbywając się z szyi grubego szalika, który odwiesiła wraz z okryciem wierzchnim na jeden ze stojących nieopodal wejścia wieszaków. Może i była zmarzluchem, ale w środku budynku wystarczyłoby jej zaledwie pięć minut, aby się ugotować. Nie można popadać ze skrajności w skrajność, prawda? Wewnątrz było ciepło, wystarczy jej gruby sweter. Otuliła się nim mocniej, odgarniając na bok ciemne, poczochrane od wspinaczki włosy. Zapewne wyglądała jak pospolity strach na wróble, jednak niespecjalnie się tym przejmowała. Zajęta oglądaniem zbioru książek, nie myślała ani o własnym wyglądzie, ani nawet o bolącym kolanie, które zresztą już coraz mniej jej dokuczało. Odnalazła pozycje przeznaczone dla dorosłych, sięgnąwszy z ciekawości po parę najbliższych książek, które naturalnie musiały być poustawiane niemiłosiernie wysoko, aby utrudnić jej życie. Na szczęście nie była konusem, tak więc prędko poradziła sobie bez niczyjej pomocy… jak zwykle zresztą.
OdpowiedzUsuń— … i również nic się nie stanie, jeśli nadal będę milczeć — odparła bez szczególnego zaangażowania, jakby właśnie obwieszczała prognozę pogody na najbliższe dwa tygodnie. Zresztą, była zajęta czymś zupełnie innym… Obracała w rękach parę powieści szpiegowskich a także tomik z poezją, który zupełnie do niej nie pasował. I słusznie, bo Kitty nie lubiła poezji, jednak zbiór wierszy autorstwa Oscara Wilde’a, który wygrzebała zza stosu kryminałów oraz melodramatów, przypomniał jej o starszej siostrze, rozmiłowanej w twórczości owego poety. Popatrzyła chwilę na stary, zużyty tomik, poczym stanowczo odstawiła go na jego pierwotne miejsce, razem z resztą książek, które nagle bardzo szybko jej zbrzydły. Poczłapała w stronę jednej z kanap, usiadłszy na niej z cichym westchnięciem. — Nie wiem, o czym mówisz… Pamiętnik to jakiś łzawy film, tak? — zerknęła do tyłu, odganiając od siebie natrętne myśli związane z bliskimi oraz rodzinnym domem. Ona naprawdę nie traciła czasu na jakieś nędzne romansidła, a sądząc po minie oraz kontekście wypowiedzi Josha, Pamiętnik zaliczał się do tej nieszczęsnej kategorii. — Na pewno nie ma tam zbyt wielu zwierząt, bo inaczej bym go kojarzyła… — stwierdziła już nieco ciszej, zagłębiając się w miękkim, puchowym oparciu sofy. Hm… było jej całkiem wygodnie, o dziwo. Pozwoliła sobie na moment przymknąć powieki, czując w kościach trudy dnia dzisiejszego. Była zmęczona, to fakt… ale jakoś nie miała większej ochoty wściekać się, iż w chwili obecnej nie mogła siedzieć we własnym mieszkaniu, zanurzona pod stertą koców i z kubkiem ziółek na wzmocnienie… Gorzej, gdyby Josh ubzdurał sobie wieczorny spacer. Wtedy na pewno nie byłaby taka miła…
Miękkie oparcie sofy działało na nią bardzo kojąco… prawie nie zauważyła, jak tuż obok niej zjawił się jasnowłosy zwiadowca, przynosząc ze sobą dwa kubki gorącej herbaty z cytryną. Prawdziwy rarytas w tych czasach, a ona nawet powiek nie uniosła…. Musiała być naprawdę zmęczona. Normalnie nie zignorowałaby słodkiego, ciepłego napoju. Najwyraźniej nocne dyżury zaczęły dawać się jej coraz mocniej we znaki. Lubiła pracować na pełnych obrotach, ale to nie był już ten sam świat, co przed wybuchem epidemii. Nie mogła uzupełnić niedobór witamin, białka czy też zwykłego snu za pomocą dostępnych pod ręką pastylek, miękkiego materaca lub świeżych, pożywnych produktów, które kupowała w swym ulubionym sklepiku spożywczym na rogu. Nie miała pod ręką puszki z kawą, aby pomóc sobie w czuwaniu, aby dodać sobie, choć odrobiny utraconej energii. To oznaczało, iż powinna nieco zwolnić. Świat się zmienił, najwyraźniej jej organizm również, tylko ona nadal uparcie trwała przy swych dawnych nawykach.
OdpowiedzUsuń— Nie, w porządku… — mruknęła cicho, poprawiwszy się wygodniej na swym ugrzanym miejscu. Uchyliła powoli powieki, zamrugawszy nimi parokrotnie, aby odgonić od siebie resztki zmęczenia. Spojrzała na panicza Tylera — Nie znam się za dobrze na filmach… możesz coś zaproponować, byle nie był to jakiś Rambo… — oświadczyła, odgarnąwszy sobie z oblicza parę ciemnych, rozczochranych kosmyków włosów. W sumie mogła jeszcze trochę posiedzieć… skoro już jutro to miejsce będzie wiecznie zapełnione dziećmi oraz ich opiekunami, chyba nie wypadało rezygnować z szansy zakosztowania chwili świętego spokoju, prawda? Sięgnęła po jeden z kubków z herbatą, upijając łyk gorącego napoju. Poczuła się znacznie raźniej, a nawet lekko się uśmiechnęła, wpatrując w pływający w kubku plasterek cytryny.
— Jeśli masz tam gdzieś pod ręką pizze, to nie krępuj się… — westchnęła, przyglądając się plecom jasnowłosemu mężczyzny, który stał przed półką z filmami, wybierając jedną z wielu propozycji. Zamyśliła się na moment, marszcząc lekko brwi. — Twoje żebra… nie dokuczają ci już…? — spytała nagle, oplatając powoli ciepły kubek swymi smukłymi palcami.
Wczuwanie się w rolę pani doktor… też mi coś. Przecież potrafiła być miła, jeśli tylko tego zechciała! Jej czworonożni pacjenci nigdy nie narzekali. Ludzie to już zupełnie inna para kaloszy. Zawsze kręcą nosem, nic im się nie podoba i nie sposób im dogodzić. To dlatego opieka nad zwierzętami wydaje się o stokroć przyjemniejsza niż wycieranie nosów nabzdyczonym gruźlikom, którzy uważają, że zwykły katar predysponuje ich do otrzymania pliku recept na antybiotyki. No, a przynajmniej z punktu widzenia Katherine. Zawsze wiedziała, że chce studiować weterynarię, choć koledzy nie raz żartowali, iż z takim ego powinna startować na medycynę, gdzie po latach zawalczyłaby o tytuł najzgryźliwszej pani kardio lub neurochirurg w całych Stanach. Nie dała się skusić, choć wizja krojenia innych była niezwykle kusząca. Z perspektywy czasu wiedziała, iż podjęła słuszną decyzję… choć teraz to nie miało już prawie żadnego znaczenia. Dawne życie poszło w odstawkę, a te przyszłe zasnute było wyłącznie ciemnymi chmurami.
OdpowiedzUsuń— W porządku, dajemy sobie radę — odparła wymijająco, wzruszając lekko ramionami. Co mu niby miała powiedzieć? Że Warren to paskudny pasożyt, którego wprost nie sposób się pozbyć? Że to największa zakała ludzkości, która jednak charakteryzuje się wyjątkowo długą żywotnością, i nawet stado wściekłych zombie nie potrafi go porządnie rozszarpać? Warren był i będzie. Tanatonauta był zbyt cenny dla obozu, aby po prostu się go pozbyć. Był silny, znał się na robocie i nie miał problemów z siekaniem wrogów. Dostał upomnienie, przydzielono mu karę i anioła stróża, który miał pilnować, aby nie pakował się w kłopoty. Przyniosło to dwojakie skutki. Z jednej strony jego nachalność faktycznie zmalała, ale z drugiej, Kitty dobrze wiedziała, iż jego niechęć względem całego personelu medycznego jedynie rosła w siłę. Czekała na dzień, w którym znów puszczą mu nerwy i namiesza. Jej zdaniem było to nieuniknione…
— Wróg u bram…? — zmarszczyła lekko brwi, sięgając po słodkie ciastko — Nie wiedziałam, że jesteś fanem drugiej wojny światowej, Tyler… — uśmiechnęła się nieznacznie, spoglądając na szary obraz zrujnowanego Stalingradu. Upiłka łyk herbaty, zachodząc w głowę, czy już nie oglądała tego filmu… Doszła do wniosku, iż mogła go widzieć, ale bardzo dawno temu… chyba mogła trochę posiedzieć i przypomnieć sobie jak kiedyś normalni ludzie w normalnym świecie spędzali normalne weekendowe wieczory…?
Nie pytała, bo nie była wścibska, ani nawet ciekawska… a przynajmniej nie w kwestia życia prywatnego osób trzecich. Bardzo mocno szanowała przestrzeń osobistą innych ludzi. Sama nie znosiła, gdy ktoś wtykał nos w jej własne sprawy, bawiąc się w domorosłego pocieszyciela, doradcę lub swata. Dostawała wtedy białej gorączki i potrafiła nieźle dogryźć, nie myśląc o ewentualnych konsekwencjach. Strzegła swej prywatności jak oka w głowie. Nawet w normalnym świecie, nie martwiąc się o zapasy czystej wody lub świeżą żywność, nigdy nie bawiła się w zakładanie kont na portalach społecznościowych, uważając to nie tylko za dziecinadę, ale i stratę czasu… a dziś nie rozmawiała o sobie zwyczajnie nie widząc w tym większego sensu. Już kiedyś mu powiedziała, że nie warto marnować energii na górnolotne zaznajamianie się, skoro ani on ani ona nie mieli pewności nadchodzącego jutra. Mogli zginąć, i to w każdej chwili, bez względu jak wysokie oraz grube mury otaczały obóz. Walka ze szwędaczami nie była równa i nigdy nie będzie. Po co się oszukiwać, że wszystko będzie dobrze? Tylko najsilniejsi przetrwają, tacy, którzy nie bawią się w sentymenty i liczą wyłącznie na siebie i własne umiejętności. Bolesna prawda.
OdpowiedzUsuń— Katherine — poprawiła go automatycznie, nawet nie oderwawszy wzroku od obrazu. Pozwoliła sobie jednak zmarszczyć leciutko brwi, zapadając się głębiej w miękkie obicie sofy. Nie potrafiła przywyknąć do swego zdrobnienia w ustach… no właśnie. Kogo? Nie mogła go przecież nazwać przyjacielem. Swoich przyjaciół znała bardzo, bardzo długo, a jako osoba z natury nieufna nie szastała tym określeniem na lewo i prawo. Z drugiej strony, myśląc o tym zawahała się nim nazwała jasnowłosego zwiadowcę osobą obcą. Nie był już obcy… To ją poważnie zastanowiło i przy okazji przyczyniło się do tego, iż pominęła obrażanie się za użycie lekko dziecinnego zdrobnienia. — Nie musisz się tym martwić. Sytuacja jest pod kontrolą — dodała po chwili ciszy. Jakoś nie miała ochoty rozmawiać o Warrenie i o jego parszywych uzależnieniach. Będzie, co ma być, i tak sami nic nie zdziałają, prawda?
— Nie, może zostać. Lubię Fiennesa — zagryzła ciastko, obserwując uważnie jak Joseph, albo raczej Komisarz Daniłow, tapla się w błocie starając się ustrzelić kilku głośnych Niemców. Za moment pojawi się Jude Law, ze swoją chłopięcą buźką i przejmie pałeczkę. Szkoda. Katherine nie pamiętała dokładnie całego filmu, ale miała wrażenie, że Fiennes nie skończy dobrze.
Ona nadal wierzyła. Wierzyła, że jej bliscy żyją i mają się dobrze… na tyle, na ile umożliwiała im to apokalipsa. I nie uważała, aby trzymała się kurczowo wyłącznie zwykłej, naiwnej nadziei. Miała powody sądzić, iż jej rodzina zdołała przetrwać. Jej rodzinny dom oraz gospodarstwo rodziców mieściło się w maleńkiej wiosce, zamieszkałej przez niewiele ponad setkę osób. W dodatku posiadłość państwa Holmes była duża, solidna i zabezpieczona wysokim ogrodzeniem, które strzegło przed ucieczką kręcących się po pastwiskach zwierząt. Jej ojciec był twardym mężczyzną. To po nim odziedziczyła zaradność życiową oraz umiejętność radzenia sobie nawet w najcięższych sytuacjach. Mogłaby sobie dać rękę uciąć, iż nie pozwolił on skrzywić ani jej matki ani rodzeństwa… a przynajmniej młodszego brata, który jako jedyny mieszkał jeszcze w rodzinnym domu. Co do starszej siostry oraz najstarszego brata nie miała takiej pewności, choć nadal uparcie wierzyła, iż poza bezpiecznym Crackington Haven również dali radę przetrwać. Musiała w to wierzyć, to dawało jej siłę… a także motywację do tego, co wkrótce zamierzała zrobić. Uwaga jasnowłosego zwiadowcy wytrąciła ją z krainy rozważań, sprawiając, iż na po jej twarzy przemknął ponury cień. Zmierzyła go miażdżącym spojrzeniem, mając przeogromną ochotę spełnić jego przypuszczenia i przyozdobić mu twarz paroma zacięciami… darowała sobie jednak, splatając buńczucznie smukłe ramiona.
OdpowiedzUsuń— Przynajmniej nie wyglądam jak bezpański kundel… — burknęła na odczepnego, nie mogąc sobie darować komentarza odnośnie jego stanowczo przydługich włosów oraz zarostu. Prychnęłaby, ale uznała, iż to dałoby mu zbyt dużą satysfakcję. Zamilkła na chwilę, wpatrując się w wyświetlany film… i o mało nie wyskoczyła z własnej skóry, gdy nagle poczuła na udzie dotyk dłoni jasnowłosego zwiadowcy. Wystarczyła sekunda, a cała się najeżyła, a jej mięśnie stężały, jakby szykowały się do zaciekłej walki. Umysł podpowiadał jej, że to tylko instynktowna reakcja, i nic się nie dzieje. Jednak poczuła nieprzyjemną gulę w gardle, a włoski na karku stanęły jej dęba. Minęły kolejne trzy sekundy, a już stała na baczność.
— Już późno — oświadczyła hardo, nie przejmując się mierną wymówką. Pochwyciła stojący na stoliku, opróżniony kubek po herbacie i ruszyła żwawym krokiem w kierunku kuchni. Tam włożyła naczynie do zlewu i zaczęła je starannie opłukiwać, wyrzucając sobie w głowie własną głupotę. Po co się tu pchała? I dlaczego w ogóle zgodziła się gdziekolwiek iść? Nie powinna tego robić. Przeczyła własnym zasadom.
Bardzo chciała wrócić do mieszkania – zamknąć się w bezpiecznych, czterech ścianach, zakopać pod ciepłą kołdrą i zapomnieć. Zapomnieć o ciężkim dniu pracy, o krwiożerczych trupach kręcących się pod murami obozu… i zapomnieć o tym spotkaniu. Wcale nie spodobało jej się to, jak zareagowała na całą tą sytuację. Jak intensywnie się to na niej odbiło... i jak źle się z tym czuła. Przecież znała własne zasady. Trzymanie się ich tak wiele ułatwiało! Niepotrzebnie dała się rozproszyć. Żal czuła wyłącznie do siebie samej. Nawet nie zwróciła uwagi na pojawienie się w pobliżu jasnowłosego mężczyzny. Była tak pogrążona we własnych myślach, iż nawet na niego nie spojrzała. Bez żadnego sprzeciwu zmyła również i jego kubek, pozostawiając kuchnię piękną, czystą i nietkniętą. Zgasiła za sobą mdłe światło, wycierając wilgotne dłonie o materiał zszarganych dżinsów. Sąsiednie pomieszczenie było już prawie całkowicie pogrążone w ciemności. Projektor zniknął, tak samo jak i pudełeczko z ciastkami. Od razu zrobiło jej się jakoś chłodniej.
OdpowiedzUsuń— Możemy zostawić to miejsce po prostu niezamknięte…? — spytała z wyraźnym zwątpieniem, rozglądając się po zaciemnionym pokoju. Teraz było tu zwyczajnie ponuro. — Nie masz klucza — przypomniało jej się. Podeszła bliżej jasnowłosego zwiadowcy, upychając dłonie w kieszenie spodni. Znów będzie musiała korzystać z pomocy okna? Mogła to zrobić, choć nie specjalnie się do tego paliła… wiedziała jednak, iż należało zatrzeć za sobą wszelkie ślady i zamknąć pomieszczenie od wewnątrz. Inaczej ktoś spostrzegawczy połączy ze sobą parę faktów i będą mieć kłopoty. No… albo on będzie mieć kłopoty. W sumie Kitty nie wiedziała o tym miejscu, więc raczej nie trudno było zgadnąć, kto z ich dwójki mógł wpaść na ten genialny pomysł. Przestąpiła z nogi na nogę, spoglądając na malujące się w oddali, pogrążone we śnie budynki domów. Ciemne i zniekształcone sprawiły, iż powróciło stare zmęczenie, przypominając Katherine, że jeszcze nie tak dawno temu marzyła o poduszce i kołdrze. Teraz odczuła to pragnienie dwa razy mocniej. Dziwnie się czuła. Sama nie potrafiła dokładnie określić jak. To ją martwiło. I chyba na taką wyglądała – na lekko markotną, nieobecną, pogrążoną we własnych myślach. Uczucie chłodu wzmogło się.
Szczerze powiedziawszy, nie czuła się na siłach, aby skakać z wysokości. Dostanie się do środka budynku było o tyle łatwiejsze, iż pomógł jej w tym wysoki wzrost panicza Tylera, który podsadził ją do góry. Gdyby sama musiała wleźć przez to okno, pewnie zajęłoby jej to zdecydowanie więcej czasu. Ściana była równa i praktycznie całkowicie gładka, przez co nie stanowiła najlepszego materiału na ściankę wspinaczkową. I jak Josh słusznie zauważył, grunt otaczający budynek był grząski i zdradliwy. Wszędzie leżały mniejsze lub większe kamienie, będące pozostałością po starym murze obronnym, który parę miesięcy temu został zburzony i przeniesiony kilkanaście metrów na wschód. Znajdujące się dookoła odpryski nie zachęcały do niebezpiecznej zabawy w spadochroniarzy. Kitty przyjrzała się uważniej twarzy jasnowłosego zwiadowcy. Wcale nie podobało jej się to, że to on zamierzał ryzykować… ale z drugiej strony, był bardziej wyćwiczony niż ona. I miał zdecydowanie więcej doświadczenia w spadaniu na cztery łapy, chociażby dzięki przeprawom przez zniszczone miasto San Francisco. Skinęła więc lekko głową, kopnąwszy leżący tuż przy stopie kamyk, który odfrunął w bok, lądując z cichym łoskotem w krzakach.
OdpowiedzUsuń— Poczekam na ciebie, Tyler… — mruknęła wreszcie, zmuszając się do nieco kąśliwego uśmieszku — Jeśli złamiesz nogę ktoś będzie musiał udzielić ci pierwszej pomocy i zaciągnąć twój niezdarny tyłek do ambulatorium — oświadczyła spokojnie, jakby wcale nie wyrokowała groźnego, a przede wszystkim bardzo bolesnego wypadku. Wolała jeszcze nie znikać, choć naprawdę czuła się co raz dziwniej ze świadomością, iż może ją obchodzić co ten głupek sobie zrobi. W sumie to był jego pomysł, prawda? Jeśli porachuje sobie kości, to poniekąd sam się o to prosił… a jednak nadal chciała zaczekać. Minutę lub dwie. Tyle wystarczy, aby upewnić się, iż dobrze wylądował, nie robiąc sobie krzywdy. A później szybko się ewakuuje i postara się zapomnieć. Sen na pewno przyjdzie. Była zmęczona i oczy same jej się kleiły. Chyba tylko dlatego nie była rozdrażniona. Zwyczajnie nie miała siły, aby sypać dookoła iskrami… a przynajmniej tak sobie wmawiała. Nie bała się, iż ktoś ich przyłapie. Już nie. Obóz pogrążony był w głębokim śnie, a strażnicy nie chadzali tędy, gdy patrolowali uśpioną okolicę.
OdpowiedzUsuńZgodnie z obietnicą zaczekała aż jasnowłosy mężczyzna wydostanie się z budynku. Gdy w zaledwie sekundę zniknął za drzwiami kamieniczki, otuliła się szczelniej swetrem, schodząc z prowizorycznego ganku. Przeszła kawałek wzdłuż wschodniej ściany, zatrzymując się nieopodal okna, przez które niespełna półgodziny temu przełaziła wprost do tajemniczego, nieznanego wtedy pomieszczenia. Zmaterializował się w mgnieniu oka. I miał sporo szczęścia – gdyby teraz skręcił sobie kostkę (lub nawet poważniej uszkodził większą część nogi) z pewnością znów zostałby uziemiony w obozie… i to na dwa jak nie trzy miesiące.
— Śnij dalej, Tyler… — odburknęła, mrużąc buńczucznie ciemne, błyszczące ślepia. Co on jej tu niby insynuował…? Wcale nie była zawiedziona! Miałaby na głowie kolejne zmartwienie, w postaci nowej kontuzji jasnowłosego zwiadowcy. Mało, iż nadal czuła się po części winna tego, co zaszło w zeszłym roku w stołówce? Widać było, iż panowie tak czy inaczej od dawna się nie lubili, ale może gdyby tamtego wieczoru darowała sobie jedzenie na głównej hali, do bójki w ogóle by nie doszło? Powinna była jak zwykle wrócić z kolacją do siebie, do swojego pustego mieszkanka. Tam niczego i nikogo by nie sprowokowała. A tak… widać co się dzieje, gdy odchodzi się od swoich nawyków oraz zasad, prawda…?
— I tak ci nie wierzę — oświadczyła, wzruszając lekko ramionami — Ty zawsze jesteś tam, gdzie dzieje się coś istotnego, choć niekoniecznie bezpiecznego. Przyciągasz kłopoty jak magnes — westchnęła z rezygnacją, splatając ramiona na klatce piersiowej. Zakołysała się delikatnie na piętach, po czym dość niespodziewanie posłała w jego stronę lekki, niefrasobliwy uśmieszek. — Ale dzięki za herbatę. I ciastka. — skinęła ciemną, zmierzwioną czupryną i odwróciwszy się w kierunku ścieżki prowadzącej na portowe obrzeża obozu, ruszyła w stronę swojego mieszkania. Nie bała się wracać samotnie i po ciemku. W dawnych czasach również nie zwracała na to większej uwagi. Tym bardziej teraz nie zamierzała się tym martwić. Nawet, jeśli należała do małej i zamkniętej społeczności, nadal pozostawała indywidualistką. Jako duża dziewczynka potrafiła o siebie zadbać. Nawet jeśli los by się na nią uwziął, nie mogłaby się tu ani zgubić ani natknąć się na grupkę podchmielonych awanturników. Noc, choć wietrzna, miała przynajmniej miły klimat. Na ciemnym niebie nie widniała ani jedna chmura, tym samym eksponując okrągły księżyc oraz mnóstwo migoczących gwiazd. Tak, nawet ona musiała przyznać, iż perspektywa spaceru wydawała się wyjątkowo przyjemna.
Była wściekła na własną pamięć. To niemożliwe, aby w tak młodym wieku cierpieć na sklerozę. A jednak. – na śmierć zapomniał o raportach z dostawy leków. Wiedziała, że nie zdąży ich wypełnić w czasie pracy, i że będzie musiała zabrać je ze sobą do mieszkania. Powtarzała sobie to przez cały dzień, specjalnie pozostawiając plik dokumentów na widoku, na środku lady recepcji. Była zaganiana, ale myślała, że o czymś tak ważnym nie zapomni… Dopiero po dotarciu do mieszkania zdała sobie sprawę, że nie ma ich przy sobie. I wtedy mocno się wkurzyła. Zmęczenie dawało o sobie znać, ale i tak wiedziała, że musi po nie wrócić. Powinna je złożyć do jutrzejszego popołudnia, przeczytane i opisane, do rąk własnych głównego lekarza. Nie było zmiłuj. Nim wyszła wypiła przynajmniej ciepłą herbatę, przebierając się w wygodniejsze ciuchy. W porozciąganym swetrze oraz w wytartych dżinsach wyszła ponownie na nocne powietrze, zmierzając ku ambulatorium. Przynajmniej pogoda jej sprzyjała. Jak na parę minut po dwudziestej trzeciej było całkiem ciepło… nadal jednak czuła lekką irytację. Tej nocy ambulatorium było nieczynne – cały personel medyczny cieszył się z upragnionego wolnego, i tylko ona miała pilną pracę, którą dodatkowo musiała sobie utrudnić. Z cichym westchnieniem zrezygnowania wyciągnęła z kieszeni spodni pęk kluczy, z którego wybrała jeden, służący do otwierania głównych drzwi wejściowych do prowizorycznego szpitala. W budynku było ciemno, a wokół panowała niemal idealna cisza. Początkowo, pogrążona we własnych rozmyślaniach, nie zauważyła niczego podejrzanego… dopiero gdy włożyła klucz do zamka, aby otworzyć drzwi, te już okazały się być otwarte. Uchyliły się z cichym skrzypnięciem, wprawiając Kitty w głębokie zdumienie. Przecież zamykała ambulatorium niespełna półgodziny temu… była tego pewna, nigdy nie zapominała o zabezpieczeniu budynku. Spoglądała przez moment na półotwarte drzwi, zachodząc w głowę, co się stało. Minęło może parę sekund, nim wreszcie zdecydowała się wślizgnąć do środka. Nie zapaliła światła, i na moment zapomniała nawet o celu swej nocnej wizyty… wyczuwała, że coś tu nie gra. To mógł być jeden z lekarzy pracoholików lub jakaś nadgorliwa pielęgniarka… ale przecież oni mieli wolne i dlaczego ktoś miałby tu siedzieć po ciemku? Krok po kroku przesuwała się powoli przez główny hol, zaglądając ostrożnie do każdego mijanego pomieszczenia. Im dalej szła, tym paskudniejsze towarzyszyły jej przeczucia. Powoli i nieuchronnie zbliżała się do magazynu z lekami. Podświadomość pchała ją właśnie w tym kierunku. Drzwi do pomieszczenia były tylko przymknięte. Katherine nadstawiła uszy, ale żaden, nawet najcichszy dźwięk nie przerwał ponurej, nocnej głuszy. Mimo wszystko zdecydowała się wejść do środka, zamykając za sobą cicho drzwi. W ciemności nie wiele widziała. Głównie zarys masywnych, metalowych regałów, na których piętrzyły się kartony z lekami. Powoli ruszyła wzdłuż wszystkich półek, a im bliżej była końca pomieszczenia, tym bardziej skłaniała się ku opcji, iż miała zwykłą paranoję oraz początki Alzheimera. Może faktycznie zapomniała zamknąć te głupie drzwi? Przeklęła szpetnie w myślach. Już miała wracać, gdy nagle jej uwagę przykuło stojące samotnie w kącie pomieszczenia pudło. Nie widziała jego zawartości, ale była pewna, iż nie powinien tak stać na podłodze. Zmarszczyła lekko brwi, podchodząc bliżej dziwnego znaleziska. Kucnęła przy kartonie, wyciągając z niego parę niewielkich, gładkich w dotyku fiolek. Nieśpiesznie odetkała jedną z nich, przysuwając ją do nosa. Wyczuła mdły zapach… to była morfina. W tej samej chwili wydarzyło się parę rzeczy równocześnie. Po pierwsze, wreszcie pojęła, co tu się wyprawia. Po drugie, tuż za plecami usłyszała ciche szuranie. I po trzecie… nastała kompletna ciemność. Nieopisany ból dosłownie ją poraził. Utraciła świadomość, nim jeszcze wylądowała na chłodnej posadzce, wypuszczając z rąk fiolki z lekiem, które hałasując rozpierzchły się po całej podłodze.
OdpowiedzUsuńTracenie świadomości to mierna rozrywka… zwłaszcza, jeśli oberwało się przy tym mocno w głowę. Katherine nie zdążyła się odwrócić, aby ujrzeć twarzy swego oprawcy. Nie wiedziała również czym dostała, ale musiało to być coś twardego i zdolnego do zranienia drugiego człowieka. Zamroczyło ją, i nawet nie wiedziała jak długo leżała bez ruchu, nim wreszcie zdołała uchylić lekko powieki, wydając z siebie cichy jęk bólu. Głowa jej dosłownie pękała. Nie potrafiła zlokalizować dokładnego miejsca uderzenia, ponieważ tępy ból promieniował dosłownie wszędzie. Osłabiał ją na tyle, iż z trudem poruszała rękami, starając się znaleźć w nich oparcie oraz dźwignąć się do pozycji siedzącej. Nic z tego. Wszystko było zamazane, chwiejne i przepełnione goryczą. W uszach jej dzwoniło, a w ustach czuła smak krwi… dlaczego? Przełknęła z trudem ślinę, zaciskając mocniej powieki. Musiała się ugryźć w język… To nie było raczej nic poważnego, jednak metaliczny posmak tylko nasilił u niej naturalne mdłości. Zaczerpnęła powoli powietrza, przyciskając lewy policzek do chłodnej posadzki. Szukała w ten sposób, choć odrobiny wytchnienia… Nie miała pojęcia, ile upłynęło czasu, nim usłyszała kolejny hałas. Sekundy, minuty… a może godziny? Świat nadal wydawał się zniekształcony… nadal leżąc na podłodze z trudem rozpoznała, iż to, co się do niej zbliżało to ciężkie, męskie obuwie, a wraz z nim ich właściciel. W pierwszej chwili pomyślała, iż to ta sama osoba, która przywaliła jej prętem w głowę. Musiał przyjść dokończyć swoją robotę, prawda? Gdy jednak do jej pokiereszowanej świadomości przebił się głos owej osoby, zmusiła się do uniesienia zamglonego spojrzenia. Twarz tego osobnika była dziwnie znajoma. Coś mówił, chyba jej imię. Nie słyszała zbyt dobrze. Powieki znów jej opadły, choć prawa dłoń z trudem powędrowała w bok, natrafiając na ciemne, rozczochrane włosy. Stęknęła cicho, gdy palce dotknęły głowy. Natychmiast je cofnęła, ból był zbyt silny… ręka ponownie opadła na posadzkę, ale już nie dostrzegła, iż na koniuszkach palców pozostały jej ślady krwi. Znów zrobiło jej się niedobrze. Miała ochotę zawinąć się w kłębek i zniknąć. Łupanie w czaszce było potworne. Drżały jej mięśnie, ciało prawie w ogóle nie słuchało… znów zaczynała ją ogarniać ciemność, ale o dziwo, im mniej rozumiała, co się dzieje, tym lepiej się z tym czuła.
OdpowiedzUsuńŚwiat wirował – bez względu na to, czy leżała na chłodnej posadzce, czy fruwała w powietrzu, w ramionach jasnowłosego zwiadowcy. Nijak nie zareagowała, gdy oderwała się od ziemi, lądując w silnym uścisku panicza Tylera. Była bezwładna, trochę jak szmaciana lalka. Niestety nie dałaby rady wstać o własnych siłach. Może gdyby przeczekała jeszcze półgodzinki, ewentualnie godzinę… mogłaby trochę odpocząć a zawroty głowy same by przeszły. A przynajmniej tak sądziła. I zapewne nie było to najmądrzejsze. Ktoś powinien był obejrzeć to paskudne stłuczenie. Wiedziała, że obfite krwawienie w okolicach głowy zwykle napędza mnóstwo strachu, ale w większości przypadków nie jest groźne… czuła, że potrzebuje czegoś, co uśmierzy ból oraz mdłości, to wszystko. Chłodne, nocne powietrze na moment przyniosło ulgę. Czarno-czerwone plamy rozmyły się, polepszając widoczność. Gdy uchyliła powieki dostrzegła, iż znajduje się już na klatce schodowej jakiejś kamienicy. Nawet nie spostrzegła, jak szybko zmieniła otoczenie. W uszach nadal jej szumiało, jednak po ułożeniu policzka na ramieniu jasnowłosego zwiadowcy, miała wrażenie, iż słyszy jego przyśpieszony oddech. Znów coś powiedział. Wyczuła subtelne wibracje, ale dotarły do niej jedynie pojedyncze strzępki. Lekarz… Tak, to chyba rozsądna decyzja. Starała się zmusić do utrzymania świadomości. Chciała wiedzieć, co się dzieje, nawet jeśli nieustannie walczyła z opadającymi powiekami. Nagle stanęli w miejscu. Skuliła się, czując iż znów nawiedza ją fala mdłości. Nieświadomie zacisnęła mocniej palce na koszulce panicza Tylera, starając się powstrzymać od zwrócenia dzisiejszego obiadu. Parę chwil później usłyszała drugi głos, również znajomy. Znalazła się w czyimś mieszkaniu, znów się przemieszczali. Nie miała sił kręcić głową. Znów usłyszała stłumione dźwięki. Ktoś rozmawiał… i wtedy zaczęła spadać. Nie dosłownie, ale w momencie, gdy wyczuła pod plecami miękki materac, zapewne jakiegoś łóżka, zawroty głowy znów się wzmogły. Napięła wszystkie mięśnie, czując jak jej czaszkę przeszywa tępy ból. Jęknęła i znów zacisnęła palce na tym, co akurat miała pod ręką… czyli na koszuli jasnowłosego zwiadowcy. Ponownie zalała ją fala ciemności i ostrego bólu.
OdpowiedzUsuń— Josh…? — to musiał być on. Nie widziała go w pełnej krasie, ale… po prostu wiedziała. I chyba tylko tego była pewna. Reszta ponownie się rozmyła, a ona nieświadomie zwolniła uścisk. Znów ją zamroczyło.
Sen pomógł. A przynajmniej częściowo… nie miała pojęcia jak długo spała, ale gdy już zaczęła się wybudzać, ból był odrobinę mniejszy i nie promieniował on na narządy słuchu oraz wzroku. Mdłości również zelżały. Świat nie wydawał się już kręcić. Może tylko trochę drgał i był lekko rozmazany, ale poza tym było o niebo lepiej niż w chwili tuż po uderzeniu. Uniosła powieki i pierwsze, co dostrzegła do biały sufit. Niby nic niezwykłego, a jednak po paru chwilach wpatrywania się w niego, uznała, iż to nie był jej pokój. Może nadal była lekko zamroczona, ale łóżko również wydało jej się dziwnie… obce. Nie, nie była u siebie. A zatem gdzie? Bała się odwrócić głowę, aby rozejrzeć się po pokoju. Nie chciała sprowadzić na siebie kolejnej fali mdłości… Odczekała chwilę i nagle, nim postanowiła, co dalej, w zasięgu jej wzroku pojawił się osobnik z jasną, roztrzepaną czupryną. To był Tyler… A więc nie miała omamów. To on zjawił się w ambulatorium i to on zaniósł ją do lekarza. Tak, pamiętała niewyraźne skrawki. Trochę rozmów, zniekształconych głosów i powiew świeżego, nocnego powietrza… Teraz już była pewna, że jej się to nie przyśniło. Przełknęła z trudem ślinę, czując iż zaschło jej w gardle. Nadal była osłabiona, a to nie dobrze…
OdpowiedzUsuń— Zatłukę… go… — wymruczała z lekkim trudem, zaciskając dłonie na miękkiej pościeli łóżka. Starała się nie wykonywać żadnych gwałtownych ruchów, jednak z trudem panowała nad szalejącymi w niej emocjami. To prawda, że nie czuła się najlepiej i nadal miała mentlik w głowie, jednak nie potrafiła opanować naturalnej złości. Oberwała mocno w głowę i prawdopodobnie unieruchomiła się na kolejnych parę dni… Łączyła fakty odrobinę wolniej niż zwykle, ale w końcu domyśliła się, że musiała doznać lekkiego wstrząśnienia mózgu. To, że straciła przytomność, i ciągle ją mdliło… i jeszcze brak jakiejkolwiek równowagi oraz panowania nad ciałem. To wszystko łączyło się ładnie w jeden obrazek…
— On ukradł lekarstwa… — zacisnęła zęby, nie odrywając wściekłego (choć nadal odrobinę zamglonego) spojrzenia z twarzy panicza Tylera — Włamał się, zniszczył zamek… trzeba poinformować Radę. Nie pozwolę, żeby ten… ten prymityw biegał po obozie na haju… — głos jej drżał, jednak była pewna, iż brzmiał on równie zacięcie oraz pewnie jak wówczas, gdy za wszelką cenę starała się postawić na swoim.
Zmarkotniała. Nie lubiła robić za piąte koło u wozu, a właśnie tak się czuła, gdy musiała leżeć, pozwalając innym odwalać całą robotę. Naprawdę miała ogromną ochotę wstać i pomóc w poszukiwaniu tego przerośniętego tanatonauty, aby jednym ciosem powybijać mu wszystkie zęby… a potrafiłaby to zrobić! Kichała na różnice wzrostu, postury oraz siły – zdzieliłaby go po twarzy i zadbała o to, aby połamać mu wszystkie kości. Była na niego wściekła. To jak zachowywał się w stołówce to nic w porównaniu z tym, co zrobił w ambulatorium. Katherine nie pozwoli się tak traktować. Wiedziała, że Warren zostanie usunięty z Obozu, jednak wcale jej to nie satysfakcjonowało… chciała się na nim wyżyć i odwdzięczyć się za tą podłą napaść. Gdy się zbudziła od razu połączyła ze sobą większość faktów. To musiał być on, nikt inny nie byłby na tyle głupi, aby zrobić coś takiego. Jeśli miałaby trochę więcej siły natychmiast by wstała. Na szczęście dla tanatonauty, była uziemiona. Westchnęła wreszcie ze zrezygnowaniem, wpatrując się w bliżej nieokreślony punkt na jednej ze ścian pokoju. Wreszcie skierowała ciemne tęczówki na oblicze panicza Tylera, uzmysławiając sobie, iż prócz samej złości chyba powinna czuć coś więcej. Może wdzięczność…?
OdpowiedzUsuń— Skąd się tu w ogóle wziąłeś…? — wymruczała wreszcie. Nie chciała, aby zabrzmiało to jak oskarżenie, bo to nie on (tym razem) jej podpadł, tak więc odchrząknęła cicho, ponownie rozchylając wargi. — Chodzi mi o to… nie było cię w ambulatorium, gdy ja tam zaglądałam, prawda? Tyler, jak to się dzieje…? Zawsze jesteś tam, gdzie… — akurat cię potrzebuję. Na szczęście zdążyła ugryźć się w język. Ponownie się zasępiła, tym razem skupiając się jednak na wystroju pomieszczenia. Pokój nie był duży, ale miał swój specyficzny, ciepły klimat. Widać, iż mieszkała tu żywa osoba. Na poręczy łóżka zauważyła szarą bluzę, przy drzwiach stała para ciężkich, wojskowych butów. To wszystko wydawało się jakoś dziwnie znajome...
— To twoje mieszkanie? — zapytała w końcu, ponownie na niego spoglądając. Pokiwała lekko głową, dziękując za troskę, ale na razie niczego jej nie brakowało. Ważne, że świat zatrzymał się w miejscu. — Chyba powinnam wrócić do siebie… — zauważyła roztropnie, choć jeszcze nie wiedziała, jakim cudem doczołga się na drugo koniec Obozu. Coś by wymyśliła… trochę głupio zajmować mu jego własne łóżko. Już nie mówiąc o tym, że znów poczuła się trochę… dziwnie. Dziwnie i niepewnie. A może to znowu te mdłości?
Zerknęła na swój wyciągnięty sweter. Był koloru spranego, pudrowego różu – widać, iż Katherine musiała dostać go przydziałowo, ponieważ nie lubiła odcieni różu, nawet pastelowych. Sweter jednak nie drapał oraz był przyjemnie miękki w dotyku, tak więc nadawał się do wygodnego noszenia. Wreszcie zdrowy rozsądek zwyciężył z upodobaniem… Teraz jednak widniały na nim szare plamy, wymieszane z kapką jej własnej, szkarłatnej krwi. Musiała się pobrudzić leżąc na rzadko czyszczonej posadzce magazynu. Jasnowłosy zwiadowca miał trochę racji, poruszając temat przebrania się. Kitty nie chciała spać w pachnącym lekarstwami, kurzem oraz krwią ubraniu. Po chwili namysłu kiwnęła lekko ciemną czupryną.
OdpowiedzUsuń— Jeśli masz jakąś czystą bluzę… byłoby miło — oświadczyła w miarę spokojnie. Słysząc ostatnie pytanie panicza Tylera, wzruszyła lekko ramionami i od razu tego pożałowała. Głowa natychmiast ją zabolała, kłując w potylicę, i musiała minąć chwila, nim zmusiła się do zgarnięcia myśli w jedną, zgrabną kupkę oraz udzielenia rzeczowej odpowiedzi, która brzmiała… — Nic nie robiłam — brawo, oto prawdziwa elokwencja… a cóż za wyczucie stylu! — To znaczy… zapomniałam papierów. Musiałam po nie wrócić, tylko na minutkę… ale drzwi były otwarte, a ja zawsze pamiętam o ich zamykaniu. To było dziwne. — mruknęła, marszcząc lekko ciemne brwi — To nie mógł być inny lekarz, bo mieli wolne. Pomyślałam, że mam paranoję i sama zapomniałam zamknąć drzwi. A później znalazłam pudło z lekami… z morfiną. I… — urwała niezdecydowana, unosząc na niego wyraźnie zakłopotane spojrzenie. Co tu dużo mówić? Dała się zaskoczyć. Była głupia. Powinna od razu wyczuć, że coś nie gra. Zmęczenie wzięło górę i oto skutki. Poruszyła się nieznacznie, znów markotniejąc. — Rano wrócę do siebie, na pewno będzie mi już lepiej. To głupie, nie chce ci zalegać… a ty nie powinieneś spać na tapczanie. — westchnęła zrezygnowana. Ona przywykła do zajmowania się innymi, ale miała pewne trudności z zaakceptowaniem faktu, iż to inni mogli chcieć zadbać o nią. Miała wrażenie, że mu się narzuca. I wprowadza niepotrzebne zamieszanie.
— Pobrudziłam cię… — zauważyła niespodziewanie. Wreszcie dostrzegła ciemną plamkę krwi na koszuli jasnowłosego zwiadowcy. W pobliżu barku, tuż przy ramieniu. Wcześniej nie zwróciła na to uwagi, gdyż ledwo udawało jej się skupić na prowadzeniu w miarę normalnej rozmowy… jednak teraz już widziała. — Nie powinieneś się przyzwyczajać, ale dzięki… — zamilkła, rozluźniając nieco palce — Może pożyję jeszcze parę miesięcy — dodała, uśmiechnąwszy się pobłażliwie.
Przebranie się było prawdziwym wyzwaniem – chyba jeszcze nigdy w życiu nie męczyła się tak długo z guzikiem od spodni. Dobrych pięć minut zajęło jej ściągnięcie jednej nogawki dżinsów. Z drugą poszło już odrobinę lepiej, ale i tak strasznie się przy tym napociła. Lekko podirytowana odrzuciła dolną część garderoby pod przeciwległą ścianę i zabrała się za wkładanie zdecydowanie zbyt długich oraz szerokich spodni od dresu. Gdy ściągnęła sweter miała już siłę jedynie na włożenie bluzy. Białą podkoszulkę położyła tuż obok, oddychając ciężko. Czuła się tak, jakby przebiegła z dwadzieścia kilometrów – mięśnie jej drżały, głowa pękała w szwach a przed oczyma tańczyły ciemno czerwone plamki. Z tego wszystkiego prawie nie zarejestrowała chwili, w której do pokoju wkroczył jasnowłosy zwiadowca. Wcześniej miała ochotę go kopnąć, nie tylko za to co powiedział na odchodne, ale i za sposób w jaki to zrobił… teraz jednak nie miała na to siły. Spoglądała na niego ponuro, a ciemne, poczochrane włosy dodawały jej niemal upiornego uroku, wraz z kredowo białą cerą oraz popękanymi wargami. Marzyła o drzemce, ale słowa panicza Tylera wyraźnie dały jej do myślenia. Na moment zapomniała o urokach miękkiej poduszki oraz ciepłej kołdry… skupiła się na rozważaniu możliwości samodzielnego poradzenia sobie. Wstrząs okazał się całkiem solidny, skoro nie mogła się nawet normalnie przebrać. Jak więc zajmie się sobą sama, gdy już wróci do siebie? Na razie nie mogła wstawać, nawet lekarz jej tego zabronił… i gdzieś tam podświadomie wiedziała, że miał rację. Sama zaleciłaby to osobie, która doznała podobnego urazu. Tak czy inaczej była zła, że stała się wielką, bezużyteczną oraz niezwykle wadliwą kłodą. Istny koszmar dla jej psychiki…
OdpowiedzUsuń— Coś… coś wymyślę — wymruczała. Każdy głośniejszy dźwięk wywoływał w niej protest. Obolała głowa nie życzyła sobie głośnych koncertów, więc nawet, gdy mówiła, starała się nie podnosić głosu. — Jutro powinno być już lepiej, minęły dopiero… dwie godziny, prawda? — takie miała wrażenie, ale nie wiedziała czy słuszne. Wpatrywała się przez chwilę w przydługie rękawy bluzy, która niemal całkowicie ją pochłonęła. Plus był taki, iż była ciepła… i pachniała przyjemnie, choć akurat tego nigdy nie powiedziałaby na głos. Sądziła, iż to od uderzenia chodziły jej po głowie podobne głupoty. Odchrząknęła.
— Nie chciałbyś robić za moją opiekunkę, Tyler… — oświadczyła wreszcie, czując na sobie jego uważne spojrzenie — Lekarze to najgorsi pacjenci… a ja to ja, dodatkowa katorga — przyznała swobodnie. Miała udawać, że była miła i potulna? Po cholerę? On jak i reszta Obozu doskonale wiedzieli, że była niemal tak przyjemna w obyciu jak sól posypana na świeżą ranę… A co dopiero, gdy musiała się zdać na czyjąś łaskę.
Był po prostu bezczelny. Właśnie zaliczyła bardzo bolesne spotkanie trzeciego stopnia z metalowym prętem, doznając wstrząśnienia mózgu, a on sobie z niej żartował. Na pewno nic nie mówiła! Przecież była nieprzytomna, nie miała możliwości powiedzenia czegokolwiek…! Ale czy na pewno…? Na moment aż ją zatkało. Spoglądała na niego z wyraźnym niedowierzaniem wymalowanym na bladym obliczu, mając nieprzyjemne wrażenie, iż jeszcze chwila, a głowa pęknie jej z natłoku myśli. Znów poczuła, jak zbiera jej się na mdłości. Wreszcie otrząsnęła się na tyle, iż w jej ciemnych tęczówkach zapłonęły wyraźnie widoczne ogniki rozdrażniania, które w zaledwie parę sekund przerodziły się w gniewny płomień. Natychmiast zaswędziały ją dłonie. Nie czekając, aż panicz Tyler dopowie coś więcej, wyszukała pod ręką skrawka materiału przyniesionej przez niego podkoszulki. Cisnęła nią prosto w jasnowłosego mężczyznę, niestety trafiając w zamykające się już drzwi, zamiast w jego rozczochraną łepetynę. Umknął jej, ale tylko tym razem. Niech sobie nie myśli, że wygadywanie takich głupot ujdzie mu na sucho. Zawarczała rozgniewana, opadając płasko na miękki materac. W pokoju zaległa upragniona cisza, i choć miała przeogromną ochotę zwyczajnie wstać robiąc mu ogromny raban, tak jej organizm był wyraźnie zmęczony i żądał od niej przynajmniej chwili zasłużonego odpoczynku. Rozluźniła spięte mięśnie, oddychając równomiernie. Ten dzień nie należał do najlepszych. Powinna postarać się zasnąć, odpychając od siebie wszelkie nieprzyjemne wspomnienia. Co by się z nią stało, gdyby tanatonauta postanowił dokończyć swoje dzieło…? Poczuła, jak cierpnie jej skóra. Ktoś musiał nad nią czuwać, skoro skończyło się tylko na wstrząśnieniu mózgu. Warren był przecież nieobliczalny. Westchnęła wreszcie, uznając iż nie będzie się tym teraz przejmować. Musiała odpocząć. Zwinęła się w kłębek, otulając ciepłą kołdrą. Zarówno okrycie jak i poduszki pachniały kojąco. Ubrania, które miała na sobie, choć o trzy rozmiary za wielkie, również miały bardzo przyjemny zapach… a przynajmniej tak podpowiadał jej biedny, obity mózg. Rano może zmieni zdanie, ale na razie było jej ciepło, wygodnie… no i przede wszystkim bezpiecznie. To chyba najważniejsze. Przymknęła powieki i nim się spostrzegła już zasypiała. Ostatnie o czym zdążyła pomyśleć, to to, iż chyba nie było tak tragicznie, jak starała się sobie wmówić, gdy jasnowłosy zwiadowca kręcił się tuż za sąsiednią ścianą…
OdpowiedzUsuńA Katherine spała, i spała, i spała… i była błogo nieświadoma zamieszania w stołówce. Ale może to i lepiej? Po co się niepotrzebnie denerwować? Jasnowłosy zwiadowca i tak dostanie za swoje, gdy tylko panna Holmes dowie się, iż brał udział w kolejnej przepychance. Nie po to starała się go doprowadzić do porządku po paromiesięcznej kontuzji żeber, aby teraz ot tak pchał się w łapska tego samego osiłka, który uprzednio uziemił go w Obozie. Oj, oberwie… trochę później, ale na pewno oberwie. Musiała tylko odzyskać siły, a wtedy już nic nie powstrzyma jej od wymierzenia sprawiedliwości. Co takie szybkie i proste nie będzie, jednak od czegoś trzeba zacząć, prawda? Gdy wreszcie się zbudziła, było w pół do dziesiątej. Przespała calusieńką noc, bez jakichkolwiek snów. Budząc się zapomniała nawet, gdzie się znajduje. Dopiero po dostrzeżeniu, iż nie leży we własnym łóżku, powróciły do niej wspomnienia minionej nocy. Skrzywiła się lekko, gdy podniosła dłoń, dotykając chłodnego czoła. Głowa już tak mocno nie doskwierała… a przynajmniej nie wtedy, gdy nią nie ruszała. To całkiem spory postęp jak na parę godzin odpoczynku. Niemniej jednak, mimo iż uciążliwe pulsowanie ustało, a wraz z nim zwodniczy szum w uszach, nadal czuła, iż jest osłabiona a jej organizm niezbyt chętnie reaguje na jakiekolwiek próby ruszenia się z posłania. Musiała wstać… nie myślała o morderczym w skutkach powrocie do swego mieszkania – aż tak uparta i głupia nie była. Chciała jednak skorzystać z łazienki. Miała w ustach prawdziwą Saharę, a w dodatku pragnęła opłukać sobie twarz zimną wodą. Było jej… dziwnie. Nie potrafiła określić tego osobliwego stanu. Nie cierpiała już tak mocno jak wczoraj, tuż po uderzeniu, ale i nie odzyskała upragnionego stanu. Wreszcie, po dziesięciu minutach siłowania się z własną wolą, dźwignęła się do pozycji siedzącej. I o mały włos nie przechyliła się do przodu, lądując na twardej posadzce. Zdołała się jednak utrzymać i po chwili, podtrzymując się mijanych mebli oraz najbliższej ściany, ruszyła powolnym krokiem ku łazience. Była tak skupiona na tym, aby nie pozwolić się sobie wywrócić, iż prawie nie zauważyła nieobecności jasnowłosego zwiadowcy. Na uginających się nogach, chybotliwych niczym dwie wykałaczki, dotarła do łazienki. Z ulgą oparła się o umywalkę, spoglądając w wiszące naprzeciwko lustro. Znów się skrzywiła. Wyglądała strasznie, prawie jak po przebyciu ciężkiej choroby. Była trupio blada, powieki miała podkrążone, usta spękane, a włosy w potwornym nieładzie. Ciemne oczy straciły charakterny blask, a skórę na jej czole oraz policzkach pokryła cienka warstewka lśniącego potu, który jasno wskazywał na to, ile ta szalona wyprawa musiała ją kosztować. Westchnęła cicho, z lekkim zrezygnowaniem w tonie głosu. Starała się na siebie nie patrzeć, gdy przemywała sobie twarz ożywczą wodą. Przepłukała sobie również usta, co nieco poprawiło jej kiepskie samopoczucie. W pewnym momencie usłyszała jednak trzask otwieranych oraz zamykanych drzwi i mimowolnie odwróciła głowę w kierunku skąd dochodził ten nagły, niespodziewany dźwięk. To był poważny błąd. W jednej chwili pociemniało jej w oczach oraz pojawiły się dokuczliwe mdłości. Zacisnęła mocno powieki, wczepiając palce w umywalkę. Nie wiele to pomogło, gdyż i tak osunęła się na posadzkę, oddychając ciężko. Mój Boże, ależ była głupia… to tylko drzwi, to musiał być Josh. W końcu była w jego, a nie w swoim mieszkaniu – nie była sama. Przeklęła się w myślach, gdy zmuszona była ułożyć się na chłodnej posadzce, przyciskając policzek do jej chłodnej powierzchni. Nie obchodziło ją to, iż musiała być brudna. Najważniejsze, iż swą niską temperaturą koiła nagłe gorąco, jakie ją ogarnęło. No i leżąc mdłości powoli ustępowały. Szkoda tylko, iż musiała wyglądać jak ostatnia sierota… zupełnie tak jak wczoraj, gdy dała się zaskoczyć Warrenowi.
OdpowiedzUsuńDomyślała się, iż nie będzie zachwycony jej widokiem… no, a przynajmniej w tej jednej, konkretnej pozie, gdy leżała przytulona do posadzki. I choć prawdopodobnie zabrzmi to dziwnie, to musiała przyznać, że było jej tak dobrze. Chłodne kafelki działały na nią niezwykle kojąco. Nie przepadała za zimnem, jednak teraz wręcz ubóstwiała niską temperaturę bijącą od podłogi. Mroczki przed oczami wyparowały, mdłości zmalały, a oddech ponownie się unormował. I to jeszcze nim panicz Tyler wkroczył do łazienki, rzucając jej wymowne, pełne wyrzutów spojrzenie. Przecież poradziłaby sobie sama… Musiała tylko odsapnąć nim ruszyłaby w drogę powrotną do sypialni. Nic się nie stało. Odzyskanie sił nie będzie tak proste i przyjemne jak pstryknięcie palcami. Musiała podejmować próby odzyskania dawnej równowagi, choćby po drodze przewracała się lub robiło jej się słabo. Jeśli zalegnie w łóżku na następne tygodnie nie wiele jej to pomoże.
OdpowiedzUsuń— Skąd miałam wiedzieć, kiedy wrócisz, co…? — mruknęła niechętnie, kuląc się odrobinę w jego ciepłych ramionach. Nagła zmiana pozycji znów na moment ją osłabiła, jednak dwa głębokie oddechy pozwoliły jej powrócić do jako takiej normy. Uniosła na niego posępne spojrzenie swych ciemnych ślepi, krzywiąc się nieznacznie. — Przecież nic się takiego nie stało… chyba nie spodziewałeś się, że gdy wstanę będę od razu mogła przebiec cały maraton… — sarknęła. To chyba dobry znak. Odzyskała nieco na utraconej zadziorności, więc wyraźnie wracała do zdrowia. Małymi kroczkami, ale jednak! — Musiałam obmyć sobie twarz, nic więcej… — dodała już nieco spokojniej, przymykając powieki. Ani słowem nie wspomniała o suchym gardle, a już w ogóle nie miała zamiaru komentować tego, jak wyglądała – bo wyglądała fatalnie, taka była prawda. Choć może Josh nie wiele widział. Faceci potrafią być strasznie ślepi.
— Jeśli można, chciałabym się czegoś napić… — czuła się trochę głupio wypowiadając to zdanie, ale jak inaczej dać mu do zrozumienia, iż nie muszą już dłużej sterczeć w łazience? Nie za bardzo wiedziała jak się zachować. I tak nie wiele mogła zrobić, ponieważ nadal była słaba, jednak będąc tak blisko jasnowłosego zwiadowcy czuła dziwne poddenerwowanie. Co prawda mogły to być zwykłe mdłości, ale jednak miała wrażenie, iż kryło się za tym coś więcej niż zwykłe zawroty głowy.
Mogła leżeć w salonie, nie robiło jej to większej różnicy. I tak musiała odpoczywać. Była lekarzem, wiedziała, że nie powinna się przemęczać, ale wiedziała również, iż ciężej doświadczeni od niej ludzie potrafili radzić sobie w pojedynkę, tak więc mała wyprawa do łazienki z pewnością jej nie zabije. Ułożyła się wygodniej na miękkim oparciu sofy, gdy tylko panicz Tyler oddalił się w kierunku kuchni. Wykorzystała tę krótką chwilę, aby rozejrzeć się uważniej po pokoju. Trudno uwierzyć, ale była tu dopiero pierwszy raz w życiu. Wczoraj nie miała dogodnej okazji, aby zapoznać się z wystrojem mieszkania jasnowłosego zwiadowcy. Dzisiaj miała okazję naprawić ten błąd. Od razu zauważyła, iż miał on więcej miejsca niż ona sama. Nie wiedziała po co, skoro najwyraźniej mieszkał w pojedynkę, jednak zachowała tę uwagę wyłącznie dla siebie. Salon był całkiem schludny i przyjemnie urządzony, tak samo jak sypialnia, w której spała. Szczerze powiedziawszy spodziewała się tu większego bałaganu, ale zarówno te dwa pokoje jak i łazienka były w miarę czyste i uporządkowane. Miłe zaskoczenie. Podziękowała cicho, gdy otrzymała od Josha szklankę wody, od razu pochłaniając ¾ jej zawartości. Była spragniona, ale to całkiem dobry sygnał. Przynajmniej się nie odwodni. Nie musiała jeść na siłę, ale z pewnością potrzebowała świeżej wody.
OdpowiedzUsuń— Rozumiem — odparła w miarę spokojnie, gdy usłyszała o wyrzuceniu Warrena poza teren Obozu. Przez chwilę nic nie mówiła, wpatrując się z namysłem w niemal pustką szklankę. Po pewnym czasie uniosła ciemne tęczówki na stojącego nieopodal panicza Tylera, marszcząc lekko brwi. — Nie będę udawała, że jest mi z tego powodu przykro. Stanowił zagrożenie dla mieszkańców obozu, powinien był odejść już dawno temu — oświadczyła. Nie będzie za nim tęskniła. Zresztą, gdyby Rada Obozu ulitowała się nad nim, Katherine sama porachowałaby mu kości, wykopując poza mury. Zrobiłaby to, wiedziała o tym. Ten człowiek od dawna prosił się o łomot. Mogło się wydawać, iż ktoś taki jak panna Holmes może mu jedynie pogrozić palcem, jednak prawdę powiedziawszy była zdolna do wielu brzydkich rzeczy, jeśli ktoś ją do tego popchnął… a Warren już parokrotnie przekroczył granice jej cierpliwości. I dostał to, na co zasłużył.
— To miło z jego strony… — mruknęła, odnosząc się do obietnicy Josha na temat wizyty jej przełożonego w towarzystwie sterty zaległych papierów. O dziwo nie miała większej ochoty na bawienie się w sekretarkę. Może dlatego, że już na samą myśl o ślęczeniu nad maleńkimi literkami kołowało jej się w głowie. Lepiej nie myśleć co się może zdarzyć, jeśli faktycznie przyjdzie jej czytać te wszystkie zawiłe raporty medyczne.
Lubiła pracować, nie miała nic przeciwko spędzaniu nawet wolnego czasu w Obozowym ambulatorium… tylko w tej chwili nie czuła się na siłach, aby walczyć ze zmęczeniem oraz lekkim bólem głowy. Raporty nie ucieknął, zdąży je powypełniać, gdy już literki przestaną jej się rozmazywać a świat wróci na swe właściwe tory. Była pewna, iż Bishop się nad nią ulituje – jeśli nie z dobroci serca to dla dobra swych własnych pacjentów, których nie narazi na towarzystwo słaniającej się na nogach pani doktor. Westchnęła cicho, układając ciemne, rozczochrane włosy na oparciu kanapy. Zaczęła zastanawiać się jak długo będzie musiała tak leżeć i odpoczywać nim w końcu poczuje się znacznie lepiej. Parę dni, tydzień… więcej? Wstrząśnienie mózgu to zabawna sprawa. Niby nic groźnego, ale jednak. Nie chciała być dla panicza Tylera piątym kołem u wozu. Miał swoje życie i swoje obowiązki, a niańczenie jej tylko mu to utrudniało. Jak tylko odzyska siły, postara się wrócić do siebie i tam nieco sobie pozalegać… na razie jednak jasnowłosy zwiadowca mógł odetchnąć z ulgą – nie zamierzała stąd uciekać. Przecież wiedziała, że daleko nie zajdzie. Podróż do łazienki była nie tylko potrzebą, ale i również małą próbą sił. Naturalnie nadal będzie się starała ruszać i zmuszać do różnych aktywności fizycznych, jednak postara się nie przeholować.
OdpowiedzUsuń— Powiem mu, jak tylko się zjawi, że będzie musiał poprosić Annie o pomoc — odparła po chwili namysłu. Annie była jej znajomą z przychodni. Razem pracowały nad inwentarzem, i choć Katherine wolała nie zostawiać jej całej pracy na głowie, tak niestety nie widziała innej możliwości. Musiała mierzyć siły na zamiary. — Dzisiaj mogę spać już tutaj, na kanapie — oświadczyła dość niespodziewanie, spoglądając na krzątającego się w pobliżu kuchni panicza Tylera — Masz swoje zwiady. Powinieneś być wyspany i wypoczęty, żeby żaden zabłąkany szwędacz nie odgryzł ci przypadkiem nogi — mówiła z sensem, prawda? Oczywiście. Żaden zwiadowca nie powinien gnić na sofie, gdy miał swoje własne łóżko. Katherine nie miała większych obiekcji, aby zadomowić się na kanapie w salonie. Stąd było bliżej do łazienki, a to już spory plus. — Nie… nie jestem głodna. Może później… — dodała już nieco ciszej, przekręcając się ostrożnie na prawy bok. Ułożyła się wygodniej, podwijając odrobinę nogi.
Szczerze powiedziawszy, nie pomyślała o możliwości odgrodzenia się od panicza Tylera. Jakoś wypadło jej to z głowy, co w sumie, jak na nią, było bardzo dziwne… Jasnowłosy zwiadowca miał rację (tym razem) – zwykle starała się dbać o własną nietykalność, czasami może nieco zbyt przesadnie, jednakże ważny był końcowy efekt, prawda? Wczoraj nie miała głowy o tym myśleć, dzisiaj chyba również… Albo Warren trzasnął ją w czaszkę mocniej niż sądziła. Nie czuła potrzeby zamykania się w sypialni. Może jeszcze parę miesięcy temu byłoby zupełnie inaczej, jednak teraz, na myśl o wspólnym dzieleniu mieszkania z Joshem, nie odczuwała niepokoju. No, a przynajmniej nie w tym mało przyjemnym, konkretnym sensie… Spojrzała na niego z ukosa, zastanawiając się, co się mogło zmienić. Gdy pierwszy raz się spotkali nie miała do niego za grosz zaufania, a teraz? Teraz przespała całą noc w jego mieszkaniu i już samo to było niezwykłym wydarzeniem. Ugh, chyba nie miała wystarczająco siły, aby o tym myśleć…
OdpowiedzUsuń— Nie gadaj głupot, od dzieciństwa jestem na nie uczulona… — Żachnęła się, słysząc wesołe podsumowanie panicza Tylera. Przecież nie życzyła mu źle. To z tym ugryzieniem w nogę było wyłącznie nieszkodliwą metaforą, mającą uświadomić mu, iż wysypianie się to jeden z podstawowych obowiązków każdego zwiadowcy. Wreszcie ziewnęła lekko, tłumiąc charakterystyczny odgłos wierzchem lewej dłoni. Ta wyprawa do łazienki musiała kosztować ją całkiem sporo energii. Przespała całą noc, a jednak oczy nadal jej się kleiły. Irytujące wrażenie. — Masz coś do czytania…? Coś poza poradnikiem skutecznego zabijania lub elementarzem wzorowego zwiadowcy…? — rozejrzała się po pokoju, jednak nie dostrzegła nigdzie półki, na której ustawione byłyby jakieś książki. Może tylko ona przejawiała tak poważną obsesję na punkcie kolekcjonowania słowa pisanego? Z pewnością. Książki nie były popularnym towarem, nie zawracano sobie głowy przywożeniem ich do Obozu. A szkoda, ponieważ zdaniem Katherine pozwalały one choć na moment zapomnieć o otaczającym ich, ponurym świecie.
No tak, ona również będzie musiała znaleźć sobie jakieś twórcze zajęcie, jeśli nie chce umrzeć z nudów. Samo zaleganie na kanapie to nic przyjemnego, zwłaszcza jeśli przebywało się w obcym mieszkaniu. Katherine, nawet w największej desperacji, nie wyobrażała sobie grzebania w prywatnych rzeczach panicza Tylera. Nie chciała być niegrzeczną… przynajmniej w ten sposób. Charakterek to zupełnie inna para kaloszy. Tak czy inaczej, jedna książka przygodowa powinna jej starczyć… do jutra. Dziś jeszcze mogła mieć maleńkie trudności w skupieniu swej uwagi na drobnych literkach, jednak wiedziała, iż musi nieco poćwiczyć, aby wszystko wróciło do właściwej normy. Powolutku, bez stresu i pośpiechu, przyzwyczai się.
OdpowiedzUsuń— Chętnie na nią zerknę — stwierdziła, skinąwszy lekko głową. Podziękowała ładnie za herbatę… i skrzywiła się nieznacznie, gdy jasnowłosy zwiadowca wspomniał o informowaniu go o jej próbach stawania na nogi. Pewnie chciał być pomocny, jak to on, aczkolwiek Katherine nie wyobrażała sobie wołania go za każdym razem, gdy odczuwała potrzebę pójścia do łazienki. O dziwo, powstrzymała się od kąśliwego komentarza, jedynie podciągając się nieco na oparciu sofy, powoli podnosząc się do pozycji siedzącej. Zakręciło jej się w głowie, jednak nie na tyle, aby nie była w stanie posłać mu lekko triumfalnego spojrzenia. Tak, popatrz – doskonale radzę sobie sama i nie trzeba się o mnie wcale martwić.
— Nie umieram, Joshua... A jeśli nawet będę potrzebowała usiąść na podłodze w połowie drogi gdziekolwiek, to wstanę sama. Muszę liczyć na własne zdrowie i kończyny… — mruknęła, jednak darowała sobie nieprzyjemny ton. Nie miała specjalnej ochoty na kłótnie. Zamiast tego wyciągnęła rękę przed siebie, chwytając za przyniesiony przez niego koc. Ostrożnie się nim okryła, ponownie układając się na miękkiej sofie. Odetchnęła głębiej, spoglądając na panicza Tylera. Miała zamiar coś powiedzieć, jednak po rozchyleniu warg ponownie je zamknęła, milcząc przez dłuższą chwilę. Zastanawiała się, czy powinna poruszać ten temat, jednak była w niej pewna ciekawość, która zapewne szybko nie przeminie, jeśli nie zostanie zaspokojona przez konkretną odpowiedź. — Mówiłeś, że widziałeś go w stołówce… czy to ma jakiś związek z twoimi otarciami na prawej dłoni…? — Zapytała w końcu, posyłając mu uważne spojrzenie. Gdy tylko podniósł ją z podłogi w łazience zauważyła ślady na jego kłykciach. Były świeże… Wtedy postanowiła nie pytać, bo to nie była jej sprawa, jednak teraz nie potrafiła się powstrzymać.
Czy miała mu za złe, że zaatakował Warrena? Nie, nie miała… i prawdę mówią, zrobiłaby na jego miejscu dokładnie to samo. Przerośnięty tanatonauta od dawna zasługiwał na solidne lanie. Katherine nie była okrutną, pozbawioną serca istotą (teoretycznie), jednak na myśl o wydaleniu Warrena poza mury Obozu odczuwała wyłącznie szczerą satysfakcję. Nie obchodziło ją to, jak długo przeżyje i czy da radę przetrwać w pojedynkę. Miała w nosie jego przyszłość. Wszyscy, łącznie z nią, tolerowali jego obecność o wiele za długo, Wreszcie dostał to na co zasługiwał. Powinien się cieszyć, iż pozwolono mu się najeść i zabrać ze sobą trochę potrzebnych zapasów. Panna Holmes wręczyłaby mu na drogę wyłącznie rewolwer z jednym nabojem, każąc się wynosić i nigdy nie wracać. Była zadowolona, iż cały personel medyczny pozbył się upierdliwego problemu w postaci awanturniczego tanatonauty. I naprawdę chciała wierzyć, że od dnia dzisiejszego będą już mieli święty spokój. Coś jednak podpowiadało jej, gdzieś z tyłu świadomości, że to jeszcze nie koniec. Że Warren nie powiedział ostatniego słowa i prędzej czy później znów go zobaczą… Postarała się jednak odsunąć od siebie ponure myśli, ponieważ nie miała ochoty pogrążać się w złym humorze. Zamiast tego, zrobiła coś dziwnego. Uśmiechnęła się do siedzącego naprzeciwko panicza Tylera.
OdpowiedzUsuń— To dobrze — skwitowała krótko. Nie zamierzała suszyć mu głowy. To była nadzwyczajna sytuacja i czuła się niezwykle dobrze ze świadomością, iż Warren dostał w papę. Naturalnie nie pochwalała dziecinnych bijatyk… ale tym razem przymknie na tą jedną oko. Wiedziała, iż jasnowłosy zwiadowca nie powinien się przeciążać. Wyleczył obolałe żebra, jednak prawdopodobnie do końca życia będą dla niego niezwykle tkliwym miejscem, troszkę wrażliwszym od innych. Gdy już raz złamało się nogę, tak wiedziało się, iż będzie ona odrobinę słabsza od tej drugiej. Tu działały podobne zasady. I lepiej, żeby o tym pamiętał, ponieważ Kitty nie zamierzała być tą, która przekaże mu, że nie może już dłużej być tym, kim jest i musi porzucić zbyt wymagający, ciężki zawód zwiadowcy. Oby ta chwila nigdy nie nadeszła…
Lepiej, żeby nie nadwyrężał jej cierpliwości… była miła, ale to się mogło szybko skończyć. Zwłaszcza, jeśli jasnowłosy zwiadowca upodobał sobie niespodziewane skakanie z tematu na temat, co samą pannę Holmes najwyraźniej nieco rozpraszało. No bo jak to tak… najpierw ponownie uzmysławia jej jak wielkie miała szczęście, iż Warren był podchmielony i nie wpadł na genialny pomysł dobicia jej tym prętem, a następnie szlag ją trafia, gdy panicz Tyler znów używa jej zdrobnienia, wspominając coś o prywatnych usługach pielęgniarskich. A niech go, co za głupek! Katherine miała nadzieję, iż nie wahała się zbyt długo, między jedną a drugą jego wypowiedzią. Chcąc nie chcąc zasępiła się na myśl o minionej nocy, nadal mając do siebie pretensję o to, iż nie dosłyszała wtedy ponad stukilogramowego, skradającego się w mroku tanatonauty. Mogła to przepłacić własnym życiem. Najwyraźniej jednak los miał inne plany i postanowił ją oszczędzić… chociaż na pewno nie po to, aby zapowietrzała się teraz na kanapie w salonie jasnowłosego zwiadowcy, szczerzącego się do niej w niewinnym uśmiechu. Mimowolnie poczuła, iż robi się jej gorąco.
OdpowiedzUsuń— Nie miałeś iść poszukać mi tej książki, Tyler…? — fuknęła stanowczo, mrużąc groźnie ciemne ślepia. Nadal była słaba, jednak czuła się już znacznie lepiej niż w porównaniu z poprzednim wieczorem. Można to było stwierdzić na podstawie intensywności morderczego blasku jej piwnych tęczówkach, które tkwiły niewzruszone w obliczu panicza Tylera. — Widzę, że ci się nudzi, ale bez obaw. Znajdę dla Ciebie odpowiednie zajęcie — zapewniła go, marszcząc przy tym lekko ciemne brwi — Gdy już przyniesiesz mi książkę, byłbyś łaskaw udać się do mojego mieszkania i zabrać z niego parę ubrań na zmianę. Spodnie, dwie koszulki… szczoteczka do zębów również byłaby mile widziana. I jakiś grzebień, bo mniemam, że u ciebie go nie znajdę — mruknęła nieco sarkastycznie, układając usta w typowy dzióbek — Nie zapomnij też o czystym ręczniku, a wychodząc pozamykaj wszystkie okna. Klucze znajdziesz w kieszeni moich dżinsów, które zostawiłam na łóżku. Ach, i postaraj się nie narobić mi bałaganu, bo później będziesz musiał go posprzątać — uśmiechnęła się na koniec, mierząc go dość znaczącym spojrzeniem.
Od zdarzenia w ambulatorium minęły już trzy dni – trzy dni wypełnione po brzegi słodkim nieróbstwem, czyli najzwyklejszą na świecie nudą. Z każdą kolejną godziną panna Holmes miała wrażenie, iż jest co raz bliżej wyskoczenia przez okno. Nie znosiła siedzieć z założonymi rękami, a im dłużej wylegiwała się na łóżku tym mocniej była sfrustrowana. Czuła, iż powoli wracają jej utracone siły. Naturalnie jeszcze nie całkiem doszła do siebie, niemniej jednak najbardziej uciążliwe mdłości oraz zawroty głowy już niemal całkowicie ustąpiły. To zawsze jakiś plus, prawda? Teraz przynajmniej mogła już samodzielnie chodzić do łazienki lub zaparzyć sobie herbatę… I całe szczęście, ponieważ wczoraj wieczorem została całkiem sama. Panicz Tyler wraz z pozostałą grupą zwiadowców opuścił mury Obozu. Miało go nie być przynajmniej cały dzień, tak więc Katherine musiała sobie radzić sama. Szło jej całkiem nieźle, choć straszliwie powolnie. Nadal miała nieco zaburzone poczucie równowagi, tak więc zdarzało jej się uderzać kolanem lub stopą o kant mebla, ewentualnie o róg twardej ściany. Wkurzała się wtedy niemiłosiernie, jednak co mogła na to poradzić? Im mniej pośpiechu wkładała w wykonywane pewnych czynności, tym mniejsza szansa, iż nabije sobie kolejnego guza. Postanowiła nie ryzykować i nie przeciążać się niepotrzebnie. Prawdę powiedziawszy, i tak nie miała zbyt wiele do roboty. Gdyby mogła, to zaraz złapałaby za odkurzać lub deskę do prasowania… ale nie powinna. Niemniej jednak, dla zabicia czasu, starała się wykonywać nieco drobniejsze prace. Tym sposobem pozmywała brudne naczynia oraz przewietrzyła pokoje, korzystając z całkiem ładnej pogody. Później odpoczęła trochę, czytając przyniesioną jej przez Bishopa książkę o zaletach mikrobiologii, a następnie zrobiła sobie kanapkę i zjadła ją ze smakiem na obiad. Po posiłku zdrzemnęła się na chwilę…
OdpowiedzUsuńA przynajmniej tak sądziła, gdyż obudziła się po trzech godzinach, w akompaniamencie subtelnego stukania do drzwi wejściowych. Przetarła zaspana powieki i psiocząc pod nosem na Josha i jego gapiostwo (bo to na pewno on zapomniał zabrać ze sobą klucze do własnego mieszkania), owinęła się kocem i poczłapała do drzwi. Gdy je otworzyła nie ujrzała jednak jasnowłosego zwiadowcy tylko jakąś nieznajomą jej kobietę. Z miejsca zrobiło jej się strasznie głupio, choć szatynka uśmiechnęła się pogodnie, nie wyglądając na ani trochę zdziwioną. Wręczyła jej stosik poskładanych koszul, pożegnała się i zniknęła za drzwiami sąsiedniego mieszkania. Gdy Kitty opadła na kanapę w salonie domyśliła się, iż właśnie w ten sposób Josh radził sobie z praniem i prasowaniem. A to leń śmierdzący, tak wykorzystywać dobroć swojej biednej sąsiadki! Panna Holmes westchnęła z rezygnacją, odkładając na bok poskładane w kosteczkę ubrania mężczyzny. Prawie natychmiast zaburczało jej w brzuchu. Dopiero teraz zrobiła się głodna. Zbliżała się już godzina dziewiętnasta, gdy zaczęła krzątać się w kuchni, rozbijając parę jaj na patelni. Miała ochotę na jajecznicę, więc ją sobie zrobiła. Nakroiła również trochę pieczywa, pomidora, wyjęła z lodówki zachomikowany przez jasnowłosego zwiadowcę bekon (cwaniak, myślał że go nie znajdzie?) po czym zaniosła te wszystkie fanty na stół w jadalni. Wróciła się zrobić jeszcze herbatę… i jakimś dziwnym trafem wyszły jej dwie zamiast jednej. Może to dlatego, iż pamiętała, że ekspedycje zwiadowców zwykle wracały do Obozu przed godziną dwudziestą. Było już dziesięć po, gdy usiadła do stołu z kolacją, tak więc panicz Tyler powinien (teoretycznie) niedługo się zjawić. Nim jednak sama sięgnęła po tosta, podreptała do kanapy odkładając na nią zwinięty wcześniej koc. Przesunęła lekko stos przyniesionych przez sąsiadkę ubrań i wtedy dostrzegła, iż jedna z koszul nie miała guzika. Zmarszczyła brwi, odnajdując oderwany guzik nieopodal oparcia kanapy. Bez większego zastanowienia zajrzała do jednej z szafek w kredensie i znalazła w niej niewielki, prawie nieużywany podręczny zestaw do szycia. Tak myślała, iż wzrok jej nie mylił, gdy Josh wczoraj chował tam swoją bluzkę. Wróciła z wybrakowaną koszulką, guzikiem oraz igłą z nitką do stołu, i tam – popijając herbatę oraz podgryzając kanapki z jajkiem, bekonem oraz pomidorem – siedziała na krześle, z jedną nogą schowaną pod siebie, przyszywając starannie oderwany od koszuli guzik.
UsuńByła tak skupiona na przyszywaniu tego jednego, maleńkiego guzika, iż nie zarejestrowała chwili, w której jasnowłosy zwiadowca pojawił się w mieszkaniu. Starała się pracować wolno oraz bardzo dokładnie, choć wybrane przez nią zajęcie wcale nie było jednym z najtrudniejszych na świecie. Tak czy inaczej nadal zdarzało jej się mieć pewnie niekontrolowane odruchy, które kończyły się bolesnymi siniakami lub otarciami. Wolałaby oszczędzić sobie wbijania ostrej igły w palec, dlatego nie odrywała wzroku od koszulki. Dopiero, gdy usłyszała głos panicz Tylera uniosła powoli głowę, odgarniając z twarzy ciemne kosmyki włosów. Niemal natychmiast zmarszczyła brwi, spoglądając na niego z wyraźnym pobłażaniem.
OdpowiedzUsuń— Nie mieszkam z brudasami — uśmiechnęła się odrobinę uszczypliwie, jednak ton jej głosu nie wskazywał na to, aby za wszelką cenę dążyła do kłótni. Nie miała zamiaru mu dogryzać… no, a przynajmniej nie tak bardzo dotkliwie. O dziwo całkiem przyjemnie było odezwać się do kogoś żywego, nawet jeśli przywykła do spędzania czasu wyłącznie we własnym towarzystwie. Spoglądała przez moment w milczeniu na umorusane oblicze panicza Tylera, po czym powróciła do przerwanej pracy, ponownie pochylając się nad koszulką. — Umyj chociaż ręce… — westchnęła ciszej. Zrobiła całkiem sporą porcję, tak więc mogli zjeść wspólnie. To nie było nic wielkiego, po prostu tak było praktyczniej. No i mogła się na coś przydać, gdy już powoli odzyskiwała dawną sprawność. Ani słowem nie wspomniała o czerwonej plamie na koszuli jasnowłosego zwiadowcy. To nie była jego krew, dobrze o tym wiedziała. Umiejscowienie plamy wyraźnie wskazywało, iż jeśli byłaby pod nią jakaś rana, Josh z pewnością nie mógłby chodzić z uniesioną głową, nie krzywiąc się przy każdym najmniejszym ruchu. Wreszcie skończyła przyszywać guzik. Oderwała nitkę, zawiązawszy ją uprzednio, po czym spojrzała na swe dzieło, uśmiechnąwszy się lekko. Nie była zawodową krawcową, ale jej matka uwielbiała robótki ręczne, i tylko dzięki niej posiadła podstawowe umiejętności szycia. Złożyła starannie koszulkę, odkładając ją na kupkę pozostałych ubrań. Gdy ponownie wróciła do stołu, panicz Tyler już przy nim siedział. Chyba umył ręce…
— Wypad za mury musiał być udany, skoro nie zwijasz się z bólu… — zauważyła spokojnie, przysiadając się na swoim krześle. Sięgnęła po kolejną porcję jajecznicy, nakładając ją sobie na talerz. Nie chodziło jej o te drobne zadrapania, które widniały na jego rękach i policzku. To nie one ją martwiły, tylko żebra.
OdpowiedzUsuńJadła chwilę w milczeniu, przyglądając się poczynaniom jasnowłosego zwiadowcy. Dostrzegała na jego podrapanym obliczu wyraźne ślady zmęczenia, choć jasne, bystre oczy świadczyły o ogólnie dobrym samopoczuciu. I chwała Bogu – nie wiedziałaby co powiedzieć, gdyby wypad za mury okazał się tragiczny w skutkach. Po raz pierwszy od bardzo dawna uznała, iż wyrażenie własnego zdania na temat grupki zapaleńców pchających się na spotkanie trzeciego stopnia z krwiożerczymi zombie nie byłoby najlepszym pomysłem. Panicz Tyler mógłby tego nie zrozumieć, choć Katherine nigdy nie potrafiła pojąć, jak ktoś zdrowy na umyśle zgłaszał się na ochotnika do roli żywej przekąski… Na samą myśl o pustych oczodołach oraz trupim fetorze zrobiło jej się niedobrze. Odłożyła powoli obgryzionego do połowy tosta z boczkiem, wycierając ręce w pobliską serwetkę. Myślenie o odrażających trupach zawsze odbierało jej zdrowy apetyt.
— Nie, nikt mnie nie niepokoił… — powiedziała — … ale odwiedziła mnie twoja sąsiadka, podrzucając stos świeżego prania… — zacmokała z wyraźną dezaprobatą, marszcząc lekko ciemne brwi — Nie miałam pojęcia, że tak dobrze ci się powodzi — skwitowała z półuśmieszkiem, splatając ramiona na klatce piersiowej. Odchyliła się na oparciu krzesła, nie spuszczając z niego przenikliwego spojrzenia swych ciemnych oczu. Właściwie to sama nie wiedziała, czego spodziewała się od niego usłyszeć. Nie chciała, żeby się tłumaczył, ponieważ to nie była jej sprawa. Mógł sobie zatrudniać do pomocy kogo tylko chciał, dopóki ta osoba wyrażała na to swoją zgodę. A sądząc po życzliwym wyrazie twarzy sąsiadki panicza Tylera, nie miała ona większych obiekcji, aby prać mu brudne podkoszulki… — Prócz tej miłej, niezapowiedzianej wizyty, nie działo się nic niezwykłego — dodała, wzruszając lekko ramionami. Prawda była taka, iż cały dzień minął jej na słodkim nieróbstwie. Starała się zorganizować sobie jakieś pożyteczne, mało angażujące zajęcia, jednak na nie wiele się to zdało – i tak wynudziła się za wszystkie czasy. Nie mogła się już doczekać powrotu do pracy. Musiała wytrzymać jeszcze parę dni, nim wreszcie odzyska utraconą sprawność oraz równowagę. Wtedy życie nabierze kolorów, a książki o mikrobiologii wyparują.
— Może cię to zdziwi, jednak cieszę się, że wróciłeś w jednym kawałku… — oświadczyła niespodziewanie, przywołując na ustach zaskakująco miły uśmiech. — … trzeba wynieść śmieci — dodała w ramach wyjaśnienia, posyłając mu wymowne spojrzenie, po czym wstała od stołu poczynając ze spokojem zbierać swe brudne naczynia, aby zanieść je do zlewu i umyć. O ile jasnowłosy zwiadowca nie zakrztusił się kawałkiem kanapki z jajecznicą, powinien zrozumieć aluzję.
Nie protestowała. Pozwoliła mu się przesunąć, aby mógł pozmywać naczynia, choć równie dobrze sama mogłaby to zrobić – nie czuła się zmęczona, a i wcześniejszego gotowania nie było zbyt wiele. Zrobiła prostą kolację, z nieco większą porcją jajecznicy, bekonu oraz tostów, ponieważ nie była sama. Nigdy nie powiedziałaby tego na głos, jednak dobrze wiedziała, iż zawdzięczała jasnowłosemu zwiadowcy bardzo wiele, a przyrządzenie jednej, skromnej kolacji to bardzo nikła rekompensata. Nie musiał się nią zajmować i wcale nie musiał jej pomagać. Miał swoje prywatne sprawy, które zapewne interesowały go o wiele bardziej niż jakaś tam poobijana lekarka. Katherine nie do końca rozumiała, dlaczego poświęcał jej tyle czasu, choć nigdy o nic go nie prosiła… aczkolwiek mimo swej powściągliwej postawy potrafiła to docenić. Bez zbędnej wylewności oraz szaleństw, jednak mógł być pewny, iż była mu bardzo wdzięczna za pomoc.
OdpowiedzUsuń— Nożyczki…? — nie była pewna, czy dobrze go zrozumiała, nim jednak zdążyła zapytać o coś więcej, panicz Tyler złapał za worek z brudami i wymaszerował z mieszkania. To samo tyczyło się paru dodatkowych pytań odnośnie wcześniej wspominanego prezentu, których również nie zdążyła zadać. Była niezmiernie ciekawa, co też dostarczono do ambulatorium. Nigdy nie ukrywała, iż brakowało im potrzebnego sprzętu, który byłby w stanie szybciej i sprawniej ratować ludzkie życia. Mając w głowie parę ciekawych wizji, ruszyła w stronę szafki, wskazanej wcześniej przez Josha. Otworzyła ją, rozglądając się za nożyczkami. Znalazła je na samym końcu, wciśnięte między jakąś starą gazetą a dwoma taliami pogniecionych kart. Wraz ze swym nowym znaleziskiem usiadła na kanapie, czekając na panicza Tylera. Nie była pewna, po co kazał jej znaleźć nożyczki… Jeśli myślał, że zajmie się teraz każdą jego zniszczoną koszulką, to chyba będzie musiała wyprowadzić go z tego błędu. Nie była zbyt dobrą krawcową. Znała jedynie niektóre podstawy. Zresztą, nie zamierzała bawić się w szycie, ponieważ nie miała do tego zbyt wiele cierpliwości. Podwinęła nogi pod siebie, obracając powoli ostre narzędzie w dłoniach. Niespodziewanie tuż przed jej oczami pojawił się obraz wnętrza kliniki weterynaryjnej, w której niegdyś pracowała. Białe, sterylne ściany, lśniący, stalowy stół i ona – stojąca po środku sali z zakrwawionymi nożycami do cięcia kości. Wokół panowała niemal martwa cisza, przerywana jedynie niskim, szkaradnym charczeniem… Nim zapędziła się dalej, usłyszała trzask zamykanych drzwi. Odetchnęła z wyraźną ulgą, karcąc się w duchu za własną głupotę. Wspomnienia to najgorsze, na co może sobie teraz pozwolić…
Mogła się tego spodziewać… w końcu tyle razy porównywała go do skołtunionego psa, że wreszcie postanowił coś z tym zrobić. I dobrze, to była słuszna decyzja – szkoda tylko, że na osobistego fryzjera wybrał sobie pannę Holmes, która nie miała zbyt wielkiego doświadczenia w strzyżeniu ludzi... Swoje własne włosy podcinała jedynie o parę centymetrów, i nigdy nie martwiła się potencjalną partaniną, ponieważ miała zbyt długie kosmyki włosów, w dodatku cieniowane, aby inni mogli dostrzec krzywo ścięte końce. Mężczyźni mieli zdecydowanie gorzej – zwykle nosili bardzo typowe fryzury. Albo strzygli się na jeża, tak jak w wojsku (co było niezwykle praktycznym zabiegiem), albo w ogóle nie dbali o włosy, pozwalając im rosnąć w każdy dowolny sposób. Panicz Tyler zaliczał się do tej ostatniej grupy. Nie miała pojęcia jak wcześniej się czesał, jednak teraz, bez dostępu do profesjonalnych usług pielęgnacyjnych, najwyraźniej całkowicie zaniechał regularnego strzyżenia. Dobrze, że chociaż pamiętał o używaniu szamponu… Na samą myśl o tłustych kosmykach niektórych techników szlajających się po Obozie nie potrafiła powstrzymać się od lekkiego wzdrygnięcia. Otrząsnęła się dopiero wówczas, gdy poczuła na swej dłoni chłodne kropelki wody, ściekające z jasnych kosmyków włosów panicza Tylera. Przyjrzała się uważniej jego wilgotnej łepetynie, wzdychając ciężko. Pewnie skorzystanie z pomocy garnka odpadało…?
OdpowiedzUsuń— Jeśli nie chcesz, żebym wbiła ci te nożyczki prosto w ucho to siedź spokojnie i się nie ruszaj, jasne…? — burknęła kąśliwe, nadal uważając groźbę pozbawienia brwi za wyjątkowo niesprawiedliwą. Przecież ona nie miała dyplomu fryzjera, skąd przypuszczenie, że w ogóle umie strzyc? Jego włosy to zupełnie inna para kaloszy niż jej własne! Przecierpiała w myślach wizję siebie samej w postrzępionych w akcie zemsty kosmykach włosów, po czym powoli zabrała się za operowanie nożyczkami. — Tyler, mówiłam… nie ruszaj się…! — ofuknęła go stanowczym tonem głosu, chwytając zwiadowcę za skronie, aby nakierować jego głowę w linii prostej. Dobrze wiedziała, że miał poważne problemy z usiedzeniem w miejscu. Przecież dokładnie tak samo było w sytuacjach, gdy musiała go pozszywać. Mruczała cicho pod nosem, starając się ciąć w miarę symetrycznie. Z każdą kolejną minutą na ramionach mężczyzny, na jej kolanach, na kanapie oraz podłodze dookoła pojawiało się co raz więcej jasnych kosmyków włosów. Strzyżenie mężczyzny wymagało nie lada wysiłku oraz pomyślunku taktycznego – dlatego nachylała się nad nim co raz niżej i niżej, pomagając sobie dłońmi w przeczesywaniu jego wilgotnych włosów, aby widzieć jak dużo jeszcze ma do ścięcia. Nieświadomie wysunęła nieco kolana do przodu, które opadły na jego ramiona.
Nie lubiła tego zdrobnienia, ponieważ uważała je za idiotyczne. Gdy miała siedem lat i biegała w różowych sukienkach mogła pogodzić się z tym, iż wszyscy wołali na nią Kitty. Teraz, mając lat dwadzieścia siedem nie potrafiła przywyknąć do myśli, iż ktoś równie dojrzały mógłby się tak do niej zwracać. Ten skrót był zbyt dziecinny, już dawno z niego wyrosła. Nie kazała zwracać się do siebie swym pełnym imieniem, ale już nawet wyświechtane Kate było lepsze niż Kitty. A poza tym, tak mówili do niej ludzie, na których jej bardzo mocno zależało… i których już pewnie nigdy nie ujrzy. Nie, nie powinna o tym teraz myśleć. Odgoniła od siebie przykre wspomnienia, skupiając się na regularnych cięciach. Nie miała bladego pojęcia czy to co robi, robiła dobrze, jednakże tak jej się zdawało – im więcej jasnych kosmyków włosów lądowało na posadzce, tym pewniej operowała nożyczkami, wiedząc już do czego zmierza. O wiele prościej byłoby z użyciem maszynki strzyżenia, jednak raczej takowej nie posiadał.
OdpowiedzUsuń— Doskonale pamiętam, jak masz na imię Tyler… — wymruczała w skupieniu, nie odrywając ciemnych ślepi od nastroszonych kosmyków włosów mężczyzny. Nie dodała w tym temacie nic więcej, ponieważ nie uznała tego za potrzebne. Zwracała się do niego po nazwisku, ponieważ on irytował ją zdrobnieniem, którego nie potrafiła zaakcentować. I tak było o wiele… bezpieczniej. Na moment przerwała swą pracę, aby wyprostować się i ocenić dotychczasowy efekt. Po krótkiej chwili namysłu uznała, iż chyba nie jest tragicznie, ale musiała skrócić jeszcze włosy w pobliżu karku. Przejechała po nich subtelnie nieco wilgotną dłonią, naprostowując je, a później ostrożnie ścinając. Starała się nie śpieszyć, ponieważ nadal zdarzało jej się tracić kontrolę nad kończynami, a wolałaby nie zalewać salonu krwią z tętnicy szyjnej panicza Tylera… Doprawdy, zbyt dużo sprzątania i zbyt wiele do tłumaczenia. Obawiała się, iż nikt by jej nie uwierzył, że byłby to zwykły, nieszczęśliwy wypadek. Wreszcie, po kolejnych pięciu minutach pełnego skupienia, uznała iż skończyła. Spojrzała z zadowoleniem na swoje dzieło, odkładając obok ostre nożyczki.
— Już. Możesz pokazywać się ludziom — oświadczyła, strzepując sobie z kolan ścięte kosmyki jasnowłosego zwiadowcy. Podciągnęła się również na kanapie, powoli odsuwając od mężczyzny… gdy wtem zauważyła coś niepokojącego. Wróciła do swej wyjściowej pozycji, bez pytania odciągając na bok dekolt koszulki Josha. Na jego skórze ujrzała kolejne już zadrapanie, jednak nie wyglądało ono na tak groźne jak myślała, że będzie. Uznała to za dobry znak, i już chciała ponownie się wycofać, jednak właśnie wtedy noga zamiast pójść do tyłu, ugięła się w kolanie, a ona zsunęła się z kanapy za plecy mężczyzny.
Głupie kolano… dlaczego akurat teraz? Przecież się nie przemęczała! Jeśli już, to ręce powinny jej odmówić posłuszeństwa – w końcu to one dzierżyły w swych palcach twarde nożyczki. Naprawdę nie potrafiła zrozumieć, jakim cudem nie przewróciła się jeszcze o własne stopy i nie zabiła, roztrzaskując głowę o kant stołu… chyba byłoby to mniej kłopotliwe, niż nieustanne narzucanie się jasnowłosemu zwiadowcy, za każdym razem, gdy tylko złapie ją skurcz lub zakręci jej się w głowie. Wiedziała, że to normalne, że jej organizm potrzebuje jeszcze trochę czasu, nim zaburzenia równowagi wreszcie przeminą. Żałowała tylko, iż trwało to tak długo, a ona robiła z siebie pośmiewisko. Nienawidziła być na czyjejś łasce lub zmuszać kogoś, do zamartwiania się o siebie. Czuła się wtedy bardzo niekomfortowo, wiedząc, że niczym nie zasłużyła na tak troskliwe traktowanie. Jej znajomi z pracy niezwykle się przejęli, zaoferowali swoją pomoc… Panicz Tyler również zdawał się być mocno zaangażowany w opiekę nad nią. A ona nie umierała… była po prostu mniej zsynchronizowana z własnym ciałem. I dlatego zachowywała się jak sierota. Od razu, gdy zsunęła się za plecy jasnowłosego zwiadowcy, przeklęła szpetnie, mając zamiar podciągnąć się na ramionach, aby jak najszybciej się pozbierać. Nie zdążyła jednak w ogóle zareagować, gdyż nagle znalazła się już na miękkiej sofie, a przy niej siedział nie kto inny jak panicz Tyler. Musiała przyznać, że był całkiem szybki… albo to ona nadal widziała w świat w nieco wolniejszych kadrach. Tak czy inaczej poczuła lekkie podirytowanie, iż nie pozwolił jej samej spróbować się podnieść. Następnie jednak, ku swemu ogromnemu zdumieniu, straciła cały zapał do rugania go. Był bardzo blisko. Normalnie, gdy za każdym razem składała go do kupy w ambulatorium, nie przejmowała się nikłą odległością… ale teraz nie była w pracy, i to nie on był poszkodowany. Mimowolnie poczuła, jak przyśpiesza jej oddech…
OdpowiedzUsuń— Nie, nic się nie stało to… to tylko kolano — stwierdziła dość konkretnie, jednak w tonie jej głosu pojawiło się subtelne zawahanie. Obawiała się tylko, iż owa niepewność nie wynikała z braku wiedzy o przyczynach tego zajścia, a już prędzej z jej obecnego położenia. Spoglądała uważnie na jasnowłosego mężczyznę, starając się zapanować nad przyśpieszonym biciem serca, które nagle, bez ostrzeżenia, zaczęło galopować niczym na prawdziwym rodeo. Miała zamiar się odsunąć, ale jakoś opornie jej to wychodziło. Chyba kończyny jej lekko zdrętwiały…
Powinna była zareagować bardziej stanowczo – przede wszystkim odsunąć się na bezpieczną odległość, a następnie zapewnić, że jest dużą dziewczyną i nie potrzebuje nieustannej opieki. Szkoda tylko, iż akurat tym razem postąpiła zupełnie nie tak, jak by sobie tego życzyła. Nie rozumiała dlaczego zwyczajnie nie wstała i nie odeszła, nim dotyk jasnowłosego zwiadowcy sprawił, iż poczuła uciążliwe pieczenie w okolicach przełyku. Była głupia. Dała się zwieść własnym… no właśnie. Własnym czym? Nie, nie chciała o tym teraz myśleć, ponieważ bała się wniosków, do jakich mogła dojść, jeśli natychmiast nie skupi swej uwagi na czymś mniej zajmującym. Przeniosła więc wzrok z oblicza jasnowłosego zwiadowcy na własne dłonie. Nim mężczyzna nie wstał z kanapy, jej palce zaciskały się kurczowo na poszyciu sofy. Wreszcie zwolniła uścisk, od razu czując przyjemną ulgę, gdy krew ponownie popłynęła swym naturalnym rytmem. Gdy odzyskała jako taką biegłość umysłu, spostrzegła iż jej kończyny faktycznie zdrętwiały. Poruszyła delikatnie palcami u stóp, czując jednak mocne mrowienie. No dobra… czyli nie powinna jeszcze wstawać, tak dla wszystkiego. Poprawiła się nieznacznie na swym miejscu, spoglądając na niego.
OdpowiedzUsuń— Nie jesteś zmęczony…? — uniosła jedną, ciemną brew nie spuszczając z jego oblicza wyraźnie pytającego spojrzenia swych piwnych ślepi. Właśnie popełniła kolejny błąd. Zamiast uciąć wszelką dyskusję i zamknąć się w sypialni, nadal tkwiła w miejscu i nie reagowała prychnięciami na jego propozycje rozmowy. Co się dzieje? Nafaszerowała się jakąś trucizną? Nie rozumiała swojego zachowania. W końcu, z wyraźnym wahaniem wzruszyła lekko ramionami, układając się na kanapie w pozycji leżącej. Była zmęczona. Tak, to na pewno zmęczenie podsuwało jej do głowy złe odpowiedzi. Powinna wszystko naprostować. Tu i teraz. W tej chwili… Otworzyła już usta… i je zamknęła. Boże, jest z nią niedobrze…
— Idź Tyler, prysznic z pewnością ci się przyda… — westchnęła wreszcie, sięgnąwszy po leżący nieopodal koc, którym nakryła się niemal pod brodę. Pod ciepłym materiałem czuła się trochę raźniej niż dotychczas, dlatego odetchnęła z wyraźną ulgą, gdy naciągnęła sobie koc aż na lekko zarumienione policzki. Mogłaby się postarać rzucić kolejną kąśliwą uwagę, jednak zrezygnowała. Musiała się nieco uspokoić, nic na siłę. Poczekała aż mężczyzna posprząta resztki włosów z posadzki, a gdy już zniknął za drzwiami łazienki, odetchnęła głęboko, tocząc zaciekły bój z własnymi wyrzutami sumienia…
Miała niespełna półgodziny, aby nieco ochłonąć oraz poukładać sobie wszystko tak jak należało… Stosunkowo nie wiele czasu, aczkolwiek panna Holmes nie zamierzała marnować ani jednej sekundy. Gdy jasnowłosy zwiadowca zniknął z pola widzenia, a do jej uszu dobiegł cichy dźwięk szumu wody, postarała się rozluźnić i nie dać się pochłonąć własnym wyrzutom sumienia. Było to niezwykle trudne, ponieważ niemal całą sobą czuła, że zawiodła. Przecież tak bardzo się starała, aby nikt nigdy nie naruszył stabilnego muru, jaki wokół siebie wybudowała... Nie chciała cierpieć ani udawać silnej w obliczu kolejnej bolesnej straty – to ją przerażało. Nikt nie wiedział, jak bardzo. Była z tym całkiem sama, jednak akceptowała ten fakt. Samotność była bezpieczniejszą opcją, co do tego nie miała żadnych wątpliwości. Straciła zbyt wiele bliskich swemu serca osób, aby ponownie popełniać ten sam błąd. Posiadała tu zaledwie paru znajomych, którzy byli wyjątkowo życzliwymi ludźmi. To jej w pełni wystarczało. Dotychczas. Minione miesiące udowodniły jej, iż miała w swym murze liczne szczeliny, które ją osłabiały. Starała się je łatać, pozbawiać dopływu, jednak za każdym razem, gdy niwelowała jedną z nich, pojawiały się kolejne dwie… i to wszystko za sprawą jednego, niebywale upierdliwego osobnika, który nie wiedział, kiedy należało sobie odpuścić. Dlaczego był taki uparty? Dlaczego nie mógł zrazić się jej paskudnych charakterem? I dlaczego ona nie potrafiła raz a dobrze zakończyć tej znajomości…? Powinna to zrobić, wiedziała że tak będzie najrozsądniej. Szkoda tylko, iż akurat w tak ważnej kwestii rozum przestał wystarczać. Jęknęła z pożałowaniem, zakrywając szczelnie całą ciemną łepetynę ciepłym kocem. Chciała spać, ale coś czuła, że dzisiejszej nocy sen wcale nie nadejdzie… Dobrze, iż choć odrobinę ochłonęła, nim drzwi do łazienki otworzyły się, a w progu salonu ponownie stanął panicz Tyler. Odchyliła nieco koc na bok… i natychmiast zmarkotniała. Dlaczego ten głupek musiał chodzić bez koszuli? I dlaczego to ją nagle tak bardzo obchodziło? Wkurzyła się na siebie. Może najlepiej by było, gdyby Warren skończył to co zaczął parę dni temu. Teraz przynajmniej nie musiałaby się użerać z własnymi dylematami.
OdpowiedzUsuń— To nie ja mierzę dwa metry… — burknęła cicho. Wstała z kanapy, jednak owinęła się szczelnie kocem, przy okazji udając jak interesujące wydaje się nocne niebo malujące się tuż za oknem. Gdy Josh ponownie przywdział koszulkę, poczuła się już nieco pewniej, choć teraz łypała na niego groźnie, jakby z tych wszystkich emocji miała ochotę go udusić. Boże, musi się stąd wyprowadzić… natychmiast — No, to chyba dobranoc… — odchrząknęła, gdy jasnowłosy zwiadowca rozłożył sobie kanapę do spania. To była jej szansa, jedyna droga ucieczki… i zapomnienia, wymazania tego wieczoru z pamięci. Na zawsze.
I znów się zawahała. Na sekundę, może dwie, ale to w pełni wystarczyło, aby cały jej misterny plan szlag trafił. Nie miała pojęcia, co się z nią dzisiaj dzieje. Niemal od początku przebywania w Obozie nie miała tylu chwil zwątpienia, ile tego jednego, jedynego wieczoru… Tym razem wystarczyło, że przyjrzała się obliczu jasnowłosemu zwiadowcy, aby poczuła nieprzyjemny skurcz żołądka, zwiastujący coś bardzo niedobrego. Powinna wziąć nogi za pas, a jednak nadal stała w miejscu. Wyraz twarzy panicza Tylera wyraźnie zbił ją z pantałyku. Nagle uświadomiła sobie coś, o czym starała się wcześniej nie myśleć… Przecież nie widziała go przez cały dzień, w czasie którego on narażał swoje życie poza murami Obozu. Katherine zdawała sobie sprawę z ryzyka zawodu, jaki wykonywał, ale jednak dopiero teraz, gdy dopuściła do siebie nieco więcej z tłumionych miesiącami emocji, odczuła przykre pieczenie w okolicach oczu. Była głupia. Jakim cudem zawędrowała myślami do tego pierwszego dnia, gdy on uparł się przy tym, aby zostać z nią w pracy, pozwalając jej się trochę zdrzemnąć…? Postępowała dokładnie tak, jak się tego obawiała – pozwalała sobie na słabość dyktowaną własnymi odczuciami. Stała sztywno, owinięta w ciepły koc, spoglądając na oblicze panicza Tylera. Wyraz jej twarzy, o dziwo, pozostawał nieodgadniony… To dlatego, iż skupiła się na zażartej wojnie, toczonej w szczelinach własnego umysłu. Nie miała pojęcia, jak długo milczała. Paręnaście dobrych sekund nic nie robiła. Po prostu stała nieruchomo, patrząc wprost na niego… aż wreszcie drgnęła i złożyła kapitulację. Zwyczajnie podeszła do rozłożonej kanapy, siadając na niej ostrożnie. Nie potrafiła odejść. Może za pięć minut, może dziesięć, ale wiedziała, że powinna stłamsić własne przerażenie i zostać. On tego potrzebował, a ona miała wreszcie okazję jakoś mu się odwdzięczyć...
OdpowiedzUsuń— Jak tam jest… teraz? — głos miała nad wyraz spokojny i cichy, choć w środku szalały w niej wszystkie emocje, jakie mogła sobie tylko wyobrazić. Siedziała jednak nieruchomo, długo spoglądając na własne dłonie, trzymające krańce ciepłego koca, nim wreszcie uniosła ciemne oczy na oblicze panicza Tylera — Jeśli jest ich mniej, to może… może to już się kończy…? — naturalnie chodziło jej o apokalipsę, o stada krwiożerczych zombie, grasujących sobie w najlepsze po ulicach zdewastowanego San Francisco. Zwykle starała się nie mówić o własnych nadziejach, jednak dziś… dziś był dziwny dzień, już to ustaliła. Najwyraźniej walka z emocjami nie zawsze była równa. Może odpuszczenie sobie choć trochę przyniesie dawno oczekiwaną ulgę…?
Najwyraźniej mieli o czym pogadać, choć panna Holmes nigdy nie przypuszczała, że będzie rozmawiała o sprawach, o których starała się nawet nie myśleć. Rozdrapywanie starych ran w postaci wspomnień o tętniącym niegdyś życiem mieście nie było najlepszą strategią przetrwania. Nie powinna tego robić, aby nie pogrążyć się w przykrej nostalgii, którą nawet ona przeżywała – tak, tęskniła za swoim starym życiem, choć na co dzień starała się tego nie okazywać. Przede wszystkim nie widziała w tym żadnego sensu, ponieważ należało się skupić na tym, co było tu i teraz, pozostawiając przeszłość daleko za sobą. Było to jednak niezwykle trudne, a czasami… po prostu niemożliwe. Dzisiaj pozwoliła sobie na bardzo dużo. Te dwa, krótkie pytania mogły wydawać się mało istotne, jednak dla niej miały niebywale ważne znaczenie. Nie wychodziła za mury od ponad pół roku, jak nie więcej. Była zamknięta tu, w Obozie, prawie jak w złotej klatce, którą wszakże doceniała, jednak z czasem zdawało jej się, iż całe to otoczenie zaczyna już ją zwyczajnie dusić. Dlatego drgnęła lekko, gdy z ust panicza Tylera wypłynęły słowa o kilku tygodniowej wycieczce poza mury Obozu. To by było cholernie niebezpieczne… ale jakże kuszące przeżycie. Chyba wolała skupić się na aspekcie długiej podróży, niż ciągnąć temat upadłego miasta oraz jego nowych mieszkańców. San Francisco już nigdy nie będzie takie jak kiedyś. Przynajmniej nie w jej własnych oczach. Już zamierzała zadać pytanie o to, na kiedy mniej więcej planują swą wyprawę, gdy nagle panicz Tyler postanowił ją uprzedzić i zupełnie wytrącić z równowagi. Siedziała przez chwilę w kompletnym bezruchu, nie mając pojęcia co bardziej ją zdziwiło: jego nagła śmiałość czy też cały wydźwięk tego pytania? Chyba to i to po równo… Musiała długo milczeć, ponieważ złapała się na tym, iż nawet dźwięk cykającego w kuchni zegara przestał do niej docierać. Wreszcie poruszyła się nieznacznie, spoglądając na panicza Tylera.
OdpowiedzUsuń— Nie — mogło odnieść się wrażenie, iż długo zastanawiała się nad odpowiedzią, jednak prawda była taka, iż niemal od razu miała ją na końcu języka i jedynie sam ten fakt wydawał się ją wprawiać w ogromną konsternację — Obawiam się, że sama mogę do tego doprowadzić — dodała. To nie jasnowłosego zwiadowcy się bała, zresztą byłaby niezwykle głupia, gdyby po tym wszystkim, co dla niej zrobił, nadal choć trochę mu nie ufała… Tu chodziło o nią, o jej własne zasady, które zaczęły się niebezpiecznie chwiać i niszczyć to, na czym budowała cały swój świat gdy ten uprzedni postanowił stanąć sobie na głowie.
Nie lubiła pozwalać sobie na zbytnią poufałość – bliższy kontakt był wkraczaniem w sferę prywatną, a ona bardzo szanowała własną przestrzeń osobistą. W pracy nie przeszkadzały jej ani nagość, ani dotyk… przyzwyczaiła się do nich, choć początkowo miała lekkie opory przed zbytnim zbliżeniem. Z czasem wszystko się unormowało, a ona zaakceptowała brak futra na rzecz miękkiej, ludzkiej tkanki. Normalni lekarze mieli wiele lat, aby oswoić się ze specyfiką swojego zawodu. Ona miała na to zaledwie kilka dni. Chciała być przydatna, znała się na medycynie lepiej niż większość przebywających w Obozie ludzi, tak więc pragnęła pomóc… i pragnęła mieć jakieś zajęcie, dzięki któremu nie oszaleje z nudów. Nienawidziła bezczynności, z czym jasnowłosy zwiadowca zapewne zdążył się już oswoić. Praca dawała jej poczucie stabilności, nawet jeśli bardziej przypominała ona marzenie senne, niż realną możliwość czynienia dobra. Gdy panicz Tyler wspomniał o wyprawie poza mury, za granice San Francisco, od razu zrodziła się w niej nadzieja – nadzieja na poszerzenie własnych perspektyw i ujrzenie kawałka większego świata, którego nie oglądała odkąd osiadła w Obozie. Naturalnie ceniła sobie własne bezpieczeństwo, jednak stęskniła się za zewnętrznym światem. Pragnęła przekonać się na własne oczy jak prezentował się kraj, który niegdyś chełpił się własną siłą, a dziś był jedynie marnym cieniem swej dawnej potęgi. Zaraza strawiła go od środka. Nic już nie było takie samo jak kiedyś – im szybciej to zobaczy, tym prędzej się z tym pogodzi.
OdpowiedzUsuń— To nie twoja sprawa — odburknęła zwięźle, posyłając mu groźne spojrzenie swych ciemnych ślepi — Za dużo chciałbyś wiedzieć. Ktoś ci już mówił, że potrafisz być niezwykle upierdliwy…? Oprócz mnie, naturalnie — westchnęła nieco teatralnie. O dziwo, ton jej głosu wcale nie wyrażał zbytniej irytacji. Prędzej biło od niego typowym zmęczeniem, zupełnie jakby przepracowała cały dzień i teraz marzyła już jedynie o pójściu spać. Cóż, nie miała dzisiaj wiele do roboty, tak więc nie mogła być AŻ tak zmęczona. Obawiała się, iż pytanie, jakie zadał jej jasnowłosy mężczyzna wzbudzało w niej pewne typowe rozdrażnienie. Ludzie lubili sobie poplotkować, gdy brakowało im zajęć. Tym sposobem panna Holmes zdążyła się dorobić kilku całkowicie fikcyjnych historii z własnego życia, poczynając od tej, w której ponoć tragicznie straciła miłość swego życia, a kończąc na tej, iż jakiś bydlak ją zwyczajnie skrzywdził… Żadna z tych bajeczek nie była prawdziwa. Czy człowiek musiał przeżyć serię dramatów, aby mieć charakter taki, jaki miał…?
Doskonale widziała, iż był zmęczony, i wcale mu się nie dziwiła. Sama miała przeogromną ochotę schować się pod pierwszą lepszą kołdrą i postarać się zasnąć, aby odegnać od siebie srogie widomo mało przyjemnych rozważań… coś jednak nadal powstrzymywało ją przed wstaniem oraz definitywnym pożegnaniem się. Nie miała bladego pojęcia, co powinna zrobić... Naturalnie, poza opanowaną do perfekcji ucieczką. Z jednej strony pragnęła zniknąć, zaszyć się gdzieś w bezpiecznym miejscu, gdzie będzie całkowicie odosobniona… a z drugiej czuła dziwny skurcz w okolicach żołądka i niebywale gorzki posmak w ustach. Zupełnie tak, jakby zrobiła coś niedobrego, a teraz się tego wstydziła. Kretynizm. Przecież nie była niczemu winna – taką już miała osobowość. Nie robiła mu specjalnie na złość. To, że w ogóle tu została, zamiast już dawno odmaszerować do sypialni, było prawdziwym precedensem. Czuła się kuriozalnie rozdarta. Westchnęła żałośnie w myślach, wsłuchując się w ciche tykanie zegara. W mieszkaniu panował przyjemny spokój, zupełnie tak jak i na zewnątrz. Za oknami było już ciemno, jednak pierwsze, pojedyncze gwiazdy zawisły na firmamencie, rozświetlając je swym subtelnym blaskiem. Pogoda sprzyjała pieszym wędrówkom, chociażby po terenie Obozu… może gdyby nie zachowywała się jak kompletna łamaga, wygrzebałaby się z pod koca i poszła na spacer. Lubiła spokój, jaki panował na wyspie, gdy większość jej mieszkańców pochrapywała już grzecznie we własnych łóżkach. Często wracała o tej porze z pracy do mieszkania i niemal zawsze pozwalała sobie na wolniejszy krok, delektując się ciepłem letnich nocy… To jej przypominało o własnym domu. Domu, do którego nieustannie tęskniła…
OdpowiedzUsuń— Spokojnej nocy — powoli podniosła się z kanapy, nie pozwalając sobie na najdrobniejsze zachwianie się. Nie widziała innego wyjścia, jak tylko życzyć mu miłych snów i zniknąć. Musiała zachować własne rozterki dla siebie samej, ponieważ nawet ona nie potrafiła ich jeszcze w pełni zrozumieć. Czuła, iż dzisiejszego wieczoru coś w niej pękło… Obawiała się konsekwencji tej chwilowej awarii, modląc się w duchu o jej szybkie naprawienie. Niestety, nie mogła już być niczego pewna, i właśnie to ją wyjątkowo dobijało. Starając się już na niego nie patrzeć, poprawiła otulony wokół ramion koc i krok po kroku ruszyła w stronę sypialni, na wszelki wypadek wodząc lewą dłonią po chłodnej ścianie, gdyby przypadkiem zachciało jej się ponownie zasłabnąć, niepokojąc tym samym jasnowłosego zwiadowcę. Dość dramatów jak na jeden dzień…
Nie była pewna, czy podjęła słuszną decyzję. Mogła darować sobie uczestniczenie w tym zbiegowisku… W końcu nie czuła się w odpowiednim nastroju do zabawy, zwłaszcza po dwudziestej drugiej, gdy właśnie zakończyła dziesięciogodzinny dyżur w ambulatorium. Była zwyczajnie zmęczona i jedyne, czego pragnęła to miska ciepłej zupy oraz święty spokój. Niestety, niemal na śmierć zapomniała o zorganizowanym naprędce ognisku, na którym natychmiast zjawiła się horda spragnionych rozrywki Obozowiczów. Pech chciał, że serwowaną w stołówce kolację postanowiono przenieść pod chmurkę, aby móc częstować wszystkich skwierczącymi, ociekającymi tłuszczem kiełbaskami… Jeśli więc nie chciała iść spać na głodniaka, musiała stawić się na zabawie… I uczyniła to, a jakże. Z miną prawdziwego męczennika. Nie znała większości tych ludzi. Niektórych widziała po raz pierwszy w życiu, innych ledwo kojarzyła, nie będąc sobie w stanie przypomnieć, czy spotkała ich podczas posiłku w stołówce, czy we własnym gabinecie zabiegowym. Zwykle nie miała problemów z pamiętaniem ludzkich twarzy, ale dzisiaj była już bardzo zmęczona i ledwo widziała na oczy. Prawie nie słuchała paplającej koleżanki z pracy, skupiona na nakładaniu sobie jednej z usmażonych w ogniu kiełbasek. Prócz zmęczenia czuła jeszcze głód, i wiedziała że musi go zaspokoić. Po to tu przyszła, prawda? Nie interesowała ją zabawa, tak samo jak rozmowy czy tańce. Chciała tylko coś zjeść i wrócić do siebie. Plan był prosty – zdobędzie pożywienie, skonsumuje je, przycupnięta w jakimś mało widocznym i najlepiej średnio dostępnym miejscu, i ucieknie, nim ludzie się upiją i staną się jeszcze bardziej nieznośni niż zwykle. Biada temu, kto postanowił przynieść na to ognisko alkohol. Katherine widziała jak najmłodsi Obozowicze starają się go podwędzić ze stołu. Na razie z miernym skutkiem, ale nie wątpiła, że gdy dorośli sami uraczą się odpowiednią dawką procentów, stracą czujność i młodzież na tym skorzysta. Panna Holmes nie zamierzała być tego świadkiem. Zdobyła aż dwie kiełbaski, co odrobinę poprawiło jej humor, a następnie zaczęła się rozglądać w poszukiwaniu czegoś, co nie byłoby zimnym pi…
OdpowiedzUsuń— Może zimne piwko…? — o mało nie dostała zawału, gdy nagle, tuż przed jej własnym nosem, wyrósł jakiś obcy facet, któremu chyba musiało się coś stać z szczęką, ponieważ bardzo dziwnie się krzywił. Dopiero po upływie paru sekund Katherine zrozumiała, iż nie był to grymas bólu, tylko szeroki uśmiech. Łypnęła na niego podejrzliwie, spoglądając na wyciągniętą w swoją stronę butelkę z piwem. Tego mężczyzny z pewnością nie znała… jednak nim zdążyła wyciągnąć z niego informację, kim jest i czego się tak szczerzy, usłyszała od niego, iż jest tu nowy i od jutra będzie się zajmował leczeniem zębów obozowiczów.
— Ale na pewno nie twoich! Ty masz bardzo ładne zęby — dodał, zaśmiewając się do rozpuku. Katherine długo na niego patrzyła, analizując to, co przed chwilą usłyszała, a gdy doszła do wniosku, iż był to tylko zwykły, ale mało szkodliwy wariat, wzięła od niego jedną z butelek piwa, wzruszając przy tym lekko ramionami.
— A co mi tam… — mruknęła sama do siebie, pociągając spory łyk alkoholu — Dzięki? — zwróciła się w stronę uśmiechniętego mężczyzny, postanawiając zinterpretować jego słowa, jako komplement, zamiast zacząć obawiać się, o własne zdrowie i życie. Właściwie z czego on się tak cieszył? To nie było normalne...
OdpowiedzUsuńNaprawdę zamierzała powiedzieć mu, że jest dziwny. Problem polegał na tym, iż ciągle gadał, i gadał, i gadał… jak nakręcony. A przez to ona sama nie mogła się wtrącić do rozmowy. Trochę nietypowe – mężczyzna jakby mówił do niej, ale nie dawał jej najmniejszej szansy, aby odwdzięczyła mu się tym samym. I może tak właśnie było lepiej…? Panna Holmes nie przywykła do tak nietypowych konwersacji, a już na pewno nie na terenie Obozu, z jednym z ocalałych. Zawsze starała się pilnować własnego nosa, i dlatego nie interesowała się problemami innych ludzi… dopóki ci nie zjawiali się w jej gabinecie, naturalnie. Teraz miała mały problem. Nie miała pojęcia, jak mu przerwać, nie uciekając się do oczywistej przemocy, która zapewne zostałaby bardzo źle odebrana. A jedyne, czego jeszcze potrzebowała to dodatkowych problemów z wściekłą Radą i równie niezadowolonymi obozowiczami. Stała więc spokojnie w miejscu, zajadając drugą już kiełbaskę, a rozgadany stomatolog raczył ją właśnie opowieścią o swoich zrujnowanych planach na przyszłość, które miały obejmować zakup domku wypoczynkowego na zachodnim wybrzeżu oraz kupno nowego samochodu sportowego. Gdy zaczął prawić o tym, jak dobrze się stało, iż jednak nie zdążył tego auta nabyć (ponieważ oznaczałoby to dla niego, iż cierpi na kryzys wieku średniego), Katherine dopijała właśnie resztkę piwa, spoglądając gdzieś hen daleko za plecy paplającego dentysty. Właściwie to nie wiedziała, na co patrzy. Miała trochę nieobecne spojrzenie, i gdyby gaduła odrobinę bardziej się nią zainteresował, spostrzegłby, iż jest przy nim wyłącznie ciałem, a jej duch lata gdzieś nad ich głowami… Do czasu, aż do ich dwójki dołączył ktoś, kogo Katherine mogłaby się już spodziewać, a mimo wszystko drgnęła, lekko zaskoczona, gdy usłyszała nad uchem pewien znajomy głos...
— Joshua Tyler, jak zwykle na posterunku… — odgryzła się w podobnym tonie, wywróciwszy nieco wymownie swoimi ciemnymi ślepiami. — Nie znudziło ci się jeszcze prześladowanie mnie…? — dodała już nieco głośniej, westchnąwszy przy tym teatralnie. Mój Boże, kogóż jeszcze wiatr przywieje…? Zamiast jednak skupić się na dalszym drażnieniu go, wskazała ręką na stojącego naprzeciwko doktorka, odchrząknąwszy znacząco. Przecież była wychowana. Należało przedstawić swojego nowego znajomego…
— Josh, to jest Stu…
— Hm, właściwie to Stan… — wtrącił się nieśmiało.
— Tak jak mówiła… — kontynuowała, bez jakiegokolwiek zająknięcia się, nawet nie spoglądając w kierunku szczerzącego się do nich mężczyzny — Jest tu nowy i będzie leczył ludziom zęby. Niesamowite, prawda…? — uniosła lekko jedną brew, starając się wydobyć z siebie choć odrobinę szalonego entuzjazmu.
— Już nie mogę się doczekać! — mężczyzna wyrwał się do odpowiedzi, kiwając ochoczo głową — Co prawda od miesięcy nie miałem już w dłoniach wiertła, ale tego się nie zapomina… To jak z jazdą na rowerze! Albo ze strzelaniem do umarlaków, nie…? — zaśmiał się gromko, i na dowód swojego jakże luzackiego stylu bycia (który, o zgrozo, chyba był jak najbardziej autentyczny), dał Joshowi kuksańca w ramię, niemal jak równy równemu, szczerząc się wesoło. Katherine skwitowała to jedynie lekkim, pobłażliwym uśmieszkiem, starając się powstrzymać od parsknięcia śmiechem na widok miny panicza Tylera. Uznała więc, iż najlepszym sposobem będzie dojedzenie ostatniej kiełbaski, i tak też właśnie zrobiła.
Była przekonana, że już gorzej być nie może. Stan nie tylko gadał, ale i zachowywał się nad wyraz dziwnie, a jego nadmierna wesołość wzbudzała w Katherine nie tyle, co strach, a zwykłe współczucie. Miała wrażenie, iż jego szeroki uśmiech skrywał coś, czego nie chciał pokazywać światu. I właściwie sama doskonale to rozumiała. Stosowała przecież podobną taktykę przetrwania, choć zamiast niepoprawnego optymizmu postawiła na realizm oraz niedostępność. Każdy musiał sobie jakoś radzić, prawda…? Musiała jednak przyznać, iż sposób bycia owego stomatologa był niebywale drażniący. Przynajmniej z początku, bo jeśli ktoś potrafił się wyłączyć i tylko udawać, że słucha, można to było jakoś przeżyć. Najwyraźniej jednak jasnowłosy zwiadowca nie zamierzał wziąć przykładu z panny Holmes. Katherine spostrzegła u niego nieznaczną zmianę – jego sylwetka wyprostowała się, a mięśnie napięły. Najwyraźniej wzmianka o strzelaniu do umarlaków nie spotkała się u niego z ciepłym przyjęciem. I właściwie, nie było w tym nic dziwnego. Miała tylko cichą nadzieję, iż panicz Tyler odpuści sobie wszelkie przejawy agresji. Ostatnie, czego pragnęła, to rozdzielanie dwójki szamoczących się mężczyzn oraz późniejsze opatrywania ich obitych twarzy. Skończyła pracę, prawda? I tak naprawdę to powinna się już zbierać. I tak zbyt długo się zasiedziała. Udało jej się zjeść całkiem smaczną kolację, tak więc tym bardziej mogła już wracać do siebie. Szkoda tylko, iż nie zdążyła się ulotnić, nim jasnowłosemu zwiadowcy kompletnie odbiło. Gdy usłyszała o obiecanym mu tańcu, o mały włos, a ostatni kęs kiełbaski stanąłby jej w gardle. Spojrzała na niego z niedowierzaniem (a jakże!), nie mając bladego pojęcia, o czym on mówi. Niczego mu nie obiecywała, to raz, a dwa, z pewnością nie będzie tańczyła! Nie miała najmniejszej ochoty robić za obozowe pośmiewisko.
OdpowiedzUsuń— Zgłupiałeś do reszty…?! — wysyczała w miarę cicho, starając się nie zachowywać jak osoba, która właśnie przymierzała się do popełnienia bardzo brutalnego morderstwa — Puść mnie, nim pożałujesz, że się urodziłeś…! — warknęła, wbijając mu w dłoń wszystkie paznokcie. Co nie wiele dało, ponieważ Katherine odniosła wrażenie, iż jeszcze bardziej wzmocnił swój uścisk. Miała przeogromną ochotę zdzielić go po głowie… ale nie chciała robić niepotrzebnego zamieszania. Zaraz staliby się sensacją wieczoru – i to w najgorszy z możliwych sposób – a tego wolałaby uniknąć. I wyłącznie dlatego udała się z nim w kierunku zbiegowiska tańczących obozowiczów, mieląc w ustach kolejne przekleństwa. Była na niego potwornie wściekła. Nie miała pojęcia, co on sobie wyobrażał, ale gdy tylko znajdą się już na osobności, gorzko tego pożałuje…
Wcale nie uważała, aby robił jej na złość – po prostu nie czuła się na siłach na żadne tańce, a nawet na przebywanie w tym jakże dziwacznym miejscu. Jedyne, czego pragnęła, to wrócić do swojego mieszkania i znaleźć się daleko od tych wszystkich, uśmiechniętych ludzi, których widok działał na nią gorzej, niż czerwona płachta na byka. Chyba nie potrafiła zrozumieć, z czego oni się tak cieszą. O czym miłym mogą ze sobą rozmawiać, jakie plany na przyszłość snuć… Przecież musieli sobie zdawać sprawę z tego, że jeszcze przez bardzo długi czas nie opuszczą murów tego Obozu… o ile w ogóle kiedykolwiek to zrobią. Katherine była realistką i nie wierzyła w to, aby nagle, w przeciągu paru tygodni, świat powrócił do swojego poprzedniego stanu. I nawet nie miała ochoty o tym myśleć – o wszystkim, co utraciła, gdy przez ziemię przetoczyła się ta cholerna zaraza. To ją tylko dobijało i jeszcze bardziej denerwowało. Dlatego zupełnie się wyłączyła, gdy Stan zaczął nawijać o swoim dawnym życiu. Słyszała tylko niektóre fragmenty, i była na tyle wyrozumiała, aby nie wylać na niego tego głupiego piwa i nie kazać mu spadać. Słyszała w jego wesołym tonie nutkę swoistej rozpaczy. Widziała w oczach smutek, a za uśmiechem kryjący się strach. Musiał wiele przejść ze swoją grupą, nim trafili do Obozu… Tylko to sprawiło, iż Katherine darowała sobie wyżywanie się na nim i postarała się nie zwracać na niego większej uwagi. O dziwo, miała serce i rozumiała, że nie wszyscy, tak jak ona chociażby, potrafili trzymać swoje nerwy oraz lęki na wodzy…
OdpowiedzUsuń— Przecież nie powiedział tego na poważnie… — nadal była na niego zła. Za to, że ją tu wyciągnął, nawet nie pytając o zgodę, gdy właściwie doskonale sobie radziła. Tak, i nadal miała ochotę go za to rąbnąć… jednak na moment odepchnęła na bok swoje zabójcze zapędy, wpatrując się z nietęgą miną w pochmurne oblicze jasnowłosego zwiadowcy. Miała rację sądząc, iż nieroztropna paplanina Stana wprawiła go w parszywy nastrój. I w sumie mu się nie dziwiła. Choć z drugiej strony, po kimś takim jak Josh, czyli osobie kompletnie różnej niż ona sama, spodziewała się nieco większego poczucia humoru i dystansu do bliźnich.
— Daj spokój, poniosło go… — westchnęła wreszcie, odwracając wzrok w kierunku jednej z pustych alejek, która niemal wołała ją, zachęcając do jak najszybszej ewakuacji z tego idiotycznego spędu. — Pomyślałby kto, że… — urwała jednak w połowie zdania, stwierdziwszy, że i tak nie było sensu się z nim spierać. Przecież nie przyszła się tu kłócić. Zamilkła więc, wpatrując się z uporem we wszystko dookoła, tylko nie na trzymającego ją w objęciach, jasnowłosego mężczyznę. Jeszcze dwie minuty piosenki, i koniec...
OdpowiedzUsuńWiedziała, że właśnie tak to się skończy… wstawieni mieszkańcy Obozu to najgorszy z możliwych horrorów. Choć wcale nie miała tak źle, jak jej biedne koleżanki, które po zabawie musiały się udać z powrotem do pracy. Ona już swój dyżur skończyła, i w sumie specjalnie ustawiła go sobie odrobinę dłuższym, na cały dzień, aby nikt nie kazał jej teraz siedzieć w ambulatorium, zajmując się uchachanymi imprezowiczami. Byłaby to istna mordęga. Zarówno dla niej samej, jak i dla jej niedoszłych pacjentów. Na szczęście nie musiała się tym przejmować. Na dzień dzisiejszy zakończyła swoją pracę, i nie zamierzała się tam pokazywać aż do jutrzejszego poranka. Właściwie, to planowała jak najszybciej się stąd wynieść, aby wrócić już do siebie i pójść spać, ale sytuacja trochę się pokomplikowała. A nawet bardzo, sądząc po tym, co właśnie się z nią działo. Zamiast uciekać, to tańczyła. I to w towarzystwie jasnowłosego zwiadowcy, którego bliskość zaczynała być dla niej bardziej niż krępująca. Zwłaszcza w chwili, gdy przyciągnął ją do siebie mocniej, przyjmując na swoje barki niedbałe uderzenia jednego z przepychających się mechaników. Wokół rozległy się oburzone pomrukiwania, aczkolwiek ona pozostała cicho. Przełknęła powoli ślinę, przenosząc swe ciemne ślepia na oblicze jasnowłosego partnera. A ponoć noc była chłodna… niestety, w chwili obecnej, prawie w ogóle tego nie czuła. Choć nadal była na niego zła, niech więc sobie nie myśli…
— Tak… i w sumie jestem już zmęczona, wobec tego, jeśli byłbyś łaskaw… — zawiesiła znacząco głos, nawiązując do skończonej piosenki — … to mam zamiar wrócić do siebie — dokończyła, siląc się na obojętny ton. Jak na swoje własne możliwości, była bardzo kulturalna. Nie warczała, nie szczypała i nie szarpała się… A przecież ciągle się na niego gniewała! Powinien być jej wdzięczny, że jeszcze nie wydrapała mu tych psich oczu, zostawiając rannego na środku parkietu. Oczywiście, jak już wspomniała, nie miała zbyt wiele siły na takie zagrywki. I zapewne stąd jej dziwna uległość… innego powodu nawet nie zamierzała szukać, wbijając wzrok w jego klatkę piersiową, którą miała teraz tuż przed własnym nosem… Miała ochotę uciec, najlepiej na drugi koniec wyspy. Nie podobało jej się to, co czuła, gdy trzymał ją ramionach, ani sposób, w jaki jej skóra reagowała w kontakcie z jego ciałem. Najchętniej o wszystkim by zapomniała, wbijając sobie do głowy, że ten wieczór należał do jednych z najgorszych w jej obozowym życiu. Szkoda tylko, iż łatwiej było to powiedzieć, niż zrobić, a ona z każdą kolejną sekundą czuła, jak robi jej się cieplej, i cieplej… Wreszcie nie wytrzymała, unosząc na niego wzrok. I to był błąd. Bardzo poważny.
— Yhm… dzięki za strojenie z siebie rycerza na białym rumaku, Tyler. Znów… — burknęła z trudem, starając się wyplątać z jego objęć. Gdy jej się to w końcu udało, wsadziła głęboko dłonie do kieszeni swetra, nawet nie patrząc w jego stronę. — Możesz teraz iść i ratować inne damy z opresji… — dodała, a następnie ruszyła w kierunku jednej z pustych i ciemnych alejek, czując, że jeszcze trochę, a wybuchnie.
Właściwie to mogła się tego spodziewać. Kto, jak kto, ale jasnowłosy zwiadowca nie był typem mężczyzny, który dałby się łatwo spławić – co dość często doprowadzało pannę Holmes na skraj wytrzymałości, a przecież nie grzeszyła nie wiadomo jak ogromnymi pokładami cierpliwości. Powinna jak najmniej się denerwować… niestety przy nim, jakoś jej to nie wychodziło. Dlatego też chciała jak najszybciej stąd uciec, odpuszczając sobie resztę tej durnej imprezy, której sensu niemal w ogóle nie rozumiała. Uciec i natychmiast zapomnieć, zakopując się pod stertą kocy, a później zasypiając nad kolejną, pasjonującą książką… To była najlepsza strategia. Wydawała się prosta i niemal bezproblemowa. No, prawie. Jak widać panicz Tyler nie zamierzał sprawić jej miłej niespodzianki, i zostać na ognisku. Zamiast tego ruszył z nią, wygadując coś o dalszym ratowaniu i ochronie przed pijanymi mechanikami. Może, gdyby Katherine nie była tak zmęczona (i przy okazji znacząco wytrącona z równowagi), uraczyłaby go nawet małym, pobłażliwym uśmiechem… niestety. Nadal czuła, jak delikatnie drżą jej dłonie, a w głowie ma istny mętlik. Powinna była kazać mu spadać. Tak, to było to...! Więc do ciężkiej cholery, dlaczego nadal milczała? Zagryzła mocno dolną wargę, powoli oddalając się od zbiegowiska na parkiecie. Z rękami w kieszeniach swetra i wzrokiem utkwionym w podłoże, kierowała się na upartego przed siebie. Na razie nie czuła się na siłach, aby spoglądać w jego kierunku. Była rozsądną kobietą. Nie popełni drugi raz tego samego błędu…
OdpowiedzUsuń— Poradziłabym sobie z jakimiś tam pijaczkami… — mruknęła tylko na odczepnego, choć bez wyraźnego przekonania. Nie żeby wątpiła we własne umiejętności – ponieważ doskonale wiedziała, jak uporać się z paroma nachalnymi typkami – a jedynie jakoś nie za bardzo miała ochotę się wykłócać. Kopnęła leżący jej na drodze kamyczek, który poturlał się w pobliskie krzaki. Nim wyjdą na nabrzeże, będą musieli przejść kawałek jedną z niezamieszkałych, opustoszałych ulic, która ponoć nie cieszyła się zbyt dużym uznaniem. Katherine słyszała plotki, iż w niektórych tych budynkach zbierały się bardzo nieciekawe typki, którym w niesmak zarządzanie wyspą przez Radę, i knują po kątach, zastanawiając się nad skuteczną metodą ich usunięcia. Oczywiście były to jedynie niepotwierdzone pogłoski. Ale spoglądając w wybite, zionące pustką okna niektórych zabudowań, Katherine była skłonna zgodzić się z opinią, iż nie była to zbyt miła okolica…
— Mogłeś zostać i najeść się do woli… — zauważyła w końcu, wzdychając cicho — Ja nie poczęstuje cię spalonymi kiełbaskami i piwem — dodała już nieco pewniej, tak na wszelki wypadek, gdyby panicz Tyler ubzdurał sobie, iż Katherine zrekompensuje mu tutejszą kolację własną, skromną zawartością lodówki.
Katherine nie traciła czasu na plotkowanie. Nie obchodziło ją to, co wygadywali niezadowoleni ludzie, którzy co rusz mieli coś do zarzucenia innym mieszkańcom, jak i całej Radzie. Na miejscu głównodowodzących, od razu znalazłaby tym niedołęgom jakieś odpowiednie zajęcie, aby mieli mniej czasu na kłapanie dziobem, a więcej na ciężką pracę. Każdy musiał coś robić, inaczej wyspa nie funkcjonowałaby tak dobrze jak teraz. Panna Holmes zdawała sobie sprawę z tego, iż miała wiele szczęścia trafiając do tego miejsca. Gdyby została w pogrążonym w chaosie San Francisco, mogłaby tego nie przeżyć. Z trudem jednak porzuciła swoje dawne życie – zostawiła ukochane mieszkanie, a w nim cały swój dorobek; swoje najcenniejsze skarby i pamiątki. Bardzo często kusiło ją, aby któregoś dnia po prostu wyjść za mury i wrócić po swoje pozostawione w pośpiechu rzeczy. Nie miała przecież daleko, prawda? Niestety, wiedziała, że to niemożliwe. Nikt o zdrowych zmysłach nie wypuściłby ją z Obozu, a nawet jeśli jakimś cudem udałoby się jej stąd uciec, mało prawdopodobne, aby powróciła w jednym kawałku. Po mieście nadal krążyły hordy Szwędaczy, które tylko czekały na świeże pożywienie. I Katherine nie wiedziała, jak długo to jeszcze potrwa. Chciała, aby wszystko wróciło do normalności, jednak wiedziała, że tak się nie stanie. Nie po tym, co widziała, co przeszła, przeżyła na własnej skórze. Nic już nie będzie takie jak kiedyś.
OdpowiedzUsuń— Jesteś niereformowalny — westchnęła, obejmując się za ramiona. Poczuła delikatne dreszcze, gdy jasnowłosy zwiadowca pozwolił ją sobie trącić. Na szczęście, akurat w tej samej chwili zawiał odrobinę chłodniejszy wiatr, przez co reakcję swojego organizmu natychmiast zrzuciła na barki kiepskiej pogody. Odchrząknęła wymownie, wreszcie spoglądając na niego z ukosa. — A w dodatku masz problemy ze wzrokiem… — dodała, a w jej głosie ponownie pojawiła się tak doskonale znana mu nutka ironii — To miejsce w ogóle nie przypomina domu… — wymruczała, tym razem bardziej do siebie niż do swojego jasnowłosego prześladowcy. Wyspa należała do miasta, jednak Katherine nigdy nie uważała, aby była podobna do San Francisco. Nawet niektóre te uliczki, zamieszkałe i zadbane przez obozowiczów, nie przywodziły jej na myśl ulubionych zakątków metropolii, którymi zdarzało jej się spacerować w ciepłe, słoneczne popołudnia. Brakowało jej energii San Francisco – brakowało jej ukochanych kawiarni, zatłoczonych tramwajów a nawet korków na ulicach! Teraz oddałaby wszystko, aby postać sobie godzinę na jednym skrzyżowaniu, zajęta wyłącznie słuchaniem muzyki płynącej z radia oraz opalaniem się za kierownicą własnego pojazdu. Dlaczego wcześniej nie potrafiła tego docenić, i zamiast skupić się na miłej chwili wolnego w drodze do pracy, denerwowała się, wyklinając opieszałość pozostałych kierowców…?
Nie, normalnie nie wychodziła poza teren Obozu. W San Francisco była tylko raz, w dodatku z nim, gdy wyspę nawiedziła potężna nawałnica i zaistniała pilna potrzeba uzupełnienia straconych zapasów medycznych. Wtedy musiała udać się do apteki i przywieźć trochę potrzebnych lekarstw oraz opatrunków. Nie wspominała tej wycieczki, jako coś miłego. O mały włos, a skończyliby, jako pokarm dla Szwędaczy, czego panna Holmes wolałaby szczerze uniknąć. Nie zamierzała dać się zjeść. O dziwo, miała jeszcze parę rzeczy do zrobienia, nim wreszcie wyzionie ducha, i nim uda jej się dopiąć swego, nigdzie się nie wybierała. A już na pewno nie, jako pokarm dla krwiożerczych i paskudnych trupów. Prędzej sama palnęłaby sobie w łeb, niż dała pożreć żywcem. To byłaby okrutna i wyjątkowo bolesna śmierć, o której samo myślenie przyprawiało ją o ciarki. Szybko pozbyła się z głowy szkaradnych obrazów żywych zombie, skupiając się na tym, co było tu i teraz. A było… dziwnie. Nadal. Nie potrafiła rozgryźć, co się z nią działo, a przecież działo się całkiem sporo – chyba musiała być bardziej zmęczona, niż myślała, ponieważ normalnie nie pozwoliłaby sobie na kolejną już chwilę słabości, okupioną własną prywatnością. Zwykle nie mówiła o sobie nic ponadto, co było potrzebne. Po prostu nie lubiła się zwierzać, mając wrażenie, iż niepotrzebnie się rozdrabniała i rozpraszała tym, co nieistotne. A w dodatku nie była zbyt ufną osobą, więc opowiadanie o sobie nie leżało w jej naturze. Do tej pory bardzo mocno trzymała się tego postanowienia. No właśnie, do tej pory… Chyba to jedno piwno musiało jej bardzo poważnie zaszkodzić…
OdpowiedzUsuń— Nie mówiłam — bo i po co? Czy to miało jakiekolwiek znaczenie? Nadal uważała, że za parę miesięcy zarówno jego jak i jej może tu już nie być. Niby miała swoje plany i z pewnością nie dałaby się tak łatwo ukatrupić, jednak doskonale wiedziała, iż los bywał kapryśny. Westchnęła jednak cicho, mrużąc lekko ciemne, brązowe ślepia. Myślenie o domu bolało, ale z drugiej strony dawało sporo nadziei na lepsze.
— Myślałam, że bardzo łatwo zgadnąć, skąd pochodzę. Ale najwyraźniej masz też problemy ze słuchem… — mruknęła wreszcie, po dłużej chwili milczenia. Musiała zebrać myśli, i zastanowić się, czy przypadkiem nie powinna ugryźć się w język. Uznała jednak, że chyba dłużej nie było już sensu bawić się w te kalambury. Wzruszyła, więc lekko ramionami, wpatrując w ciemną ścieżkę przed sobą — Przyjechałam tu z Teksasu. Na studia. — przyznała wreszcie, a na samo wspomnienie domu, zrobiło jej się cieplej na sercu.
Oczywiście – akcent się zacierał, choć dla niej nadal był on słyszalny. Nigdy nie pozbyła się wrażenia, iż mówi z naleciałościami z południa, tak jak każda tamtejsza, swojska dziewczyna. Najprawdopodobniej trochę przesadzała, jednak niekiedy miała rację. Zwłaszcza, gdy kłóciła się z kimś, wymawiała inaczej poszczególne słowa. Chociażby przekleństwa lub niewybredne epitety. Teoretycznie nie było się czym chwalić, jednak samej pannie Holmes wcale nie przeszkadzało to, iż wyrażała się dosadnie w sposób, jaki nauczyła się to robić w swych rodzinnych stronach. W ten sposób zawsze miała cząstkę swojego domu przy sobie, nawet w dalekim San Francisco. Zawsze mogła wyzbyć się akcentu, ale nigdy nie zmieniłaby swojego charakteru, tak oczywistego dla każdej kobiety, której przyszło się urodzić oraz wychować w Teksasie. Pewną zaciętość, wyjątkową upartość oraz wrodzoną potrzebę rządzenia miała już we krwi…
OdpowiedzUsuń— Uważaj, bo zaraz sobie przypomnę gdzie znajduje się magazyn ze strzelbami… — odparła stanowczo, nawiązując do jego słów o umiejętności korzystania z broni. Nie dość, że zwracał się do niej przydomkiem, którego szczerze nie cierpiała, to jeszcze wymyślił sobie nowe, równie denerwujące przezwisko. Szkoda, że akurat nie miała przy sobie żadnej spluwy. Czasami tęskniła za swoim ukochanym Teksasem, w którym niemal każdy mieszkaniec chodził uzbrojony, nawet podczas świątecznych zakupów w supermarkecie. Tak, Katherine była zdecydowaną zwolenniczką drugiej poprawki, i niekiedy żałowała, iż nie była ona popularna w San Francisco. Wyniosła z domu pewne twarde reguły, i jeśli ktoś myślał, że nie byłaby w stanie zastrzelić złodzieja, który wtargnął do jej domu, to z przyjemnością wyprowadziłaby go z tego błędu.
— I to, i to — ponownie wzruszyła ramionami, spoglądając w stronę wody. Wyszli już z ciemnej, opuszczonej alejki, stawiając swe pierwsze kroki na nabrzeżu. O dziwo, nie było tak chłodno, jak się tego spodziewała. Wiatr na chwilę ustał, a noc zrobiła się odrobinę przyjemniejsza. No, a przynajmniej do czasu, aż nie spojrzało się w stronę pogrążonego w ciemnościach San Francisco. Ten ponury widok potrafił człowieka przyprawić o ciarki. — Miałam tu pracę i przyjaciół, nie mogłam narzekać — powiedziała wreszcie, powracając ponowie do pytania jasnowłosego zwiadowcy — I naprawdę nie sądzę, abyśmy chodzili do tych samych miejsc… — dodała z cichym westchnieniem, spoglądając na niego z ukosa — Chyba, że spędzałeś każdy wolny weekend w bibliotece, pochłonięty pisaniem pracy doktorskiej…
Nie miała czasu na miłostki – nawet przed zarazą. Pochłaniała ją praca w klinice, a wieczorami często siedziała do późna, chcąc w przyszłości otrzymać kolejny dyplom. Dlatego często nie starczało jej wolnego czasu na własne przyjemności. Ale i tak nie narzekała. Zależało jej na tym tytule, głównie dla siebie samej. Może nigdy nie była typem pilnej kujonki, jednak zwykła przykładać się do tego, co robiła i kochała. A swój zawód uwielbiała ponad wszystko. I dlatego chciała wiedzieć o nim jak najwięcej, być przygotowaną na wszystkie przeciwności losu, zasłużyć sobie na dobrą i godną płacę. Nauka na kierunku weterynarii zawsze była dla niej czymś oczywistym i raczej nigdy się od niej nie migała. To dlatego wolała poświęcić sobotnie wyjście do kina, skupiając się na czytaniu magazynów o najnowszych osiągnięciach współczesnej medycyny. Kiedy miałaby znaleźć czas dla jakiegoś faceta? Miała paru partnerów, jednak nigdy nie uważała tych związków za zbyt poważne. Przynajmniej nie wtedy, bo postawiła sobie inne priorytety niż małżeństwo oraz zakładanie rodziny. A teraz… teraz też nie zależało jej na związku. Mało napatrzyła się na ludzką krzywdę i rozpacz, gdy ginął ktoś bliski? Miałaby się narazić na podobne cierpienie? I to z własnej woli…? Nie, absolutnie. To dlatego starała się trzymać innych ludzi na dystans. Wystarczy, iż wszyscy jej przyjaciele najprawdopodobniej zginęli, a ona nie miała żadnych wieści o swojej rodzinie. Była silna, jednak bała się, iż utrata kogoś, komu powierzyłaby własne serce, doszczętnie by ją zrujnowała.
OdpowiedzUsuń— Och tak, biedna ja… — sarknęła cicho, odnosząc się do uwagi jasnowłosego zwiadowcy, na temat ich ewentualnego minięcia się. I właśnie miała powiedzieć coś więcej, zahaczając o swe niesamowite szczęście, iż oto Bóg zesłał koniec świata, aby mogli się spotkać, jednak zrezygnowała, uznając, iż lepiej go nie podpuszczać. Zdawał się reagować w zupełnie inny sposób, niż ona na to liczyła, przez co miała z nim tak wielkie utrapienie… Tak czy inaczej, szybko porzuciła ten temat, skupiając się na czymś innym…
— Studiowałeś…? — starała się, aby w jej głosie nie zabrzmiało więcej szczerego zdumienia, niż taktownego zainteresowania, jednak nie była pewna, czy jej się to udało. Posłał mu jednak nieco dłuższe spojrzenie, na moment wyzbywając się lekkiego grymasu z twarzy. — Nie wiedziałam. Co studiowałeś…? — zapytała. Z góry założyła, że od dawien dawna był strażakiem, i nie interesował go żaden inny zawód. Najwyraźniej trochę się pomyliła. Przez chwilę zdawała się wyglądać na lekko zaintrygowaną, jednak sama wzmianka o ciepłej wodzie wywołała u niej kolejną falę dreszczy. Skrzywiła się nieco, od razu pochmurniejąc. — Chciałeś powiedzieć, ciekawe, jak zimna jest woda… — mruknęła niechętnie.
Katherine (o dziwo) nie miała zamiaru go obrażać – starała się nie oceniać ludzi, a już na pewno nie ze względu na ich status bądź wykształcenie. Sama nie wyobrażałaby sobie swojego życia bez ukończenia odpowiednich studiów, jedna tyczyło się to głównie charakteru jej wymarzonej pracy. Bez odpowiedniego świstka z uczelni nigdy nie mogłaby wiązać swej przyszłości z karierą w klinice dla zwierząt. Dlatego tak mocno przykładała się do nauki, chcąc zwyczajnie dopiąć swego celu. W przypadku jasnowłosego zwiadowcy, z góry założyła, iż od lat był związany z pracą w straży pożarnej. I właściwie nie wiedziała, czemu tak pomyślała. To chyba musiało być jej pierwsze skojarzenie, po prostu. W dodatku wyrobiła je sobie niemal rok temu, gdy poznali się w ambulatorium. Zdążyła przyzwyczaić się do tej myśli i tak już zostało. Dlatego zareagowała zaskoczeniem. Panicz Tyler mógł ją denerwować i niemiłosiernie wkurzać, jednak nigdy nie pomyślała sobie, że jest głupi. A przynajmniej nie pod kątem nauki bądź budowania sobie własnej przyszłości, bo to, że sam z siebie narażał się na spotkania trzeciego stopnia z umarlakami, to zupełnie inna para kaloszy… Tak czy inaczej, postarała się przybrać nieco mniej skwaszony wyraz twarzy (czemu uwaga Josha o sprawdzaniu temperatury wody ani trochę nie pomogła), a następnie posłała mu odrobinę dłuższe spojrzenie, wzdychając cicho w myślach. Trochę głupio wyszło, ale była zmęczona, nie…? A to oznaczało, iż nieco wolniej kojarzyła pewne fakty, a niektóre jej reakcje były inne, niż zwykle.
OdpowiedzUsuń— Nie, po prostu założyłam z góry, że wstąpiłeś do straży zaraz po ukończeniu szkoły średniej... Mój błąd. — oznajmiła spokojnie, spoglądając na spokojną taflę wody. Po chwili jednak ponownie skupiła ciemne ślepia na pogodnym obliczu mężczyzny, marszcząc lekko brwi. — Trzeba mi było od razu powiedzieć, że znasz się na budownictwie… od miesięcy mam problemy z przeciekającym dachem. Znalazłabym ci wreszcie jakieś pożyteczne zajęcie… — mruknęła, lecz tym razem mimowolnie uniosła lekko kąciki warg, formując na ustach subtelny uśmiech, a także posyłając mu bardzo wymowne, nieco krnąbrne spojrzenie. Właśnie mijali drewniane molo, na którym za dnia siedzieli starsi obozowicze z wędkami, starając się złapać jakąś rybę na obiad. Teraz jednak był on pusty oraz skryty w otulającej wyspę ciemności. Wokół panowała wyjątkowo niespotykana cisza. Nawet jak na mniej zaludnioną okolicę, było to dość dziwne…
A na co miała się skarżyć? Przecież nic strasznego się nie działo – to tylko nieszczelny dach. I to nie jakoś bardzo, a jedynie odrobinę dziurawy, przepuszczał więcej wilgoci niż faktycznej wody. Katherine nie za bardzo to przeszkadzało. Właściwie, to przyzwyczaiła się już do pozostawiania miski na środku jednego z pustych pokoi na piętrze, gdy nad wyspę nadciągał burzowy front atmosferyczny. Na szczęście nie korzystała z tego pomieszczenia, i pewnie dlatego trochę bagatelizowała cały ten problem. Jej sypialnia znajdowała się w zupełnie innej części budynku, a tam nie kapała woda. Gdy jeszcze mieszkała w jednym ze starych bloków, narzekała na nieszczelne okna – po przymusowej przeprowadzce do domków na popularnym osiedlu, musiała znaleźć sobie nowy powód do psioczenia. I znalazła – upierdliwy dach. Trochę tęskniła za swoim starym mieszkaniem, które zajmowała w pierwszych miesiącach po przybyciu do Obozu. Niestety, blok okazał się być trefny i niezdatny do dłuższego zamieszkania, tak więc przydzielono jej inne lokum. Ku jej zdumieniu, o wiele większe niż dwupokojowe mieszkanko w starym blokowisku. Teraz miała o wiele więcej przestrzeni, zajmowała bowiem jedną część bliźniaczego domu. Wcześniej starała się tłumaczyć Radnym, że nie potrzebuje tak wiele miejsca, w końcu była sama… jednak uznali, że ten dom zwyczajnie jej się należał, a poza tym, na wyspie nadal było o połowę więcej pustostanów niż mieszkańców, więc to, że zamieszkała w zbyt dużym budynku wcale nie oznaczało, iż ktoś inny, bardziej potrzebujący (chociażby rodzina z trójką dzieci) nie miał się gdzie podziać. No i musiała się wprowadzić…
OdpowiedzUsuń— To moja praca, nie oczekuję niczego w zamian — wzruszyła lekko ramionami, wzdychając cicho — Powinnam się cieszyć, że w ogóle pozwolono mi pomagać w ambulatorium… — dodała ciszej, wracając myślami do dnia, w którym po raz pierwszy stanęła przed Radą, prosząc ich o możliwość uczestniczenia w życiu poradni. Początkowo zależało jej głównie na jakimkolwiek zajęciu związanym z medycyną. Na wyspie nie było miejsca dla weterynarza, ale przecież po tylu latach nauki miała wystarczającą (jak na warunki) wiedzę, aby zajmować się najlżejszymi zranieniami. Nie spodziewała się, że w przeciągu paru miesięcy awansuje ze stopnia pielęgniarki na pomoc lekarza… nadal nie wszyscy jej ufali, jednak jej przełożony nigdy na nią nie narzekał i coraz częściej zostawiał całą klinikę pod jej nadzorem. To było wyjątkowo budujące poczucie, nawet z perspektywą końca świata w tle. Katherine czuła się tu potrzebna.
— To… dlaczego nie skończyłeś studiów…? — zapytała wreszcie, po dłużej chwili milczenia oraz bicia się z własnymi myślami. Właściwie to, po co się interesowała? Nie powinna była. Przecież nie tak wyglądało trzymanie ludzi na dystans. Im dłużej się nad tym zastanawiała, tym bardziej była zdania, że w tym jednym piwie, które wypiła, na pewno było coś, co jej zaszkodziło i kierowało nią w bardzo zły sposób.
Wcale nie była pewna, czy przyjmą ją do pracy w ambulatorium – na początku bywało z tym różnie, ponieważ nie wzywano jej do pomocy. Nie miała zbyt wielu okazji, aby się wykazać. Choć do Obozu przybywało sporo rannych, jeden z lekarzy nieustannie odsyłał ją do mniej istotnych zadań, takich jak dokumentacja pacjentów, klasyfikacja ich stanu zdrowia oraz zdobywanie i dbanie o zaplecze medyczne... Dopiero z czasem powierzono jej nocne dyżury, i tam, przez nikogo niepilnowana, zajmowała się swoimi pierwszymi pacjentami. Ludzie, którym pomagała, nie mieli do niej zbyt dużego zaufania. I w wcale im się nie dziwiła – sama przed sobą musiała przyznać, iż było to coś zupełnie innego, różniącego się od jej dotychczasowej pracy. Na szczęście była pojętną uczennicą, i szybko nauczyła się sobie radzić. Choć nie zawsze było łatwo i przyjemnie. Niektórzy mieszkańcy obozu woleli poczekać na pomoc prawdziwej pielęgniarki, niż narażać się na spotkanie trzeciego stopnia z weterynarzem. Była wtedy niemiłosiernie zła, ale co mogła na to poradzić? Skoro chcieli się wstrzymać, ryzykując ewentualnym zakażeniem, Katherine nic do tego. Ich zdrowie, ich sprawa. Nic na siłę. Na szczęście, po paru miesiącach, sytuacja się unormowała, a panna Holmes coraz chętniej spędzała w pracy długie godziny. Wiedziała, że się przydaje…
OdpowiedzUsuń— Przykro mi — nie potrafiła powstrzymać się od wypowiedzenia tych słów na głos. Wiedziała, iż częściej potrafiły one zdenerwować, niż okazać się faktycznym wsparciem, jednak musiała jakoś zareagować… Historia jasnowłosego zwiadowcy chyba trochę ją zaskoczyła. Już i tak była zdania, że ktoś taki jak Josh – nieustannie uśmiechający się oraz mający podejrzanie zbyt duże zasoby optymizmu – jest czymś na miarę jednorożca. A zwłaszcza w tych czasach. Usłyszawszy to, co przed chwilą usłyszała, poczuła się jeszcze bardziej zdumiona. I trochę przygnębiona. Mimowolnie pomyślała o swoim własnym ojcu. Człowieku silnym i zaradnym, od którego nauczyła się tak wielu potrzebnych rzeczy… teraz jednak nie miała żadnej pewności, czy nadal żył. Brak wieści o bliskich był gorszy niż jakakolwiek wiedza…
— Wychowywałam się na ranchu — odparła w końcu, gdy już otrząsnęła się z ponurych myśli. A przynajmniej na tyle, aby móc skupić się na rozmowie. — To w dużej mierze zdefiniowało mój wymarzony zawód… — dodała, i znów uśmiechnęła się lekko, tym razem na wspomnienie chwil, gdy mieszkała w Teksasie, pomagając rodzicom w prowadzeniu gospodarstwa. Dla niektórych mogło się to wydawać nudne, jednak dla niej samej było to najwspanialsze zajęcie pod słońcem. Spędzała całe dnie wśród zwierząt, kochała to. Nic dziwnego, iż w końcu wybrała weterynarię. Nigdy nie miała zbyt dobrego podejścia do ludzi.
Dlaczego wybrała akurat San Francisco…? Dobre pytanie. Mieszkała tu od tylu lat, że już zapomniała, co nią niegdyś kierowało, gdy wybierała sobie studia. Chyba chciała poznać trochę inny świat, niż ten, w którym dorastała. Kochała Teksas, i absolutnie nigdy nie zapomniałaby tego, skąd pochodziła, jednak chciała wyruszyć poza granice stanu i zobaczyć to, czego jeszcze nie widziała. Była ciekawa innych miast, ciągnęło ją do nieznanego. I dlatego padło na Kalifornię. Josh miał rację – tu zawsze było ciepło. Dlatego od razu polubiła to miejsce. Nie wytrzymałaby gdzieś, gdzie temperatury wahałaby się między dziesięcioma a zerem stopni. Trudno powiedzieć, dlaczego tak bardzo nie znosiła zimna. Chyba już taka się urodziła, i nie było na to żadnej rady. Na szczęście, pomimo problemów ze Szwędaczami, nie musiała przejmować się tutejszą temperaturą. To zawsze jakiś plus, prawda? Choć teraz, gdy zbliżały się chłodniejsze miesiące, pewnie będzie jej trochę trudniej. Dzisiejsza noc była tego najlepszym przykładem...
OdpowiedzUsuń— I wysokie stypendium… — mruknęła. Nawet nie zamierzała oponować. To, że w San Francisco było ciepło, również zadecydowało o tym, iż postanowiła się tu sprowadzić. Jednak jeszcze parę lat temu nie wiedziała, że zostanie na tak długo. Tak czy inaczej, polubiła to miasto, i osiadła w nim na dobre. Miała swoją ukochaną pracę i swoje piękne mieszkanie, za którym bardzo tęskniła. Oddałaby wszystko, aby ponownie móc w nim zamieszkać. Niestety, miała teraz zupełnie inną kwaterę. I też właśnie ją dostrzegła, gdy zeszli w końcu z nabrzeża, wchodząc na pogrążone w ciszy osiedle. Najwyraźniej wszyscy już spali… albo nadal bawili się na ognisku, i jeszcze szybko nie wrócą. Tak czy inaczej, w żadnym oknie nie paliło się ani jedno światło, a jedynym źródłem oświetlenia były jarzące się na ulicach lampy. Dom Katherine stał na zakręcie, blisko linii brzegu. I to była jego największa zaleta – niepowtarzalny widok z okien sypialni…
— To tu… — wreszcie zatrzymała się w miejscu, wskazując na oddalony o zaledwie parę metrów dalej bliźniak, od którego dzieliło ich kawałek chodnika oraz krzywo skoszony trawnik. Akurat w tej samej chwili zawiał silniejszy wiatr, a Katherine podziękowała w duchu, iż za moment schowa się pod ciepłą kołderką, racząc się gorącą herbatą na dobranoc. Była już naprawdę zmęczona, i jedyne, o czym marzyła, to słodki sen. W dodatku, miała wrażenie, że dzisiejszy wieczór powinien był się skończyć już godzinę temu, gdy została zmuszona do przyjścia na ognisko, a następnie… No właśnie. A następnie pojawił się on.
— No, to dzięki. Zapewne nie trafiłabym do siebie bez twojej pomocy… — oznajmiła nieco kąśliwe, ledwo zaszczyciwszy go przelotnym spojrzeniem. Odwróciła głowę odrobinę w bok, wpatrując się w ich podłużne cienie, malujące się na chodniku. Miała nieprzyjemne wrażenie, że coś się za chwilę stanie. I nawet bała się sobie pomyśleć, co takiego, dlatego w końcu posłała mu odrobinę dłuższe spojrzenie i niedbale machnęła ręką, w geście pożegnania. — Na razie… — mruknęła pośpiesznie, i już odwracała się na pięcie...
Nie spodziewała się tego… no, a przynajmniej nie AŻ tak. Podświadomie wyczuwała, że coś jest na rzeczy; że coś może się wydarzyć. Zwłaszcza po tym, co czuła, gdy znaleźli się na parkiecie, a ona zamiast zacząć go okładać pięściami, zwyczajnie się poddała. Naturalnie, mogła zrzucić winę za swoje dziwaczne zachowanie na zmęczenie, ponieważ już od paru ładnych godzin była na nogach, i miała pełne prawo reagować wolniej i inaczej niż zwykle… Tylko dlaczego miała wrażenie, że to i tak nic by nie dało? Gdy poczuła jego rękę na swojej dłoni, zdążyła pomyśleć, że to na pewno nie dzieje się naprawdę. Może miała zwidy? Albo po prostu jej się to przyśniło…? Niestety, jak się okazało umysł wcale nie płatał jej figli. Katherine poczuła delikatne szarpnięcie i nagle, jakimś cudem, znów znalazła się z nim twarzą w twarz, spoglądając na niego z nie małym (a ogromnym) zaskoczeniem, wymalowanym w swych ciemnych ślepiach. Niespodziewanie zaczęła mieć problemy z normalnym oddychaniem, a na plecach znów poczuła ciarki. Tym razem jednak wcale nie wywołały je chłodne podmuchy wiatru. Wręcz przeciwnie – zrobiło jej się gorąco, a wiejący z nabrzeża wiatr nagle przestał się dla niej liczyć. Kompletnie zamarłą, wyczekując tego, co miało się za chwilę wydarzyć. W głowie miała tysiące myśli, a większość z nich nakazywała jej ruszenie tyłka i wyrwanie mu się, nim stanie się coś, czego obydwoje mocno pożałują… I choć wiedziała, że jej umysł podpowiadał jej jedyną, słuszną decyzję, to jednak nie potrafiła nic zrobić. Stała i czekała…
OdpowiedzUsuń— Josh… — zdążyła jeszcze wykrztusić, chwytając się ostatniej deski ratunku, jaką była możliwość ochrzanienia go. Coś jednak poszło nie tak, ponieważ zaledwie sekundę później poczuła na swym obliczu jego ciepły oddech, a następnie, nim się zorientowała, pocałował ją w policzek. Niby nic wielkiego, a jednak sprawiło to, iż cała zdrętwiała. Nie rozumiała, dlaczego. Przecież kiedyś witała się w ten sposób z własnymi przyjaciółmi, a teraz miała wrażenie, jakby serce podeszło jej do gardła, gotowe w każdej chwili wyskoczyć na chodnik. Nie miała pojęcia, jak długo zajęło jej zebranie się do kupy i otrząśnięcie z tego dziwnego letargu. Z pewnością zbyt długo, aczkolwiek, gdy wreszcie jej się to udało, odsunęła się pośpiesznie, wyplątując swoją dłoń z jego ciepłego uścisku. Wezbrała w niej ogromna fala uczuć, jednak tylko połowa z nich była pochodną gniewu. Druga była tak chaotyczna oraz niepoukładana, iż nawet, gdy rozchyliła usta, zamierzając zwyzywać go od najgorszych, nie udało jej się wydobyć ani jednego słowa. W końcu uznała, że musi coś zrobić. I zrobiła – posłała mu ostatnie, wyraźnie zaskoczone i chyba trochę zagubione spojrzenie, a następnie ponownie odwróciła się do niego plecami i ruszyła szybkim krokiem ku swojemu domu. Drżącymi dłońmi odnalazła klucze i otworzyła drzwi. Jak na złość chwilę mocowała się z zamkiem, jednak gdy ten w końcu puścił, pośpiesznie wpadła do środka, zatrzaskując za sobą drzwi wejściowe. Natychmiast ogarnęła ją ciemność oraz cisza… z czego ta ostatnia zmieszała się z jej płytkim, urywanym oddechem oraz odgłosem szamoczącego się w piersi serca.
A to był taki piękny i spokojny dzień… Wstała o godzinie ósmej, szykując sobie na śniadanie pyszną jajecznicę, z jajek podarowanych przez jedną z jej sąsiadek. Okazało się, iż urocza, sześćdziesięcioletnia wdowa, która pomieszkiwała sobie zaledwie dom dalej od Katherine, prowadziła małą, kurzą fermę. Miała ponad dwadzieścia pierzastych podopiecznych i dość często dostarczała świeże jajka do stołówki. Tym razem podzieliła się paroma z nich ze swoją nową, ciemnowłosą sąsiadką, życząc jej miłego, udanego dnia. Już samo to wprawiło Kitty w dobry nastrój. Spałaszowała świeży chleb oraz smaczną jajecznicę ze szczypiorkiem, a następnie wzięła długą, gorącą kąpiel, korzystając z porannych zapasów ciepłej wody. Wieczorem, po pracy, mogło już nie być tak kolorowo, zwłaszcza iż jej nowi sąsiedzi nie zwykli oszczędzać bojlera. Po wysuszeniu się i ubraniu w spodnie oraz ciepły sweter, była gotowa iść do ambulatorium. Tego dnia miała jeden z najdłuższych dyżurów, ponieważ trwał on niemal do samego wieczora. Niemniej jednak, wyspana i najedzona, nie przejmowała się tym zbytnio, zwłaszcza, iż problem z natężonym ruchem wokół barykady na moście został już rozwiązany i nie miała tak wiele pracy, ile jeszcze parę dni temu. Czekała ją za to długa randka z zaległymi raportami… i niestety nie pomyliła się. Dziś nie zaszyła ani jednego, rozkrwawionego łokcia, ani nie opatrzyła żadnego, poważnego stłuczenia, przypominając o zachowaniu odpowiedniej ostrożności oraz stosowaniu się do zaleceń lekarza. Skupiona na wypełnianiu stosu papierków, zupełnie nie zauważyła jak ten dzień szybko zleciał. Godzinę przed końcem dyżuru pożegnała dwie swoje koleżanki, które wróciły wcześniej do domów, aby wysprzątać własne mieszkania. Głównego lekarza nie było od samego rana, ponieważ czuwał nad poprawnym przebiegiem narodzin dziecka, gdzieś na drugim końcu wyspy. Katherine więc została całkiem sama. I nie przeszkadzało jej to zbytnio. Zajęła się porządkowaniem zaplecza medycznego, ciesząc się ciszą i spokojem… Nie spodziewała się, aby ktoś jeszcze ją odwiedził. Pacjentów w ogóle nie było, tak więc miała czas uporządkować jeszcze stanowisko recepcji, nim zamknęłaby przychodnię i wróciła do domu. Taki właśnie miała plan: posprzątać biurko w holu, zamieść korytarz i wrócić do siebie… To, co wydarzyło się na niespełna kwadrans przed zamknięciem ambulatorium, na zawsze już zostanie w jej pamięci.
OdpowiedzUsuńNajpierw usłyszała ryk silnika. Później doszedł ją odgłos pisku opon, trzaskania drzwiczkami oraz przytłumionych krzyków. Już wtedy poczuła, że dzieje się coś niedobrego… gdy jednak ujrzała, kto wpadł do środka przychodni, umorusany krwią i w poszarpanych ubraniach, zastygła w miejscu, a plik dokumentów, jaki aktualnie trzymała w rękach, wyślizgnął jej się z dłoni, upadając na posadzkę z cichym plaskiem. Dwa płytkie oddechy – dokładnie tyle zajęło jej obejrzenie go od stóp po sam czubek jasnej, rozczochranej łepetyny, sprawdzając czy to jego własna krew i jak mocno mógł być ranny. Gdy po paru sekundach dotarło do niej, że to nie on potrzebował pomocy, uścisk w sercu, który pojawił się tam niewiadomo kiedy, jak i dlaczego, na moment zelżał. Niestety, tylko na moment… Słowa jasnowłosego mężczyzny szybko sprowadziły ją na ziemię, spychając na bok obrazy sprzed tygodnia, o których usilnie starała się zapomnieć, ilekroć tylko mijała stanowisko zwiadowców, mimowolnie wracając myślami do jednego z nich. Teraz jednak nie miało to najmniejszego znaczenia. Musiała skupić się na swojej pracy…
Usuń— Co się… — stało, dokładnie o to miała wpierw zapytać, jednak nie zdążyła tego zrobić. Zaraz za jasnowłosym zwiadowcą, do środka ambulatorium wpadli jego równie brudni i zdyszani koledzy. Nieśli oni na rękach mężczyznę, który krzyczał niemiłosiernie i starał się im wyrwać, zapewne nie mogąc wytrzymać z bólu. A Katherine wcale mu się nie dziwiła… gdy ujrzała, że brakuje mu nogi, niemal poczuła, jak robi jej się niedobrze. To była tylko jedna sekunda, jedno uderzenie serca… później wszystko wróciło do normy, a ona wybiegła zza lady, i ruszyła raźnym krokiem wzdłuż korytarza, oglądając się za siebie. — Zanieście go do gabinetu zabiegowego, natychmiast…! — krzyknęła na grupkę mężczyzn, samej wpadając do wyżej wymienionej sali, jako pierwsza. Czuła jak ściska ją w gardle… ale była tu tylko sama, na razie zdana jedynie na własne umiejętności, i nie mogła stracić głowy. Musiała coś zrobić, działać…
Nie miała pod ręką zbyt wielu narzędzi, a to niestety nie wróżyło dobrze. W ogóle, poczynając od zabiegówki, a kończąc na potrzebnym personelu, sytuacja nie prezentowała się zbyt kolorowo. Katherine była skłonna oddać własną nerkę, tylko po to, aby uzyskać w zamian starannie przygotowaną oraz wyposażoną salę operacyjną, w której to należało przeprowadzać tego typu zabiegi. Niestety, musiała sobie radzić z tym, co miała pod ręką, starając się jakoś opanować całą tą sytuację. Co już na starcie wydawało się przegraną sprawą. Choć poszkodowany zwiadowca przestał wyć, i najwyraźniej przywarł do kozetki mocniej niż mogliby się tego spodziewać, to nadal obficie krwawił… a to nie było jej jedyne zmartwienie. Któryś z jego przyjaciół powiedział, że ucięli mu nogę, bo musieli go ratować; bo został ugryziony. Panna Holmes nawet nie zauważyła, który to był, zupełnie zapominając o obecności pewnego jasnowłosego mężczyzny, którego wszakże jeszcze parę minut temu byłaby gotowa udusić gołymi rękami. Teraz musiała zapomnieć o zemście i skupić się na pracy… Sytuacja była kiepska, a gdy Katherine uzmysłowiła sobie parę rzeczy, poczuła jak grunt powoli osuwa jej się spod stóp. Nim doskoczyła do jęczącego mężczyzny, chwilę stała z boku i spoglądała na jego ranę, następnie przenosząc harde spojrzenie na zgromadzonych przy nim kolegów. Oby się myliła, i wszyscy mieli więcej szczęścia, niż ten cierpiący katusze biedak…
OdpowiedzUsuń— Któryś z was ucierpiał…? — wiedziała, że to pytanie może wydać im się dziwne, przynajmniej w pierwszej sekundzie, biorąc pod uwagę fakt, iż tuż pod ich własnymi nosami stękał człowiek z odciętą kończyną, jednak Katherine ustaliła sobie szybko pewne priorytety, o które należało natychmiast zadbać — No już! Czy któryś z was ma jakieś zadrapania lub świeże rany, które miały styczność z jego krwią…? Nie? Żadnemu z was nie dostała się ona ani do ust ani do oczu…? — musiała się upewnić. Wpatrywała się w nich z napięciem i powagą równocześnie, spoglądając po kolei na każdego z nich. Ostatni był Josh. Zmarszczyła lekko ciemne brwi, zaciskając mocniej dłonie w pięści. Nic, cisza. Powinna odetchnąć z ulgą…? Chyba tak, ale to jeszcze nie teraz. — Dobra, będziecie mi potrzebni — przystąpiła do działania. Nałożyła na dłonie sterylne rękawiczki… i kolejne. Nie będzie ryzykowała, nawet, jeśli jego koledzy zadziałali w miarę szybko i sprawnie. — Ty, masz kluczyki do samochodu, prawda? Jedź na północną stronę wyspy i sprowadź tu Bishopa. Szukaj go na osiedlu, jest w jednym z domów… — niestety, nie mogła podać mu dokładniejszych informacji, ponieważ zwyczajnie ich nie znała. W międzyczasie podeszła do poszkodowanego i bez ostrzeżenia złapała za pasek uciskający jego tętnice i jednym sprawnym ruchem ścisnęła go mocniej. Wywołało to ryk bólu, jednak Katherine pozostała niewzruszona. Zwiadowcy, co prawda zacisnęli mu ranę, jednak niewystarczająco mocno, aby krew przestała krążyć. — Wy, któryś z was wie, jaką on ma grupę krwi? — od razu przeszła do sedna, dopadając jedną z szafek, z której wyciągnęła strzykawkę i parę fiolek z przezroczystym płynem. Mogła przekopać stertę dokumentów, aby uzyskać odpowiedź na swoje pytanie, ale to zajęłoby jej znacznie więcej czasu. A tego akurat miała tyle, ile kot napłakał. Przygotowała zastrzyk i pośpiesznie podała go mężczyźnie, tym razem będąc nieco łagodniejszą w obyciu. Szkoda tylko, iż nie zawsze mogła być miła i trzymać rannych za rączkę. Morfina mu pomoże…
Była ciekawa, ile jeszcze wytrzyma. Nie chciała być tą, która przynosi złe nowiny, jednak im dłużej przyglądała się ranie poszkodowanego mężczyzny, tym większa była jej bezsilność. Cięcie, choć z początku wydawało się w miarę płynne i stanowcze, z bliska prezentowało się o wiele gorzej. Nie tragicznie, bo jak na polowe warunki, nie było co narzekać, jednak samo pozbycie się nogi nie wystarczyło, aby odnieść pełen sukces. Najważniejsze było, aby zatamować krwawienie. Niestety, Katherine nie mogła samej za wiele zdziałać. Tu potrzebny był poważniejszy zabieg, prawdopodobnie z użyciem odrobiny ognia, aby żar scalił rozerwane żyły i tętnice. W pojedynkę nie mogłaby tego wszystkiego dokonać, a Josh i jego kolega nie nadawali się na pomocników. Zwłaszcza, iż byli cali we krwi i z pewnością brudni, co mogłoby poskutkować wdaniem się paskudnego zakażenia, a wtedy… no, byłoby po ptakach. Musiała radzić sobie na tyle, ile mogła, dopóki nie pojawi się ktoś z personelu. Ale nim dojedzie tu główny lekarz…
OdpowiedzUsuń— Potrzebuję jeszcze kogoś… — mruknęła pod nosem. Jak przez mgłę słyszała pytanie jasnowłosego zwiadowcy, rejestrując jedynie informację, o grupie krwi poszkodowanego. Jej umysł pracował na najwyższych obrotach, a w ciemnych oczach zajarzył się hardy, niemalże niezdrowy blask. Już czuła, jak powoli zaczynała boleć ją głowa — Peter, tak…? — nagle oderwała skupiony wzrok od uspokajającego się powoli mężczyzny, przenosząc go na jego stojącego nieopodal kolegę. Wydawało jej się, że jeszcze parę dni temu pamiętała jego imię, bo widziała go na stołówce… Teraz jednak niczego nie była pewna — Musisz pobiec po resztę personelu. Wiesz, gdzie mieszkają…? Mary, Ann… pielęgniarki. I najlepiej drugi lekarz. — wymieniła, a następnie, bez chwili zawahania, przeniosła wzrok na panicza Tylera — Ty… ty masz tą samą grupę krwi, co on — to było bardziej stwierdzenie, niż pytanie. Wbiła w niego uważne spojrzenie, przeczesując zakamarki pamięci, w poszukiwaniu wspomnienia ich pierwszego spotkania. To wtedy spisywała jego dane, i to wtedy powiedział jej o swojej grupie krwi. Wszystkie związane z tym dniem emocje i przemyślenia natychmiast zdusiła w zarodku, nie pozwalając sobie na ani jedną chwilę nieuwagi — Nie mamy w naszych zapasach BRh+… Kładź się — wiedziała, o czym mówi, i co robi, nawet, jeśli nie pytała go o zgodę. Z góry założyła, że chce pomóc. A poza tym, to ona tu rządziła i musiała zrobić wszystko, aby utrzymać tego biedaka przy życiu. Przynajmniej, dopóki nie zjawi się reszta pomocników. Bez zbędnych ceregieli, podeszła do jednej z szafek i wyciągnęła z niej cały zestaw igieł, rurek oraz torebek, gotowa w każdej chwili zacząć przetaczać krew jasnowłosego zwiadowcy. W tej chwili pacjent wydawał się stabilny. Po końskiej dawce morfiny zupełnie uleciał. I choć nadal krwawił, przynajmniej nie czuł bólu i leżał spokojnie, pozwalając Katherine zebrać myśli i wdrożyć plan awaryjny.
To wszystko działo się zbyt szybko, aby mogła się wahać – poszkodowany potrzebował transfuzji, ponieważ sam niemal wypompował się do końca. Jego własna krew była wszędzie: na ubraniach, także tych cudzych, we wnętrzu samochodu, a teraz spływała nawet powoli po nieszczęsnej kozetce. Wszędzie, tylko nie w nim samym. Dlatego nie było czasu zastanawiać się, jak jasnowłosy zwiadowca zareaguje na jej rozkaz. Bo to nie była prośba, a konkretne polecenie. Wiedziała, że nie musiało mu się to podobać, miał takie prawo. A jednak była dziwnie spokojna, iż gdyby sama go nie popędziła, to pierwszy zaproponowałby zostanie honorowym dawcą. Panna Holmes zdążyła go już trochę poznać, i była pewna niektórych jego reakcji. W czasie, gdy Josh szorował sobie rękę aż do ramienia, Katherine szykowała cały sprzęt, łącząc ze sobą skomplikowane rurki i strzykawki, a następnie wkuła się ostrożnie w ramię leżącego mężczyzny. Wszystko było już gotowe, zajęło jej to nie więcej niż dwie minuty… potrzebowała już tylko krwi. Zerknęła kątem oka, na siadającego na krześle Josha, rozmyślając czy aby na pewno zadbała o każdy szczegół. Pięć razy zdezynfekowała wszystkie narzędzia, zmieniając również rękawiczki, a także upewniając się, iż w żaden sposób krew rannego zwiadowcy nie trafi do żył panicza Tylera. Wreszcie podeszła do niego i uchwyciła jego ramię, marszcząc delikatnie brwi. Szukała żyły, którą już po chwili znalazła. Delikatnie wbiła w nią igłę, a zaledwie parę sekund później, przez rurkę popłyną czerwony płyn, wprost do żył poszkodowanego. Nim jednak Kitty zdążyła się odsunąć, utkwiła wzrok w ramieniu Josha. Zrobiła to automatycznie, prawie bez żadnego pomyślunku. Najpierw obejrzała dokładnie całe jego lewe ramię, a następnie bark i szyję. Gdy doszła do twarzy i jasnych oczu, powoli zacisnęła usta w wąską linię. Czego szukała? Zadrapań, choćby tych najmniejszych. Niby wiedziała, co powiedzieli jej na temat ewentualnych zranień, jednak jej własna świadomość była silniejsza niż zapewnienia grupki zdenerwowanych mężczyzn. Pragnęła, aby wszystko było w porządku, jednak nie wiedziała, co o tym myśleć. Nigdy się tak nie zachowywała… prócz tego jednego razu, gdy Josh skończył z obitymi żebrami…
OdpowiedzUsuń— Jesteś absolutnie pewny, że ta krew w żaden sposób nie przedarła się przez twoją skórę…? — powtórzyła drugi raz to samo pytanie, tym razem jednak skierowane bezpośrednio do jasnowłosego zwiadowcy. Wbiła w niego wzrok, czując bardzo podejrzane mrowienie w okolicach karku. Musiała się upewnić, to wszystko. Chodziło przecież o bezpieczeństwo całego Obozu… Gdyby coś się stało, nie było już ratunku. I choć zdawała sobie z tego sprawę, to jednak zrobiło jej się dziwnie ciężko na sercu. — Co się tam stało…? — drugie pytanie wypowiedziała już nieco ciszej, wpatrując się w niego z równie mocnym, choć nieco łagodniejszym oczekiwaniem wymalowanym w ciemnych oczach. Koledzy Josha wybiegli z ambulatorium niespełna dziesięć minut temu. W każdym momencie mogli tu wrócić, a wtedy ponownie zapanuje tu chaos. Postanowiła więc wykorzystać chwilę względnego spokoju i dowiedzieć się, co zaszło za murami. — Jakim cudem, do tego doszło…? — dodała, spoglądając na biedaka pozbawionego zmysłów.
Z jednej strony rozumiała jego tok myślenia, podyktowany dbaniem o bezpieczeństwo mieszkańców Obozu, jednak z drugiej… Czy to normalne, że poczuła kolejne już, nieprzyjemne szarpnięcie w okolicach serca, gdy wyobraziła sobie jasnowłosego zwiadowcę na miejscu tego leżącego tuż obok pechowca…? Dla niej z pewnością nie, aczkolwiek była już na tyle skołowana tym, co zaszło, iż nawet nie miała sił dłużej się nad tym zastanawiać. Najważniejsze, że żaden z pozostałej trójki nie odniósł większych obrażeń, a krew tego biedaka nie przedostała się do ich organizmów. Tak czy inaczej, Katherine nadal nie była pewna, czy zagrożenie śmiercią już minęło. Wszystko zależało teraz od Coltona i jego własnej wytrzymałości, a także od tego, jak szybko otrzyma on świeżą krew, która pozwoli mu zyskać odrobinę utraconych sił… a niestety, sądząc po jego obecnym stanie, potrzebował jej całkiem sporo. Nie oznaczało to jednak, iż panna Holmes osuszy z niej Josha do ostatniej kropelki. Nie bawiła się w wampira. Nieustannie kontrolowała odpowiedni przepływ krwi, spoglądając na zapełniający się woreczek, który zawiesiła niemal nad głową pogrążonego w letargu mężczyzny. I właśnie w takich momentach najbardziej brakowało jej telefonów komórkowych – wystarczyłoby wykręcić numer do głównego lekarza, tak jak i do pozostałych członków personelu, a po chwili byliby oni na miejscu, pomagając Katherine ogarnąć ten jeden, wielki bałagan. A tak… na razie była tu sama, i sama musiała się postarać, aby utrzymać go przy życiu. Postawiła na pełne skupienie, i może dlatego pytania Josha długo pozostawiła bez konkretnej odpowiedzi, niemal nie odrywając wzroku od unoszącej się powoli klatki piersiowej rannego mężczyzny, i płynącej przez rurki krew, niemal jakby siłą woli starała się ją zmusić do szybszego działania. Wiedziała jednak, że musiała być cierpliwa, i zachować spokój. Akurat w tym zawsze była dobra. Panowała nad sytuacją, i oby jak najdłużej. Wreszcie ponownie skierowała spojrzenie na panicza Tylera, jednak z jej wyrazu twarzy nie dało się zbyt wiele wyczytać…
OdpowiedzUsuń— Tylko teoretycznie — stwierdziła cicho, marszcząc lekko ciemne brwi — Duża utrata krwi to nie jedyny powód, który może doprowadzić go do jego śmierci. Jeśli podczas amputacji doszło do zanieczyszczenia rany, to istnieje spore prawdopodobieństwo, że skończy się to infekcją. Może wdać się gangrena, a my nie mamy zbyt wielu antybiotyków na stanie… — zamilkła wreszcie, unosząc na niego wymowne spojrzenie. Mogła mówić dalej, ale chyba zrozumiał, iż samo ucięcie nogi i uchronienie go przed przemianą w zombie, nie załatwi całej sprawy. Resztę postanowiła przemilczeć. Na razie najważniejsza była krew. Później zajmą się innymi problemami, nie było sensu zarzucać nimi teraz jasnowłosego zwiadowcy. Zamiast więc roztaczać nad nim widmo śmierci przyjaciela, Katherine odeszła na chwilę na bok, powracając po kilkunastu sekundach. W dłoni trzymała miseczkę z ciepłą wodą i czystą szmatkę. — Nadal jesteś brudny… — wyjaśniła spokojnie. Wokół panowała niemal martwa głusza, którą Kitty przerwała dopiero cichym pluskaniem, gdy płukała ściereczkę, nasączając ją wodą. Wtedy też uniosła ją odrobinę do góry, i bez pytania go o zgodę (bo w końcu doskonale wiedziała co robiła), zaczęła przemywać jego twarz, na której widniały pojedyncze kropelki krwi. Nie należało ryzykować, aby któraś z nich, potarta lub zmoczona, dostała mu się do oczu bądź ust. Skupiona na pracy, starała się usilnie ignorować wpatrzone w nią, jasne ślepia mężczyzny. Nie wiedzieć czemu, znów poczuła upierdliwe mrowienie na karku. Bardzo nie dobrze...
Zachowywała się trochę dziwnie… No dobrze, może nie trochę, a nawet bardzo dziwnie. Przecież normalnie starałaby się go unikać, zwłaszcza po tym, co wydarzyło się niespełna parę dni temu, gdy upartego odprowadził ją do domu. Po tym, co tam zaszło, myślała, że już nigdy na niego nie spojrzy. Bo nie chciała patrzeć – i to nawet nie dlatego, że była na niego zła, a dlatego, iż zwyczajnie nie podobało jej się to, co z nią wyprawiał; nie podobało jej się to, do jakich reakcji ją doprowadzał. Nie tylko tych słownych, ale również i fizycznych. Nie mogła wiecznie udawać, iż dreszcze pojawiające się na jej ciele, za każdym razem, gdy przypadkowo muskał jej dłonie bądź skórę, miały swoje źródło w chłodnej pogodzie lub innych tajemniczych zjawiskach. Przecież nie była głupia, prawda? Przez prawie rok robiła wszystko, co w swojej mocy, aby go od siebie odstraszyć, a on zawsze wracał. Ciągle z tym samym uśmiechem na twarzy i niezrażoną, pogodną postawą. Nawet, jeśli była dla niego nie miła, wredna a wręcz niesprawiedliwa, krzycząc bądź wymownie milcząc. Do dzisiaj nie potrafiła pojąć, dlaczego jeszcze nie zrezygnował, dlaczego sobie zwyczajnie nie odpuścił. Wokół było mnóstwo spragnionych towarzystwa mężczyzn kobiet, nawet, jeśli w grę wchodziła wyłącznie przyjaźń. A jemu nie brakowało znajomych i życzliwych twarzy, z którymi mógłby szybko złapać kontakt… tak więc co skłaniało go, aby ciągle zawracał jej głowę? I jakim cudem, po tak długim czasie, czuła że oszukiwanie siebie i jego zaczyna być bardziej męczące, niż mogłaby się tego spodziewać. To nie fair. Miała zupełnie inny plan, który absolutnie nie zakładał… no właśnie. Nie zakładał przywiązywania się do kogokolwiek, a zaledwie przed kwadransem, widząc go zakrwawionego w progu przychodni, o wszystkim zapomniała. Jak głupia musiała być, aby się na coś takiego skazywać? Jej rozum ciągle się buntował, nawet nie chcąc o tym myśleć. Dlatego tak usilnie starała się na niego nie patrzeć. Co było bardzo trudne, ponieważ cały czas czuła jego spojrzenie na własnej sylwetce, a samej nie za bardzo miała jak uciec, skoro zabrała się za przemywanie jego twarzy. Z każdą chwilą odczuwała coraz większy ciężar na sercu. Z każdym pociągnięciem ściereczki i zmytą kroplą krwi. Z każdym jego oddechem, jaki doświadczała, gdy będąc tak blisko, owiewał jej dłonie i szyję. Nagle przerwała, zastygając w miejscu. I znów to zrobił. Znów naruszył jej nieprzepuszczalną granicę, a ona zamiast dać mu w twarz (do czego miała lepszą niż tylko możliwą okazję), po prostu zamarła. I stała tak zdecydowanie zbyt długo, ze wzrokiem utkwionym w jego obliczu, i hordą krzykliwych myśli w głowie, nim wreszcie nie przełknęła śliny i przeniosła wzrok na skrawek swetra, który trzymał…
OdpowiedzUsuń— Nie, nie była — odparła cicho. To tylko trochę krwi… czyli nic nadzwyczajnego. Mogła spróbować ją sprać, ale to dopiero następnego dnia, gdy już wróci do siebie, zamykając się we własnych czterech ścianach i po raz kolejny starając się sobie wmówić, że nic się nie dzieje. Wszystko jest w porządku, wszystko jest… — W porządku… — mruknęła na głos. Tyczyło się to zarówno obecnego stanu leżącego tuż obok rannego, jak i jej garderoby. Poszkodowany mężczyzna spał jak zabity. A szkoda. Katherine wiele by oddała, aby choć na moment ożył i zaczął się rzucać, w ten sposób pozwalając jej uciec. Miałaby wtedy idealną wymówkę, a tak… A tak stała jak zaklęta, wrzeszcząc do utraty tchu na siebie samą. W myślach oczywiście. Bo na zewnątrz była dziwnie spokojna. Nawet ścierając z jego żuchwy i szyi szkarłatną smugę krwi. Nawet w momencie, gdy uniosła wzrok, a ich spojrzenia wreszcie się spotkały. Kolejny zły ruch…
Wszystko działo się zdecydowanie za szybko. Zaledwie półgodziny temu była przekonana, że jej dyżur za chwilę się skończy, a ona sama wreszcie będzie mogła wrócić do domu, zapominając o tym jakże nudnym, monotonnym dniu. Cieszyła się ciszą i spokojem przez tak długi czas, nie spodziewając się już żadnego, pilnego przypadku… a tu taka niemiła niespodzianka. Dużo krwi, jeszcze więcej bólu i strachu, bezsilność… oraz słabość. Jej słabość. Nadal martwiła się o stan zdrowia rannego mężczyzny, jednak na te parę sekund, zszedł on na drugi plan. Równie dobrze mogłoby go tutaj w ogóle nie być, ponieważ środki uspokajające i przeciwbólowe zadziałały nad wyraz dobrze, i pozwoliły mu spokojnie odpłynąć. W ten sposób zostali tu tylko we dwoje – on, ze zdecydowanie zbyt wymowną postawą ciała i pragnieniem wymalowanym w jasnych oczach, i ona: jego kompletne przeciwieństwo, równocześnie przytłoczona tym wszystkim, jak i dziwnie uległa, zmęczona i… bezbronna? Bo jak to inaczej opisać? Była sobą, i jakby nie była jednocześnie. Stała przed nim, spoglądając na niego i doskonale zdając sobie sprawę, z tego co robi, a jednak… Nie zachowywała się tak jak zwykle. Rozum podpowiadał jej, że teraz może odejść, ponownie odwrócić się plecami i zgasić go jedną z wielu przykrych uwag, jakie miała na samym końcu języka. Coś jednak nie pozwalało jej tego zrobić. Stała w miejscu, nie protestując, gdy wyjął jej z dłoni miskę i ścierkę, a następnie ujął jej rękę, zbliżając do swojej twarzy. Obserwowała to wszystko z nieodgadnionym wyrazem twarzy i bardzo dziwnym spokojem w ciemnych oczach, mimo płonących żywym ogniem wnętrzności oraz kakofonii własnych wrzasków w głowie. Pozwoliła mu się dotknąć, pozwoliła unieść dłoń do jego ust, po chwili czując jego wargi na własnej skórze. Znów przeszył ją ten sam prąd elektryczny, jak wtedy, zaledwie parę dni temu. I znów miała tak ogromny mętlik w głowie, że chcąc coś powiedzieć, rozchyliła jedynie lekko wargi, nie wydobywając z gardła ani jednego, konkretnego dźwięku. Czas chyba musiał stanąć w miejscu, bo nie była pewna, jak długo tak trwali. Wiedziała tylko, że nagle wszystko posypało się jak domek z kart, gdy do jej uszu dobiegł pisk hamulców i opon samochodu. Dopiero wtedy odzyskała dawną siebie. Ocknęła się i cofnęła o dwa kroki, odsunąwszy się od Josha. Puściła jego dłoń, czując jak wiele emocji w niej buzuje. Dosłownie w tej samej chwili, do pomieszczenia wpadł główny lekarz, a tuż za nim kolega jasnowłosego zwiadowcy. Żaden z nich na szczęście nie spojrzał w jej stronę. Miała dwie, może trzy sekundy, aby doprowadzić się do porządku, zmuszając się do uspokojenia oddechu oraz wyzbycia się z oczu tego dalekiego spojrzenia, które wreszcie oderwała od oblicza panicza Tylera. Dość, tego już za wiele. Nie mogła tak, i po prostu nie powinna. To koniec.
OdpowiedzUsuń— Katherine, co się tu do cholery stało…? — głos Bishopa ostatecznie sprowadził ją na ziemię. Bez chwili zawahania podeszła bliżej ciemnowłosego mężczyzny, szybko wyjaśniając mu, jakie kroki poczyniła i starając się powtórzyć mu zasłyszaną wcześniej historię, o tym jak do tego doszło. Reszta poszła już zaskakująco gładko. Zaledwie minutę później, do ambulatorium wpadła jedna z pielęgniarek, którą jako jedyną udało się odnaleźć. To i tak całkiem nieźle. Zajęła się ona oglądaniem dwójki zdrowych zwiadowców, w czasie gdy Kiity i lekarz rozpoczęli przygotowania do ostatecznego zasklepienia rany.
Usuń— Na razie już wystarczy tej krwi, mamy pełen worek… — Głównodowodzący zwrócił się do Josha, powoli odłączają go od rurek i całego sprzętu. Skinieniem głowy przywołał Ann, która akurat kręciła się po sali w poszukiwaniu bandaży, dając jej sygnał, aby zaprowadziła jasnowłosego zwiadowcę do pomieszczenia obok, gdzie stały dwie, zaścielone prycze. — Odsapnij, zgoda? Jeśli będziemy potrzebować więcej, wiemy gdzie cię znaleźć — Lekarz posłał mu nikły uśmiech, a następnie okrążył stół, gdzie leżał już gotowy pacjent. Katherine w tym czasie, skupiała się na starannym dezynfekowaniu narzędzi. I nawet nie spojrzała w jego stronę, gdy Ann, miłym aczkolwiek nieco zdenerwowanym głosem, zaproponowała, iż pomoże mu wstać (aby uniknął wywrotki) i wskaże mu drogę. Nie pozwoliła sobie unieść wzroku. Skupiła się na podstawowych czynnościach, ignorując upierdliwe łomotanie w klatce piersiowej. Tak należało zrobić, i tyle. Dobrze o tym wiedziała. Dopiero, gdy usłyszała trzask zamykanych drzwi, rozejrzała się po sali, w której została już tylko ona i Bishop. Po chwili dołączyła do nich również Ann. Mogli zaczynać. Katherine odetchnęła głęboko i ze wszystkich sił postarała się usunąć z umysłu to, co przed chwilą tutaj zaszło. W końcu jej się to udało. A przynajmniej na tyle, aby móc skupić się na próbie uratowania rannemu mężczyźnie życia, bez spoglądania, co parę sekund w kierunku drzwi, za którymi zniknął panicz Tyler…
Po przybyciu Bishopa wreszcie zaczęło się dziać – dobrze dziać, bo przecież wrażeń im nie brakowało, prawda? A już zwłaszcza samej Katherine, która nie martwiła się wyłącznie o rannego pacjenta, ale również i o samą siebie. Dziś zrobiła coś, czego nie powinna i karciła się za to w każdej, możliwej chwili, wytykając sobie w myślach własną głupotę oraz infantylność. Na szczęście, biorąc pod uwagę fakt, iż zarówno ona jak i reszta personelu nie narzekali na nudę, bardziej skupiała się na pracy, niż na wyklinaniu swej jawnej chwili słabości. Odepchnęła na bok wszelkie, niezwiązane z zabiegiem rozważania, postanawiając zająć się nimi trochę później, gdy już opanują całą sytuację. A trzeba przyznać, iż nie mieli łatwego zadania. Rana mężczyzny była bardzo poważna, a w dodatku nadal nie mieli pewności, czy odcięcie mu nogi jakkolwiek pomogło w zastopowaniu wirusa. Mogli mieć tylko nadzieję, że tak, skoro jego stan, choć ciężki, wydawał się w miarę stabilny. Znieczulenie działało, a Ann podała mu dodatkowo silny środek uspokajający. Tym sposobem pacjent spał i jeszcze długo sobie pośpi. Najadł się już dzisiaj wystarczająco bólu, więc zasłużył sobie na chwilę odpoczynku. Po zaaplikowaniu mu pierwszej dawki leków, Kitty i jej przełożony zabrali się za staranne przemywanie nogi. Następnie załatali tyle żył oraz otwartych ran ile tylko mogli, licząc, iż zmniejszy to krwawienie. Ale to nie był jeszcze koniec – musieli jakoś zasklepić całą nogę, inaczej nie było mowy o ratowaniu mu życia… i po niemal godzinie wreszcie udało im się skończyć. Wyglądało to całkiem nieźle, jak na polowe warunki oraz brakujący, specjalistyczny sprzęt. Na razie jednak nie mogli być pewni, czy udało im się wygrać ze śmiercią. Wszystko wyjaśni się w przeciągu następnych godzin, może dni. Musieli być cierpliwi. Nie tylko medycy, ale również i wszyscy koledzy poszkodowanego. Było bowiem za wcześnie, aby wyrokować o przyszłości… i właśnie to zamierzał przekazać czekającym w pokoju obok zwiadowcom lekarz, w czasie, gdy Kitty oraz Ann zajmowały się pieczołowitym sprzątaniem gabinetu zabiegowego. Wszędzie było mnóstwo krwi, której natychmiast należało się pozbyć. Już w czasie zabiegu każde z nich zachowało wyjątkową ostrożność, nie chcąc kusić losu. Wyczyszczenie pomieszczenia zajęło im z dobrą godzinę. Zadbały o to, aby nigdzie nie została ani kropla krwi lub innego płynu. Dopiero po tym, Ann zaniosła do sąsiedniego pokoju nową, typowo lekarską koszulkę, którą wręczyła Joshowi, każąc mu pozbyć się tej brudnej. Była do wyrzucenia... a właściwie nawet do spalenia. Katherine czuwała przy rannym, dopóki Bishop nie oświadczył, iż musi wracać do rodzącej, dowiedzieć się, czy dziecko już przyszło na świat, a jeśli nie, to podjąć odpowiednie kroki. Panna Holmes zaproponowała, że zostanie w przychodni i najwyżej zmienią się za parę godzin. Ann też chciała zostać, ale Kitty wygoniła ją do domu – sama miała tam maleńkie dziecko i lepiej, żeby była przy córeczce, niż tutaj, bo i tak nic się nie działo. Pacjent był stabilny, a gdyby nagle mu się pogorszyło… Katherine wiedziała, co robić. O godzinie dwudziestej drugiej w ambulatorium znów zrobiło się spokojnie. Ann poszła do siebie, a Bishop wychodząc, powiedział, że odesłał również zwiadowców do ich domów. No, a przynajmniej dwójkę z nich, ponieważ panicz Tyler nadal był nieco osłabiony i odpoczywał w jednej z sal. Katherine nie skomentowała tego w żaden sposób. Skinęła głową, przyjmując to do wiadomości… a następnie zaszyła się we własnym gabinecie, nieopodal zabiegówki, gdzie zaczęła sporządzać raport z dzisiejszego zajścia. Nadal wybierała pracę, zamiast stawienia czoła swoim myślom, obawom oraz wątpliwościom. Była zmęczona i tak bardzo zawiedziona własnym zachowaniem, iż nawet nie zamierzała się jeszcze bardziej dobijać. Pragnęła spokoju, tylko tyle…
OdpowiedzUsuńPraca była nużąca – Katherine nienawidziła papierkowej roboty, choć dobrze wiedziała, iż była ona potrzebna. Nie mieli sprawnych komputerów, z których mogliby korzystać na zawołanie, przeszukując lub tworząc nowe bazy danych, opisujących zarówno podstawowe informacje o przebywających na terenie Obozu mieszkańcach, jak i również przebieg ich wizyt w przychodni. Bez uprzejmości stałego prądu bądź Internetu, wszystko musiało być spisywane ręcznie. I choć panna Holmes bardzo się przy tym męczyła, zawsze starannie pilnowała swoich dokumentów. Kto jak kto, ale jednak lubiła mieć porządek w pracy, i w żaden sposób nie pozwoliłaby sobie zarzucić jakiegokolwiek zaniedbania. Dlatego wolała pomęczyć się z tym nieszczęsnym sprawozdaniem jeszcze dzisiaj, zamiast odkładać to na jutro. Wtedy jeszcze ciężej byłoby jej się do tego zabrać… No i miała doskonałą wymówkę, aby odwlec w czasie rozmyślanie o tym, co zaszło między nią a jasnowłosym mężczyzną, gdy zostali sami, a ona zapomniała na chwilę o swoich własnych, żelaznych zasadach. Skupiona na spisywaniu punkt po punkcie przebiegu całej operacji, prawie nie dostała zawału, gdy nagle, panującą w przychodni ciszę przerwał głośny łomot. I to niemal tuż pod jej drzwiami! Podskoczyła lekko, wypuszczając z rąk długopis, który przy okazji postanowił wpaść za biurko. W pierwszej chwili pomyślała o rannym zwiadowcy – musiał się obudzić, poruszyć i może spadł z posłania…? Po krótkim namyśle, stwierdziła jednak, iż to nie mógł być jej własny pacjent, ponieważ dźwięk, który usłyszała wcale nie pochodził z zabiegówki. To musiało oznaczać tylko jedno… Westchnęła cicho, ni to ze zmęczenia, ni to z irytacji, wstając z miejsca i ruszając raźnym krokiem ku drzwiom gabinetu. Po drodze modliła się, aby jednak się przesłyszała… Niestety, najwyraźniej nie miała dzisiaj szczęścia. Gdy wyszła na korytarz, rozglądając się po nim uważnie, niemal od razu dostrzegła stojącą nieopodal, męską postać. Zmarszczyła groźnie ciemne brwi, chcąc natychmiast przystąpić do ochrzaniania tego niesubordynowanego typa – ogólnie za hałasowanie oraz plątanie się po ambulatorium w czasie ciszy nocnej, i może przy okazji padłoby trochę słów o jego bezczelnym zachowaniu sprzed zaledwie paru godzin… ale zmieniła zdanie. Katherine bowiem zauważyła nie tylko przechylny stolik oraz porozrzucane czasopisma, ale i również dziwną postawę samego winowajcy, który zamiast stać prosto, pochylał się do przodu, oparty ramieniem o jedną ze ścian. Nie spodobało jej się to. I choć była oddalona od niego o parę metrów, to już z daleka widziała, co się dzieje. Zmiętoliła w ustach szpetne przekleństwo, policzyła do trzech (bo do dziesięciu nie było czasu) i wreszcie przełamała się, podchodząc do niego z nietęgą miną…
OdpowiedzUsuń— Kto ci pozwolił wstawać, Tyler…? — ofuknęła go natychmiast, mierząc wymownym spojrzeniem. Miała niezmierną ochotę podeprzeć się pod boki i patrzeć jak się dalej męczy, jednak coś bardzo upierdliwego podpowiadało jej, iż byłby to kiepski pomysł. Po pierwsze, powinna mu pomóc, bo przecież taką miała pracę. A po drugie… no, zresztą nieważne. Westchnęła ze zrezygnowaniem, w końcu wreszcie zbliżając się do niego na tyle, aby móc chwycić go za ramię i z całych sił odciągnąć od chłodnej ściany.
— Mało ci atrakcji na jeden wieczór…? Musisz jeszcze obijać sobie nogi i niszczyć nam meble…? — mruczała cicho, choć miała wrażenie, iż w tonie jej głosu nadal można było wyczuć pewne zdenerwowanie. I w sumie nic dziwnego. Znów znalazła się bardzo blisko niego, obejmując go lekko w pasie oraz nakierowując w stronę sali, z której przybył. Dobrze, iż wokół panowały spore ciemności. Przynajmniej nie musiała się martwić, iż dostrzeże na jej twarzy coś, z czego nie mogłaby się tak łatwo wytłumaczyć. Niepewność, podenerwowanie… a może nawet strach. Wszystko było możliwe, skoro ponownie poczuła, jak przyśpiesza jej tętno, a serce zaczyna kolejny bieg z przeszkodami. Oj, było źle. Bardzo źle…
Ledwo powstrzymała się przed tym, aby nie prychnąć i nie zdzielić go po tej głupiej, blond czuprynie. On miał sobie poradzić? Tak, na pewno… prędzej wywróciłby się na pierwszym zakręcie, a ona miałaby nie lada problem, aby go udźwignąć, stawiając z powrotem na nogi. Albo do gorsza, zaciągając go siłą do sali. Może i nie należała do najdrobniejszych przedstawicielek płci pięknej, ale w zestawieniu z facetem, którego masa ciała dwukrotnie przewyższała jej własną, nie miała zbyt wielu szans na powodzenie. Musiał więc przełknąć tą durną, męską dumę i pozwolić sobie pomóc. No, i postarać się jej nie denerwować, bo naprawdę nie miała już więcej siły, aby się z nim kłócić. Miał rację mówiąc, iż powinna była już dawno skończyć swój dyżur. Jednak ktoś musiał zostać przy pacjencie, aby monitorować jego stan, być na wszelki wypadek i w każdej potrzebie. Główny lekarz zamierzał wrócić tu za godzinę, może dwie… oby nie więcej. Wszystko zależało od tego, jak skomplikowany będzie poród. Ann natomiast niepotrzebnie by się męczyła. Powinna zająć się swoim własnym dzieckiem – miała, do kogo wracać i te osoby bardzo na nią czekały. Nie było więc sensu odrywać jej od rodziny, skoro Katherine nie miała podobnych zobowiązań i mogła dłużej zostać w pracy, nie rezygnując z życia prywatnego. No i miała ten nieszczęsny raport do napisania…
OdpowiedzUsuń— Powinnam, ale to nie twoje zmartwienie — odparła po krótkiej chwili namysłu, ani przez chwilę nie zwolniwszy uścisku ręki wokół jego tali. Powtarzała sobie w myślach, że musi być dzielna. I cierpliwa także. Wszyscy przeszli dzisiaj przez prawdziwe piekło, lepiej więc jeszcze nie pogarszać całej tej sytuacji. — Nie powinieneś wstawać, a już na pewno nie samodzielnie. Jeśli potrzebowałeś gdzieś pójść, mogłeś mnie zawołać. Tutaj jestem za ciebie odpowiedzialna, i byłoby mi o wiele łatwiej, gdybyś uszanował ten fakt, zamiast bawić się w domorosłego Rambo… — wyłożyła mu wszystko jak na tacy, nawet powstrzymując się przed zbytnim sarkazmem. Wdech, wydech. Wszystko będzie dobrze. Jeszcze parę kroków, i zapakuje go z powrotem do łóżka, wracając do swojego gabinetu. Starała się poruszać w miarę szybko i sprawnie, domyślając się, iż normalne chodzenie może sprawiać mu pewną trudność. W końcu oddał dziś całkiem sporo krwi, miał prawo czuć się jak potłuczony. I właśnie to powtarzała sobie w myślach, prowadząc go do jego pokoju, pomagając mu przejść przez wysoki próg i ukajając go na posłaniu.
— Odłożę to… — gdy już Josh siedział bezpiecznie na pryczy, wyjęła mu z rąk jego rzeczy i odłożyła na sąsiednie, wolne łóżko. To miło, że koleżanka postanowiła przynieść mu parę niezbędnych drobiazgów. Katherine skinęła jej nawet głową na powitanie, gdy przyszła do przychodni, pytając o jasnowłosego zwiadowcę. Panna Holmes jej nie znała, jednak widziała po jej minie, iż musiała być bardzo przejęta. I sama nie wiedziała czemu, na wspomnienie o tym, poczuła się trochę nieswojo… Nim jednak zagalopowała się w swych rozważaniach zbyt daleko, wróciła na ziemię i ponownie skupiła swą uwagę na paniczu Tylerze. Był blady i wyraźnie zmęczony. Kitty, choć nadal zła i wyraźnie rozstrojona, powstrzymała się przed wygłoszeniem mu długiego oraz nudnego wykładu o zasadach bezpieczeństwa…
— Śpij już — zwróciła się do niego, nim opuściła pokój. Przystanęła na chwilę w progu, z zamiarem przymknięcia drzwi, i wtedy zawahała się, spoglądając na niego odrobinę dłużej… i chyba trochę łagodniej. — Będę w pobliżu, gdybyś… No, gdybyś potrzebował pomocy — wydusiła z trudem, przełykając ślinę.
Katherine zostawiła go w spokoju. Wiedziała, że był zmęczony, dlatego dobrze, iż darowała sobie wszelkie pouczenia, pozwalając mu się zwyczajnie zdrzemnąć. To był ciężki dzień. Zarówno dla niego i jego przyjaciół, jak i dla samej panny Holmes, która nieczęsto spotykała się z tego typu sytuacjami. Najpierw odcięcie nogi na żywca, później szaleńczy transport do Obozu, a na końcu walka o życie poszkodowanego… każdego by to wykończyło. A już zwłaszcza kogoś, kto był na nogach od samego rana i siedział w pracy już paręnaście godzin. Powinna była wrócić do domu i wreszcie się przespać, jednak nie mogła wyjść i zostawić swojego pacjenta na pastwę losu. Jak już wspominała, była za niego odpowiedzialna. Nawet, jeśli powoli zaczynały opadać jej powieki, a w głowie słyszała upierdliwy szum zmęczenia, połączony z głośnym burczeniem brzucha. Ostatnio jadła przed południem. Później nie miała już na to czasu. Teraz żałowała, że nie udało jej się wyrwać na obiad… ale nic straconego. Gdy tylko wyszła z pokoju, przymykając za sobą cicho drzwi, odetchnęła głęboko i przecierając sobie lekko zamglone już wejrzenie, ruszyła powolutku w kierunku niewielkiej kuchni zespołu lekarskiego. Tam trzymali wszystkie drobne przekąski, na wszelki wypadek, gdyby nagle zgłodnieli, a nie mogli wyjść do stołówki… czyli Kitty idealnie wpasowywała się w ten schemat. Szkoda tylko, iż niewielkie pomieszczenie gospodarcze, mieściło się po drugiej stronie korytarza, prowadzącego do pokoju rannego zwiadowcy. Powinna była do niego zajrzeć, tak jak zrobiła to godzinę temu. Wtedy spał, i to bardzo mocno… ale nie było w tym nic dziwnego. Otrzymał końską dawkę środków znieczulających i nasennych. Katherine żałowała tylko, iż nie mieli profesjonalnego monitora przy łóżku pacjenta, który nieustannie i bardzo dokładnie monitorował stan jego zdrowia. Byłoby im o wiele łatwiej kontrolować wszelkie anomalie, a tak… no cóż, musieli sobie radzić starymi sposobami. Jedyne, co mogło ją martwić, to słabo wyczuwalny puls rannego. Bała się o jego prawidłowe ukrwienie, a także wycieńczenie organizmu. Nie mogła mu jednak pomóc – ta walka należała już wyłącznie do niego samego. Potrzebował czasu, ciszy i spokoju… Panna Holmes postanowiła sprawdzić, co u niego zaraz po tym, jak znajdzie sobie coś do jedzenia i zrobi mocną kawę na rozbudzenie. Nie zapowiadało się, iż tej nocy szybko wróci do domu, tak więc tym bardziej potrzebowała dodać sobie choć odrobiny energii. Nie mogła zasnąć, nie mogła zasnąć… Wolnym i nieco przeciągłym krokiem, doczłapała się do prowizorycznej kuchni, w której nastawiła czajnik z wodą i wygrzebała z szafki słone krakersy. Szczerze powiedziawszy, to nie przepadała za tego typu przekąską, jednak jej pusty żołądek był w siódmym niebie. Oparła się niedbale o jeden z blatów kuchni i chrupała swoje sucharki, wsłuchując się w bulgoczącą obok wodę oraz cykanie świerszczy za oknami przychodni…
OdpowiedzUsuńByła przekonana, iż tej nocy nie zaśnie. A przynajmniej nie tak od razu, bo jednak miała jeszcze parę spraw na głowie, którymi musiała się zająć. Najpierw napełnienie własnego żołądka, później napojenie się wyjątkowo mocną i gorzką kawą, a następnie regularne monitorowanie stanu zdrowia pacjenta oraz dokończenie raportu. Innymi słowy, nie powinna się nudzić… Szkoda tylko, iż nie było to wcale takie proste. Po zjedzeniu krakersów i wypiciu niemal całego dzbanka ochydnej kawy, udała się w drogę powrotną do swojego gabinetu. Oczywiście, przy okazji zajrzała również do pogrążonego we śnie rannego, jednak nie zaobserwowała u niego żadnych niepokojących zmian. Nie chciała mu przeszkadzać, więc zgasiła jedną z palących się przy jego łóżku lampek, a następnie pomaszerowała do siebie, zabierając się do dalszej pracy. Nie miała pojęcia, kiedy dokładnie zmorzył ją sen. W jednej chwili siedziała pochylona nad dokumentami, a w drugiej leżała już z głową na biurku, oddychając miarowo i śniąc o niebieskich migdałach. Była tak bardzo zmęczona, iż nawet ogromny kubek kawy nie pomógł jej zachować jasności umysłu. No trudno, stało się… Co prawda wolałaby nie zasypiać w pracy, jednak nie była już w stanie usiedzieć prosto, a blat biurka wydawał się taki wygodny i przytulny. Myślała, że przymknęła powieki tylko na parę minut… jednak, gdy nagle i całkiem niespodziewanie ocknęła się ze snu, zorientowała się, iż minęło prawie półtorej godziny. Przetarła zaspana powieki, przeklinając cicho pod nosem. Była zła – trudno powiedzieć, czy bardziej na samą siebie, że w ogóle pozwoliła sobie zasnąć, czy jednak bardziej na coś, co wybudziło ją z tego snu. Miała wrażenie, trochę mgliste i niepewne, iż coś usłyszała. Nie była pewna, co takiego, jednak tak czy inaczej sprawiło, iż rozchyliła powieki, przez moment nie wiedząc gdzie się właściwie znajduje. Po chwili wstała od biurka, podchodząc do zawieszonego na ścianie lustra. Miała podkrążone oczy i bladą cerę, a jej spojrzenie nadal wydawało się być dalekie i trochę nieobecne. No cóż, nie mogła jednak powrócić do przerwanej czynności, ponieważ już dawno temu miała sprawdzić, co z pacjentem. Poprawiła więc ściągnięty lekko na lewo sweter oraz wyraźnie rozczochrane włosy, ruszając powoli do zabiegówki. Dotarła tam w niespełna minutę, starając się powstrzymać od notorycznego ziewania. W pomieszczeniu było ciemno, ale to akurat jej nie zdziwiło, ponieważ pamiętała, iż sama zgasiła lampkę. To, co przykuło jej uwagę, to zarys łóżka, które z perspektywy dwóch, może trzech metrów wydawało się jakieś takie… puste? Nie, to na pewno ze zmęczenia. Nie widziała wyraźnie i jej umysł płatał jej figle. Powoli odszukała przełącznik światła, a gdy wreszcie go znalazła, pokój wypełnił mocny blask żarówki, a Katherine… cóż, właśnie wtedy, w zaledwie jednej sekundzie, całkowicie otrzeźwiała.
OdpowiedzUsuńPoczuła jak coś lodowatego chwyta ją za serce, a na jej ustach zamarł pierwszy, naturalny okrzyk przerażenia. Nie mogła uwierzyć w to, co widziała. Stojąc w progu pokoju była już pewna, iż pacjent zniknął, a jedyne, co po nim pozostało to krwawa smuga jego własnej krwi na posadzce, ciągnąca się od samego posłania aż do uchylonych drzwi sąsiedniego pokoju. I wtedy zrobiło jej się słabo. Tysiące chaotyczny myśli buchnęło w jej głowie dokładnie w tej samej sekundzie, a ona bez żadnego namysłu, rzuciła się w kierunku sali, gdzie leżał niczego nieświadomy, jasnowłosy zwiadowca. Odrzuciła na bok wszystko to, co jeszcze parę godzin temu kazało jej być na niego złą i obrażoną. Teraz było to zwyczajnie śmieszne i takie głupie… przeskakując nad śladami krwi zaczęła się modlić. I wyklinać jednocześnie. Jak mogła zasnąć? Gdyby nie zasnęła, nigdy nie pozwoliłaby, aby coś takiego w ogóle się wydarzyło…! Boże, jeśli będzie za późno, to ona chyba… nawet nie skończyła, bowiem właśnie wpadła do pokoju, zamierając w progu. On tu był. Charczał i stękał, czołgając się wprost do łóżka śpiącego mężczyzny. Dzieliło go od niego zaledwie paręnaście centymetrów. Już sięgał ku niemu zgrabiałymi rękami, starając się go pochwycić i ugryźć…
Usuń— Josh…! — krzyknęła jak najgłośniej tylko mogła, w ogóle nie zwracając uwagi na to, ile przerażenia i strachu można było usłyszeć w jej własnym głosie. Nie zamierzała stać bezczynnie i pozwolić, aby doszło do kolejnej tragedii. Nie wiele myśląc, chwyciła stojące pod ścianą krzesło i w paru susach znalazła się tuż za tym, co niegdyś było zdrowym i wesołym mężczyzną, a teraz zamierzało pożreć własnego przyjaciela. Zamachnęła się i z całej siły trzasnęła krzesłem o posadzkę, wbijając jego cienkie, metalowe nóżki w udo Szwędacza. I zrobiła to dosłownie w ostatniej chwili, ponieważ miał o już ramię jasnowłosego zwiadowcy niemal na wyciągnięcie ręki. Naparła na krzesło i zatrzymała go w miejscu, jednocześnie czują, jak drżą jej dłonie, a serce wali z tak ogromną siłą, iż równie dobrze mogłoby wyskoczyć na podłogę tuż obok…
To wszystko wydawało się takie nierealne; takie nierzeczywiste… jeszcze parę godzin temu wszystko było w porządku. Pacjent wydawał się być zdrowy – słaby, bo słaby, ale jednak nadal miał bijące serce, które pompowało w jego żyłach krew… No właśnie, krew. Dlaczego wcześniej o tym nie pomyślała? Przecież to było takie oczywiste. Dała się nabrać… Wszyscy dali się nabrać, nawet reszta personelu! A to wszystko przez tą nieszczęsną krew, którą pobrali od panicza Tylera. Ranny mężczyzna, pomimo natychmiastowej interwencji, nie uniknął zarażenia się wirusem. I normalnie dowiedzieliby się o tym o wiele wcześniej, ale starając się mu pomóc, podali mu zdrową krew. Boże, to było takie… jakim cudem mogła to przeoczyć? Krew jasnowłosego zwiadowcy zmieszała się z tą zainfekowaną i zwolniła cały proces przemiany, w dodatku podtrzymując funkcje życiowe osoby zarażonej o wiele dłużej, niż zazwyczaj. Z jednej strony była to tylko jej własna, robocza teoria, jednak w żaden inny sposób nie potrafiła wytłumaczyć tego, jak mogło do tego dojść. Było to nowe i zupełnie nieznane odkrycie, a jednak wcale się z niego nie cieszyła. Myśleli, że wiedzą już wszystko na temat Szwędaczy, a teraz okazało się, iż nie mogli być bardziej w błędzie. O mały włos a doszłoby do następnej tragedii. Katherine nadal z trudem łapała oddech, dociskając krzesło z szamoczącym się truposzem. Był on silny, ponieważ jego mięśnie nie zdążyły jeszcze osłabnąć, a reszty jego ciała nie dopadła zgnilizna. I choć wiedziała, co powinno teraz nastąpić, nie miała odwagi ruszyć się gdziekolwiek, zostawiając to coś sam na sam z paniczem Tylerem. Prawda była też taka, iż nie była pewna czy odważyłaby się go zabić, wiedząc jak wiele znaczył dla siedzącego tuż obok Josha. Dlatego na jej twarzy odmalowało się wyraźne zdumienie, gdy nagle, po środku czoła zombie znalazł się wbity nóż, a on sam zamarł, przestając się ruszać. Dopiero wtedy zapadła cisza… jako taka, naturalnie, ponieważ Katherine była przekonana, iż jej przyśpieszony oddech a także walące serce musiał słyszeć niemal cały Obóz. Stała przez chwilę w miejscu, spoglądając na leżące u jej stóp zwłoki, które jeszcze parę godzin temu tak usilnie starała się uratować. Wreszcie uniosła wzrok na siedzącego na pryczy Josha… i coś w niej pękło. Nie potrafiła stwierdzić, co dokładnie, jednak było to na tyle silne, iż bez żadnego namysłu, przeszła nad trupem, odrzucając krzesło i przysiadła tuż obok niego na posłaniu. Chyba musiała być bardziej zdenerwowana niż sądziła, ponieważ szybko pochwyciła jego twarz we własne dłonie i wbiła w niego uważne a zarazem rozgorączkowane spojrzenie, czując jak drżą jej nie tylko ręce, ale i ramiona oraz rozchylone usta. Nie wiedziała, co się z nią dzieje. Ale działo się z nią coś wyjątkowo silnego i niedobrego.
OdpowiedzUsuń— To moja wina… — wykrztusiła wreszcie, pośpiesznie oglądając jego barki oraz ręce, w poszukiwaniu jakichkolwiek zadrapań bądź ugryzień — Zasnęłam nad tymi durnymi raportami, powinnam była wcześniej zareagować, coś zrobić… Nie jesteś ranny? Czy on zdążył…? — mówiła szybko, pewnie i wyraźnie, jednak przy ostatnim pytaniu głos znacząco jej zadrżał, a ona sama zacisnęła usta w wąską linię.
Czuła się winna… i to bardzo. Nie powinna była pozwolić sobie na sen. Przecież ciągle była w pracy! Miała obowiązek czuwać nad swoim pacjentem, nad którym opiekę powierzył jej sam główny lekarz. Jak mogła być tak głupia, aby zasnąć? Nigdy jej się to wcześniej nie przydarzało. A przynajmniej nie w takich momentach. Drzemała sobie wyłącznie wtedy, gdy przychodnia świeciła pustkami, i nie musiała się martwić o żadnego rannego. Teraz popełniła poważny błąd, który o mało nie kosztował panicza Tylera jego własnego życia. Mógł ją denerwować, i mogła pragnąć go udusić władnymi, gołymi rękami, ale nigdy, przenigdy nie życzyła mu podobnej śmierci. Wiedziała, iż byłby to okrutny i bezsensowny przejaw losu, o którym nigdy by już nie zapomniała. Obwiniałaby się o to do końca swoich dni, bez względu na to, jak wiele niechcianych zmian wprowadził w jej życiu, i jak bardzo starała się tego wszystkiego uniknąć. Najwyraźniej jednak już od dawna była na przegranej pozycji. A już zwłaszcza teraz, gdy ponownie znalazła się tak blisko niego, prawie kompletnie nieświadoma reakcji własnego organizmu. Poczuła, jak ją obejmuję, a ona zamiast natychmiast się odsunąć, nie pozwalając sobie na nic, co wykraczałoby poza jej własne zasady, zwyczajnie mu na to pozwoliła… Ba! Nie dość, że nie dała mu po głowie, to i jeszcze sama ułożyła mu dłonie na plecach, zaciskając kurczowo palce na materiale jego koszuli. To wszystko wydawało jej się takie nierealne, a jednak siedziała tam i nie potrafiła od niego uciec. Chwila nieuwagi i stałoby się coś, po czym zniknąłby na zawsze. I może była już zbyt zmęczona i nadal za bardzo poddenerwowana tymi wszystkimi wydarzeniami, aby klarownie myśleć, jednak nie potrafiła sobie tego wyobrazić. Ni cholerę…
OdpowiedzUsuń— Nie, to ja nie powinnam… — urwała jednak w połowie zdania, czując, iż nawet zwykłe podziękowania jasnowłosego zwiadowcy wzbierają w niej nową falę niedowierzania oraz poczucia winy. A może nie chodziło o same słowa, a o sposób, w jaki je wypowiedział? Będąc zaledwie parę centymetrów dalej, owiewając jej twarz swoim ciepłym, choć nadal drżącym oddechem. Przełknęła powoli ślinę, unosząc powoli swe ciemne ślepia. — To przez twoją krew… — oznajmiła w końcu, nieco ciszej i spokojniej niż dotychczas. Chyba czuła potrzebę wypowiedzenia tego na głos, aby choć częściowo postarać się wyjaśnić mu, jak do tego doszło. — Po podaniu ją twojemu koledze, musiało nastąpić opóźnienie w przemianie… zdrowa krew wymieszała się z zakażoną, i dlatego wydawało mi się, że wszystko z nim w porządku, że tylko śpi… A on musiał być już wtedy w trakcie przemiany — skrzywiła się lekko, spoglądając kątem oka na leżące przy łóżku zwłoki. Oszukał ich wszystkich. I prawie udało mu się ugryźć Josha. To mogłoby oznaczać koniec całego Obozu… jeśli ten truposz by go zabił, a on powstał z niezaspokojonym głodem… Wirus rozniósłby się po całej wyspie w jedną noc. Czy ona byłaby zdolna pociągnąć za spust, gdyby stanął jej na drodze? Na samo wyobrażenie tej upiornej chwili, przymknęła powieki, czując bolesne ukłucie w okolicach serca. Jej umysł był rozstrojony – zmęczenie i stres zrobiły swoje, przez co zachowywała się w sposób zupełnie dla siebie nieodpowiedni. Wiedziała, że powinna się odsunąć, ale zupełnie nie miała siły…
Była tak wykończona tym wszystkim, iż nie myślała już trzeźwo. To dlatego pozwoliła się trzymać w jego ramionach, tłamsząc własny instynkt samozachowawczy oraz niszcząc tak pieczołowicie tworzone przez siebie zasady. Miały jej ułatwić spokojne życie i pozwolić nie martwić się o kogoś, na kim będzie jej zbyt mocno zależało; pozwolić nie popaść w rozpacz, gdyby stało się coś złego, coś nieodwracalnego… zupełnie tak, jak teraz. Nie chciała już o tym myśleć, jednak nadal miała przed oczami chwilę, gdy wkroczyła do ciemnego pokoju, widząc ogromną smugę krwi na parkiecie. Od razu poczuła dreszcze na plecach, choć przecież nadal buzowało w niej tyle emocji, iż nie było mowy, aby nagle zrobiło jej się zimno. Uspokajała się, ale stopniowo… Wiedziała, że musiała kogoś zawiadomić. I to najlepiej zaraz, dopóki mieszkańcy byli w swoich domach, i żadne z nich nie miało szans dowiedzieć się o tym, co tutaj zaszło. Katherine wolała zachować to wszystko w tajemnicy. Po co wzbudzać niepotrzebną panikę lub nie daj boże dopuścić do pogorszenia się panującego w Obozie nastroju? Rada z pewnością się z nią zgodzi… zaraz wstanie i zacznie sprzątać. Bishop powinien już niedługo wrócić. Obiecał, że wróci. Wtedy podejmą odpowiednie kroki. W końcu był jednym z członków Rady, miał prawo decydować. Jednak nim do tego dojdzie, Katherine uspokoi nieco własny oddech, zwolni rytm serca… i postara się nie stracić ani grama cierpliwości, w czasie, gdy jasnowłosy zwiadowca znów postanowi trochę ją poirytować. Westchnęła w myślach, słysząc jego porównanie. I choć było głupie i dziecinne, uśmiechnęła się lekko, kręcąc przy tym nieznacznie swą ciemną czupryną. Obudziła go, ale to przez nią doszło do całej tej sytuacji, i dlatego w żaden sposób nie mogła czuć się bohaterem. Zawiniła i dobrze o tym wiedziała. Nic nie zmieni jej zdania…
OdpowiedzUsuń— To był twój kolega, przykro mi… — mruknęła cicho, podwijając odrobinę nogi, aby nie wisiały w powietrzu. Nie miała pojęcia, jak bardzo się ze sobą przyjaźnili, ale tak czy inaczej, zabicie kogoś, z kim się pracowało, ryzykując własne życie, nie było przyjemnym przeżyciem. Zamierzała powiedzieć coś więcej, gdy niespodziewane pytanie jasnowłosego zwiadowcy, kompletnie wybiło ją z rytmu. Szybko odsunęła się od niego, spoglądając na niego z wyraźnym brakiem zrozumienia w ciemnych oczach. To, co sugerował, było niemożliwe! I chciała mu to zaraz powiedzieć… ale pewien cień wątpliwości jej na to nie pozwolił. — Zadbałam o to, aby jego krew nie dostała się do twojego organizmu… — powiedziała powoli, marszcząc lekko ciemne brwi. Może powinna była zdenerwować się, iż kwestionował jej umiejętności, jednak po tym, co przed chwilą przeszli, nagle ogarnęło ją dziwne zwątpienie. — Dwa razy sprawdziłam połączenie i rurki, to nie możliwe, żebyś… Nie, po prostu nie — oświadczyła. Zrobiła wszystko tak, jak należy i nie dopuściła się żadnego niedopatrzenia. Josh nie został zarażony. Nie mógł zostać zarażony…
Powinna była wziąć się w garść – początkowy strach zaczynał już powoli opadać, tak jak i większość negatywnych emocji związanych z tym nieszczęsnym zajściem. Choć pytanie jasnowłosego zwiadowcy z początku nastręczyło jej trochę wątpliwości, pozbyła się ich jak najszybciej tylko potrafiła. Wiedziała bowiem, iż zrobiła wszystko, aby uchronić go przed losem, który spotkał jego biednego kolegę. Zadbała o to, aby rurki były czyste, a żadna z nich nie pobrała krwi od rannego, przekazując ją do organizmu panicza Tylera. Przeanalizowała tą chwilę parokrotnie, we własnych myślach i wspomnieniach, będąc pewną, iż nie popełniła żadnego błędu. To ją znacznie uspokoiło i pomogło jej się wyciszyć. Mogła już przystąpić do działania. A przecież miała, co robić… nie powinna była siedzieć z założonymi rękami, i czekać na posiłki. Choć z drugiej strony, nie miała też ochoty nigdzie się ruszać. Większość emocji odeszło już w zapomnienie, jednak uścisk jasnowłosego zwiadowcy nadal pozostawał jak najbardziej realny. Normalnie zaraz by się od niego odsunęła, jednak teraz… cóż, miała z tym pewne problemy. Zwłaszcza, gdy mówił o śmierci swojego kolegi, o zawiedzionych nadziejach oraz przekazywaniu złych wiadomości… Katherine również czuła się paskudnie, i nawet nie starała się tego ukrywać. Zarówno fizycznie jak i psychicznie…
OdpowiedzUsuń— Staraliście się mu pomóc… wszyscy się staraliśmy — westchnęła w końcu, wreszcie zdobywając się na to, aby bardzo powoli, jednak stanowczo odkleić się od jego klatki piersiowej, prostując się na posłaniu. Na jej twarzy jednak nie było widać żadnego, choćby najmniejszego grymasu zniesmaczenia bądź złości. Chyba po prostu nie miała już na to siły… Wpatrywała się przez chwilę w nieruchome zwłoki nieżyjącego już mężczyzny. Rozmyślała o tym, co zaszło – o tym, jak zdrowa krew Josha zwolniła proces przemiany, mamiąc zarówno ją jak i głównego lekarza. Z jednej strony było to niesamowite odkrycie, jednak z drugiej nie przywróci ono życia temu biednemu człowiekowi, który tyle wycierpiał, i wszystko poszło na marne…
— Nie może tak tu leżeć — oświadczyła nagle, przerywając ciszę, jaka zapadła w niewielkiej salce. Podniosła się powoli z posłania i podeszła do stojącego nieopodal łóżka. Ściągnęła z niego lekko szarawy i wyraźnie przerzedzony koc, którym nakryła zwłoki. Zapaliła również jedną z lampek, wypełniając pomieszczenie nikłym, słabym blaskiem. Wtedy też spojrzała na jasnowłosego zwiadowcę, przybierając dość trudny do opisania wyraz twarzy. Przed chwilą była przerażona, na samą myśl o tym, co mogło mu się przydarzyć. Teraz natomiast starała się zrozumieć, dlaczego tak silnie zareagowała. Dla niej nadal było to nowe, i bardzo nietypowe. Pragnęła niezależności, a czuła, iż z każdą sekundą wymykała jej się ona z rąk...
Chyba była bardziej rozstrojona, niż mogła przypuszczać, ponieważ w ogóle nie zareagowała na słowa jasnowłosego zwiadowcy, pozwalając mu wstać z posłania, na którym miał leżeć i grzecznie odpoczywać. Całe to zajście kosztowało ją dużo nerwów oraz całkiem sporo niewypowiedzianych emocji, o których bała się nawet pomyśleć, aby nie pogrążyć się w rozpaczy nad własnym, nędznym losem, jaki właśnie sobie zgotowała. Nie tylko doszło do tego, iż straciła swoją czujność, ale i na moment zapomniała o swoim należytym miejscu; o swojej masce, którą nakładała na siebie niemal codziennie, starając się zachowywać rozsądnie o każdej porze dnia i nocy. Nie chciała cierpieć, nie chciała pozwolić sobie na żadną słabość, ponieważ uważała, iż szybciej wpędzi ją to do grobu. I dlatego broniła się przed wszystkimi, zbyt silnymi uczuciami, jakie potrafiły ją nawiedzić, poczynając od pospolitego i śmierdzącego strachu, a kończąc na… no właśnie, na czym? Katherine nie miała bladego pojęcia, co też kryło się w jej sercu, jednak musiało być to wyjątkowo mocne uczucie – takie, które napawało ją sporą dozą lęku i poczuciem miażdżącej bezsilności. I może to właśnie dlatego nie potrafiła na niego spojrzeć? Parę sekund temu pozwoliła sobie popełnić te karygodne potknięcie, zupełnie tak, jakby nie potrafiła uczyć się na własnych błędach. Tym razem patrzyła jednak twardo na zakryte kocem zwłoki, dopiero po chwili reagując na jego słowa o rozmazanej na posadzce krwi. Przeniosła wzrok na podłogę i skrzywiła się lekko, czując przenikliwy chłód na ramionach. Zadrżała lekko, jednak nie chciała, aby to dostrzegł. Dlatego szybkim i stanowczym ruchem dłoni odgarnęła z twarzy ciemne kosmyki włosów, prostując się jak struna i mrużąc delikatnie ciemne oczy.
OdpowiedzUsuń— Pójdę po wiadro z wodą, parę ścierek… i rękawiczki — oświadczyła cicho, choć na tyle wyraźnie i płynnie, iż nie jeden laik dałby się nabrać, na jej wewnętrzne opanowanie oraz spokój. Tak naprawdę nadal była cała roztrzęsiona – z jednej strony przeżywała to, co się tu wydarzyło, to co stało się z tym biednym mężczyzną i to, co o mały włos nie przytrafiło się samemu jasnowłosemu zwiadowcy, a z drugiej nie rozumiała i nie potrafiła ogarnąć własnych emocji, które zaczęły ją powoli przytłaczać i ciągnąć na dno, jak kupa ciężkich kamieni przywiązanych do jej nogi. Postanowiła szybko opuścić pokój, i tak też zrobiła. Gdy wyszła na pusty korytarz poczuła się trochę lepiej, choć nie wiedzieć czemu podparła się o ścianę, oddychając głęboko. Musiała się jakoś opanować i skupić na podstawowym zadaniu… To co, że właśnie przed chwilą, pierwszy raz od bardzo dawna, ponownie zajrzała śmierci w oczy? Życie za murem uśpiło w niej pewien naturalny, psychiczny odruch obronny, bez którego od razu przypomniała sobie o wszystkich najgorszych chwilach w przeciągu minionego roku, jakich miała okazję doświadczyć w związku z apokalipsą. Tak też można było tłumaczyć jej dziwne rozbicie, choć dobrze wiedziała, iż nie chodziło tu wyłącznie o jej własne wspomnienia, ale także o to, jak nie wiele brakowało, aby życie stracił ktoś, do kogo chyba całkiem nieświadomie zdążyła się już przyzwyczaić… albo co gorsza, coś więcej.
Potrzebowała chwili, aby odetchnąć… ale nie spodziewała się, iż ta jedna chwila przerodzi się w kilka, wprawiając ją w dziwne odrętwienie i niepewność. To prawda, że nadal przeżywała to, co zaszło niespełna paręnaście minut temu. Była przekonana, że szybka interwencja pozostałych zwiadowców uratowała życie ich przyjaciela. Zresztą, nie tylko ich pomoc się tu liczyła, ale także ogromne zaangażowanie całego personelu medycznego, który zjawił się w klinice o tak później porze, a następnie spędził wiele czasu na żmudnej pracy, starając się zatamować krwotok i zszyć nogę… Katherine włożyła w to wszystko sporo wysiłku, myśląc… a raczej, mając nadzieję, i to niezwykle silną, że wszystko się jakoś ułoży. Odkąd zaczęła pracę w przychodni, nigdy, ale to przenigdy, nie była świadkiem niczyjej śmierci. Najczęściej opatrywała lekko rannych lub zwyczajnie chorych, jednak naprawdę trudne przypadki zdarzały się niezwykle rzadko. To dlatego, że na wyspie było względnie bezpiecznie. No, i jeśli komuś przytrafiło się zbyt bliskie spotkanie z zombie, już nigdy nie wracał zza murów. Dziś wydarzyło się coś, czego nie była świadkiem od bardzo dawna. I dlatego wywołało to w niej tyle przykrych emocji. A jak wiadomo, mieszanka stresu, frustracji oraz strachu potrafiła być wykańczająca. To dlatego musiała się na chwilę zatrzymać, i to najlepiej z dala od tych paskudnych zwłok, które zabrudziły jej całą podłogę… i niemal nie przyprawiły o zawał serca. Wiedziała, że gdyby doszło do kolejnej tragedii, tylko ona byłaby jej winna. I ta świadomość bolała… Zwłaszcza, gdy czuła na sobie jego spojrzenie. Zwłaszcza, gdy znów ją dotykał.
OdpowiedzUsuń— Nie, wszystko w porządku… — zaprzeczyła w naturalnym odruchu, wreszcie odrywając mętne spojrzenie od jednego z okien, aby przenieść je powoli na sylwetkę jasnowłosego zwiadowcy. Poczuła, jak jej serce przyśpiesza rytm, a jednocześnie kurczy się dotkliwie, powodując bliżej nieokreślone uczucie strachu i zmieszania. Jej umysł nakazywał jej zachowanie rozsądku i jak najszybsze oddalenie się, jednak jej nogi miały swoje własne zdanie i stały twardo tam, gdzie zastał ją panicz Tyler. Wiedziała, że powinna zachować się jak dorosła, zbagatelizować to wszystko i ponownie uciec, nie narażając się na zbytni kontakt… jednak nie potrafiła tego zrobić. Stała, nadal oparta o ścianę, wpatrując się w ciemności na dłoń Josha, którą obejmował jej rękę. Faktycznie, była lodowato zimna, ale zupełnie nie zwracała na to uwagi…
— Narobisz jeszcze większego bałaganu… — stwierdziła nagle, a na jej ustach nagle pojawił się uśmiech. Słaby, bo słaby, ale jednak uśmiech. A później, nie kontrolując własnych słów, powiedziała coś głupiego. Niby nic, dla kogoś normalnego, kto nie odrzucił wcześniej własnych emocji i uczuć, ale dla niej… — Znam cię zbyt dobrze, aby mieć tego świadomość — dodała ciszej, unosząc na niego spojrzenie. Czy on widział, jak kurczyła się w sobie, starając się mu uciec? Widział, ile ją to wszystko kosztowało… i z jak ogromnym kretesem, powoli zaczynała przegrywać? Bo dla niej było to przerażające… jednak działo się. Właśnie tu i teraz, gdy patrzyła na niego bez słowa, czując jak zaczynają drżeć jej dłonie, a nawet wargi…
Nie wiedziała, co się z nią dzieje. Choć zaraz, chwileczkę… wiedziała jedynie tyle, że było to coś złego, ponieważ kazało jej odrzucić wszelki rozsądek i zapomnieć się w chwili, która mogła ją bardzo, ale to bardzo drogo kosztować. Przecież doskonale zdawała sobie sprawę z tego, czym zajmował się panicz Tyler, i jak często wychodził poza bezpieczne mury obozu, narażając swoje życie w imię większego dobra… Czy jakkolwiek nazywała to Rada, aby usprawiedliwić swoją własną bezczynność oraz oczywisty strach. Katherine nie chciała o tym myśleć, ale im dłużej przy niej stał, tym bardziej bolała ją świadomość tego wszystkiego. Gdyby mogła, zakazałaby mu oraz reszcie jego kolegów wyściubiania nosów poza Obóz, bojąc się, iż co najmniej połowa z nich już nigdy nie wróci. Ale z drugiej strony, ktoś musiał zabijać pałętających się w pobliżu Szwędaczy, ktoś musiał patrolować teren… tylko, czemu był to akurat on…? Tego nie potrafiła zrozumieć. Tak jak i siebie samej, w tej właśnie chwili, gdy zachowywała się tak głupio i irracjonalnie – zupełnie nagannie. Do niedawna pragnęła dla siebie zupełnie innej roli. Tej wyobcowanej, może nieco chłodnej, ale zawsze opanowanej… a teraz? Jakby coś w niej pękło. I to już po raz kolejny w minionym czasie. Dlaczego nic nie potrafiła na to poradzić? Odpowiedź mogła być bardzo banalna... Nawet ona tęskniła za tym, co utraciła przez nagłą apokalipsę. I nie miała na myśli wyłącznie swojej pracy, czterech kątów czy kontaktu z bliskimi… Od dawna nie czuła się tak bezradna jak teraz, ale wzmagający się ucisk w sercu sugerował jej, iż poniekąd było to przyjemne uczucie. Tak samo jak to, płynące z jego silnego dotyku oraz ciepła bijącego z postawnej sylwetki, którą dosłownie przesłonił jej cały świat… którym akurat okazał się być widok ciemności malującej skrytej za nieszczelnym oknem. Nabrała więcej powietrza w płuca, zamierając, gdy poczuła jak jego palce, w przypływie emocji i niespotykanej delikatności, muskają jej policzek. To z pewnością nie pomogło jej w powstrzymaniu drżenia, choć wcale nie było jej zimo… wręcz przeciwnie. Z trudem łapała powietrze, jakby wokół panowała prawdziwa duchota. A to wszystko za sprawą tego oto, jasnowłosego mężczyzny, który zbliżając się do niej, ostatecznie udowodnił, jak słaba była. Nie potrafiła uciec, i nie mogłaby tego zrobić. Bo chyba nie chciała...
OdpowiedzUsuń— Nie, nie jest mi zimno… wszystko jest… — w porządku, właśnie to zamierzała powiedzieć, ponownie się powtarzając, gdy jej głos niespodziewanie się załamał, a ona sama zupełnie instynktownie pozwoliła swoim powiekom zacząć powoli opadać, już czując bolesne mrowienie na własnych wargach. Zdążyła jeszcze pomyśleć, że ten dzień tak wiele zmienił, iż nie uda jej się zasnąć… ale właśnie wtedy, z drugiego końca korytarza dobiegł głośny trzask otwieranych drzwi i odgłos szybko stawianych kroków. Katherine rozchyliła szerzej powieki i nieustannie patrząc na panicza Tylera, z tysiącem niewypowiedzianych na głos słów, westchnęła bezgłośnie, czując napływ kolejnej fali rozgoryczenia.
— Katherine…? — usłyszała nawoływanie, dochodzące z jej własnego gabinetu — Kath… — nagle głos zamarł, a panna Holmes domyśliła się, iż główny lekarz, który najwyraźniej przyjął już poród i postanowił wrócić do przychodni, właśnie natknął się na bałagan w sali zabiegowej i ślady szkarłatnej krwi na posadzce. I znów wszystko zacznie się od początku. Wspomnienia, przewijane klatka po klatce, które wyryją się w jej głowie na dobre. Tak jak to, iż teraz, teoretycznie powinna zdobyć się na siłę i wymknąć mu się z rąk, nim jej przełożony w ogóle ich dostrzeże. A jednak tym razem nie poruszyła się, i nadal stała w miejscu, wpatrując się w oblicze Josha i mając skrajne nadzieje, że to sen, i że chyba nie chce się budzić.
Już chyba zapomniała, jak bardzo zdążyła się stęsknić za bliskością i dotykiem drugiej osoby, który byłby na tyle kojący, czuły oraz ciepły, iż wypędziłby z jej głowy wszelkie, paskudne myśli. Ale teoretycznie wiedziała, na co się skazuje, gdy zaraz po przybyciu na wyspę postanowiła trzymać się do wszystkich z daleka. Wiedziała, iż oznaczało to pewnego rodzaju samotność oraz naturalną anonimowość wśród tłumu. Katherine była częścią Obozu, a jakby jednocześnie odsuwała się od niego jak najdalej tylko mogła. A wszystko po to, aby oszczędzić sobie zbędnego cierpienia. Ileż to łez naoglądała się w drodze do bezpiecznego schronienia? Ileż nieszczęśliwych historii wysłuchała, opatrując rannych i każąc się im wziąć w garść? Ile sama wycierpiała, tęskniąc za swoimi bliskimi, o których nie miała żadnych, nawet najmniejszych wieści…? Uważała, iż nie była gotowa narażać się na kolejną utratę, a już zwłaszcza wtedy, gdyby okazało się, iż została całkiem sama na świecie… Choć nadal starała się wierzyć, że jej rodzina ma się dobrze, i jakoś udało im się przetrwać to piekło, z każdym kolejnym miesiącem miała coraz więcej wątpliwości, a w nocy długo nie mogła zasnąć, rozmyślając o swoich uśmiechniętych rodzicach oraz rodzeństwie. Chciała, aby wszystko było dobrze… Ale nic nie mogła zrobić. Tak jak i teraz, gdy działo się z nią coś niedobrego, a wszystko to pod wpływem obecności jasnowłosego zwiadowcy. Czuła, jak bolą ją płuca, ponieważ starała się głęboko oddychać, aby zapanować nad drżeniem całego swego ciała, łącznie z lekko rozchylonymi wargami. Im niżej jednak Josh się nad nią nachylał, tym trudniej było jej wytrzymać, a kolana zaczynały odmawiać posłuszeństwa. Dobrze, że stała oparta o ścianę, inaczej zrobiłaby coś bardzo głupiego, kompletnie się pogrążając, a tak… Nagle wszystko prysło. Pojawienie się Bishopa przerwało im to, do czego miało za chwilę dojść, a sama Katherine jeszcze przez długich parę sekund nie mogła dojść do siebie, dygocąc wewnątrz i na zewnątrz. On właśnie zamierzał… on chciał, a ona zamierzała mu pozwolić...
OdpowiedzUsuń— Mark, nic się nie stało… — odezwała się w końcu, gdy tuż obok nich zmaterializowała się sylwetka przerażonego lekarza. Wyglądał tak, jakby nie mógł uwierzyć w to, co właśnie się stało, i chyba tylko dlatego panna Holmes odnalazła w sobie wystarczające pokłady siły, aby zapanować nad własnym organizmem, a następnie ujarzmić część myśli i odepchnąć się od ściany. Nie patrzyła na Josha, bo po prostu bała się na niego patrzeć. — To ta krew, to ona spowolniła proces przemiany… Powinnam się była domyślić — dodała ciszej, niemal sztywno, nie odrywając wzroku od swojego przełożonego, który widać trawił to wszystko we własnej głowie, nim wreszcie nie spojrzał na nią i nie pokręcił lekko głową. To nie był dobry czas na tego typu dyskusję, i nawet Katherine zdawała sobie z tego sprawę. Zamilkła więc na dłużej, trwając przez chwilę w głuchej ciszy. Wreszcie Mark nabrał powietrza i przystąpił do sedna…
Usuń— Czy ktoś inny o tym wie…? — na pytanie Bishopa, powoli zaprzeczyła, a następnie, starając się nie komplikować, wyjaśniła mu, co się wydarzyło. Łącznie z atakiem martwego zwiadowcy na swojego byłego kompana. Lekarz słuchał tego wszystkiego z dość nietęgą miną, a gdy Katherine skończyła mówić, milczał przez pewien czas, analizując wszystko na chłodno. Wreszcie, po minucie, a może dwóch, zadecydował, aby jak najszybciej spalić ciało i posprzątać ten bałagan. Nie było sensu wzywać tu nikogo z Rady, bo i tak nic by to nie dało, dlatego Bishop oznajmił, iż powiadomi ich o tym z samego rana, zaraz po śniadaniu. Teraz najważniejsze było, aby wyczyścić ambulatorium oraz pozbyć się wszelkich śladów tego zdarzenia. Nie mogli sobie pozwolić na wybuch paniki w Obozie, inaczej źle by się to skończyło. Katherine podzielała jego zdanie, dlatego od razu zaproponowała, iż zajmie się wysprzątaniem sal. Bishop nie miał nic przeciwko. Szybko odwróciła się na pięcie i zniknęła w głębi pomieszczenia. Mark i Josh zajmą się ciałem, a ona zabawi się w sprzątaczkę… i złapie chwilę oddechu, starając się zapanować nad wzmożoną ochotą ucieczki. Nie tylko z tego ponurego i ciemnego miejsca, ale także przed samym paniczem Tylerem.
Posprzątanie sal zajęło jej niespełna półgodziny. Najpierw pozbyła się wszystkich skażonych bądź zaplamionych krwią narzędzi oraz materiałów, pakując je do specjalnego worka, w którym trzymano niebezpieczne odpady medyczne. Następnie, starając się odpowiednio śpieszyć i nie tracić czasu, wzięła się za szorowanie posadzki. To zajęło jej najwięcej czasu, ponieważ musiała dwukrotnie upewnić się, iż pozostała na podłodze krew całkowicie zniknęła. Wiedziała, że z samego rana, zjawią się tu sprzątaczki, tak jak w każdy piątek, bawiąc się w dokładne i staranne dezynfekowanie pomieszczeń, aby pracujący tu personel nie musiał się tym przejmować. Dlatego zdawała sobie sprawę z tego, iż nie musiała martwić się porozrzucanym sprzętem, czy też bałaganem na półkach – tymi sprawami zajmie się specjalna ekipa, natomiast ona sama zadbała jedynie o skrupulatne pozbycie się śladów bytności zmarłego przedwcześnie zwiadowcy. Czuła się z tym trochę dziwnie, to prawda, ponieważ nie tak powinno się żegnać człowieka, który przez wiele miesięcy poświęcał się dla dobra mieszkańców, ryzykując swoim własnym życiem za murami Obozu. Wiedziała jednak, iż nie mieli innego wyjścia. Musieli zachować wszelkie pozory normalności, aby żaden z obozowiczów nigdy nie domyślił się tego, co też dzisiaj zaszło. Dlatego tak bardzo zależało jej na sprężeniu się – miała też dość tego miejsca. Normalnie nie wyobrażała sobie swojego życia bez przychodzenia tu i pomagania innym, tym samym zajmując sobie czas czymś pożytecznym… Teraz jednak chciała stąd uciec i przynajmniej jeden dzień spędzić we własnym domu, zakopana pod stertą ciepłych kocy. Z dala od smrodu rozkładającego się ciała, wymieszanego z krwią i lekami. Z dala od wspomnień o jasnowłosym zwiadowcy, który sprawił, iż poczuła się mała, nikła i słaba… Ze złością cisnęła workiem z odpadami do kontenera, wiedząc, iż za parę dni, specjalnie wyznaczeni do tego ludzie, spalą całą jego zawartość. Upewniła się tylko, iż porządnie zamknęła za sobą pokrywę, a następnie wróciła do wnętrza przychodni, akurat napotykając się na swojego przełożonego i panicza Tylera. I znów poczuła te charakterystyczne ciarki, gdy przez ułamek sekundy ich spojrzenia się spotkały… Dlaczego to bolało…?
OdpowiedzUsuń— Na dzisiaj koniec z tym wszystkim — Bishop wyglądał na zmęczonego. Tak jak i oni potrzebował snu i wypoczynku, tak więc Katherine wcale nie zdziwiła się, gdy po chwili wyją z kieszeni kurtki kluczyki do samochodu, spoglądając na nich znacząco. — Zaraz zamknę przychodnię, i zawiozę was do domu, zgoda?
Panna Holmes przyjęła tą propozycję z ogromną ulgą. Była padnięta i jedyne, o czym teraz marzyła, to wrócić do siebie i postarać się, choć na chwilę zapomnieć… Wiedziała, że nigdy nie uda jej się wymazać z pamięci tego koszmarnego wieczoru, jednak pragnęła odrobiny odpoczynku, odrobiny snu… Gdy już się wyśpi, może wszystko stanie się łatwiejsze…? Kto wie, mogła mieć taką nadzieję, choć bała się własnych myśli, które osaczą ją zaraz po tym, gdy przekroczy próg swojego pustego i cichego domu. Dopadną ją w dwie sekundy, nie pozwalając skupić się na niczym innym, niż na tym, co dzisiaj zaszło. Mieszanka strachu, niepewności… i ekscytacji. Tych uczuć pragnęła się wyprzeć, jednocześnie wiedząc, iż nie było to możliwe. Starała się jednak nad sobą panować, i dlatego skupiała się głównie na Marku, nie chcąc ponownie się rozpraszać widokiem będącego tuż na wyciągnięcie ręki panicza Tylera. Zgodziła się, aby jej przełożony odwiózł ją do domu. I tak miał po drodze. Zabrała więc swoje rzeczy z gabinetu, gasząc światła i wychodząc za mężczyznami z przychodni. Samochód Marka stał zaparkowany na ulicy. Bez wykłócania się o miejsce, zajęła te z tyłu, mając cichą nadzieję, iż Josh postanowi usiąść tuż obok kierowcy…
Podróż minęła spokojnie i w całkowitej ciszy. Ani Katherine, ani towarzyszący jej mężczyźni, nie byli skorzy do rozmowy… i nie było w tym nic dziwnego. Wszyscy, w mniejszym lub w większym stopniu, wiele dzisiaj przeszli, a szczególnie ona oraz jasnowłosy zwiadowca, który o mały włos, a skończyłby tak, jak jego nieszczęsny towarzysz broni. Na samo wspomnienie tegodreszczowca, pannę Holmes ogarniały mdłości. Natychmiast jednak tłumaczyła je swoim zmęczeniem oraz wyboistą drogą. Starała się patrzeć głównie przez okno – na ciemne, bezkształtne budynki, na spokojną wodę i malujące się na jej tle, pogrążone w mroku miasto. Był to niebywale smutny widok, jednak nadal o stokroć lepszy, niż usilne wpatrywanie się w tył jasnej czupryny pewnego mężczyzny, który, dosłownie i w przenośni, właśnie wywrócił jej całe życie do góry nogami, usuwając stabilny grunt spod stóp. Tak – uważała, że bardzo ją skrzywdził, ponieważ ukazał jej pewną słabość, której nie była w stanie się wyzbyć. Próbowała się jej opierać, długo i skrupulatnie, jednak nie wiele z tego wyszło. Dzisiejszego dnia doskonale mogła się o tym przekonać, i nie potrzebowała już więcej dowodów na to, iż jego ciągłe towarzystwo, wesoły uśmiech oraz pogodne spojrzenie zwyczajnie ją zmieniły. I owszem, bała się tego. Cholernie się bała. Dlatego resztkami sił pragnęła ratować się z tej opresji, przynajmniej dopóki starczyło jej sił. Może los się do niej uśmiechnie, i Josh uzna ją w końcu za wariatkę? Może po tym, co dzisiaj zaszło, całkowicie sobie odpuści, znudzony bądź zniesmaczony jej zachowaniem…? Taką miała nadzieję, i właśnie w ten sposób starała się pocieszyć, podskakując na tylnym siedzeniu samochodu Bishopa. Na szczęście, po kolejnych paru minutach, wreszcie dotarli do celu. Wjechali na cichą i spokojną uliczkę pewnego niewielkiego osiedla, na którym Katherine mieszkała zaledwie od paru tygodni. Jej dom – stary i nieco sfatygowany – stał na samym rogu, a wokół niego nie paliło się ani jedno, pojedyncze światło. Gdy Mark stanął niemal na samym podjeździe, w pierwszej chwili była gotowa wyskoczyć z samochodu jak oparzona, nie żegnając się z nikim ani jednym słowem. Powstrzymała się jednak, uznając, iż byłoby to wyjątkowo podłe i niekulturalne zachowanie, nawet jak na nią. W dodatku, kierowcą był jej bezpośredni przełożony, i jeśli następnego dnia nie chciała mu się tłumaczyć, co w nią wstąpiło, powinna zachować choć szczątkowe pozory normalności. Co wcale nie było łatwe. Zwłaszcza, gdy jasnowłosy zwiadowca zwrócił się do niej, życząc jej dobrej nocy…
OdpowiedzUsuń— Dobranoc… — odparła cicho, nie potrafiąc zdobyć się na wiele więcej. Wystarczy, iż znów zrobiła coś głupiego, i uniosła ciemne spojrzenie na jasne ślepia panicza Tylera. Po tym, jak silnie zakuło ją serce, domyśliła się, iż popełniła poważny błąd. Dlatego dość szybko wysiadła z samochodu i zatrzaskując za sobą drzwi, ruszyła powoli przed siebie, wygrzebując z kieszeni kurtki niewielki pęk kluczy. Po chwili przekroczyła próg swojego domostwa, i dopiero tam – w absolutnej samotności oraz ciszy – pozwoliła sobie zrzucić na podłogę własną torbę i zakryć twarz dłońmi, czując jak bliska jest upadku…
Już dawno temu powinna była tu posprzątać – mieszkała w nowym domu od niespełna miesiąca z tygodniem, a nadal nie rozpakowała niektórych swoich toreb, nawet nie tknąwszy większość kartonowych pudeł, które zastała zaraz po przeprowadzce, a w których wciąż leżały rzeczy poprzednich właścicieli. Nie wiadomo, co się z nimi stało, choć Katherine domyślała się, iż z pewnością nic dobrego, skoro już nigdy tu nie wrócili. Tak czy inaczej, ostatnimi czasy miała masę spraw na głowie, i dlatego niemal na śmierć zapomniała o porządnym rozpakowaniu się i zadomowieniu… a z tym drugim mogła mieć pewne poważne problemy. Tęskniła za swoim niewielkim mieszkaniem w starym bloku – przyzwyczaiła się do niego, traktowała jak swoje… Ale niestety. Uległo zniszczeniu i musiała się wyprowadzić. Ten dom, z trzema sypialniami, dwoma łazienkami, ogromną kuchnią i salonem był dla niej zdecydowanie za duży. W końcu mieszkała w nim sama, nie mając rodziny, z którą mogłaby go dzielić. I może, dlatego, podświadomie nie czuła się w nim najlepiej. Panująca tu cisza oraz bezruch czasami niezmiernie ją irytowały. I chyba też trochę przygnębiały, co oczywiście bardzo ją denerwowało i wprawiało w parszywy nastrój. Dlatego, aby zająć czymś własne, nieciekawe myśli, których ostatnio namnożyło się zdecydowanie zbyt wiele, postanowiła wziąć się za porządki. Od rana, a miała dzień wolny od pracy, przewalała kartonowe pudła, na zmianę z wycieraniem kurzy i szorowaniem okien. Dzień był piękny i słoneczny, dlatego praca szła jej w miarę gładko i prosto. Do południa zdążyła wyrzucić już trzy worki ze śmieciami, i zapełnić kolejne dwa rzeczami, które przy najbliżej okazji postara się oddać do magazynu. Nie potrzebowała przecież ani dziecięcych zabawek ani kolekcji książek kucharskich… może przydadzą się komuś innemu? Tak czy inaczej, gdy wybiła godzina druga po południu, dom był już niemal cały wysprzątany. Została jej już tylko nieco zapyziała kuchnia, w której obecnie siedziała, popijając ciepłą herbatę i skubiąc przyrządzoną naprędce jajecznicę. Musiała chwilę odpocząć, bo nieźle się zmachała. Ale czuła się dobrze. Nie miała czasu na myślenie, a właśnie tego najbardziej się obawiała. Ostatnio znów nie mogła spać, ponieważ dręczyło ją zbyt wiele rozmyślań, wątpliwości… i emocji. Nie powinna się rozpraszać. Wiedziała, że już niedługo czekało ją bardzo ważne zadanie. Wreszcie, po ponad roku czekania, miała szansę dopiąć swego i zrobić to, o czym myślała już od początku tej cholernej apokalipsy. Jeszcze tylko parę miesięcy – zima przeminie, ona zobaczy, jak wygląda świat poza murami… i zrobi to. Nakierowywała swoje myśli tylko na to. I przy wielkim poświęceniu udawało jej się na tym skupić, zwłaszcza przy przeglądaniu map i rozmyślaniu o ewentualnej trasie przemarszu… Co zabawne, wszystko poszło w łeb, gdy nagle usłyszała dość wyraźnie pukanie do drzwi, a serce podskoczyło jej do gardła. Nie wiedziała, czemu zareagowała tym dziwnym zdenerwowaniem… A może właśnie wiedziała, tylko podświadomie i nie chciała się do tego przyznać? Przełknęła jednak ostatni kęs zbyt słonej jajecznicy i ruszyła ku holu, aby po chwili odtworzyć drzwi na oścież… i przekląć szpetnie w myślach. Zamarła, starając się udawać, iż wszystko z nią w porządku. Przybrała na pozór obojętną minę, siląc się na równie spokojny ton głosu. Pomimo, iż jej wnętrzności właśnie zaczęły się skręcać, a po jej plecach przebiegł boleśnie przyjemny prąd elektryczny…
OdpowiedzUsuń— Znów sobie coś zrobiłeś, Tyler…? — westchnęła cicho, mając nadzieję, że to tylko zły sen, bo jeśli okaże się, że nie ma zwidów, a przed nią naprawdę stoi jasnowłosy zwiadowca, będzie miała przechlapane. Nie wiedziała, czy przyszedł ją ochrzanić za listę uczestników najbliższej wyprawy, czy jednak po coś innego… W każdym razie, była zdenerwowana, ale za nic w świecie nie chciała dać tego po sobie poznać.
Chyba spodziewała się, że właśnie tak to się skończy. Gdy niespełna parę dni temu zaciągnęła się do grupy, która miała za niedługi czas wyruszyć na dwutygodniową wyprawę za mury, była święcie przekonana, iż kilku konkretnym osobom bardzo, ale to bardzo nie spodoba się ten pomysł. Chociażby jej przełożony, jako pierwszy wyraził swoje ogromne niezadowolenie, pytając się, z jakich to powodów tak prędko jej do opuszczenia tego świata. Niestety, mimo, iż chciał na nią krzyczeć i przypomnieć jej o tutejszych obowiązkach, nie miał żadnych argumentów, aby zabronić jej iść, ponieważ dobrze wiedział, iż któryś z lekarzy musiał to zrobić. Taka była umowa i tego chciała Rada. A wiadomo, że nikt o zdrowych zmysłach nie puściłby na taką wyprawę samego Bishopa – głównego lekarza Obozu. Z kolei jedna pielęgniarka niedawno została mamą, a druga wyglądała tak, jakby miała się pochorować, na samą myśl o tym, aby wyściubić nos poza Obóz… Wybór więc był dziecinnie prosty. Tylko Katherine mogła iść, i tylko ona miała na tyle umiejętności oraz siły psychicznej, aby nie tylko pozabijać parę zombie, ale i wytrzymać w męskim towarzystwie prze kolejnych czternaście dni. Co zabawne, wcale nie martwiła się tym, iż coś ją dziabnie, zje bądź rozszarpie. Nie przejmowała się nawet tym, iż będzie zmuszona wysłuchiwać głupich, często sprośnych dowcipów, a na każdym kroku będą jej towarzyszyły baczne, szowinistyczne spojrzenia, zupełnie tak, jakby miała pięć lat i pierwszy raz w życiu trzymała w ręku naładowany pistolet. O nie, najbardziej bała się tego, iż w grupie znajdzie się ktoś, przy kim zapominała o swojej buntowniczej postawie, pozwalając sobie na słabość oraz bardzo bolesną szczerość… Jak widać, dzisiejsza wizyta potwierdziła jej obawy. Ale cóż mogła zrobić? Wycofać się…? Nigdy w życiu. Miała coś ważnego do zrobienia, a poza tym, nie zamierzała uciekać z podkulonym ogonem. Jakoś sobie poradzi. Musi…
OdpowiedzUsuń— A od kiedy to się tak… — o mnie martwisz, właśnie to zamierzała powiedzieć, jednak na szczęście zrozumiała, iż był to bardzo, ale to bardzo zły pomysł. Ugryzła się więc w język i zatrzaskując z impetem drzwi, odwróciła się w kierunku wszędobylskiego gościa, posyłając mu złowrogie spojrzenie. — Ogromnie się cieszę, że twoje życie towarzyskie z panią Potts kwitnie, ale nie rozumiem, co ty tu robisz — oświadczyła bardzo poważnym tonem, splatając dłonie na klatce piersiowej — Właściwie, to jestem trochę zajęta… I nie mam czasu na pogaduszki. Muszę przygotować się do wyjścia, więc… Może powinieneś zrobić to samo. Sam. U siebie w domu…? — patrzyła na niego wyczekująco, mając nadzieję, że zrozumie jej w miarę delikatną aluzję, którą też chciała mu potwierdzić, iż nie zamierza rezygnować z wycieczki poza mury. Bo jeśli myślał, że sobie odpuści, to bardzo grubo się mylił. Musiała jechać, to było ważne.
Od co najmniej tygodnia chodziła trochę nabuzowana. A to wszystko przez to, co spotkało ją w ambulatorium, gdy na jej zmianę przywieziono tam zwiadowcę z odciętą nogą. Ta noc wszystko zmieniła. Nie tylko w jej podejściu do pracy, ale także i jej podejściu do samego panicza Tylera. Wiedziała, że gdy wtedy zostali sami, stało się coś, czego już nie mogła cofnąć. Bardzo tego pragnęła… ale nie mogła. I teraz musiała się z tym jakoś uporać, i postarać się uśpić własne demony, który nie dawały jej normalnie spać, myśleć… zwyczajnie żyć jak dawniej, wierna swoim zasadom. Na szczęście, dzięki tej wyprawie, miała szansę skupić się na czymś mniej bolesnym, niż rozmyślanie o jasnowłosym zwiadowcy. Ta wycieczka da jej jedyną, niepowtarzalną szansę na zorientowanie się, jak wygląda sytuacja w mniejszych oraz większych miastach. A to z kolei pomoże jej w realizacji swojego wielkiego planu. Był on dla niej bardzo ważny, w dodatku czekała na taką okazję od bardzo dawna. Nie mogła jej zmarnować. Dlatego powinna powstrzymać wszelkie emocje i postarać się opanować. Odetchnęła głęboko. Raz, drugi… piąty. Trochę się uspokoiła. Gdy wreszcie ponownie skupiła swe ciemne wejrzenie na obliczu stojącego przed nią mężczyzny, wyglądała już nieco mniej gniewnie niż niespełna parę sekund temu, choć nadal poważnie…
OdpowiedzUsuń— Nie jestem zazdrosna… tylko zmęczona — oznajmiła, starając się, aby nie zabrzmieć zbyt protekcjonalnie. Nie była pewna, czy jej się to udało, jednak nie zamierzała czekać na jego odpowiedź. Rozplotła ramiona i ruszyła do przodu, wymijając go oraz kierując ku schodom na piętro. W połowie drogi obejrzała się za siebie, posyłając mu dość wymowne spojrzenie. Na co czekasz…?. — Dach przecieka w jednej z pustych sypialni na piętrze. Nie jest to zbyt naglący problem, więc nie musisz się tym zajmować, jeśli masz ważniejsze rzeczy do roboty… — gdy wspięła się na górę, kontynuowała swój monolog, słysząc, iż jasnowłosy zwiadowca podąża jej śladem. Minęła drzwi od łazienki, a następnie własny pokój, aż wreszcie wkroczyła do jednego z ostatnich pomieszczeń, gdzie na środku stało metalowe wiadro, do połowy zapełnione wodą. Sufit nad nim miał żółtą plamę. — Wejście na strych jest na korytarzu — oświadczyła jeszcze, nim wyszła z pokoju, starając się za bardzo na niego nie patrzeć. Wiedziała, iż byłby to bardzo kiepski pomysł. — Jeśli spadniesz z dachu, nie będę ci nastawiała ręki — ostrzegła go wspaniałomyślnie, i dopiero wtedy posłała mu długie, znaczące spojrzenie, zatrzymując się przy schodach — Będę na dole, w kuchni. Jeśli będziesz czegoś potrzebował, to zawołaj… — dodała już nieco ciszej. Bardzo chciała zejść mu z oczu, więc powoli zaczęła już schodzić, jednak na moment strąciła koncentrację… Jakby przypomniało jej się o czymś ważny, a po chwili już nie było takie istotne. Zdążyła jednak odwrócić jeszcze spojrzenie, aby na niego zerknąć… i znów poczuła, że jej żołądek dziwnie się kurczy. Domyślała się, iż nie oznaczało to nic dobrego, więc już truchtem zbiegła na dół, znikając w kuchni.
Jak tylko zbiegła na dół, od razu zabrała się za szorowanie kuchni. Nie chciała myśleć o tym, co on tam robi, ani jak długo mu to zajmie, dlatego wolała skupić się na myciu zlewu, niż zaprzątać sobie głowę kolejną porcją bezsensownych przemyśleń. Miała jedynie nadzieję, że nie spadnie z dachu i faktycznie sobie czegoś nie złamie… nie tylko zafundowałby jej kolejny, mały zawał serca, jak zaledwie parę dni temu, przy sprawie z zarażonym zwiadowcą, ale również i sam sobie utrudniłby życie, ponieważ Katherine nie wątpiła, iż dowódca zbliżającej się niedługo wyprawy, nie zezwoliłby mu na wspólne wyjście. Na tak trudną i wymagającą wycieczkę nie zabierało się osób nie w pełni zdrowych czy sprawnych fizycznie. Więc jeśli Josh nie chciał ponownie przegapić swojej szansy, powinien był uważać i mieć oczy szeroko otwarte. Tak czy inaczej, zajęta doprowadzaniem dość sporej kuchni do porządku, prawie nie zauważyła, jak panicz Tyler zniknął i ponownie się pojawił. Mycie podłogi i czyszczenie szafek potrafiło ją na tyle zaabsorbować, iż nawet nie zwróciła uwagi na to, jak szybko kwadrans zmienił się w kolejną godzinę. Ale przynajmniej zbliżała się ku końcowi… Właśnie wróciła z podwórka, po wytaszczeniu kolejnego worka ze śmieciami, jakie wygrzebała z kuchni, i natknęła się na jasnowłosego mężczyznę, który mył dłonie w zlewie. Już dość, iż musiała na niego wpaść zaledwie paręnaście minut temu, gdy chciała zmienić ubrudzoną bluzkę… Prawie stuknęli się na schodach, a ona zrobiła wszystko, aby… no, nawet go nie dotknąć. Oczywiście nic z tego nie wyszło, i otarła się o jego tors własnym ramieniem, uciekając do swojego pokoju niczym jakaś nastoletnia smarkula, zawstydzona obecnością swej pierwszej miłostki… A ona tylko nie chciała utrudniać sobie życia. I jemu przy okazji również. Bo nadal o niczym nie wiedział…
OdpowiedzUsuń— Dam sobie radę, nie musisz się o mnie martwić… — odparła w końcu, spoglądając na niego odrobinę podejrzliwie. Chciał ją zniechęcić, oczywiście… Jednak nic z tego. Mogło być i nawet minus trzydzieści stopni, a i tak zaprze się i pójdzie. Musiała to zrobić. — A ty nie powinieneś pomyśleć o swoich żebrach…? Wiesz, że przeciążanie ich to kiepski pomysł…? — odgryzła się natychmiast, uśmiechnąwszy się wymownie. I nie było to specjalnie złośliwe… no, może troszeczkę. Katherine jednak zaraz spoważniała, i wkroczyła głębiej do pomieszczenia, opierając powoli dłoń o jeden z kuchennych blatów. Strzepnęła z niego niewidzialny pyłek, i ponownie na niego spojrzała. — Mam nadzieję, że nie rozebrałeś mi pół dachu… — dodała niby od niechcenia, jednak im bardziej siliła się na neutralny ton, tym bardziej miała wrażenie, iż średnio jej to wychodzi. Na szczęście miała w głowie pewne bardzo konkretne pytanie, które nie wymagało od niej ani specjalnego nagimnastykowania się, ani prób ukrycia swych słabości. — Jak sytuacja w zgrupowaniu…? Śmierć waszego kolegi musiała być sporym szokiem dla dowództwa i reszty chłopaków… — mruknęła cicho. Domyślała się, iż będzie im brakowało ich przyjaciela i partnera.
Nie spodziewała się, aby to był łatwy temat. W końcu żadna śmierć nie była niczym przyjemnym, a już zwłaszcza kogoś, z kim się żyło i pracowało od pewnego czasu, dzieląc z nim nie tylko wszelkie obowiązki, ale i także prywatne radości. Mężczyźni noszący ciemne, skórzane kurtki, wojskowe buty oraz paski z przypiętą kaburą na broń wydawali się wszystkim niemal niezniszczalni… a tamtej nocy i tak doszło do tragedii. Nikt nie był nieśmiertelny, i nawet najlepszym zdarzały się koszmarne wpadki. Niekiedy takie, które kosztowały ich zdrowie bądź nawet życie. Ale Katherine nie chciała o tym myśleć – już wystarczająco przeszła, nie tylko podczas próby ratowania tego biedaka, jak i później, gdy już leżał martwy na posadzce, z zastygłym szaleństwem odmalowanym w swych pustych oczach… Było minęło, musieli skupić się na tym, co było teraz najważniejsze. Czyli na zbliżającej się wyprawie. Zarówno ona, jak i panicz Tyler, powinni byli oczyścić swój umysł i nastawić się na dwa tygodnie ciężkiej, wytężonej pracy, inaczej źle się to dla nich skończy. Panna Holmes i tak chodziła już wystarczająco rozkojarzona, aby zacząć martwić się o swój własny tyłek… nie potrzebowała dokładać do tego kolejnych trosk o pewnego jasnowłosego zwiadowcę, który uwielbiał wytrącać ją z równowagi. Tak jak i teraz, gdy stał niespełna dwa metry przed nią, a ona nadal czuła mocny uścisk w okolicy własnego żołądka, na samo wspomnienie tego, co poczuła, gdy wpadli na siebie na schodach. A podobnych, często poważniejszych sytuacji, w ciągu minionych tygodni, było o wiele, wiele więcej… Chciała, żeby wszystko się ułożyło. Ale wiedziała, że będzie to bolesne. Za daleko w to zabrnęli, a ona głupia na to pozwoliła. A teraz obydwoje za to zapłacą…
OdpowiedzUsuń— To różnie bywa… wirus działa u każdego człowieka w inny sposób, a okres jego inkubacji nie jest zawsze taki sam. Co zresztą potwierdziło się w ambulatorium… — nie kłóciła się ani o ewentualne zimno, podczas wyprawy, ani o jego uwago o żebrach. Skupiła się na problemie zakażenia, co pozwoliło jej umysłowi odrobinę się rozluźnić i odprężyć. Medyczne przypadki – coś, w czym czuła się o wiele pewniej, przeciwnie do jakichkolwiek relacji międzyludzkich — Twój kolega musiał posiadać specyficzny typ odporności, który skracał u niego zarówno przebieg rozprzestrzeniania się zakażenia jak i przyśpieszał proces przemiany. Prawdopodobnie, gdybyście nie ucięli mu wtedy nogi, zmarłby po parunastu minutach, a człowiekiem przestałby być po około godzinie… — oznajmiła spokojnie — Amputacja oraz podanie mu twojej krwi opóźniło nieuniknione. Ale teraz już wiemy… transfuzja kupuje zakażonemu parę dodatkowych godzin życia… — dodała ciszej, w końcu unosząc na niego wzrok, do tej pory utkwiony zamyślony w bliżej nieokreślony punkt za oknem. Milczała chwilę, układając sobie parę spraw w głowie, a gdy ponownie się odezwała, była już nieco mniej zdenerwowana, niż parę sekund temu. — Dzięki za naprawę dachu, sama pozwoliłabym mu dalej cieknąć… Napijesz się herbaty…? — nie była nie wychowana, i gdzieś tam doceniała to, iż chciało mu się fatygować i pomóc jej z tą upierdliwą usterką. Więc chyba mogła jeszcze trochę wytrzymać i zaproponować mu coś do picia? Nic nie powinno się stać…
Katherine w ogóle nie spodziewała się burzy. Było dzisiaj pięknie – słonecznie i w miarę ciepło, jak na środek października. Na szczęście, nie mieli tu srogich zim, i dlatego tak bardzo kochała Kalifornię. Nie potrafiłaby mieszkać w miejscu, gdzie codziennie trzęsłaby się z zimna, a co tydzień odwiedzałaby lekarza po recepty na lekarstwa. No dobrze… może trochę przesadzała, ponieważ wcale nie była tak chorowita. A właściwie to, w ogóle nie była… ale psychicznie nie czułaby się najlepiej. Po prostu nie lubiła marznąć, jej organizm czuł się wtedy słabszy i bardziej podatny na zranienie. Kochała ciepłe promienie słońca, przyjemny, letni wiaterek... Tu miała tego pod dostatkiem, i nawet parszywa apokalipsa nie była w stanie zmienić klimatu. I dobrze – inaczej stałaby się jeszcze gorsza, niż była w tej chwili, i zapewne musieliby ją trzymać pod stałą obserwacją, aby w przypływie niekontrolowanego gniewu nie urwała komuś głowy...
OdpowiedzUsuń— Nie, nie długo — odparła w końcu, odpychając się od kuchennego blatu, aby podejść do zlewu i nalać do czajnika trochę świeżej wody. Ustawiła go na gazie, a następnie zabrała się za poszukiwanie pudełeczka z herbatą i dwóch czystych kubków. — Przeprowadziłam się tu ponad miesiąc temu. Moja kamienica okazała się być niebezpieczna. Była położona zbyt blisko linii brzegu, a woda zaczynała przeciekać pod fundamenty i je podmywać. W przeciągu tygodnia wszyscy mieszkańcy musieli się wynieść, inaczej któregoś dnia wpadlibyśmy do zatoki… — westchnęła rozdrażniona, nie zamierzając ukrywać, iż jej obecne miejsce zamieszkania niestety nie przypadło jej do gustu — Prosiłam o inne zakwaterowanie, podobne do poprzedniego. Nie potrzebuję przecież dużo miejsca… ale ktoś uznał, że wie lepiej ode mnie, i dostałam dom — dodała już nieco ciszej. Czajnik zagwizdał ponuro, więc Katherine ponownie skupiła się na przyrządzaniu herbaty, i odezwała się dopiero w chwili, gdy postawiła przed jasnowłosym zwiadowcą jego kubek z gorącym napojem, siadając powoli naprzeciwko niego. — Ale trudno, to i tak nie ma już większego znaczenia — wzruszyła lekko ramionami… a po chwili miała ochotę palnąć sobie w ten głupi, pusty łeb. Czy mogła liczyć na to, iż mężczyzna puści tą uwagę pomimo uszu? Wątpliwe. Wiedziała, że któregoś dnia i tak się o tym dowie, ale z różnych, bliżej nieznanych sobie i jakże chaotycznych przyczyn, nie była gotowa mówić o tym właśnie teraz. Licząc, iż nie zauważy, jak zadrżały jej wargi, chwyciła za swój własny kubek i zerwała się z miejsca, starając się udawać, że wszystko gra, i śpiewa… W głębi duszy, wiedziała, że jest zupełnie na odwrót. Ale musiała się postarać, aby zatrzeć to niezwykle dziwne wrażenie.
— Hm… skoro już tu jesteś, i najwyraźniej się nudzisz, to w salonie nie domyka się okno… Mógłbyś zerknąć…? — zapytała w miarę normalnym tonem głosu, choć nawet na niego nie spojrzała. Co się z nią znowu działo? A przecież zdawało się, że zaczynała nad sobą panować! Zła i rozczarowana sama sobą, ruszyła przodem, nie czekając na jego odpowiedź. Miała nadzieję odetchnąć w sąsiednim pokoju, ale tam ponownie na moment ją zmroziło. Dostrzegła na stoliku przy kanapie stertę map, stary kompas i parę podręczników turystycznych. O nie, zapomniała to schować… Nie spodziewała się żadnych gości, to dlatego zostawiła to wszystko na wierzchu. Nie wiele myśląc, odstawiła z hukiem kubek na pobliską komodę, przy okazji rozlewając odrobinę herbaty, i podbiegła do stolika, zaczynając składać wszystkie mapy i zgarniać pootwierane na oścież przewodniki… Może zdąży, może nic nie zauważy…
Wiedziała, że powinna była dwa razy się zastanowić, nim pozwoliła mu wejść do swojego domu – teraz miała za swoje. Co prawda, nie dał jej wtedy zbyt dużego wyboru, jednak należało mu się postawić i wykopać go za drzwi… Zapewne wymyśliłaby setkę jak nie tysiąc, mniej lub bardziej prawdopodobnych powodów, dla których nie miała z nim dzisiaj czasu rozmawiać.... Dlaczego więc dała się tak po prostu zaskoczyć? Na śmierć zapomniała o tych nieszczęsnych mapach… i było już za późno. Gdy tylko usłyszała jego kroki, była pewna swej porażki. Nie tak planowała mu to wszystko powiedzieć, naprawdę… Może i była złą i niedobrą wiedźmą, i bardzo często zdarzało jej się warczeć na niewinnych ludzi, ale nie była pozbawiona serca. Wiedziała, że ta dzisiejsza sytuacja zrani zarówno jego jak i ją samą. I to równie mocno, ponieważ nie zamierzała się oszukiwać, iż nic do niego nie czuje… Starała się tego wyprzeć już od bardzo dawna, i nawet w tak paskudnej chwili jej mózg kazał jej o tym zapomnieć, jednak podświadomie znała całą prawdę, bojąc się jej jak cholera. Dlatego zwlekała, aby mu o wszystkim powiedzieć. Zdołał ją poznać niemal najlepiej z całego Obozu, pomimo, iż starała się jak mogła, aby go odstraszyć… ale nawet on nie wiedział wszystkiego. Nie mówiła o tym na głos, ponieważ niektórzy ludzie nigdy nie potrafiliby jej zrozumieć. I co zabawne, wcale nie miała im tego za złe. Po prostu nie chciała robić wokół siebie niepotrzebnego zamieszania… ale dzisiaj chyba miało się to zmienić. Już nie było sensu ukrywać przed nim prawdę, ani trzymać swych celów jedynie dla siebie samej. Nie uwierzyłby w żadne kłamstwo, a ona nie czuła się na siłach, aby dodatkowo się pogrążać. Dlatego, gdy zadał jej to krótkie, jakże istotne pytanie, zamarła na moment, ściskając mocniej wszystkie mapy, aż w końcu zagryzła lekko dolną wargę, przymykając na chwilę oczy. Otworzyła je dopiero wtedy, gdy jej serce wreszcie odrobinę się uspokoiło, a jej twarz nie wyglądała jak wykrzywiona w grymasie bólu i strachu maska. A więc to tu się miało wszystko skończy… Po tym, co mu powie, dopnie swego. Wreszcie zrezygnuje, straci zainteresowanie… Jeszcze parę miesięcy temu potrafiłaby się z tego cieszyć. Ale dzisiaj czuła jedynie chłód i niemal bolesną pustkę…
OdpowiedzUsuń— To są mapy… — zaczęła powoli, siląc się na w miarę spokojny ton. Miała jednak wrażenie, iż nie idzie jej zbyt dobrze, dlatego odchrząknęła cicho i starając się nie zachowywać jak jakaś emocjonalna idiotka, skupiła na nim swe ciemne wejrzenie, zaciskając mocniej usta — Mapy, z zaznaczoną trasą do mojego domu. Domu w Teksasie… — doprecyzowała — Od pewnego czasu… a właściwie, to już od dawna, zastanawiałam się… Nie, przepraszam. Nie zastanawiałam, a wiedziałam, że gdy tylko będę mogła, spróbuję… odnajdę swoich bliskich i dowiem się co się z nimi stało. Więc opracowywałam różne trasy, zbierałam informacje i cierpliwie czekałam na czas, gdy będę mieć swoją szansę… i właśnie za parę dni wyjdę poza mury na dłużej i dalej niż kiedykolwiek po wybuchu epidemii w San Francisco. To będzie moja próba. Zorientuję się w sytuacji i terenie… i jeśli uznam, że wszystko jest w porządku, to wczesną wiosną… Ja… odejdę… — ostatnie słowo ledwo przeszło jej przez gardło. Nagle poczuła, jak ręce zaczynają jej drżeć, a ona sama potrzebuje usiąść, aby nie kusić losu, i nie pozwolić swoim kolanom się pod nią ugiąć… Radość z marzeń o spotkaniu z rodziną przesłonił niespotykany wstyd i ból jednocześnie. Chciała coś jeszcze dodać, coś dopowiedzieć… ale niespodziewanie zabrakło jej słów. I choć patrzenie na jego zmieniający się wyraz twarzy nie był dla niej łatwy, ani przez chwilę nie spuściła z niego wzroku…
Nie miała pojęcia, że wyznanie mu całej prawdy będzie ją to tyle kosztowało – kiedyś myślała nawet, że nikomu nic nie powie, nie będzie się tłumaczyć, i pewnego, pięknego dnia po prostu zniknie, nie prosząc nikogo o żadną pomoc, ani tym bardziej o żadne pozwolenie. Kiedyś myślała, że przyjdzie jej to z dziecinną łatwością, ponieważ miała plan, który miał jej w tym pomóc. Jej chłód, jej niechęć do ludzi… to nie była prawdziwa ona. Może i nie była najbardziej towarzyską osobą pod słońcem, ale przed tym całym szaleństwem wiodła całkiem normalne życie. Miała swoich bliskich, swoich przyjaciół… Straciła to wszystko i drugi raz nie zamierzała na to pozwolić. To był jeden z jej mechanizmów obronnych, aby uchronić się przed niepotrzebnym cierpieniem, ale także skrupulatnie przemyślana strategia, aby… no właśnie, aby w przyszłości uniknąć takich sytuacji, jak ta dzisiejsza, która zwyczajnie ją przygniotła i pozbawiła jakiejkolwiek siły przebicia. Widząc jego reakcję poczuła bolesne ukłucie w sercu. Jego słowa o samobójstwie jednocześnie zabolały ją, ugodziły i wywołały falę nieprzyjemnych dreszczy. Tak naprawdę, im więcej mówił, im bardziej starał się ją przekonać, iż postradała zmysły i nie powinna odchodzić, tym gorzej się czuła… i utwierdzała w swojej decyzji, iż musi to zrobić. To wszystko za daleko zabrnęło. I sama sobie była winna. Wiedziała, że nie powinna mu była pozwolić się do siebie zbliżyć, a jednak i tak mu się to udało. I to mocniej, niż mogła przypuszczać, przez co teraz wpatrywała się w niego swymi ciemnymi, pustymi oczami, starając się zapanować nad drżeniem rąk, jak i również warg, które pragnęły wypowiedzieć niemal tysiąc słów, a jednak nieustannie milczały, oddychając płytko, jak po przebiegnięciu parokilometrowego maratonu. Co się z nią działo? I dlaczego teraz, kiedy tak rozpaczliwie potrzebowała siły, aby trwać przy sowim…? Wiedziała, iż znajomość z jasnowłosym mężczyzną bardzo mocno na nią wpłynęła, ale czyżby… Czyżby uczyniła to o wiele mocniej, niż mogła… i bała się w ogóle myśleć…?
OdpowiedzUsuń— Joshua, posłuchaj… — gdy wreszcie wykrzesała z siebie wystarczająco energii, aby ubrać myśli w słowa, nadal miała wrażenie, iż zaraz się przewróci, pomimo, iż całkiem nieświadomie, parę sekund temu, opadła na stojącą w pobliżu kanapę, wypuszczając z rąk wszystkie mapy i przewodniki. Rozsypały się one po podłodze, gniotąc i trochę niszcząc, jednak w ogóle się tym nie przejęła. Na razie starała się uspokoić własny oddech i skupić na tym, co musiała zrobić, jeśli jeszcze kiedykolwiek chciała ujrzeć swoich bliskich.
— Czekałam na tą szansę ponad rok… zamknięta za murami, bez możliwości wyjścia bądź oddalenia się choćby na cholerne sto metrów… — zaczęła powoli, nieświadomie zaciskając palce na miękkim obiciu kanapy. Tak blisko jego leżącej tuż obok dłoni… — Nie potrafię tak dłużej. To moja okazja, aby wreszcie dowiedzieć się, co się stało z moimi rodzicami, moim rodzeństwem, całą resztą… Nie oczekuję, że będziesz mnie w tym wspierał, bo to moja decyzja, moje życie… Ale chyba będzie łatwiej, jeśli po prostu to zaakceptujesz. Mówiłam tak wiele… wiem, że nie traktowałam cię tak, jak na to zasługujesz, i przepraszam… — wydukała niespodziewanie, nagle tracąc wszelką kontrolę nad swoimi słowami. Boże, jak źle z nią było…? — Ale doceniam to, że się martwisz, naprawdę. Nawet jeśli uważasz… że nie dam rady. Zdaję sobie z tego sprawę. Myślałam o tym każdego dnia, odkąd zaczęło się to piekło… nigdy nie posiądę oszałamiającej siły, ani sprawności, ale wierzę w siebie… i nie mogę tak dłużej. Ja po prostu… niepewność jest gorsza niż wszystko inne, rozumiesz…? Ty… ty wiesz, o czym mówię. Wiem, że tak… — wyszeptała, czując jak głos jej się łamie. Patrzenie na niego bolało bardziej, niż mogłaby się tego spodziewać. Więc wreszcie spuściła wzrok… Teraz i jej umysł i serce krzyczały z rozpaczy. Bolało... Tak cholernie bolało...
Obydwoje cierpieli, i niestety nic nie mogli na to poradzić. I choć panna Holmes starała się z tym walczyć, doskonale zdawała sobie sprawę z tego, iż była na przegranej pozycji. To, co czuła do Josha nie było niczym złym… nadal niemiłosiernie ją irytował, testując granice jej wytrzymałości, a także niemal bez żadnego trudu potrafił sprawić, iż traciła kontrolę nad własnymi emocjami, na moment rezygnując z powszedniej maski chłodu oraz wewnętrznego opanowania. Kiedyś uważała to wszystko za coś strasznego… Teraz wiedziała, że wcale tak nie było. Że zdążyła się do niego przyzwyczaić, choć tak bardzo tego nie chciała. Nie musiał już nawet nic robić, aby wprawiać ją w bardzo specyficzny nastrój – mieszankę złości, goryczy… i ciepła. Miała rację sądząc, iż zadawanie się z nim jedynie przysporzy jej więcej kłopotów. Tego oto pięknego dnia wszystko się potwierdziło, a ona nie miała już nawet siły, aby na niego patrzeć, nie chcąc narażać się na kolejną porcję niemego, niewysłowionego bólu i zawodu. Czuła, jak niemal całe jej ciało protestuje przed tym, aby powiedzieć mu prawdę… Nie była na to gotowa, a jednak los postanowił trochę ją wyręczyć. I może dobrze się stało? Może im dalej by w to brnęli, tym słabsza by była, tym bardziej by się otwierała, a w efekcie zyskałaby kogoś, kogo nie potrafiłaby zostawić… A tak nic nie zostało powiedziane. Żadnych deklaracji, żadnych ostatecznych gestów. Nie powinna już ryzykować, że znów się złamie… jednak po tym, co właśnie jej powiedział okazało się to cholernie trudne. W jednej chwili oderwała ciemne i puste spojrzenie od obicia kanapy, przenosząc je na oblicze wyprostowanego już mężczyzny. To był chyba najgorszy z możliwych momentów, aby dowiedzieć się o jego miesiącami skrywanej tajemnicy, której wyjawienie zabolało ją niemal tak mocno, jak jego słowa o jej potencjalnej, samobójczej wyprawie. Chwilę wpatrywała się w niego w milczeniu, z wyraźnym szokiem wymalowanym na twarzy… Na moment zapomniała nawet, iż powinna się pilnować, aby jeszcze nie pogorszyć swej sytuacji. Niestety, miała teraz w głowie prawdziwy mętlik, i za żadne skarby świata nie potrafiła nad nim zapanować. Tak samo jak nad reakcjami własnego ciała, które krnąbrne i nieposłuszne, pozwoliło jej stanąć na nogach oraz wyciągnąć ku niemu rękę, którą powoli ujęła jego własną dłoń. Była bardzo ciepła i silna…
OdpowiedzUsuń— To, co się stało… zrobiłeś to, ponieważ zostałeś do tego zmuszony… — mówienie o tym sprawiało jej wyraźną trudność. To dlatego, iż nigdy nie nadawała się do roli czyjejkolwiek pocieszycielki, a także dlatego, iż znów przemawiało przez nią tysiące uczuć, które bała się jednoznacznie określać. Nie potrafiła jednak zignorować jego wyznania. Nawet, jeśli chciał stąd uciec, nie mógł już cofnąć tego, co powiedział. Tak samo jak i ona. Katherine wyobrażała sobie, jak bardzo musiał to przeżyć. Gdyby to ona stanęła przed podobnym wyborem nie była pewna, czy dałaby radę tego dokonać. Czy odważyłaby się zabić własną matkę…? Na samą myśl o tym zrobiło jej się słabo i mimowolnie ścisnęła go mocniej za trzymaną rękę.
— W dniu wybuchu zarazy w mieście, gdy dotarła ona na ulice San Francisco, zabiłam swojego przyjaciela… — po prostu to powiedziała, w ogóle tego nie przemyślawszy. Może chciała mu pokazać, że nie tylko on zrobił coś, czego nie potrafił do tej pory zapomnieć? A może i ona potrzebowała wreszcie komuś o tym opowiedzieć…? Każdy z żyjących tu ludzi musiał kiedyś kogoś skrzywdzić, i zapewne już nigdy nie wyzbędą się ze swojej głowy wspomnień tego pierwszego razu… — Pracowaliśmy wspólnie w klinice, znaliśmy się od czasów studiów… Ale tamtego dnia nagle mnie zaatakował, a ja go zabiła. Tak, jakbym w ogóle go nie znała. A przecież to nie prawda. Był dla mnie ważny… tak jak i twoja matka była ważna dla ciebie… — dodała ciszej, tym razem nie spuszczając z niego pełnego niemych uczuć wzroku.
Nie zamierzała i nawet nie chciała się nad nim litować – sama wszakże nienawidziła, gdy ktoś podobnie się ją traktował. Dlatego wolała już milczeć, niż powiedzieć o parę słów za dużo. A tak naprawdę, nie wiele mogła zrobić, aby jakoś go pocieszyć. Wiedział, że nie miał wyjścia. Wiedział, że ratował swojego brata, tak jak i Katherine wiedziała, iż niemal rok temu, gdy pierwszy raz sięgnęła po ostre narzędzie, ratowała własne życie. Co ciekawe, wiele z tych powykręcanych, owładniętych szałem twarzy, które niegdyś spotkała i uśpiła za pomocą tępego kija czy też naładowanej broni, zwyczajnie zapomniała. Jednak nadal doskonale pamiętała, swojego przyjaciela – jego puste, przeraźliwe oczy, żylastą skórę oraz ostre szpony, zaciskające się na jej smukłej szyi… Była wtedy przerażona. Nie miała bladego pojęcia, co się dzieje, choć już od ponad paru tygodni zarówno w telewizji jak i w radiu i gazetach trąbiono o szybko rozprzestrzeniającej się zarazie, a także jej niepokojących objawach. Wówczas jednak uważała, iż nie dzieje się nic niepokojącego. Że zaraz ktoś znajdzie lekarstwo i załatwi tego upierdliwego wirusa, przez którego ostatnimi miała więcej pracy, ponieważ lekarze z kliniki musieli się pochorować… Gdyby tylko wiedziała, jak naiwna i ślepa wtedy była… Od razu wsiadłaby do swojego samochodu i ruszyła na wschód, do swojego domu. Dopóki mogła i miała taką możliwość. Tamtego dnia jednak zmarnowała swoją szansę. Teraz nie popełni tego samego błędu. Długo milczała, słuchając jego głosu, jego pojedynczych słów… i choć wiedziała, że będzie jej trudno, wreszcie puściła jego dłoń. Odsunęła się odrobinę, jednak nie przestała na niego patrzeć. Jak wiele siły musiał mieć, aby nadal żyć i ciągle się uśmiechać? Ona nie potrafiła, nie mogła… Wiedziała, że dopóki nie wyruszy do domu, nigdy nie zazna w pełni spokoju. Nawet, jeśli oznaczało to, iż nigdy się już nie spotkają… myślała, że szybko o nim zapomni. A teraz czuła się niemal chora, dziwnie winna i jakby coś zaczynało ją pomału rozrywać od wewnątrz… Jej serce płonęło żywym ogniem, o którym tak dawno już zapomniała. Za dużo emocji, za dużo myśli. Nadal nie ochłonęła po tym, co od niego usłyszała, a przecież już ledwo panowała nad własnym, skołatanym organizmem…
OdpowiedzUsuń— Poradzę sobie — wyszeptała cicho, choć dość pewnym tonem głosu, co mogło oznaczać, iż faktycznie wierzy w swoje powodzenie. Może i miał rację, że porywała się na niemożliwe, ale musiała spróbować. Inaczej nigdy nie dowie się, co się stało z jej rodziną. A nie chciała uznać ich za martwych. Nie chciała uczynić tego samego, co jasnowłosy zwiadowca w stosunku do swojego brata. — Josh, ja… — znów poczuła dziwne szarpnięcie w okolicach serca, znów krew uderzyła jej do głowy, gdy pozwoliła sobie na niego spojrzeć. Jednak słowa zamarły jej w ustach, a ona, ostatkiem zdrowego rozsądku, wyraźnie zrezygnowała, dodała głosem wypranym z większych emocji… — Ja muszę się spakować i przygotować do wyjścia. Ty pewnie też, więc… dokończysz pracę kiedy indziej, dobrze? — odwróciła od niego spojrzenie i powoli, nie czekając na jego odpowiedź, ruszyła ku wyjściu z salonu. Nogi kierowały ją ku kuchni, choć czuła, iż były miękkie i niestabilne… Musiała jednak wytrzymać i zachować się tak, jak powinna. To był koniec. On już wiedział i zrozumiał… Kiedyś będzie łatwiej. A przynajmniej na to liczyła.
Tak było najlepiej – rozstać się i zapomnieć. Zarówno on jak i ona mieli przed sobą parę ciężkich, bezsennych nocy, wypełnionych po brzegi rozmyślaniem nad tym, co by było, gdyby… Choć prawda była taka, iż Katherine przeżywała to już od ładnych paru tygodni. A wszystko miało swój początek tego feralnego wieczoru, podczas obozowego ogniska, kiedy Josh pierwszy raz wziął ją w ramiona. Wcześniej mącił jej w głowie własną obecnością i pomocnym ramieniem… a nawet ratunkiem oraz ciągłym nadstawianiem karku. To, co wydarzyło się po potańcówce było jedynie naturalnym następstwem tego wszystkiego, co spotkało ich w przeciągu minionego roku ich wspólnej znajomości. Wtedy wszystkie te wydarzenia oraz sytuacje zlały się ze sobą w jeden, pełen obraz, łącząc na dobre… a na koniec zostawiły ją z poczuciem klęski – nie udało jej się pozostać chłodną i obojętną, zawiodła samą siebie. Pozwoliła mu wrócić na górę, samej zaszywając się w kuchni. Miała zamiar zrobić coś pożytecznego… ale skończyło się na bezczynnym staniu przy kuchennej szafce, w pobliżu zlewu, gdzie zauważyła dwie torebki po herbacie. Jedna jej, a druga jego. I było to potwornie głupie… ale poczuła jak nagle zaczynają ją szczypać oczy. Boże, co się z nią działo? Zacisnęła mocniej palce na drewnianym blacie, garbiąc się delikatnie i spuszczając głowę. Ciemne kosmyki włosów na moment zasłoniły jej cały widok… jednak nadal miała sprawny słuch. Bez problemu usłyszała, jak mężczyzna stawia kroki po schodach, a następnie wymija wejście do kuchni… I właśnie wtedy poczuła rozgoryczenie. I moment zwątpienia… trwał on jednak na tyle krótko, iż natychmiast zdołała się go wyzbyć. Wyprostowała się powoli… i zastygła, z nieodgadnionym wyrazem twarzy, po raz ostatni tego dnia słysząc jego głos. Może i chciała coś powiedzieć. Jej serce na pewno się wyrywało, czuła to. Jednak sama milczała jak grób. Cicha, pozornie spokojna, opanowana… choć wewnątrz rozpadała się na tysiąc małych kawałeczków, czując ból w klatce piersiowej i żywy ogień we własnym przełyku. Gdy usłyszała, jak drzwi się zatrzaskują, a cały dom ponownie wypełniła martwa cisza, wypuściła z płuc powietrze, przymykając powoli powieki. Powinna odczuć ulgę, iż właśnie pozbyła się z głowy swego największego utrapienia. I jeszcze długo mogła się oszukiwać, że właśnie tak było… ale podświadomie i tak znała całą prawdę. Jednak czy miała siłę i energię, aby dalej nad tym myśleć? Nie, nie bardzo. Nie po tym, co dzisiaj zaszło, co dzisiaj usłyszała… Myśli i wyrzuty sumienia nawiedzą ją nocą, zakradając się do jej łóżka i oplatając szczelnie, niczym chłodne macki potwora, nie dając jej zmrużyć oka… Teraz, za dnia miała szansę jeszcze coś zrobić. I wreszcie, po dwóch minutach stania w miejscu i wpatrywania się w ścianę deszczu za oknem, odwróciła się i ruszyła ku schodom, wspinając się po nich do swego pokoju. Musiała się spakować, wyprawa już za parę dni… Jeśli da radę ją przetrwać, w dodatku w jego towarzystwie, poradzi sobie w drodze do domu… Tylko skąd mogła wiedzieć, iż poniekąd los i serce postanowią za nią? Skąd mogła wiedzieć, że nagle wszystko się zmieni...?
OdpowiedzUsuńBała się tego dnia… ale i nie mogła się go doczekać. Wreszcie, niemal po ponad roku siedzenia na tyłku w jednym i tym samym miejscu, będzie miała okazję opuścić Obóz i ujrzeć świat takim, jakim się stał, odkąd na ziemię spłynęła zagłada prawdziwych, żywych trupów. Chciała zobaczyć, jak wygląda miasto, jak wyglądają jego większe a także mniejsze uliczki, kamienice, domy… Chciała mieć pełen obraz tego, jak wyglądała obecna sytuacja, ponieważ doskonale wiedziała, iż będzie jej on bardzo potrzebny. I to cholernie... Jeśli misja zakończy się powodzeniem, a po drodze nie zje ich żadne rozkładające się paskudztwo, będzie mogła zacząć myśleć o ostatniej fazie swojego planu, czyli o powolnym gromadzeniu zapasów oraz stosownym poinformowaniu Rady o swojej decyzji. Wiedziała, iż po tym nie będzie już miała żadnego odwrotu. I to, wbrew wszelkim obawom, odrobinę ją uspokajało. Decyzja zostanie ogłoszona i będzie jak ma być. Gdy przyjdzie wiosna, a pogoda trochę się uspokoi, to odejdzie… I nie ważne, że od pewnego czasu borykała się z mnóstwem niezwykle upierdliwych wątpliwości, które przeszkadzały jej spać, jeść, a nawet pracować w świętym spokoju. A to wszystko przez jednego, bardzo konkretnego zwiadowcę, o jasnych oczach oraz pogodnym uśmiechu, odpowiedzialnym za wywrócenie jej w miarę stabilnego życia do góry nogami. Nie chciała, aby tak się stało, i nadal broniła się przed tym wszelkimi znanymi sobie sposobami. Dlatego była na etapie usilnego wyparcia i ignorowania jego istnienia. Miała nadzieję, iż wspólna wyprawa pójdzie gładko i przyjemnie, a oni nie zostaną zmuszeni do jakiejkolwiek bliższej współpracy. Wiedziała, iż zarówno ona jak i on nie mieli na to najmniejszej ochoty.
OdpowiedzUsuń— Hej, Holmes…! — Jeden z młodszych lekarzy czekał na nią przy czarnym pojeździe. Machał do niej ręką, w drugiej trzymając wielki, załadowany po brzegi plecak, który Katherine miała ze sobą zabrać i pilnować niczym oka w głowie. Był on załadowany najpotrzebniejszymi lekami, opatrunkami oraz medycznym sprzętem, czyli ogólnie wszystkim, co mogło im się przydać, gdy nie mieli w pobliżu w pełni wyposażonego ambulatorium. Bishop obiecał, że załatwi jej odpowiedni ekwipunek i słowa dotrzymał. Najwyraźniej jednak miał coś ważnego do załatwienia i dlatego wysłał tu swojego kolegę po fachu, z którym Kitty raczej nie miała zbyt dobrego kontaktu. Nie kłócili się, jednak żadne z nich nie ufało sobie wzajemnie. On uważał Katherine za niedoświadczoną, zbyt ambitną amatorkę, a z kolei ona miała go za nieco snobistycznego młodzika, który uważał się za lepszego od niej tylko dlatego, iż zdołał zaliczyć cztery semestry medycyny. Dopóki jednak potrafili ze sobą współpracować i nie odbijało się to na dobru pacjentów, Kitty nie zamierzała się z nim zaprzyjaźniać. I vice versa. Ujrzawszy go, miała ochotę westchnąć cicho pod nosem… ale dość szybko uświadomiła sobie, iż ten jeden, jedyny raz cieszyła się na jego widok. Zaraz bowiem dostrzegła kogoś, kogo obecności bała się najbardziej, o mały włos nie potykając się na prostej drodze. Nie widziała go od ponad tygodnia, a jednak nadal bolało ją to, w jaki sposób na nią patrzy i co też kryje się za tym spojrzeniem. Nie tylko jego, ale również i jej własnym…
— Tyler… — mijając go, skinęła mu lekko głową, zachowując kamienną twarz. Co było niezwykle trudne, jednak jakimś cudem jej się to udało. Skupiła się na stojącym parę metrów dalej, młodym lekarzu, do którego podeszła i zaczęła rozmowę, wysłuchując tego, co miał jej do przekazania z ust samego Bishopa. Czuła się jednak bardzo nieswojo i nie do końca potrafiła się skupić na tym, co mówił jej znajomy. Z jednej strony wyczuwała obecność jasnowłosego zwiadowcy, a z drugiej widziała jego znajomych, pewną zakochaną parę… Patrzenie na nich, i to nawet kątem oka, sprawiało, iż czuła jak zalewa ją zimny pot, a żołądek kurczy się do rozmiarów ziarna pszenicy. Im szybciej stąd wreszcie odjadą, tym lepiej dla niej i jej własnego, biednego umysłu. Pomimo, iż bardzo chciała tej wyprawy, jej wszystkie okoliczności zaczynały ją powoli denerwować i przytłaczać. Czy oni muszą się tak długo żegnać? I gdzie jest reszta tych leni…?!
UsuńWspółczuła Jinxowi, że dosłownie na parę tygodni przed wielką wyprawą nabawił się paskudnej kontuzji, jednak była też zadowolona, iż nie pchał się na siłę do wyjazdu, ponieważ oznaczałoby to kolejne, nadprogramowe komplikacje, których powinni się wystrzegać niczym ognia. Katherine i tak miała wrażenie, iż odpowiednie zabezpieczenie tylu rosłych chłopów, z oczywistą nadwyżką energii oraz kapką dziecinnej brawury, nie będzie należało do zadań najprostszych… W końcu nie raz i nie dwa miała okazję ich zszywać, i zawsze okazywało się, iż niemal połowy tych wypadków udałoby się spokojnie uniknąć, gdyby zrezygnowali z popisywania się, wcielając w rolę domorosłego Rambo. Cóż jednak na to poradzić? Lekarz był im potrzebny, i to obowiązkowo. Zresztą, panna Holmes nie zamierzała narzekać. Wiedziała, iż doskonale sobie poradzi, bez względu na to, czy będą z nią współpracować, czy też uznają, iż jako kobieta nie wiele im pomoże. Chyba, jako jedyna z zespołu medycznego uczyła się dzierżyć broń palną od ósmego roku życia, i miała więcej cierpliwości do szowinistycznych żartów niż jakakolwiek inna pielęgniarka z przychodni. Nie zrażały ją również podejrzliwe, napastliwe czy też zwyczajnie rozbawione spojrzenia, którymi obdarowywali ją jej nowi koledzy, gdy ładowała swoje rzeczy do bagażnika, żegnając się ze znajomym z pracy. Dlatego każdemu z przyglądających się jej bacznie, lub też z ukrycia, mężczyzn odpowiadała wysoko podniesionym czołem i hardym wejrzeniem, ani myśląc odwracając z lękiem wzroku. Niech wiedzą, że nie trafiła im się pierwsza lepsza łamaga, a ich mięśnie nie robią na niej najmniejszego wrażenia. Przynajmniej dopóki nie zostaną one poharatane bądź ugryzione... no, ale tego, miejmy nadzieję, uda im się uniknąć. Katherine ustawiła się na końcu rzędu rosłych facetów, kucnąwszy, aby zawiązać sobie sznurówki ciężkich, wojskowych butów. Uwielbiała je, choć zbyt długo noszone potrafiły obetrzeć ją do krwi. Były jednak na tyle wytrzymałe i ciepłe, że nie wyobrażała sobie, aby mogła pojechać w jakichkolwiek innych. Dopiero, gdy ponownie się wyprostowała, dostrzegła stojącego nieopodal Josha. Zmusiło ją to do wbicia wzroku w sylwetkę kuśtykającego od lewej do prawej Jinxa, który na przemian strofował i wychwalał swych podopiecznych, przekazując ostatnie wskazówki odpowiedzialnemu za nich wszystkich przywódcy wyprawy. Katherine już wcześniej wiedziała, iż właśnie z nim będzie podróżowała. Po paru spotkaniach, na których omówili dokładnie całą strategię oraz trasę wyprawy, poprosił ją na bok i powiedział, iż chciałby ją mieć osobiście na oku. Ona sama nie widziała w tym żadnej przeszkody. Skoro uważał, że tak będzie najlepiej, to nie miała zamiaru podważać jego przeszkolenia oraz kwalifikacji. Dlatego też zaraz, po zakończeniu przemowy i jednoczesnym pożegnaniu, ruszyła do stojącego na przedzie pojazdu, zrównując się z dowódcą. Miała mu do przekazania parę uwag od Bishopa, więc postanowiła nie tracić czasu i od razu skorzystać z nadarzającej się okazji. Straciła z oczu Josha i jego przyjaciela… ale to chyba nawet lepiej. Najwyraźniej nie jechali tym samym samochodem. Katherine z całych sił starała się udawać, iż niemal wcale nie przyniosło jej to ani odrobiny ulgi. Zapewne z marnym skutkiem…
OdpowiedzUsuńNie bała się pozostać jedyną kobietą w towarzystwie składającym się wyłącznie z samych mężczyzn. Nawet, jeśli jeden z nich, o ciemnych oczach oraz śniadej skórze, wyglądał jej na takiego, co to lubił sobie zapewniać niewątpliwą rozrywkę w postaci patrzenia na przedstawicielki płci pięknej. Jeszcze tydzień przed wyjazdem, jej przełożony dwukrotnie upewniał się, czy aby na pewno jest gotowa na tą wyprawę. Katherine uważała, że Bishop miał lekką paranoję, jednak w jednej sprawie musiała się z nim zgodzić – nie podobało jej się sposób, w jaki Juan wodził za nią wzrokiem. Poznała go przelotnie zaledwie parę dni temu, podczas jednego ze wspólnych, zaplanowanych spotkań, i już wtedy podejrzewała, iż będzie z nim miała bardzo konkretne problemy. To jednak nie sprawiło, aby zaprotestowała przed wspólną podróżą w jednym samochodzie. Bez szemrania zajęła miejsce z tyłu pojazdu, a po jej lewej stronie natychmiast zmaterializował się entuzjastycznie uśmiechnięty chłopak, który wyglądał, jakby właśnie wygrał bilet do wesołego miasteczka. Mike, bo tak miał na imię, był od niej młodszy o cztery lata i dopiero niedawno został mianowany jednym ze zwiadowców. Katherine nie była pewna, czy tak młody i niedoświadczony osobnik powinien brać udział w tak długiej podróży, jednak nigdy nie zakwestionowała tej decyzji. Skoro dowódca sam osobiście go wybrał, to musiał mieć ku temu solidne podstawy. Zresztą, szybko okazało się, iż był on o wiele przyjemnym kompanem niż siedzący za kierownicą Latynos czy też niemal wiecznie pogrążony w zamyśleniu Samuel, lider grupy. Tylko Mike, jako jeden z ich czwórki, nieustanie nawijał… A ona, ku swemu ogromnemu zdumieniu, nie miała wrażenia, aby jej to bardzo przeszkadzało. Było to trochę dziwne, jednak wolała słuchać opowieści podekscytowanego żółtodzioba, niż wysłuchiwać ponurych, często też denerwujących rozważań kierującego pojazdem Juana. I właśnie tak minęły jej pierwsze cztery godziny – zaraz po opuszczeniu Obozu i zamknięciu się za nimi głównej bramy, ruszyli w wyznaczoną trasę, zmierzając do pierwszego punktu ich wędrówki. Droga minęła im zaskakująco spokojnie. Naturalnie, mieli okazję minąć parę pokaźnych grup Szwędaczy, jednak niebyły one w stanie im zagrozić, zwłaszcza, iż poruszali się dość solidnymi i szybkimi samochodami. Pokonanie zdewastowanego centrum miasta poszło im w miarę gładko. Gdy wydostali się poza ścisłe granice Oakland, zbliżało się już południe. Katherine ani przez chwilę nie odrywała wzroku od szosy. Obserwowała, zapamiętywała i analizowała… Zwolnili, mijając jedno mniejsze miasteczko za drugim. Niemal całkowicie wyludnione, zniszczone, bez życia. Wreszcie dotarli w pobliże San Leandro – tam mieli się zatrzymać i przeprowadzić pierwszy rekonesans. Parę dni postoju, zbierania danych i obserwacji. Na razie wszystko wydawało się iść zgodnie z planem. Gdy dotarli na obrzeża miasta na ulicach panował względny spokój, choć Katherine widziała pełzających w słońcu zombie. Nie była jednak w stanie stwierdzić, jak wielu ich było.
OdpowiedzUsuńDom był całkiem ładny… jak na zagracone lokum dwójki charczących oraz gnijących właścicieli, którzy jak na gospodarzy przystało, powitali ich zaraz w wejściu, wyciągając ku nim ramiona i szczerząc pożółkłe kły. Chłopaki uporali się z nimi w mgnieniu oka, choć Katherine i tak postała sobie na ganku kolejnych dziesięć minut, nim Samuel zezwolił jej przekroczyć próg domu, chowając się do środka. Musieli sprawdzić, czy mieszkanie było czyste. Na szczęście, dość szybko okazało się, iż nie mieli na głowie dodatkowego stada zombie, i dlatego została zarządzona mała narada. Trwała ona zaledwie parę minut, po których czwórka panów opuściła lokum i ruszyła na zwiady. Mieli do obskoczenia dwa komisariaty, wcześniej pozaznaczane na kilku mapach. Chcieli zdobyć dodatkową broń i amunicję, którą później mogliby ze sobą zabrać do Obozu. Tam zawsze przyda się parę dodatkowych gnatów oraz kulek. Dlatego Katherine nie oponowała, gdy została z tyłu, zmuszona do siedzenia w tym dużym, pustym i nieco ponurym domu. Przynajmniej miała okazję rozprostować kości… z nudów zabrała się za sprzątanie. Nie zamierzała robić jakichś wielkich porządków, jednak po wybraniu sobie jednego z pokoi, postanowiła ogarnąć go na tyle, aby dało się w nim mieszkać, co najmniej przez następne trzy dni. Pootwierała wszystkie okna, wpuszczając do środka nieco rześkiego, jesiennego powietrza. Słońce wisiało jeszcze wysoko na niebie i na zewnątrz panowała całkiem ciepła temperatura. To dobrze – inaczej nie pozwoliłaby sobie zmarznąć. Wymiotła w kąt jakieś stare śmieci, i ustawiła w szafie swoje dwa plecaki. Jeden z prywatnym ekwipunkiem, a drugi z zaopatrzeniem medycznym. Katherine nie wyobrażała sobie, aby mogła go zostawić samego, bez niczyjej opieki. Nie uważała, aby miała paranoję, jednak wolała mieć go osobiście na oku, zamiast powierzać go w ręce któregokolwiek z jej towarzyszy. Powiedzmy, że kto chucha na zimne… i te sprawy. Po rozpakowaniu się i zarzuceniu sobie na plecy dodatkowego swetra, jeszcze raz przejrzała kajecik, w którym miała spisane wszystkie lekarstwa i przyrządy. Przyswoiła je sobie na pamięć, jeszcze parę dni temu, a teraz postanowiła zrobić sobie małą powtórkę. Następnie uznała, że przyszedł czas, aby coś zjeść. Pierwszej grupy nie było już od dwóch godzin. Za jakiś czas powinni wrócić, i zapewne również będą głodni. Katherine nie wyruszyła na tą misję po to, aby pełnić rolę kucharki, jednak uznała, że tego pierwszego dnia ona zajmie się posiłkiem. Reszta panów była zbyt pochłonięta patrolowaniem sąsiednich domów… I dobrze. To oznaczało, iż miała wolną rękę, i przy okazji nie natknie się na kogoś, z kim wolałaby nie rozmawiać. Zeszła do kuchni, i tam pozbyła się mnóstwa śmieci. A gdy uznała już, iż przygotowanie tu posiłku nie skaże ich na salmonellę, zabrała się za gotowanie dwóch torebek ryżu i nastawienie wody na herbatę bądź kawę. Z jednego z plecaków wyciągnęła puszkę fasoli, i właśnie zamierzała ją rozłupać, gdy czyjś donośny głos sprawił, iż o mało nie skaleczyła się w rękę otwieraczem.
OdpowiedzUsuń— Ho, ho… i oto właściwa osoba, na właściwym miejscu — Niechlujny Frank stał ucieszony w progu kuchni, licząc na to, iż jego żart (akurat…) spotka się z przyjaznym odbiorem… Ale nic z tego.
— Szkoda, że ogólnie nie mogę powiedzieć tego samego o tobie… — odparła, marszcząc lekko brwi i skupiając się na ponownej próbie otwarcia puszki. Pacnie go, jeśli usłyszy kolejną, seksistowską uwagę.
Nie miała zamiaru się z nim kłócić – Frank był dziwny, i zdecydowanie zbyt zacofany, aby Katherine przejmowała się jego uprzejmą opinią. Już wcześniej zdążyła zauważyć, iż uwielbiał się on dzielić swoimi złotymi myślami, bez względu na to, czy ktoś miał ochotę go słuchać, czy też wręcz przeciwnie. Dlatego postarała się skupić na ostrożnym otwieraniu puszki z fasolą… i nawet z tym musiała mieć pewien problem, a zwłaszcza w chwili, gdy w kuchni pojawili się kolejni zwiadowcy. Pal licho spokojnego Petera. Gorzej, iż przyprowadził ze sobą swojego jasnowłosego przyjaciela, z którym spotkania tak bardzo chciała uniknąć. O mały włos, a ucięłaby sobie palec wskazujący u prawej ręki. Na szczęście obyło się bez niepotrzebnego rozlewu krwi. Katherine przeklęła cicho w myślach, wyrzucając sobie własną głupotę oraz infantylność, a następnie policzyła do trzech, starając się uspokoić swój nierówny oddech. Trochę to pomogło… Gdy już opanowała dziwne drżenie rąk, odwróciła się do tyłu, zerkając na siedzącego przy stole Franka (zajętego czyszczeniem sobie paznokci za pomocą scyzoryka) oraz stojącego niemal tuż obok panicza Tylera. Miał dość niewyraźną minę, nawet, jeśli starał się to ukryć. Zapewne sama również nie prezentowała się najlepiej, tak więc postanowiła dłużej tego nie przeciągać i w końcu skinęła lekko swą ciemną czupryną…
OdpowiedzUsuń— Tak, to dobry pomysł… — stwierdziła w miarę spokojnie, przybierając dość neutralny ton głosu. Ni to odrobinę znudzony, ni też zainteresowany. Ot, zwykła propozycja, od najzwyklejszego znajomego pod słońcem. Doskonale... Jeszcze trochę takiej papki, i może naprawdę w to uwierzy. Poczuła, jak napełnia ją dość sporych rozmiarów złość oraz frustracja, więc aby zachować resztkę pozorów, odstawiła na bok puszkę z fasolą i wymaszerowała z kuchni, w kierunki wcześniej wspomnianej piwniczki. Wcześniej nie miała okazji tam schodzić, jednak skoro Josh wspomniał o zapasach, sam musiał to sprawdzić. A to oznaczało, iż na dole było bezpiecznie, i żaden zombie nie powinien był odgryźć jej nogi. To dlatego nie czekała na niego, tylko pierwsza otworzyła drzwi, wcześniej chwyciwszy za stojącą na regale latarkę. Gdy postawiła pierwszy krok wewnątrz piwniczki, stając na najwyższym stopniu schodów, uderzył w nią swąd wilgoci oraz przykrej zgnilizny. Skrzywiła się lekko, jednak ani myślała się wycofać. Westchnęła cicho pod nosem i świecąc latarką, zeszła powoli na dół, niemal czując, jak drewniane stopnie schodów uginają się pod jej ciężarem, skrzypiąc złowieszczo. A ponoć był to taki piękny i w miarę nowoczesny dom…
Nie było ostatniego stopnia…? Cholera… chyba pierwszy raz od ponad tygodnia ucieszyła się na ton głosu jasnowłosego zwiadowcy, który ostrzegł ją o sporej możliwości skręcenia sobie karku. Na szczęście zdążył w odpowiedniej, jak nie ostatniej, chwili. Katherine zamarła w połowie kroku i zamiast świecić na pobliskie półki z przetworami, skierowała promień światła na schody, dostrzegając brak ostatniego stopnia. Niechybnie straciłaby wszystkie zęby, gdyby się wywróciła. I przy okazji złamałaby sobie nogę. Cóż za kretyński sposób, aby rozpocząć tą dwutygodniową wyprawę. Zapewne musieliby się wrócić do Obozu… i to z jej własnej winy. Ugh, nigdy by sobie tego nie wybaczyła. Po sekundzie, a może nawet i dwóch, odetchnęła głęboko, czując jak schodzi z niej niemal całe napięcie. Bardzo ostrożnie ruszyła do przodu, omijając śmiertelną pułapkę i zeskakując na twardy, stabilny grunt, który okazała się być zrobiony z zimnego betonu. O tak, bez wątpienia źle by się to dla niej skończyło, gdyby… no, gdyby nie panicz Tyler.
OdpowiedzUsuń— Dzięki… — mruknęła cicho, zerknąwszy do tyłu przez ramię. Gdzieś po drodze rozbłysło słabe światło, które zmusiło ją do lekkiego przymrużenia swych ciemnych ślepi. Po chwili zamajaczyła jej wysoka, rosła sylwetka oraz jasne, rozczochrane włosy. Przełknęła cicho ślinę, ściskając mocniej palce na podstarzałej latarce. Nagle zrobiło jej się dziwnie duszno, choć przecież znajdowała się pod ziemią, gdzie chłód bił od otaczających ją, kamiennych ścian. Postanowiła jednak w pełni zignorować to kuriozalne odczucie, skupiając się na poustawianych w kącie pomieszczenia słoikach, z różnego rodzaju przetworami.
— Dżemy, konfitury… — wymieniała spokojnie pod nosem, wodząc wzrokiem po etykietkach przyklejonych do mniejszych i większych słoików. W końcu zmarszczyła lekko brwi, sięgając po swą pierwszą zdobycz. — Suszone pomidory — oznajmiła i bez pytania włożyła słoik w ręce stojącego obok Josha. Powinni zachowywać się normalnie, a nie jak jacyś potłuczeni. Dlatego właśnie starała się ze wszystkich sił nie odstawiać żadnych scen i po prostu udawać, iż wszystko jest w jak najlepszym porządku. — Prawdziwki, Kurki… o, Miętówka… — na widok jasnozielonej nalewki nie potrafiła się nie uśmiechnąć. Piąty już z kolei słoik wylądował w ramionach jasnowłosego zwiadowcy, na którego wreszcie zerknęła, przy okazji, gdy samej chwyciła w ręce dodatkowy słoik z syropem z malin. Dobry do herbaty…
— Nie mów o tym miejscu reszcie chłopaków… inaczej opróżnią tą piwniczkę z pozostałych nalewek i utkniemy tu na dłużej niż trzy dni… — ostrzegła go uprzejmie, spoglądając na niego z wyraźnym pobłażaniem. Po chwili jednak znacznie spoważniała, spuszczając wzrok, a w piwnicy znów zapadła cisza.
Miał rację – nie powinni byli na siebie patrzeć. Byłoby to niezwykle pomocne, a już zwłaszcza przy wielu próbach zachowania, choć częściowych pozorów normalności… jednak obydwoje doskonale wiedzieli, że i tak nic by z tego nie wyszło. Po pierwsze, musieli się jakoś komunikować, ponieważ nie chodziło tu wyłącznie o nich samych i ich wymyślne problemy, ale również o bezpieczeństwo oraz komfort pozostałej części załogi, których absolutnie nie powinni wciągać we własne bagno. Po drugie, nagminne olewanie się przyniosłoby im wyłącznie dodatkową frustrację oraz zmęczenie. I tak mieli na głowie bardzo ważną misję, i z pewnością nie potrzebowali jej sobie dodatkowo komplikować. Tak więc niestety… Katherine musiała spoglądać na Josha, a on na nią. Nie było innego wyjścia. I jeszcze jakiś czas temu potrafiłaby to znieść z niemal kamienną twarzą, jednak teraz, po tym, co do tej pory przeszli, i po tym, co sobie niedawno powiedzieli… było to niezwykle trudne. I bolesne, przy okazji. Od razu było wiadomo, że coś nie gra – przecież nawet nie ochrzaniła go za skrót, którym się do niej zwrócił, a tak bardzo tego nie lubiła. Poprawka… nie lubiła, gdy inni, obcy ludzie tak do niej mówili, ale tolerowała, gdy zwracali się tak do niej jej najbliżsi… Wnioski, jak można łatwo zgadnąć, chyba solidnie ją przerosły. Dlatego odchrząknęła w końcu głośno, poprawiając ułożone w ramionach, trzy ogromne słoiki, na które zerknęła lekko niepewnie, starając się ponownie uspokoić oddech oraz opanować wzmożoną chęć bardzo mało eleganckiej ucieczki.
OdpowiedzUsuń— Mogę się tym zająć, i tak nie mam teraz nic innego do roboty — odparła wreszcie, odnosząc się do całkiem logicznej propozycji jasnowłosego zwiadowcy. Chyba widziała parę drewnianych skrzyń w garażu domu. Można by je było wykorzystać do wywiezienia stąd tych parunastu zgromadzonych słoików. Nawet, jeśli nie zabraliby ich wszystkich, i tak nie musieliby się martwić, iż nagle zabraknie im pożywienia. Resztę mogli oddać lub zatrzymać… w sumie było jej to obojętne. Nie przykładała zbyt dużej wagi do jedzenia.
— Wykorzystam trochę grzybów do ryżu… — wymruczała po chwili ciszy, przekierowując swe myśli na ich pozostawioną na gazie, dzisiejszą kolację. Po sekundzie jednak zmarszczyła lekko ciemne brwi i tym razem posłała mu dość harde spojrzenie. — Ale nie myślcie sobie, że przyjechałam z wami, aby wam gotować. Jutro któryś z was się tym zajmuje — oświadczyła całkiem stanowczo, bo i nie wyobrażała sobie siebie samej w roli kucharki. Jeszcze czego! Banda leniwych, samozwańczych bohaterów… Ta myśl pozwoliła jej troszkę otrzeźwieć i z już nieco bardziej buńczuczną miną ruszyła do wyjścia z piwnicy, nie czekając ani na reakcję ani na ewentualną odpowiedź Josha. Coś jej podpowiadało, aby lepiej nie przeciągać tej sytuacji...
O nie, nie zamierzała dźwigać tych wszystkich słoików, i to w tak niewygodnych, drewnianych skrzyniach, którymi z łatwością poharatałaby sobie dłonie. Jedyne, czym chciała się zająć, było posegregowanie owych przetworów, oraz późniejsze ułożenie ich w odpowiednich miejscach, tak, aby przypadkiem się nie potłukły, bądź zbyt szybko nie straciły swojego smaku oraz wartości spożywczych. Noszenie pozostawiłaby rosłym mężczyznom, w końcu miała ich aż siedmiu pod ręką. No, może nieco mniej, jeśli wziąć pod uwagę to, iż nie zamierzała prosić o pomoc ani Franka, ani tym bardziej Juana, którym najzwyczajniej w świecie nie ufała. Frank zachowywał się wyjątkowo ślamazarnie i opornie, jak na członka grupy zwiadowców, nawet, jeśli odpowiadał jedynie za transport i mechanikę. Z kolei Juan… to, jak mówił i sposób, w jaki spoglądał na świat, zdawały się ją niepokoić. I sama nie do końca wiedziała jeszcze dlaczego. Po prostu… źle mu z oczu patrzyło, i tyle. I wcale nie miała na myśli to, jak wodził za nią wzrokiem. Zdawał się najmniej pasować do całego towarzystwa, choć Katherine doskonale rozumiała, iż musiał posiadać wyjątkowo przydatne umiejętności, które zakwalifikowały go do udziału w tej wyprawie. Tak czy inaczej, nie zamierzała się teraz nad tym zastanawiać – zostawiła ryż na kuchence, i jeśli zaraz go nie zdejmie, będą musieli zająć się gaszeniem dość sporego pożaru. A to z pewnością nie spodoba się ich dowódcy. Po wejściu do kuchni, od razu zdjęła garnek z gazu, a przy okazji zrzuciła nogi Franka z blatu stołu, otrzymując w zamian jego oburzone spojrzenie oraz głośny sprzeciw. Posłała mu jedynie krótki, choć stanowczy komentarz, który jasno mówił, iż mógłby być nawet członkiem Rady, a i tak nie pozwoliłaby mu trzymać buciorów tam, gdzie będą jedli. Jeszcze czego! Ugh, od razu skoczyło jej ciśnienie… a po tym, co stało się zaledwie parę sekund później, poczuła jak zalewa ją dość spora fala nieopisanego gorąca. W jednej chwili trzymała słoik w dłoniach, a w drugiej czuła już dotyk jasnowłosego zwiadowcy. Zamarła, wbijając wzrok w stojącego tuż obok niej mężczyznę, obserwując jak otwiera słoik, a po chwili ponownie go odstawia... Zareagowała jak ostatnia idiotka, a jednak uspokoiła się dopiero wtedy, gdy Josh i jego kumpel wyszli z kuchni, pozostawiając ją samą sobie. Wówczas odetchnęła i powoli zabrała się za dokańczanie kolacji. Akurat, gdy stawiała wielki garnek z ryżem na stole, na którym ułożyła wcześniej osiem czystych talerzy i odpowiednią ilość sztućcy oraz kubków z herbatą, rozległ się odgłos otwieranych drzwi, i do wnętrza domu weszła całkiem zadowolona z siebie grupa zwiadowców. Skąd wiedziała, iż wrócili w dobrych nastrojach? Ponieważ byli dość głośni, i mówili jeden przez drugiego, śmiejąc się i żartując. Zaraz też wlali się do kuchni, i z uciechą równą małym dzieciom, przystąpili do wcinania kolacji.
OdpowiedzUsuń— Nie udław się… — mruknęła z pobłażaniem ku najmłodszemu w drużynie, widząc, z jakim zapałem dodaje sobie grzybów do ryżu i je, mając niemal pełne usta. Mike jedynie uśmiechnął się w odpowiedzi (a przynajmniej tak to wyglądało) i jako jeden z pierwszych (zaraz po przełknięciu) zaczął opowiadać, jak to przeszukali aż trzy komisariaty policji, znajdując całkiem sporo sprawnej broni i przydatnych nabojów.
Kolacja wyszła całkiem smacznie – naturalnie, jak na ich ograniczone zasoby. Znalezione w piwnicy przetwory urozmaiciły posiłek, i Katherine miała nadzieję, iż następnego dnia, przy śniadaniu, będzie miała jeszcze okazję skosztować odrobinę dżemu malinowego, który na wszelki wypadek pozostawiła na szafce w kuchni. O ile żaden z tych głodomorów jej nie uprzedzi, wreszcie przypomni sobie smak domowego, słodkiego przetworu… Po skończonym posiłku od razu zabrała się za zmywanie. Nie lubiła bałaganu, to raz. A dwa, nie musiała wychodzić z pomieszczenia i mogła nadstawić uszu, aby przysłuchać się wymianie zdań pomiędzy siedzącymi przy stole mężczyznami. Bardzo interesowało ją to, jak wygląda sytuacja, i czy jest już w miarę bezpiecznie. Zdawała sobie sprawę z tego, iż dowódca wyprawy nie miał obowiązku mówić jej o tym, co widział, tak więc tym bardziej zależało jej na usłyszeniu wszystkich możliwych i jak najbardziej przydatnych informacji. Skończyła zmywać akurat wtedy, gdy otrzymała ostatnią pochwałę na temat kolacji, a Samuel podsumował dzisiejszą wycieczkę, jako całkiem udaną oraz spokojną w przebiegu. To niemal od razu poprawiło jej nastrój. Skoro poruszanie się po mieście nie nastręczyło im zbyt wielu trudności, oznaczało to, iż samej również miała spore szansę, aby sobie poradzić. Całkiem miła wiadomość na koniec dnia, nieprawdaż…? Odetchnęła cicho z ulgą, wytarłszy ręce w suchą ścierkę. Pozostała w kuchni sama. Mężczyźni przenieśli się już bowiem do sąsiedniego pokoju, przygotowując sobie salon do amatorskiej rozgrywki w pokera. Katherine przeszła korytarzem akurat w chwili, gdy panowie rozsiedli się przy stole, nucąc coś i żartując. Nie miała zamiaru im przeszkadzać, choć niegdyś lubiła grywać w karty. Zwłaszcza z własnym rodzeństwem. W pierwszej chwili pomyślała sobie nawet, iż nie zaszkodzi jej spróbować, jednak… no cóż. Musiała spojrzeć tam, gdzie nie powinna i niestety natknęła się na wzrok jasnowłosego zwiadowcy. Od razu poczuła, jak robi jej się cieplej na sercu, aczkolwiek nie należało to do najprzyjemniejszych doświadczeń. Pokręciła lekko głową, zdobywając się na nonszalancki uśmiech…
OdpowiedzUsuń— Innym razem panowie — oznajmiła spokojnie, spoglądając na wszystkich zgromadzonych w pomieszczeniu mężczyzn, poza jednym wyjątkiem… — Poczekam jeszcze, aż zbierzecie wystarczająco interesujące łupy, aby później wam je odebrać… Dobranoc — pożegnała się w swoim własnym, nie całkiem pokornym stylu, i ruszyła powoli schodami na piętro. Gdy wdrapała się już na ciemny korytarz, zrobiło jej się nieco raźniej. Odetchnęła cicho. Czas najwyższy zapomnieć o tym dniu i położyć się już do łóżka. Miała przy sobie wystarczającą ilość ciepłych ubrań i nakryć, aby nie obawiać się chłodnej nocy. Jedyne, co mogło jej spędzić sen z powiek były jej własne, nieuporządkowane myśli, które wbrew jej najszczerszym staraniom, nie zawsze chciały jej się słuchać. Dlatego zamykając za sobą cicho drzwi, starała się nie rozpamiętywać chwili, w której ona i Josh zostali sami w piwnicy, a następnie, gdy już znaleźli się w kuchni, odczuła dotyk jego palców na własnej dłoni. To było głupie, i bardzo bolesne. Nie chciała się tym zadręczać. Postanowiła więc z tym skończyć, i położyła się spać, zakupując się pod stertą ciepłych swetrów oraz koców. O dziwo sen przyszedł wyjątkowo szybko, i ukoił jej biedne nerwy…
Tych parę dni minęło zaskakująco szybko i spokojnie. Na razie nie mieli zbyt wielu problemów z zombie, których napotykali zaskakująco niewiele, a jeśli już, to wyłącznie małe grupki, w dodatku w dość zaawansowanym stanie rozkładu. Wiadomo, iż takie osobniki nie poruszały się zbyt szybko, a więc nie stanowiły aż tak wielkiego zagrożenia. To z pewnością było spore ułatwienie – zwłaszcza wtedy, gdy zapuszczali się w nieznane rejony, przeszukując poszczególne domy, sklepy bądź okoliczne place. Katherine było to na rękę – im mniej Szwędaczy napotykali, tym śmielsze snuła wizje własnego wyjazdu, nie obawiając się, iż nie da sobie rady. Wierzyła we własne możliwości, a teraz miała okazję przekonać się, iż los najwyraźniej jej sprzyjał. To dlatego ostatnie parę dni, cieszyła się całkiem dobrym nastrojem. I nawet plączący się pod jej nogami, niesforni oraz zawadiaccy mężczyźni nie potrafili jej go zepsuć. No, prawie… Nieustanne towarzystwo pewnego jasnowłosego zwiadowcy jak zwykle odrobinę wybijało ją z rytmu. Starała się jednak nie zwracać na niego zbyt dużej uwagi, i o dziwo, po pewnym czasie nauczyła się go w miarę ignorować. A przynajmniej powstrzymywała się od spoglądania w jego kierunku, gdy nie miała w tym żadnego, konkretnego interesu. Tak jak poprzedniego dnia, przy śniadaniu, gdy zapisywała coś w swoim notatniku, niemal całą sobą czując, iż kręci się tuż obok po kuchni, wraz z kolegami przyrządzając sobie posiłek. Nie oderwała wzroku od kartek, skupiając się na pisaniu oraz nieśpiesznym popijaniu świeżo zaparzonej kawy. Udało jej się przetrwać… a później jakoś już poszło. Dziś wyruszyli wszyscy razem, opuszczając posiadłość we wczesnych godzinach przedpołudniowych. Katherine wiedziała jedynie tyle, iż jadą w pobliże sporych magazynów, gdzieś nieopodal zachodniego wybrzeża. Nie musiała znać wszystkich szczegółów – najważniejsze, aby miała ze sobą podręczną apteczkę i była gotowa do drogi. Zaraz po ósmej odbyła się zbiórka, a zaledwie pięć minut później byli już w trasie, zmierzając do wyznaczonego punktu. Po drodze jak zwykle niemal nic się nie działo. Co prawda pojawiały się pojedyncze Szwędacze, jednak nie na tyle liczne, aby były w stanie im zagrozić. Dlatego dotarli na miejsce po niespełna półgodzinie, parkując w pobliżu magazynów na opustoszałym wybrzeżu. Katherine musiała odczekać parę minut, nim pozwolono jej wyjść z samochodu i rozprostować nogi. Choć wokół nie było ani jednej, żywej duszy (i wyglądało na to, iż martwej również), to jednak nie zamierzała się kłócić, dostosowując do poleceń dowódcy. Następnie, zgodnie z tą samą ideą, dołączyła do jednej z grupy panów, którzy wyruszyli na przeczesywanie położonych najbliżej mola, starych składów. Był w niej jak zwykle wesoły Max, rozglądający się z ciekawością dookoła Mike… oraz Josh. Samuel i reszta poszli na prawo, a ona, wraz ze swoją drużyną, ruszyła na lewo. Starała się skupić na obserwowaniu otoczenia, jednak idąc tuż za plecami jasnowłosego zwiadowcy było to niezwykle trudne. Nawet w obliczu poczynionych przez nią ostatnio postępów. Po prostu nie do końca potrafiła się odciąć, i tyle… miała jednak nadzieję, iż nie było tego widać.
OdpowiedzUsuńWszystko zdawało się iść zgodnie z planem… do momentu, aż z jednego z magazynów wylazł obskurny, zdeformowany Szwędacz, ciągnący za sobą swoją własną nogę… i paru kolejnych kumpli. Katherine nie zdążyła nawet zareagować, skupiona na ostrożnym stawianiu kroków oraz w miarę uważnym wsłuchiwaniu się w jedną z wesołych historyjek Mike’a. Myślała, że wszystko jest w porządku, że nic złego się nie dzieję. I nawet widok jednego czy dwóch zombie nie zrobił na niej większego wrażenia. Dopóki nagle nie namnożyło się ich dziesięciu… a później jeszcze dwudziestu. Jakim cudem…? Nie miała bladego pojęcia. A jednak zaczęły one wypełzać ze starego magazynu, charcząc i wyciągając ku nim dłonie, a ich przekrwione oczy nie wyrażały niczego więcej, ponad niezaspokojoną żądzą ludzkiego mięsa. Te potwory wyrastały z ziemi niemal tak szybko jak grzyby po deszczu – i właśnie to sprawiało, iż były one tak groźne. Pojawiały się nagle, z nikąd, kompletnie zaskakując swoje potencjalne ofiary. Tak jak ich teraz. Katherine zrozumiała, że zrobiło się bardzo poważnie, gdy powietrze przeszył pierwszy, ostry dźwięk wystrzału. A więc skończyło się posługiwanie cichymi i podręcznymi nożami. Musieli uciekać… Panna Holmes starała się postępować tak, jak ją wcześniej tego uczyli – wycofała się do środka, pozwalając, aby na pierwszy plan wyszli mężczyźni z naładowaną bronią. Wiedziała, iż im więcej nabojów wystrzelą, tym większego hałasy narobią, ale tak czy inaczej, nie mieli już innego wyjścia. Stworów i tak nieustannie przybywało, a oni, zamiast zmierzać w kierunku samochodu, byli coraz bardziej spychani do jednej ze ścian starego magazynu. To oznaczało bardzo poważne kłopoty… Katherine, nie zważając na głośne przekleństwa i pokrzykiwania, zaczęła gorączkowo rozglądać się za najszybszą drogą ucieczki. Musiała jakaś być…! I o dziwo, okazało się, iż miała rację. Gdy wylądowali w pobliżu starych kartonów, panna Holmes zauważyła skryte za nimi, wąskie drzwi. Musiały one prowadzić na zaplecze magazynu, stanowiąc tylne wyjście z budynku. Teraz mogłyby być ich wybawieniem… tak więc nie tracąc ani sekundy więcej, podbiegła bliżej pudeł i rozpychając je na boki, dostała się do drzwi… które oczywiście musiały być zamknięte. Przeklęła cicho, jednak nie poddała się bez walki. Wyszarpnęła zza paska spodni swój własny pistolet, który otrzymała w ramach wzmocnienia bezpieczeństwa od dowódcy, i choć przez chwilę wyglądało na to, iż zamierzała przyłączyć się do swych strzelających kolegów, to jednak skierowała uchwyt broni na klamkę i uderzyła nią parę razy w przyrdzewiały zamek, wkładając w to tyle siły i energii ile tylko mogła. Po ośmiu lub dziewięciu takich ciosach, klamka niespodzianie jęknęła, a zamek puścił.
OdpowiedzUsuń— Max…! — akurat on stał najbliżej. Ledwo zwrócił na nią uwagę, jednak musiał dostrzec jak otwiera ona drzwi i znika w środku budynku. Katherine wiedziała, iż było to dość ryzykowne zagranie, jednak tak naprawdę to nie mieli zbyt wielkiego wyboru. Liczyła tylko na to, iż chłopcy podążą za nią, ponieważ naprawdę nie chciała, aby doszło do tragedii. Tak dobrze im szło… a ona na samą myśl o utracie kogoś bardzo konkretnego, poczuła jak ściska ją za serce, a jej oddech staje się nierówny i niezwykle nerwowy…
W środku panowała niemal przeraźliwa cisza – a już zwłaszcza po tym, gdy Josh i Max zatrzasnęli drzwi, zastawiając je czymś ciężkim, czego Katherine i tak nie mogła dostrzec, ponieważ sączące się z wysokich okien światło i tak było zbyt słabe, aby oświetlić jej własne stopy, a co dopiero znajdujących się jakieś pięć metrów dalej mężczyzn. Zamiast więc wysilać wzrok, skupiła się na równomiernym łapaniu oddechu, starając się uspokoić łomoczące w piersi serce. Nie tylko z wysiłku, ale również i z nerwów. Już dawno nie miała okazji skosztować tak solidnej dawki adrenaliny, tak więc nic dziwnego, iż potrzebowała dosłownie paru sekund, aby doprowadzić się do porządku. Nie bała się… a przynajmniej nie spotkania trzeciego stopnia ze Szwędaczami. Pierwsze o czym pomyślała, zaraz po znalezieniu kryjówki i zamknięciu drzwi, było to, czy wszyscy są cali i zdrowi. Przecież właśnie takie miała zadanie – powinna była dbać o przypisanych jej towarzyszy, licząc na to, iż pozostałej czwórce udało się uniknąć podobnego zamieszania. Najwyraźniej jednak, jej zmachani koledzy z grupy byli jedynie trochę zmęczeni i podminowani. Nikomu nic się nie stało… i dobrze, ponieważ Katherine miała przy sobie jedynie niewielki plecak z podręczną apteczką. Większość sprzętu pozostała w samochodzie, tak więc tym lepiej, iż nikt nie ucierpiał, a ona nie musiała się wściekać, że jest całkowicie bezradna. To była jedna z jej najgorszych obaw – wiedza, chęci i umiejętności wystawione przez zwykły brak ekwipunku i narzędzi. Bardzo bolesna i bezsilna śmierć…
OdpowiedzUsuń— Zwariowałeś…?! Co to było…? — nim zdążyła coś powiedzieć, lub jakkolwiek zareagować, Max dopadł stojącego w pobliżu niej Mike (a przynajmniej tak jej się zdawało, ponieważ jej oczy jeszcze nie do końca przyzwyczaiły się do zaciemnionych warunków), szarpiąc go za ramię i warcząc na niego złowrogo. — Kto ci pozwolił strzelać? Może jeszcze trzeba było im zatańczyć i zaśpiewać, na wypadek, gdyby nas jednak przegapili…? — Max był wyraźnie zły i potrzebował zwalić na kogoś winę. A Katherine, o dziwo, miała zupełnie odmienne zdanie. Nagle poczuła niespodziewany napływ gorąca i samej straciła spokój ducha, rozdzielając tą dwójkę, nim Mike zdążył cokolwiek powiedzieć, zdobywając się na obronę samego siebie. To było dziwne, jak na nią naturalnie, ale zareagowała tak jak to zrobiła, i nie było już odwrotu…
— Przestań, to już nie ma najmniejszego znaczenia…! — ofuknęła grupowego wesołka, wbijając w niego dość harde spojrzenie. Może i nie znała się na strategii, i może posiadała dość ograniczoną cierpliwość, a zwłaszcza co do ludzi, jednak jakimś cudem nie miała ochoty wysłuchiwać pretensji pod adresem najmłodszego członka ich zespołu. Nie i koniec. — Lepiej poszukajmy wyjścia, aby skontaktować się z pozostałymi — dodała już nieco spokojniej, jednak ani przez chwilę nie spuściła kategorycznego spojrzenia z oblicza naburmuszonego Maxa. Ten tylko zamruczał coś pod nosem, po chwili oddajając się samemu w stronę jednego z ciemnych korytarzy. Katherine skorzystała wtedy z okazji i spojrzała na Mike – wyraźnie przybitego, ze wzrokiem wbitym we własną broń. Panna Holmes westchnęła w myślach i szturchnęła go lekko w ramię, tym samym zmuszając go, aby na nią zerknął. Jej wyraz twarzy delikatnie złagodniał, a oczy, z pochmurnych i skupionych, stały się na moment po prostu spokojne i opanowane.
— Następnym razem dostaniesz dwa tłumiki… tak na wszelki wypadek — stwierdziła cicho, chcąc mu tym samym poprawić odrobinę nastrój. Nie mogli pozwolić sobie na rozłam. Wyrzuty sumienia i tak przyjdą później… ale Mike był młody i niedoświadczony. Takie rzeczy się zdarzały. Doskonale o tym wiedziała, ponieważ kiedyś… kiedyś jej młodszy brat też bawił się bronią i podziurawił ulubiony samochód ojca. Poczuła nieprzyjemne pieczenie w przełyku.To skojarzenie wcale nie było przypadkowe...
Katherine wolała nie myśleć o tym, jak bardzo tęskniła za swoim domem, skoro zareagowała w tak nietypowy dla siebie sposób. Znała Mike zaledwie od paru tygodni, a jakoś nie wyobrażała sobie, aby Max mógł go tak po prostu opieprzać. Może i zasłużył na naganę, ale jeśli tak, to powinien ją był usłyszeć od swojego dowódcy, a nie od zdenerwowanego kolegi z drużyny, który nie dbał o to co i jak mówi… Właśnie przez to atmosfera mogła się pogorszyć, a przecież i tak nie było kolorowo. Panna Holmes postarała się zebrać myśli, a następnie wyrzucić z głowy upierdliwe wspomnienia o swoim młodszym, wiecznie uśmiechniętym bracie, z którym uwielbiała się kłócić, jednak nigdy nie pozwoliłaby na to, aby ktoś zrobił mu jakąkolwiek krzywdę. Jej reakcja była szczera, niemal instynktowna… ale teraz musieli skupić się na tym, co najważniejsze – czyli na wyjściu z tej cholernej puszki i odnalezieniu reszty grupy. Bez szemrania więc posłuchała rozkazu stojącego nieopodal, jasnowłosego zwiadowcy, czując jak znów podskakuje jej serce, na sam dźwięk jego głosu. Mimo, iż nie do końca go widziała, to jednak zdołała wyczuć, że i on był lekko zdenerwowany. I w sumie nie było w tym nic dziwnego… poza tym, iż Katherine ponownie zrobiło się dziwnie gorąco, na samą myśl o tym, iż tak niewiele dzieliło ich od kolejnej tragedii. Chciała się stąd wydostać i powrócić do bezpiecznego schronienia w pięknej posiadłości, jednak wiedziała, iż nie mogli się śpieszyć, jeśli nie chcieli popełnić kolejnego błędu. Spokojnie więc, starając się już nigdzie nie śpieszyć, ruszyła za niknącym w korytarzu Młodzikiem. Ufała, iż prowadzący cały ten pochód Max wiedział, dokąd zmierza. Inaczej nie dość, iż będą mieli na głowie stado wygłodniałych zombie, to jeszcze dodatkowo zabłądzą i znów dojdzie między nimi do niepotrzebnego spięcia. A tego Katherine naprawdę wolała uniknąć… zresztą, jej myśli i tak zaprzątało jej coś zupełnie innego niż obawy na temat drogi. Niemal nic nie widziała, dwa razy potykając się i raz uderzając ramieniem o kawałek wystających drzwi. To jednak w ogóle nie sprawiło, iż przestała rozmyślać nad idącym za nią mężczyzną, czując jego ciągłą obecność, a nawet i spojrzenie. Wytrzymała zaledwie parę minut, gdy jej nogi same zwolniły, a ona zaczęła oddalać się od kroczącego przed nią chłopaka. Nie zatrzymała się, jednak kroczyła na tyle wolno, aby w końcu móc odwrócić głowę do tyłu i bez problemu dostrzec twarz idącego tuż za nią, jasnowłosego zwiadowcy. Właściwie to nie była pewna, co wyczynia, ale jakoś nie potrafiła się już wycofać. Wiedziała, że nie powinni hałasować, jednak było już za późno, aby zmienić zdanie. Zwłaszcza, iż czuła jak jej własny żołądek kurczy się boleśnie i wywraca na drugą stronę.
OdpowiedzUsuń— Wszystko w porządku…? — pytanie było dość niewinne i właściwie odnosiło się do wszystkiego. Do jego zdrowia, samopoczucia, rozmyślań… Katherine jednak nie do końca wiedziała, jakiej odpowiedzi się spodziewać. Właściwie, to po prostu chciała, aby coś powiedział. Coś sensownego, chociażby o tym, że chyba wie jak stąd wyjść… albo, że grupa pewnie już na nich czeka. Albo, że nic mu nie jest… że nic mu się nie stało i czuje się dobrze. To by jej wystarczyło. W sumie nie wiedziała, do czego… albo po prostu nie chciała się do tego przyznać, ulegając pojedynczej słabości. Spoglądała na niego przez ramię, nadal się nie zatrzymując, i starając się dostrzec w jego jasnym spojrzeniu choćby odrobinę tego charakterystycznego, pogodnego ducha, którym kiedyś nieustannie ją irytował, a teraz… Cóż, teraz trochę za nim tęskniła, wyrzucając sobie w głowie własną głupotę, beznadziejną infantylność oraz rozpaczliwą słabość.
Nie chciała komplikować ich obecnej sytuacji… wiedziała przecież, że nie powinni tego robić, jeśli za pewien czas ona i tak miała odejść. Nie sądziła, iż będzie to takie trudne, ale nie zamierzała zmieniać swojej decyzji. Pragnęła wrócić do domu i dowiedzieć się o losy swoich bliskich – nawet jeśli oznaczało to najgorsze z możliwych wieści, to miała już dość życia w ciągłej niepewności. Niekiedy zwykła nadzieja była gorsza od najbrutalniejszej prawdy. Dawała człowiekowi złudne poczucie, iż los wcale nie jest taki zły, że pewnego dnia wszystko się ułoży… Katherine miała już tego po dziurki w nosie. Była gotowa przyjąć na swe barki całą prawdę, bez względu na jej treść. Od roku nie marzyła o niczym innym, czując się niemal zawieszoną w rzeczywistości – zupełnie jak w stagnacji, bez możliwości cofnięcia się bądź ruszenia do przodu. Dlatego tak bardzo zależało jej na tej wyprawie. Pomimo, iż uczestniczył w niej panicz Tyler, nie wyobrażała sobie, aby miała z niej zrezygnować. Choć upierdliwy pech chyba nie chciał ich opuścić. W pierwszej chwili również zamierzała odpowiedzieć, że u niej też wszystko w porządku, że nie ma się czym martwić… Jednak jak na złość zdążyła jedynie rozchylić lekko usta, gdy do jej uszu dotarło bardzo charakterystyczne rzężenie, które rozpoznałaby nawet z zamkniętymi oczami. Od razu stanęła w miejscu, rozglądając się po ciemnym korytarzu, w którym akurat przebywali… Wyczuła, iż jej mięśnie mimowolnie tężeją, a puls znacząco jej przyśpiesza. Zagrożenie było blisko, nauczyła się na nie odpowiednio reagować. Choć na to, co stało się po chwili, była kompletnie nieprzygotowana. Gdy ujrzała, jak Josh występuje do przodu i zasłania ją samym sobą, niemal cała zdrętwiała. Powietrze uszło z niej jak z przebitego balonika, czyniąc ją bezwładną i niezdolną do jakiejkolwiek innej reakcji, niż ciągłe trwanie w tym samym miejscu. Nagle, całkiem niespodziewanie, poczuła jak zimny pot oblewa jej skórę na plecach, a dłonie zaczynają delikatnie drżeć. I zupełnie nie potrafiła nad tym zapanować…! Nie, dopóki nie okazało się, iż podążający za nimi Szwędacz był jedynie niegroźnym pasożytem, którym Josh zajął się w zaledwie parę sekund. Dopiero wtedy zauważyła, iż od początku wstrzymywała powietrze, a teraz, gdy wreszcie odetchnęła, jedynie mocniej zakręciło jej się w głowie. Wbiła więc ciemne spojrzenie w sylwetkę jasnowłosego zwiadowcy, mając cichą nadzieję, iż wcale nie pobladła, albo nie wygląda tak, jakby miała za chwilę zemdleć. W sumie jeszcze nigdy jej się to nie przytrafiło, ale po tym, co przed sekundą zaszło, była niemal pewna, iż właśnie tak czują się osoby, które mają za moment stracić kontakt z rzeczywistością. Dlaczego tak zareagowała? Przecież nie z obawy przed zombie… Nie, to zachowanie Josha ją zabolało. I to bardzo mocno. Na tyle, iż gdy znów mogła normalnie mówić, od razu powiedziała to, co kołatało jej się w głowie...
OdpowiedzUsuń— Nie rób tego, Josh… nigdy więcej — wyszeptała na tyle cicho, aby mieć pewność, iż usłyszy to jedynie stojący naprzeciwko niej jasnowłosy zwiadowca, a jednak na tyle stanowczo, aby od razu zrozumiał, iż wcale nie żartuje. Bo nie żartowała. — Gdyby coś… — ci się stało, ty skończony idioto… Nie, jednak zdążyła ugryźć się w język. Gdzieś za swoimi plecami usłyszała cichy szmer. Wiedziała jednak, iż był to Mike, chyba czekający na to, aż wreszcie ruszą do przodu. Katherine nie zamierzała długo się ociągać. Posłała jasnowłosemu mężczyźnie ostatnie, zawierające zapewne zbyt dużo sprzecznych emocji spojrzenie i odwróciła się, podążając za Młodym. Po drodze czuła, jak jej serce pragnie wyskoczyć z piersi i plasnąć o posadzkę – zbyt zmęczone, aby dłużej udawać obojętne, i zbyt przerażone na samą myśl o tym, co się z nim stanie, jeśli po prostu się otworzy, a później będzie musiało narazić się na kolejną stratę. Tak jak przed chwilą… gdy o mały włos, a nie doszło do kolejnej tragedii. To by było nie do zniesienia… nie dla Katherine, która obwiniałaby się o to do końca swoich dni. Dlaczego on musiał być taki... taki… ugh…!
Nie zamierzała mu się tłumaczyć. Ani żyć ze świadomością, iż właśnie przez nią, niewinny człowiek został ugryziony i tym samym stracił życie, przemieniając się w krwiożerczego potwora. Nie, absolutnie nie. Mało miała zmartwień na głowie? Mało nieprzespanych nocy, podczas których rozpamiętywała każdą, nawet najbardziej bezsensowną śmierć, z jaką miała okazję się zetknąć, a której można było zwyczajnie uniknąć? Niespełna miesiąc temu ponownie zwątpiła – gdy do przychodni trafił jeden ze zwiadowców, któremu odcięto nogę, ponieważ został ugryziony przez Szwędacza. Nie udało mu się pomóc, pomimo tego, iż Katherine zrobiła wszystko, co w swojej mocy, aby go uratować i nie pozwolić mu umrzeć. Niestety, pomimo najszczerszych chęci i sporego zaangażowania, okazała się być kompletnie bezsilna. Tak jak i w tej chwili, gdy panicz Tyler po prostu ją zasłonił, odgradzając od wszelkiego, potencjalnego niebezpieczeństwa. Miała ochotę zacząć na niego krzyczeć, wymyślając mu od lekkomyślnych bohaterów od siedmiu boleści, a może przy okazji uderzyć go jeszcze parę razy po tej jasnej czuprynie, aby wreszcie to do niego dotarło – nie chciała jego pomocy! Nie chciała, żeby się dla niej narażał. Tak, jak reszta zespołu. I choć rozumiała, iż każdy powinien ubezpieczać swoich kolegów, to jednak zachowanie Josha niosło ze sobą coś więcej, niż zwykłą życzliwość oraz koleżeńską solidarność… a myślenie o tym wcale nie było łatwe. Zwłaszcza, gdy sama czuła, jak jej gardło zalewa niemal żrąca lawa, a serce nie chce się uspokoić, bijąc niemiłosiernie szybko i sprawiając, iż w jej uszach nadal słyszała głośny, dudniący szum. To jej własny puls ją tak doświadczał… organizm panny Holmes zareagował instynktownie, niemal prawdziwą paniką. A już zwłaszcza wtedy, gdy jej umysł podsunął jej bardzo złe zakończenie całej tej sytuacji... Udało jej się jednak skupić na czymś zupełnie innym. Gdzieś za ich plecami rozległ się złowieszczy huk, który sprawił, iż nagle cała czwórka zamarła w miejscu, uważnie nasłuchując. Katherine niemal od razu domyśliła się, iż zombie, które wcześniej ich zaskoczyły, musiały sforsować prowizoryczne zabezpieczenie i wedrzeć się do środka. A to oznaczało spore kłopoty. Aby nie stać się ich kolejną przekąską, musieli szybko znaleźć wyjście i dołączyć do pozostałych. Najwyraźniej reszta zespołu podzielała jej skromną opinię, ponieważ niemal natychmiast ponownie ruszyli przed siebie, jednak tym razem nieco szybciej niż dotychczas, nie dbając już tak bardzo jak wcześniej, o zachowanie znośnej ciszy.
OdpowiedzUsuń— Szybciej, chodźmy przez te biura…! — Max najwyraźniej starał się zachować, jako takie opanowanie, ale nawet w jego głosie dało się wyczuć wyraźne poddenerwowanie. Panna Holmes jednak ufała mu na tyle, aby zdać się na jego instynkt i ruszyć za nim. Wkroczyli na wąski korytarz, zapełniony mnóstwem drzwi, prowadzących zapewne do pomniejszych gabinetów. Niestety, jak miało się za chwilę okazać, droga ta nie była prosta i przyjemna. Z paru pokoi dochodziło osobliwe charczenie, a to oznaczało, iż nie byli tu sami…
Te paskudy wypełzały z każdego, możliwego kąta! To niesamowite jak wiele ich tu było, a jeszcze zaledwie parę chwil temu wszystko wydawało się być w jak najlepszym porządku. Magazyn był całkiem spory, i na pewno mieścił on w sobie bardzo wiele, ciekawych zakamarków, jednak nie mieli oni czasu ani na przeszukiwanie go, ani tym bardziej na zwykłe zwiedzanie, skoro tuż za nimi, może z parędziesiąt metrów dalej, grasowało całkiem pokaźne stadko wiecznie głodnych umarlaków, węszących za świeżym, ludzkim mięsem. Katherine na samą myśl o tym robiło się zwyczajnie niedobrze. I zaraz przy okazji czuła się zła i podminowana – nie chciała stać się karmą dla trupów, a już zwłaszcza teraz, gdy tak nie wiele dzieliło ich od wyjścia z tego przeklętego korytarza i znalezienia się na świeżym powietrzu. Zdawało jej się, iż słyszy szum fal rozbijających się o skaliste wybrzeże zatoki… I może miała jakieś omamy, jednak sprawiły one, iż nabrała zdecydowanie więcej wigoru niż wcześniej, skupiając się na zadaniu eliminowania poszczególnych przeszkód. A tych znalazło się parę… Najpierw wbiła nóż w czaszkę wyglądającego zza jednych drzwi Szwędacza, w kiepskim garniturze i brzydkim, zielonym krawacie. Następnie, wycierając ostrze o własne spodnie, odepchnęła barkiem niegdyś jasnowłosą, a teraz niemal łysą kobietę, która kłapiąc resztką zębów starała się ją dziabnąć w szyję. Na szczęście Katherine była od niej silniejsza, i prawie bez problemu zepchnęła ją na bok, gdzie wpadła na biurko i zwyczajnie straciła równowagę. Wtedy zauważyła, jak Max siłuje się z zamkiem drzwi. Szybko dołączył do niego Mike, którego nóż myśliwski był wystarczająco duży i dobrze zaostrzony, aby mógł podważyć całą klamkę i tym samym przynieść im wybawienie w postaci otwartego wyjścia. No tak, tylko najpierw trzeba było jakoś przetrwać i zatrzymać ten pochód żywej śmierci. Panna Holmes stanęła plecami do przeklinających zwiadowców, rozglądając się uważnie po bokach. Z lewej strony widziała jasną czuprynę Josha, który tak jak ona starał się jakoś spowolnić nadciągające, martwe posiłki. Problem polegał na tym, iż nawet, jeśli dobrze mu szło, to było to męczące zajęcie. Ciągłe machanie ręką w końcu go znuży… ją już zmęczyło, ale to raczej nic dziwnego – była o wiele mniejsza, i nie miała tyle siły, co towarzyszący jej mężczyźni… Dlatego, w momencie gdy poczuła, iż osiągnęła swój limit, nie zawahała się ani przez chwilę, wyciągając naładowany pistolet i sprawnie pociągając za spust. Co za różnica… i tak byli otoczeni. Mierząc do podpełzających w ich kierunku Szwędaczy, miała niemal kamienną twarz, a ciemne oczy obserwowały z uwagą rozwój wydarzeń. Strzeliła trzy razy, za każdym z nich trafiając, i sprawiając, iż idące w ich stronę zombie upadły i zablokowały na moment przejście. Zyskali niespełna minutę. Wtedy spojrzała w kierunku Josha, a następnie pozostałych towarzyszy. Akurat w chwili, gdy miała zamiar zapytać, jak długo jeszcze będą się cackali z tym cholernym zamkiem, klamka puściła a drzwi otworzyły się z trzaskiem, wpuszczając ostre promienie słońca do zaciemnionego korytarza. Katherine zmuszona była zmrużyć oczy, jednak na jej zmęczonym obliczu odmalował się cień uśmiechu. A jednak – wyglądało na to, iż jeszcze sobie pożyją…
OdpowiedzUsuńChyba jeszcze nigdy w życiu nie cieszyła się tak bardzo na widok słońca – a jak na nią było to dość sensacyjne odkrycie, ponieważ urodziła się jako stworzenie ciepłolubne, przez co doceniała nawet najdelikatniejsze promienie słońca. Teraz jednak zbliżało się już południe, a więc nie brakowało im ani ciepła, ani tym bardziej światła. Zaraz po wydostaniu się z zatęchłego magazynu, Katherine wciągnęła w płuca charakterystyczne, słone powietrze, które niemal od razu poprawiło jej nastrój. A przynajmniej na chwilę, gdy zaledwie po paru sekundach wróciła na ziemię i zaczęła rozglądać się po okolicy, w poszukiwaniu jakiegoś znajomego punktu. Przeszli kawał drogi, choć poczuła to dopiero wtedy, gdy największe zagrożenie minęło, a ona miała czas zauważyć, iż bolą ją nogi, ramiona, a nawet głowa. Zapewne nawdychała się zbyt wiele kurzu. Nadal starała się nie spoglądać w stronę pewnego jasnowłosego zwiadowcy, wmawiając sobie usilnie, iż to wcale nie przez jego brawurowe zachowanie nadal odczuwa uciążliwy ciężar w okolicy serca. W dodatku parę chwil temu znów miała ochotę na niego naskoczyć, gdy przez własne gapiostwo wyrżnął o jeden z boksów, obijając sobie ramię. Jeśli myślał, iż tego nie dostrzegła, to chyba nie zdawał sobie sprawy z tego, jak bardzo był w błędzie. Tak czy inaczej, Katherine postanowiła go zupełnie zignorować i poświęcić swój czas na wybicie sobie z głowy myśli, iż może jednak coś sobie zrobił… Zasłużył sobie na parę siniaków, zwłaszcza po tym, jak o mały włos nie dostała przez niego zawału serca. Idąc więc za Maxem, który jak zwykle wysunął się na prowadzenie, strzepywała sobie z rękawów kurtki nagromadzony kurz oraz lepkie pajęczyny. Na szczęście trasa, którą obrali, aby przedostać się do samochodu, nie przysporzyła im większych kłopotów. Po drodze napotkali jedynie pojedyncze przypadki Szwędaczy, pozbywając się ich bez żadnego trudu. Przemarsz zajął im niemal półgodziny – to dlatego, iż postanowili się nie śpieszyć i nie kusić losu, sprawdzając każdą ścieżkę, i każdy zaułek, w obawie, iż ponownie natrafią na stado wygłodniałych zombie. Gdy dotarli wreszcie do celu od razu zauważyli ich własne, zaparkowane samochody, stojące nietknięte w tym samym miejscu, w którym je wcześniej zostawili. Co najważniejsze jednak, odnaleźli resztę grupy – Samuel oraz pozostali czekali na nich przy pojazdach, i chyba wyraźnie im ulżyło, gdy dostrzegli, iż tak naprawdę nic im się nie stało…
OdpowiedzUsuń— Nie ma to jak złamanie paru podstawowych zasad bezpieczeństwa i zabawa w Rambo, prawda…? — Juan, oparty o przednią maskę jednego z czarnych samochodów, posłał im wyraźnie zniesmaczone spojrzenie, gdy tylko podeszli wystarczająco blisko, aby mogli go usłyszeć. — Fajnie było narazić całą misję na niepowodzenie…? — dodał z chłodnym uśmiechem na twarzy, który Katherine od razu miała ochotę mu zetrzeć, nabijając mu przy tym parę sińców. Max zresztą wyglądał, jakby myślał podobnie…
— Co się tam stało…? — Samuel nie pozwolił na wywiązanie się potencjalnej kłótni, jedynie mierząc całą ich czwórkę dość surowym, i jak zwykle bardzo poważnym spojrzeniem. Panna Holmes nigdy nie potrafiła do końca stwierdzić, jakie targały nim emocje. Był dla niej jedną, wielką zagadką – nieuśmiechającą się, niemówiącą zbyt wiele, skrytą za zasłoną własnych przemyśleń. Nawet teraz nie mogła powiedzieć, czy był na nich zły, czy jedynie lekko podirytowany. Na pewno jednak oczekiwał od nich jednoznacznej odpowiedzi, którą jako pierwszą udzielił mu przygaszony Mike, spoglądając na niego ze zrezygnowaniem.
— To moja wina, pierwszy wystrzeliłem…
Całe szczęście, iż Samuel był rozsądnym facetem… a przynajmniej na takiego wyglądał i tak mówił. Katherine uznała, iż zduszenie kłótni w zarodku było bardzo sensownym pomysłem, ponieważ nie miała najmniejszej ochoty oglądać kolejnej bijatyki, a później jeszcze tracić czas na opatrywanie twarzy tym, którym jako pierwszym puściły nerwy. Właściwie, to miała już wszystkiego dość i chciała wrócić do domu, aby trochę odpocząć i zregenerować nadwątlone siły. Niech panowie załatwiają sobie swoje sprawy oddzielnie, a ona w tym czasie skorzysta z okazji i odpowiednio odsapnie. W końcu kto jak kto, jednak medyk zawsze powinien być rozluźniony i wypoczęty, prawda…? Wsiadła do samochodu, oddychając głęboko. Dopiero wtedy, tak naprawdę, poczuła, jak bardzo bolą ją nogi. Całe szczęście, iż mogła odrobinę zwolnić i przymknąć powieki, w czasie, gdy Max psioczył za kierownicą, iż każe mu się dodatkowo prowadzić, a był już przecież tak bardzo zmęczony… Po niespełna godzinie kluczenia bocznymi uliczkami, (tak na wszelki wypadek), wreszcie dotarli do ogromnej posiadłości, gdzie mieli spędzić już ostatnią noc, następnego ranka ruszając w dalszą drogę. Dziś, do końca dnia, mieli okazję odpocząć i przygotować się do kolejnej trasy, tak więc pozostała część dnia wydawała się być o wiele przyjemniejsza niż ta pierwsza… I nawet niewybredne żarciki Franka nie denerwowały jej tak mocno jak zwykle. Może dlatego, iż zaraz po przekroczeniu progu domu, sama odczuła, jak bardzo jest głodna. Wystarczyło trochę niebezpieczeństwa, plus parę skoków adrenaliny, i człowiekowi od razu kiszki marsza grały… Z tego wszystkiego była właściwie gotowa (ten jeden i ostatni raz!) udać się do kuchni i faktycznie rozejrzeć się za czymś dobrym do przyszykowania… jednak o dziwo, zatrzymał ją sam Samuel, który jeszcze w przedpokoju zawołał ją po imieniu i kazał udać się na spoczynek. Katherine nie za bardzo wiedziała skąd ta nagła troska i właściwie dlaczego miałaby sobie pozwolić na leniuchowanie, skoro inni musieli jeszcze trochę popracować, nim wreszcie ściemnieje… Jednak chwilę później otrzymała odpowiedź, która wprawiła w lekkie zdumienie nie tylko ją samą, ale i również znajdujących się w pobliżu mężczyzn, zainteresowanych decyzją przełożonego.
OdpowiedzUsuń— Uznajmy, że powinniśmy szczególnie dbać o samopoczucie naszego jedynego lekarza. A zwłaszcza w dniu jego urodzin — Katherine dosłownie opadła szczęka, gdy to usłyszała. Jakie urodziny…? Jej…? To nie możliwe, przecież to dopiero… Och. A jednak nie. Niesamowite – znów o nich zapomniała. Już rok temu przegapiła ten dzień, spędzając go jak zwykle w pracy, od rana do późnego wieczora. A teraz… teraz tym bardziej nie miała głowy do świętowania swych dwudziestych siódmych urodzin. Z jednej strony miała ochotę zaprotestować, zbywając ten przemiły gest lekkim machnięciem ręki… Po chwili jednak uznała, iż mała, urodzinowa drzemka to wcale nie taki głupi pomysł. Skoro Samuel już i tak był wystarczająco poczciwy, aby obwieścić wszystkim, iż oto przybył jej kolejny rok i zapewne kolejna zmarszczka, równie dobrze mogła skorzystać z okazji i zafundować sobie dwie godziny dodatkowego snu.
— Dziękuję — odparła w końcu, odchrząknąwszy cicho i zdobywając się nawet na w miarę przyjazny uśmiech, który posłała w kierunku Samuela. I nie czekając na czyjąkolwiek reakcję bądź odpowiedź, wdrapała się po schodach na górę, nie chcąc już niepotrzebnie przedłużać tej jakże krępującej chwili.
Zaraz, gdy zamknęła się w pokoju, padła na posłanie i zasnęła. Wcześniej zdążyła jeszcze ściągnąć z nóg ciężkie, wojskowe buty, które natychmiast odrzuciła w kąt, razem ze skarpetkami. Teoretycznie powinno jej się zrobić chłodno, jednak jej stopy pulsowały z tak niezwykłą zawziętością, obdarte i nieco też spuchnięte, iż wystarczył jej zwykły koc, aby się przykryć i odpowiednio ogrzać. Buty, w których na co dzień chodziła, były bardzo praktyczne, i nawet całkiem wygodne… ale tylko do kilku godzin. Niestety, pomimo swych oczywistych zalet, Katherine nie mogła w nich zbyt długo chodzić, ponieważ obcierały ją do krwi i uciskały palce, przez co każdy krok stawał się dla niej prawdziwym wyzwaniem. To dlatego tak bardzo odczuła tą dzisiejszą wycieczkę – poprzedniego dnia też się schodziła, i również trochę naskakała. Nic dziwnego, iż jej nogi, jak i reszta ciała, potrzebowały odrobiny odpoczynku. Gdyby czuła się w pełni sił, na pewno nie skorzystałaby z propozycji Samuela. Nie chciała, aby traktował ją inaczej, niż pozostałych. Nawet, jeśli była tu jedyną kobietą. Nie oczekiwała także, iż z tego samego tytułu, będą jej się należały jakieś specjalne przywileje – większe porcje jedzenia, dodatkowa godzina snu… Wystarczyło, iż miała osobną sypialnię. O resztę w ogóle się nie martwiła. Choć dzisiejszy gest Sama był wyjątkowo miły… jak na kogoś tak tajemniczego jak on. Może to właśnie dlatego postanowiła skorzystać z okazji i zwyczajnie przyjąć jego propozycję. Darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby, czyż nie…? Nigdy nie wiadomo, co czekało na nich jutro, tak więc lepiej było się wyspać i marudzić. A te dwie godzinki snu naprawdę jej się przydały. Obudziła się w o wiele lepszym nastroju, choć stopy nieco jej zesztywniały. Rozchodziła je jednak, nim zeszła na dół, zastając na stole w kuchni odłożoną dla niej porcję jedzenia. Mężczyźni już dawno buszowali w salonie, zapewne zajęci swoimi rozmowami oraz kolejnymi partiami pokera, przegrywając lub bogacąc się o parę drobnych fantów. Zajęci sobą kompletnie nie zwrócili na nią najmniejszej uwagi. I dobrze, bo po zjedzonej kolacji, Katherine przemknęła niezauważenie do jedynej działającej na parterze łazienki i tam sprezentowała sobie własny podarunek, w postaci gorącej, relaksacyjnej kąpieli. Przeleżała w wannie chyba z dobrych dwadzieścia minut, nie tylko zmywając z siebie trud ostatnich dwóch dni, ale także i mocząc obolałe stopy, które po jej wyjściu z łazienki, były już w o wiele lepszym stanie, niż parę godzin temu. Uważając, aby się nie potknąć, ponieważ za oknami zaczynało się już powoli ściemniać, ruszyła ponownie do swojego pokoju. Nadal nieco senna, jednak w dobrym nastroju, wdrapała się na piętro. Nie przejmowała się nawet mokrymi włosami, z których pojedyncze kropelki ściekały jej za przydużą, męską koszulkę, w której zwykła spać (plus sweter i bluza, naturalnie…). Z dołu dochodziły ją pojedyncze śmiechy i szuranie krzeseł, choć na górze wydawało się być cicho i spokojnie. No i nic dziwnego – w końcu była tu tylko ona. A przynajmniej tak jej się zdawało, dopóki idąc w kierunku swojego pokoju, nie dostrzegła opartą o drzwi sypialni, rosłą postać. Zanim jeszcze dostrzegła, kim dokładnie był ten mężczyzna (a światło sączące się z paru, poustawianych na komódce oraz parapetach świec nie wiele pomogło), coś ją tknęło. I to coś średnio przyjemnego... Nie zatrzymała się jednak, i po chwili znalazła się już pod drzwiami swojej sypialni. To, kogo wtedy ujrzała sprawiło, iż jej twarz stężała...
OdpowiedzUsuń— No, no… Długo każesz na siebie czekać — Czarne oczy i gadzi uśmiech… Katherine wyczuła kłopoty już w chwili, gdy rozpoznała Juana – jedynego członka zespołu, którego wolała omijać szerokim łukiem.
Już od samego początku wiedziała, iż będzie z nim miała poważne problemy. Pierwszy raz, gdy się spotkali, patrzył na nią w sposób, który sprawiał, iż nie czuła się ani swobodnie, ani tym bardziej komfortowo. Choć naturalnie, tak jak nikt inny potrafiła to ignorować. Samej starała się w ogóle na niego nie spoglądać i nie rozmawiać z nim, jeśli naprawdę tego nie potrzebowała. Oczywiście, mimo wszystko była gotowa mu pomóc, jeśli zostałby ranny… jednak szczerze powiedziawszy, miała nadzieję, iż nigdy do tego nie dojdzie. Nie chciała z nim mieć nic do czynienia, bo po prostu mu nie ufała. Mógł sobie być najlepszym z najlepszych, niezastąpionym profesjonalistą, o chłodnym umyśle oraz trzeźwym spojrzeniu na każde zagrożenie… Ale jego drugie oblicze, bez broni i zombie do zabijania, nie było już tak nieskazitelne. I Katherine doskonale o tym wiedziała, choć nigdy wcześniej nie słyszała o zajściu ze stołówki. Gdyby znała tą historię, zapewne jeszcze bardziej nie miałaby ochoty, aby przebywać w jego towarzystwie. Choć nawet i teraz, jedynie na niego patrząc i widzą w sposób, jaki bezwstydnie lustrował jej własną sylwetkę, pragnęła zwyczajnie go wyminąć i kazać mu po prostu zniknąć. Brzydziła się takimi mężczyznami – bez względu na to, jak bardzo byli samotni i jak też apokalipsa zniszczyła ich całe życie, pozbawiając wsparcia bliskich i dotyku ukochanej kobiety. Każdy ucierpiał, każdy kogoś stracił, stając się tym, kim był obecnie… Jednak Juan stanowił ten jeden, mały wyjątek, który Katherine uważała za zwyczajnie zły i niezdolny do jakiejkolwiek poprawy. Musiał być taki od zawsze, co czyniło go o wiele gorszym parszywcem, niż pozostałych skrzywdzonych przez los nieszczęśliwców. Bo o ile potrafiła zrozumieć rozpaczliwe pragnienie czyjejś bliskości, zainteresowania, tak sposób, w jaki ją prześladował, był niedopuszczalny i po prostu niegodziwy. W chwili, gdy zamierzała go bez słowa ominąć i zamknąć się w pokoju, poczuła jak stawia opór, gdy szturchając go dość stanowczo w ramię, starała się dosięgnąć klamki. Już wtedy czuła napełniającą ją wściekłość i tak nie wiele brakowało, aby wybuchła… zwłaszcza, gdy poczuła, jak się nad nią nachyla, a jego paskudny oddech wylądował wprost na jej subtelnie odsłoniętym karku. Resztą sił powstrzymała się przed podniesieniem głosu i przyłożeniem mu… Nie chciała psuć atmosfery, ani wprowadzać negatywnego spięcia wewnątrz grupy. A właśnie to by się stało, gdyby pozwoliła sobie na ostrzejszą reakcję… Uznała więc, iż postara się go zignorować i ponownie sięgnęła do klamki, obiecując sobie jednak, iż jeśli tylko za nią pójdzie, wyzbędzie się wszelkich skrupułów i ustawi go do pionu. Na szczęście nie musiała ani krzyczeć, ani się z nim siłować. Nagle usłyszała ciche kroki, a następnie czyjś bardzo stanowczy, charakterystyczny głos sprawił, iż kompletnie zamarła. Tak jak i Juan. Odwróciła głowę i dostrzegła kolejną, rosłą sylwetkę. Tym razem jednak, nawet zaciemniony korytarz oraz nikłe światło nie przeszkodziły jej w rozpoznaniu tej osoby. Reszta potoczyła się już bardzo szybko. Juan nagle odpuścił, i choć usłyszała jego kąśliwy komentarz, w ogóle na niego nie zareagowała. Wpatrywała się w oblicze jasnowłosego zwiadowcy, tuż przed i zaraz po tym, jak Latynos wreszcie odszedł, schodząc na dół. Zabawne, ale dopiero wtedy odczuła, jak mocno zaciskała palce na własnym, wilgotnym ręczniku, a jej oddech zdawał się być szybszy niż zwykle, choć przecież w niczym się nie zmęczyła. Czyżby jednak kryło się za tym coś więcej, niż zwykła złość…? Nie była głupia. Poczuła ulgę na widok panicza Tylera. Pomimo tego, iż nie układało się pomiędzy nimi najlepiej. A przynajmniej tak starała się sobie wmawiać, teraz jednak nie odrywając od niego spojrzenia swych ciemnych, błyszczących oczu, w których malowały się zarówno wzburzenie… jak i wyraźne zdenerwowanie. Chciała coś powiedzieć… ale zabrakło jej słów.
OdpowiedzUsuńCzuła się trochę nieswojo, niestety nie dało się tego ukryć – choć zapewne nie byłaby sobą, gdyby chociaż nie spróbowała. To dlatego przybrała dość sztywną pozycję, napinając mięśnie i starając się wyglądać na całkowicie spokojną i odprężoną. Przecież właśnie urządziła sobie uroczą, gorącą kąpiel, fundując własnemu ciału odrobinę zasłużonego relaksu… Taki burak jak Juan nie mógł popsuć jej nastroju, prawda? No cóż, tylko teoretycznie. Wiedziała przecież, że i tak nic jej nie zrobi, jednak samo to, jak na nią patrzył, a teraz zajście sprzed paru sekund sprawiło, iż miała prawo poczuć się lekko zdenerwowana. Takie zachowanie, dosłownie, wyprowadzało ją z równowagi. Niestety, nie był to pierwszy raz, gdy spotkała się z podobnymi gestami bądź zachętami, i zawsze wyraźnie ją to wkurzało i rozstrajało na pewien czas… Na szczęście nie na długo. I tak nic nie mogła na to poradzić, ponieważ w tych czasach stało się to niemal przykrą normą. Jakby większości ludzi kompletnie zdziczała, nie widząc w tym nic złego… Nie miała jednak zamiaru się tym zadręczać. Powoli rozluźniła uchwyt dłoni, drugą układając na klamce od drzwi. Zamiast jednak wejść do pokoju, dziękując mu i życząc dobrej nocy, nadal stała w miejscu, spoglądając w jego jasne oczy i czując się coraz dziwniej, i dziwniej. Zupełnie tak, jakby pojawiły się w niej dwie dusze – jedna, domagająca się natychmiastowej ucieczki, a druga uparcie trwająca przy swoim, i nieustannie oczekująca na choćby jeden gest, choćby jedno słowo… Tak, jego gest, jego słowo. W końcu Katherine złapała się na tym, iż nadal nie potrafi się odezwać. Choć ponownie chciała mu podziękować, i uznać, iż nie musi niepokoić Samuela, że sama sobie poradzi. Dziś też dałaby sobie radę, na pewno… tylko czemu poczuła uciążliwe pieczenie w przełyku, gdy starała się sobie przemówić do rozsądku. Biła się z myślami, oj biła… Długo też patrzyła na jasnowłosego zwiadowcę, nim wreszcie drgnęła, słysząc jak ktoś wspina się po schodach, śmiejąc się i potykając o pierwsze stopnie. Wtedy podjęła dość szybką decyzję, samej nie wierząc w to, co też właśnie zrobiła… A uchyliła drzwi, wchodząc do środka i wpuszczając panicza Tylera. Nie, jeszcze nie do końca zdawała sobie sprawę z tego, co też robi. Kierowały nią bardzo dziwne, i sprzeczne zarazem odczucia. Z jednej strony wiedziała, że nie powinna… ale z drugiej jej ciało nie słuchało umysłu, i tym sposobem zamknęła za nimi drzwi, i znaleźli się sami, w jej sypialni, w towarzystwie jedynie paru pozapalanych, migoczących się świeczek. Na pewno tego pożałuje, na pewno…
OdpowiedzUsuń— Nie chcę, żebyś miał przeze mnie jakieś nieprzyjemności… — stwierdziła w końcu, odnosząc się zarówno do spięcia z Juanem, jak i tego, iż właśnie zaprosiła go do swojego pokoju, po zmroku, przy takich, a nie innych relacjach jakie ich łączyły. To pewnie dlatego zrobiło jej się tak niesłychanie gorąco…
Wiedziała, że to był zły pomysł… wiedziała. Nie powinna była go wpuszczać, nawet, jeśli chciał jedynie porozmawiać. Tak naprawdę, to nie mieli, o czym – a przynajmniej tak starała się sobie wmawiać, ilekroć spoglądała na niego i czuła się… no właśnie. Kompletnie bezsilna, i po prostu słaba. Właśnie tak na nią działał. Nie pozwalał jej na racjonalne myślenie, choć tak bardzo starała się nie okazywać mu niczego więcej poza zupełnym spokojem, a nawet i chłodną obojętnością. Przecież obiecała sobie, że nigdy nie doprowadzi do podobnej sytuacji! Nie pozwoli, aby ktoś miał na nią tak ogromny wpływ, łamiąc po kolei jej wszystkie zasady oraz twarde postanowienia. I wcale nie robiła tego po to, aby go zranić. Tak naprawdę nie chciała go krzywdzić… pomimo, że już różnie pomiędzy nimi bywało. Starała się tylko pozostać obojętną, niezainteresowaną. Wiedziała, że jeśli do nikogo się nie przywiąże, nie będzie znów cierpiała. To wydawało się tak cholernie logiczne, tak sensowne, iż wierzyła w to całą sobą. A przynajmniej do niedawna. Ciągła obecność jasnowłosego zwiadowcy, jego zachowanie, gesty, słowa… to wszystko wprowadzało w jej w miarę uporządkowane życie prawdziwy chaos. I nie potrafiła już nad nim zapanować. Może jeszcze na początku wydawało jej się, że to nic groźnego, że po pewnym czasie po prostu mu się znudzi. A jednak stało się zupełnie inaczej – stali tu teraz, zupełnie sami, a Katherine czuła jak z każdą kolejną sekundą ma coraz większą ochotę zwyczajnie zapaść się pod ziemię i zostać tam dopóki nie zmądrzeje. Choć szczerze powiedziawszy, nie miała bladego pojęcia, ile mogło jej to zająć. Zwłaszcza, że nie miała już więcej siły, aby się oszukiwać i przekonywać się, że jasnowłosy zwiadowca nic dla niej nie znaczy. Przywiązała się do niego – do jego nieustannych żartów, do nieporwanie wesołych uśmiechów, do pogodnych na przekór największym przykrościom spojrzeń. A po tym, jak go traktowała, powinien był już dawno od niej uciec. Dlaczego więc, do jasnej cholery, tego nie zrobił, ułatwiając im obydwojgu życie…?!
OdpowiedzUsuń— Nie — odparła w końcu, o dziwo całkiem pewnym i stanowczym tonem głosu. Wysłuchała tego, co miał jej do powiedzenia, i jak łatwo się domyślić, miała zupełnie inne zdanie na ten temat. Jednak zaraz przepadła, ponieważ spoglądała na niego na tyle długo, iż dostrzegła w jego rysach twarzy coś, czego bardzo się obawiała. Uczucie… i żal. To wystarczyło, aby zasiać w niej ziarnko niepewności, choć była na tyle uparta, aby kontynuować swą wcześniej przerwaną wypowiedź. Na przekór drżeniu własnych rąk oraz przykremu dzwonieniu w uszach — Nie chcę tego słuchać. Nie będziesz się dla mnie narażał… nie będziesz tego robił dla nikogo. I jedyne, czego od ciebie oczekuję, to to, żebyś nie dał się zabić, a zwłaszcza wtedy, gdy już spuszczę cię z oczu… — dodała, nie odrywając od niego swych ciemnych, błyszczących ślepi, w których tliło się tak wiele niewypowiedzianych, ulotnych uczuć — Chcę żebyś… żebyś ułożył sobie życie, bo masz na to szansę. W Obozie jest tak wiele… tak wiele kobiet, którym potrzebny jest ktoś taki jak ty. Więc nie możesz tak po prostu… odejść… zniknąć. Twoje miejsce jest tutaj, i jesteś po prostu potrzebny… — wykrztusiła w wielkim trudem, niemal nie zginając się w pół w chwili, gdy wypowiedziała parę ostatnich zdań, związanych z nowym, lepszym życiem jasnowłosego zwiadowcy. Życiem szczęśliwym, u boku innej kobiety, u boku nowej rodziny… Bez niej.
A dlaczego miałaby o tym nie mówić? Przecież nie była ślepa. On zresztą też. W Obozie było wiele samotnych kobiet, które nie tylko potrzebowały silnego, stałego partnera, ale również zasługiwały na szczęście, na nowy start… Tak samo zresztą jak pozostali mężczyźni. Świat, który do tej pory znali, w którym do tej pory żyli, już dawno przeszedł do historii. Im szybciej się z tym pogodzą, tym szybciej uda im się zaaklimatyzować do nowych warunków. A przynajmniej tak jej się zdawało, z praktycznego punktu widzenia… Sama nadal nie potrafiła zapomnieć o swych bliskich, a dalsze funkcjonowanie bez nich uważała za zwyczajnie niemożliwe. Inaczej: chciała wiedzieć, co się z nimi stało. I naprawdę była gotowa, aby usłyszeć najgorsze z możliwych wieści. Dopóki jednak tkwiła w tym cholernym Obozie, zapewne nigdy nie dowie się o losach swojej rodziny. Dlatego musiała skorzystać z okazji i wyzbyć się tej niepewności raz na zawsze. Albo jej się uda, albo nie. Zdawała sobie sprawę z tego, jak groźna jest ta wyprawa. Nie miała jednak zamiaru zmieniać swojej decyzji – podjęła ją już bardzo dawno temu i zrobiła wszystko, aby przy niej wytrwać… No, prócz jednej, najważniejszej rzeczy. Zawiodła samą siebie i obdarzyła kogoś bardzo silnym uczuciem, przed którym nie mogła dłużej uciekać. I choć normalnie powinna się z tego cieszyć (bo wreszcie spotkała kogoś, kto postawił jej cały świat na głowie), tak teraz zwyczajnie ją to przerażało. Była realistką, widziała tak wiele bólu i cierpienia… nie chciała go stracić. Tak bała się jego odejścia, iż sama wolała zniknąć. Nie musiał tego rozumieć. Nawet jej czasami trudno się było w tym połapać… najważniejsze jednak, iż nadal uważała to za najrozsądniejsze wyjście, tłamsząc w sobie własne uczucia i nie pozwalając im ujrzeć światła dziennego. A było to cholernie trudne… zwłaszcza, gdy jasnowłosy zwiadowca zupełnie nie dbał o jej zasady i zwyczajnie ją zaskakiwał. Tak jak teraz. Nie dość, że nie zareagował tak, jak się tego spodziewała, wprawiając ją w wyraźnie zdumienie, tak później sprawił, iż nagle jej puls przyśpieszył, gdy odepchnął się od parapetu i podszedł do niej na tyle blisko, iż mogła poczuć jego zapach… Po chwili, bez żadnego sprzeciwu, pozwoliła mu się dotknąć. Tak po prostu. Wiedziała, że jeszcze parę miesięcy temu byłaby w stanie go odepchnąć. Dziś jednak nie miała na to siły. A słuchanie jego słów… bolało. Dlatego przymknęła oczy, nie mogąc już na niego dłużej patrzeć. Potrzebowała paru sekund, aby uspokoić oddech i skupić się na tyle, żeby odzyskać, jako taki rozsądek. Uniosła na niego ciemne spojrzenie, starając się wyrzucić z głowy wszelkie myśli o pocałunkach i o palącym pragnieniu. Co prawda, szło jej to dość opornie, jednak resztą silnej woli wreszcie zdołała ująć jego dłoń i powoli, zaciskając na niej mocno palce, odsunąć ją od swojej twarzy. Mimowolnie zadrżała…
OdpowiedzUsuń— Myślę, że powinieneś już iść — odparła cicho, w końcu spuszczając wzrok i wymijając go, w drodze do swojego posłania. Nie chciała już tego dłużej przeciągać – to nie było dobre ani dla niej, ani tym bardziej dla niego. Wiedziała, iż wpuszczenie go do sypialni było potwornym błędem. Zamiast skorzystać z okazji i wyjaśnić sobie wszystko, jedynie jeszcze bardziej pogorszyli sytuację. A przynajmniej takie miała wrażenie, myśląc o tym wszystkim, co mogłoby się między nimi wydarzyć, gdyby nie koniec świata i jego brutalna rzeczywistość...
Tych parę dni minęło jak z bicza strzelił. Nim się zorientowała, mieli za sobą niemal kolejny tydzień i powoli zbliżali się już do granic miasta San Francisco. Okrążyli zatokę, spatrolowali pobliski teren i wracali do domu. Nareszcie… Bo choć wyprawę można było uznać za udaną, ponieważ dowiedzieli się wielu nowych, przydatnych informacji, a w dodatku upłynęła ona bez większych trudności, to jednak Katherine czuła się już zmęczona. I nawet nie samą misją, a raczej tym, z kim musiała współpracować, każdego dnia narażając się na przebywanie w jednym, bardzo konkretnym towarzystwie, które wysysało z niej energię życiową skuteczniej niż jakikolwiek inny, nocny dyżur. Tak, chodziło tu o jasnowłosego zwiadowcę. Po ich ostatniej rozmowie niemal na siebie nie patrzyli i unikali się, starając się sobie nie wchodzić w drogę. Kolejny raz udało im się naruszyć swoje własne zasady i teraz musieli za to płacić. Katherine o niczym innym tak nie marzyła, jak o powrocie do Obozu i odcięciu się od panicza Tylera. Mimo, iż próbowała traktować go jak powietrze, i tak doskonale wiedziała, iż jest obecny, i sama ta świadomość niezmiernie ją irytowała, całkiem mocno frustrowała… i godziła prosto w serce. Przez miniony tydzień powtarzała sobie, jak głupia jest i jak bardzo na to zasłużyła, skoro dała mu się zwieść i naruszyć własne granice. Miała za swoje, prawda…? Jednak musiała sobie z tym jakoś poradzić. Dlatego skupiła się na pracy i zgłaszała się do niektórych zwiadów, towarzysząc innym członkom grupy. Za dnia dbała o zaopatrzenie medyczne, a żeby zabić myśli i nudę, często pełniła dyżury w kuchni, przygotowując posiłki (choć wcześniej zarzekała się, że nie da z siebie zrobić kucharki). Pod wieczór natomiast sporządzała własne notatki, spisując wrażenia i spostrzeżenia z minionych paru godzin, które mogłyby jej pomóc w jej własnej, samodzielnej podróży. Bo przecież właśnie po to się tak męczyła – aby zdobyć pewne informacje, przygotować się… i odejść. Tego właśnie chciała. I żadne głupie wątpliwości nie przesłonią jej celu. Nawet, jeśli ostatnio nie mogła przez nie spać, i czuła się potwornie rozdarta…
OdpowiedzUsuńJeszcze nie zdawała sobie sprawy z tego, iż ostatni dzień przed wkroczeniem od strony południowej do San Francisco, będzie tym, który nagle wszystko zmieni i zapoczątkuje coś, co wreszcie otworzy jej oczy. Właśnie tego dnia, niemal pod sam wieczór, szukali sobie miejsca na schronienie. Im bliżej wielkiego miasta się znajdowali, tym trudniej było o bezpieczną kryjówkę, ponieważ liczba kręcących się wokół zombie była o połowę wyższa. Dlatego, po przeczesaniu dwóch szpitali i trzech komisariatów, z lekkim opóźnieniem zaczęli sprawdzać dom, po domu, szukając schronienia na teoretycznie spokojniejszych przedmieściach. Niestety, zajęło im to ponad dwie godziny. Po ciemku, przy niższej temperaturze… i akurat w trakcie gwałtownej burzy. Wszyscy przemokli i zmarźli, łącznie z większością plecaków, które przez brak miejsc w bagażniku zostały przywiązane do dachu. I tak, gdy wreszcie znaleźli odpowiednio duży i dobrze usytuowany dom, nikt nie miał prawie nic suchego do przebrania, a jak na domiar złego, w domu panował dziwny przeciąg. A może to już zmęczony umysł Katherine podpowiadał jej niestworzone teorie…? Wydawało jej się, że nigdy nie było jej tak zimno, jak teraz. Deszcz wcale nie był ciepły, a wiejący wiatr tylko bardziej pogorszył sprawę. I jak na złość, nie mogli rozpalić ogniska w salonie, bo to oznaczałoby ściągnięcie sobie na głowę stada wygłodniałych zombie. Pannę Holmes czekała więc niezwykle trudna noc. Już teraz, ściskając w skostniałych dłoniach swój ociekający wodą plecak, czuła się fatalnie. W żyłach miała prawdziwy lód, a jej skóra zrobiła się potwornie blada, niemal przezroczysta. Inni też nie wyglądali najlepiej, jednak to ona, z przyklejonymi do białego jak kreda oblicza włosami, prezentowała się niczym żywa śmierć. Lekko zsiniałe, drżące wargi, cienie pod oczami, dreszcze na całym ciele… Musiała się jakoś rozgrzać. Zostawiła więc kłócących się na dole towarzyszy (którym chyba poszło o rozpalenie tego nieszczęsnego ogniska) i ruszyła na górę, chcąc znaleźć sobie jakiś ciepły kąt, w którym być może nie wyzionie ducha. Co przy takich warunkach i wyjącym na zewnątrz tajfunie było bardzo mało prawdopodobne. Ale może napotka w którymś z pokoi jakiegoś zombie? Chyba byłoby wtedy po sprawie...
UsuńZnalezienie sobie odpowiedniego pokoju wcale nie zajęło jej zbyt dużo czasu. Gdy już wdrapała się po schodach na pierwsze piętro, zauważyła, iż po swojej prawej stronie miała, co najmniej trzy drzwi, a po lewej minimum jedną parę kolejnych. Niestety, wokół panowały niemal egipskie ciemności, a ponieważ nie miała ze sobą ani żadnej świeczki, ani sprawnej latarki (jej własna zepsuła się parę dni temu, gdy przypadkowo upuściła ją na twardy beton), musiała zaufać swoim własnym oczom i wrodzonym instynktom. A niestety, było to niezwykle trudne, zwłaszcza na panujące zewsząd warunki, oraz jej własną, mierną kondycję fizyczną, która zadawała się pogarszać z minuty na minutę. Niemniej jednak, nie zamierzała się poddawać – ostatnią rzeczą, o której marzyła, to było umrzeć z zimna na środku jakiegoś stęchłego korytarza, gdzie nikt i nic nie byłoby jej w stanie pomóc. Tak więc zmusiła swoje skostniałe nogi do pracy, prąc powoli do przodu i mijając pierwsze trzy pokoje. Wydawało jej się, iż ulatnia się z nich bardzo podejrzany, a już na pewno przykry zapach, tak więc wolała nawet nie sprawdzać, co się w nich znajdowało. Zatrzymała się przed wejściem do czwartego pomieszczenia i ostrożnie pchnęła drzwi, zaglądając do środka. Było tam o wiele jaśniej niż na korytarzu, a to dlatego, iż w pokoju znajdowało się dość spore okno. Na szczęście nie było ono ani zniszczone, ani otwarte, tak więc dudniący o brudne szyby deszcz nie miał możliwości dostania się do środka. Uznała to za całkiem dobry znak i wkroczyła w głąb pomieszczenia, zamykając za sobą drzwi. Łóżko, które stało pod ścianą, było dwuosobowe, a pokój zdawał się być przeznaczony, jako gościnny – skromne, teraz zdewastowane meble z ciemnego drewna i poprzekrzywiane, neutralne obrazki z zasuszonymi kwiatami bzu były na tyle przeciętne, i zarazem bezosobowe, iż nie mogła to być główna sypialnia. Tym lepiej – Katherine nie chciała zajmować najlepszego pokoju. Ten w zupełności jej wystarczył. Rzuciła na bok swój przemoczony plecak, uprzednio wyjąwszy z niego swoje ubrania, ręczniki i przybory, które porozwieszała i poukładała po całym pokoju. Chciała, żeby jak najszybciej wyschły. Wyciskała je drżącymi rękami, czując jednocześnie, jak serce podchodzi jej do gardła, pragnąc rozpaczliwie wydostać się z zamrożonego na kość ciała. Udało jej się jednak zrobić to, co sobie postanowiła, a następnie, modląc się w duchu o odrobinę szczęścia, podeszła do szafy i otworzyła ją na oścież. W środku znalazła dwa koce. I to był najpiękniejszy widok w jej życiu. Od razu wyciągnęła je na łóżko… ale jeszcze nie zamknęła szafy. Mrużąc oczy i starając się nie szczękać zbyt głośno zębami, miała nadzieję odnaleźć choć odrobinę suchych ubrań, które mogły się tu jakoś przechować. Niestety – spodnie, jakie wisiały na wieszaku, były całe brudne, tak jak i parę innych bluzek. I gdy już miała się poddać, dostrzegła duży, przykurzony sweter. Był wyraźnie męski, z szarego, gryzącego materiału. Jednak w tej chwili nie miało to większego znaczenia. Dotknęła go, rozłożyła… nie pachniał zbyt ładnie, jednak nie na tyle źle, aby z niego nie skorzystać. Zabrała go ze sobą, zamykając szafę.
OdpowiedzUsuńWtedy też podeszła do łóżka i zaczęła się powoli rozbierać. Najpierw pozbyła się dwóch przemoczonych bluzek, które rozwiesiła na przekrzywionej szafce nocnej. Następnie, trzęsącymi się z zimna dłońmi, rozpięła spodnie, jednak te, przyklejone do jej nóg, nie chciały zbyt łatwo zejść. W końcu ściągnęła je z niemałym trudem, rzucając na parapet. Skarpetek również musiała się pozbyć, tak jak i wcześniej butów. W końcu została w samej bieliźnie, ale także i ona była mokra. Może w innych warunkach poważnie by się nad tym zastanowiła, jednak teraz czuła się fatalnie i tak bardzo ospała, że i tej części garderoby się pozbyła, nie mogąc już dłużej wytrzymać w ubraniu, które zimne i sztywne przylegało do jej ciała. Wtedy naciągnęła na siebie odnaleziony sweter. Okazało się, iż był tak powyciągany i wysłużony, iż sięgał jej niemal do kolan. To dobrze… to bardzo dobrze. Poczuła się trochę lepiej. Jednak nie na tyle, aby mieć siłę schodzić na dół, bądź zająć się osuszaniem notatnika. Zamiast tego ułożyła się na chłodnym łóżku, na którym znajdowało się wyłącznie prześcieradło i dwie, skromne poduszki (pachnące kurzem i stęchlizną, ale kto by się tym teraz przejmował…?), zakrywając się odnalezionymi wcześniej kocami. Jednym i drugim… a jednak nadal było jej potwornie zimno. Nie potrafiła opanować dreszczy targających całym jej ciałem, aż zrobiło jej się zwyczajnie słabo. Bez sił, i bez połowy swojej normalnej, zasadniczej świadomości, utknęła gdzieś pomiędzy jawą a snem, cierpiąc i nie będąc w stanie nic na to poradzić. Czuła się straszliwie senna… ale to nie musiało oznaczać niczego dobrego. Nie miała jednak siły walczyć z tym uczuciem. Skryta pod dwoma kocami, z ciałem o temperaturze prawdziwego lodu, nie była w stanie usłyszeć nawet wyraźnego pukania do drzwi pokoju. Może miała gorączkę i omamy… ale z lekko przymkniętymi powiekami wpatrywała się w uderzające o okno gałęzie drzewa, licząc po cichu upływające sekundy. Powtarzała sobie w myślach, że z każdą kolejną jej organizm będzie się rozgrzewał… jednak ani jej przemarznięte ciało, ani mokre włosy, nie zamierzały zbyt szybko powrócić do uprzedniej normy. Była po prostu bezsilna. I słaba…
UsuńJuż nie raz zastanawiała się nad tym, dlaczego tak bardzo nie znosiła zimna. Oczywiście, urodziła się i wychowywała w Teksasie, na południu kraju, gdzie temperatury zawsze były wysokie, jak nie bardzo wysokie. Nigdy nie przepadała za chłodem, a jeśli już wystawiała się na spotkanie jakiegokolwiek wiatru, musiał on być lekki i ciepły, a nie jak ten szalejący za oknem, samym swym wyciem przyprawiającym ją o kolejne ciarki. Na szczęście była już w środku. I to trochę ją pocieszało. Gdyby szukali domu przez kolejną godzinę, zapewnie musiałaby usiąść i zaprotestować. Oczywiście, nie chciała sprawiać żadnych problemów, ani wzbudzać czyjejkolwiek litości, jednak jej organizm w zbyt długim i dużym kontakcie z niską temperaturą, wymykał jej się spod kontroli. Od razu czuła się chora, i to nie był pierwszy raz, gdy trochę deszczu, w połączeniu z jesienną aurą, sprowadzało jej na głowę parotygodniowe choróbsko, z antybiotykami i zwolnieniem lekarskim gratis. No cóż… akurat teraz nie było mowy o wizycie u lekarza, jednak nawet bez tego Katherine doskonale wiedziała, iż nie dzieje się z nią najlepiej. Dlatego tak bardzo chciała się rozgrzać. Nie miała już siły, aby zejść na dół, tak więc liczyła na to, iż wystarczą jej sweter i dwa koce. Niestety, z każdą kolejną sekundą zdawało jej się być coraz chłodniej, a parę warstw w miarę solidnego materiału na niewiele się przydały. Trzęsła się jak osika, zaciskając palce ma posłaniu łóżka i starając się nie poddać ogarniającemu ją zmęczeniu. Niemniej jednak, jej silna wola nieustannie słabła, aż wreszcie przymknęła powoli oczy, gotowa poddać się i zwyczajnie zasnąć… I wtedy właśnie stało się coś dziwnego. Może, gdyby była bardziej przytomna, od razu domyśliłaby się, co jest grane, jednak będąc w tak opłakanym stanie, nie miała nawet siły unieść głowy, sprawdzając, kto i w jakim celu zaszczycił ją swoją obecnością. Najpierw dotarł do niej cichy głos, a następnie dźwięk czyichś kroków… to właśnie wówczas uchyliła powieki i ujrzała przed sobą twarz jasnowłosego zwiadowcy. Musiało być z nią naprawdę źle, skoro nawet nie postarała mu się wygarnąć, wszystkiego, co leżało jej na sercu i wyrzucić go z pokoju. Po prostu leżała, patrząc na niego nieco nieprzytomnym wzrokiem, w bezruchu i z całkiem sporą obojętnością wymalowanym na swym bladym obliczu. Nie czuła się na siłach, aby wyjaśnić mu, że nie zejdzie na dół, i nie ma ochoty pić… To, co jednak zrobił chwilę później, nim wyszedł z pokoju, na moment tchnęło w nią subtelne ciepło. Dokładnie w tym miejscu, w którym poczuła jego wargi przyciśnięte do swojej skroni, słysząc jego spokojne zapewnienie. Przez chwilę znów myślała, że ma zwidy. To co mówił, i to JAK mówił wprowadziło do jej głowy jeszcze większe zamieszanie. Jednak o dziwo, gdy tylko wyszedł, zebrała się w sobie i uniosła na łokciu, wyciągając rękę w kierunku kubka z gorącą herbatą. No dobrze, mogła się trochę napić… Powinna skorzystać z okazji, w końcu był to sposób na nieco szybsze rozgrzanie się, prawda? Tylko dlaczego na samą myśl o piciu, czy nawet jedzeniu, zwyczajnie robiło jej się niedobrze? Najwyraźniej jej organizm rządził się swoimi własnymi prawami. I dlatego nie zapanowała nad drżeniem dłoni, a jej skostniałe palce nie dały rady utrzymać ciężkiego kubka. Wyślizgnął jej się z ręki i upadł z trzaskiem na posadzkę, krusząc się i rozlewając dookoła całą swą zawartość. Przynajmniej spróbowała… Ponownie opadła na posłanie, naciągając na ramiona stęchłe koce. Było jej już wszystko jedno, co się z nią stanie. Mogła zamarznąć, mogła zasnąć i już się nie obudzić… i mogła być całkowicie spokojna, a wręcz apatyczna, gdy ponownie usłyszała dźwięk kroków panicza Tylera, czując, iż znów był w tym samym pokoju, co ona. Tylko dlaczego zamknął za sobą drzwi, i co on tu robił… tego nie wiedziała. I szczerze powiedziawszy, akurat teraz i w tych okolicznościach, było jej to zupełnie obojętne. Przymknęła powieki, gotowa po prostu zasnąć.
OdpowiedzUsuńMoże, gdyby wiedziała, na co się zanosi, znalazłaby w sobie siłę, aby zaprotestować. Chyba nadal zdawała sobie sprawę z tego, iż jego obecność tutaj mogła okazać się zdradliwa, skoro nawet zwykłe spojrzenie, jakim potrafił ją obdarzyć podczas któregokolwiek z posiłków, potrafiło zamieszać jej w głowie. Przecież nie bez kozery starali się unikać. I nie było w tym żadnej przesady, ponieważ obydwoje wiedzieli, iż w swoim towarzystwie nie zachowują się tak, jakby tego chcieli. A przynajmniej panna Holmes miała z tym nie lada problem, ostatnio niemal za każdym razem łapiąc się na tym, iż obecność jasnowłosego zwiadowcy zaciemnia jej umysł i popycha ją do czynów, o których niegdyś nawet by nie pomyślała. Tak jak i teraz, gdy leżała sama w łóżku, praktycznie naga, w ciemnym pokoju, słaba… a on był tuż obok. Zawsze był, gdy robiło jej się trudno, choć nigdy nie wypowiedziała tego na głos. Nie chciała, aby ktokolwiek się nad nią litował, a już zwłaszcza on. Przecież miał ją nienawidzić. Dlaczego był na tyle uparty, aby nadal starać się jej pomóc…? Katherine wiedziała, iż targają nim sprzeczne uczucia – u niej zresztą było bardzo podobnie. Jednak nadal, ostatkiem sił robiła wszystko, co w swojej mocy, aby go do siebie zniechęcić. A to i tak nie działało! Zamiast siedzieć z kolegami, pijąc trunki i rozgrzewając się przy kominku, wolał wejść na górę i spędzić z nią noc. Bo sądząc po tym, jak bez wahania uniósł koce i wsunął się na posłanie, nie zamierzał szybko uciekać… Nawet nie pisnęła, gdy poczuła jak ją do siebie przyciąga. Szczerze powiedziawszy, miała wrażenie, że to wszystko musi jej się śnić, że to tylko wytwór jej własnej wyobraźni. Im jednak dłużej czuła błądzące po jej ciele ciepłe dłonie, tym bardziej utwierdzała się w przekonaniu, iż to dzieje się naprawdę. A co gorsza: nie ma ochoty tego przerywać. Wreszcie zaczęła się powoli rozluźniać – jej sztywne do tej pory mięśnie uelastyczniły się do takiego stopnia, iż pozwoliły jej dłoniom odnaleźć klatkę piersiową panicza Tylera, a nogom delikatnie się podkurczyć, dotykając jego kolan. Gdzieś tam podświadomie zdawała sobie sprawę z tego, iż bijący od niej chłód może mu przeszkadzać, jednak jej organizm, odrobinę bezwiednie, poszukiwał źródła ciepła. A był nim nie kto inny, tylko panicz Tyler, i dlatego Katherine nie zaprotestowała, gdy poczuła jego delikatny dotyk, połączony z gorącym oddechem, którym stopniowo owiewał jej twarz… Poddała się mu. Nie miała ani siły, ani chęci, aby go od siebie odpychać, a już zwłaszcza teraz, gdy ogrzewał ją własnym ciałem, nie pozwalając zamarznąć. Nagle wszystko przestało mieć jakiekolwiek znaczenie – to, że powinni się unikać, to, że bała się zaangażować, nie chcąc narażać się na ból ewentualnej straty… Przestała myśleć o przyszłości, skupiając się wyłącznie na tej jednej, konkretnej chwili. I było jej z tym cholernie dobrze. Przylgnęła do niego, instynktownie czując, iż właśnie przy nim wszystko się ułoży. I faktycznie, po kwadransie jej organizm znacznie się wyciszył. Nadal było jej zimno, jednak przestała się trząść. Co było całkiem sporą poprawą i jednocześnie dobrą oznaką, jednak dopiero teraz, gdy jej ciało wreszcie znieruchomiało, odczuła jak bardzo była zmęczona, a jej nadwyrężone mięśnie bolały ją nawet przy próbie poruszenia dłońmi. Ale to nic… robiło jej się cieplej. Palce, które jeszcze chwilę temu przypominały małe sopelki lodu, ponownie się zaróżowiły. Piekły jak diabli, ale Katherine wreszcie je czuła! Tak samo jak stopy, i uda, i ramiona…
OdpowiedzUsuń— Jesteś nieznośnie uparty, Tyler… — wyszeptała w końcu, głosem ledwo przypominającym jej własny, ale nie potrafiła się powstrzymać przed podzieleniem się z nim swoim prawie oczywistym spostrzeżeniem. I on musiał wiedzieć, że nie powinien był tu przychodzić… a jednak jej nie zostawił. Katherine chciałaby się na niego złościć, jednak tym razem czuła do niego tylko i wyłącznie wdzięczność. I może coś jeszcze, co w bardzo przyjemny i zarazem ciut niepokojący ją sposób sprawiało, iż robiło jej się cieplej na sercu…
Rzeczywiście, z minuty na minuty czuła się już coraz lepiej, jednak nie na tyle, aby zacząć zachowywać się jak zwykle, udając, iż wszystko jest w jak najlepszym porządku. Nadal była słaba, i nadal było jej bardzo zimno, choć chyba najgorsze już minęło. Nie chciała jednak ani pić, ani jeść, czując jak jej żołądek kurczy się i skręca, na samą myśl o przyjęciu jakiegokolwiek napoju lub pokarmu. Nie rozumiała tego, jednak nie zamierzała protestować. Może za godzinę, lub dwie, gdy już dojdzie do siebie, będzie w stanie napić się gorącej herbaty. Na razie było jej dobrze tak jak było, i nie zamierzała się stąd nigdzie ruszać. Paradoksalnie, tyczyło się to również samego panicza Tylera. Bez niego zamarzłaby na śmierć. To jego obecność pozwoliła jej się rozgrzać i uspokoić. Nie trzęsła się już, nie szczękała zębami – na razie mogła jedynie leżeć, jednak wreszcie łapała równomierny oddech, co pozwoliło jej się wyraźnie wyciszyć. Gdyby jasnowłosy zwiadowca postanowił sobie pójść, zapewne znów zrobiłoby się nieciekawie. Te dwa, stęchłe koce nie działały ani tak szybko, ani tak skutecznie, jak czyjeś ciepłe ciało, i Katherine doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Nawet, jeśli z każdą kolejną minutą łapała się na tym, iż błądzące po jej tali dłonie Josha nie tylko pomagały jej w utrzymaniu ciepłoty ciała, ale i także dostarczały czegoś, o czym już dawno zapomniała. Zwykłej, ludzkiej przyjemności, płynącej z bliskości drugiej osoby. I może, gdyby nie była tak zmęczona i senna, zauważyłaby coś jeszcze… Tego, iż jego gorący oddech napełnia ją dziwnym spokojem, i czułości własnego ciała na jego dotyk. Wszędzie, gdzie czuła jego muśnięcia, od razu robiło jej się trochę cieplej. Na szczęście nie czuła się na siłach, aby dłużej o tym myśleć. Inaczej znów doszłoby do czegoś nieprzyjemnego, a Katherine okazałaby się być niewdzięczną, opryskliwą babą… którą swoją drogą, czasami bywała, a szczególnie dla niego, ale akurat w tej chwili tego nie chciała. Wyłączyła więc wszelkie skomplikowane myślenie, pozwalając aby sprawy toczyły się swoim własnym rytmem. Tylko teraz, tej jednej nocy… i tak zaraz zaśnie. Czuła, iż jej powieki robią się coraz cięższe i cięższe, i nawet odchodzący w zapomnienie chłód nie rozbudził ją na tyle, aby podjęła się jakiejkolwiek, gwałtowniejszej reakcji…
OdpowiedzUsuń— Nie — powiedziała w końcu, cichym i sennym tonem głosu. Nie mogąc już dłużej walczyć ze zmęczeniem, przymknęła powieki, muskając delikatnie palcami klatkę piersiową jasnowłosego mężczyzny. Ani przez chwilę nie pomyślała, iż nie powinna była zasypiać. Nie bała się obecności panicza Tylera. Nigdy o tym nie mówiła, bo i długo starała się tego wyprzeć, ale czuła się przy nim w pełni bezpieczna. Znała go, i wiedziała, iż nigdy by jej nie skrzywdził. Nawet teraz, gdy znaleźli się w tak fatalnej sytuacji, starając się zachować wszelkie pozory normalności. Tak, była słaba, i praktycznie naga… ale to nic. Wbrew wszelkiemu rozsądkowi ufała jasnowłosemu zwiadowcy, i raczej nic nie mogłoby już tego zmienić.
— Zostań… — dodała szeptem, układając głowę wygodniej w zagłębieniu jego szyi. Zapewne o poranku będzie miała do siebie spore pretensje, za to jak bardzo nieroztropna była, pozwalają mu się tak zbliżyć. Pewnie będzie sobie wyrzucała własną głupotę i słabość… ale teraz miała to gdzieś. Pierwszy raz w trakcie całej tej wyprawy… Nie, w trakcie całego swojego pobytu w Obozie czuła, iż może przespać spokojnie noc, nie budząc się, dręczoną koszmarami. Odnalazła poczucie bezpieczeństwa tam, gdzie się tego obawiała… ale wszelkie związane z tym myśli powoli się ulotniły, a ona wreszcie usnęła, wtulona w panicza Tylera.
Noc minęła spokojnie. Katherine nie pamiętała, aby coś jej się śniło, i uważała to za spory sukces. Normalnie, niemal każdego wieczoru kładła się spać ze świadomością, iż nawiedzą ją krwawe i brutalne wizje, które przynajmniej parę razy wyrwą ją ze snu, przerywając zasłużony wypoczynek. Na szczęście, tej nocy wreszcie mogła się wyspać, i o dziwo, gdy w końcu otworzyła powieki, czuła się całkiem dobrze wypoczęta. Nim jeszcze zdołała pojąć, co ją tak właściwie wybudziło, na jej obliczu pojawił się subtelny uśmiech. Wydawało jej się, że leży we własnym łóżku, wśród swojej ulubionej pościeli, a zza ściany obok dochodził do niej dźwięk wesołych, nieco przytłumionych rozmów pozostałych domowników… Niestety, nie mogła się bardziej mylić. Otwierając oczy ujrzała wpadające do wewnątrz pokoju słońce… a następnie widok zatrzaskiwanych drzwi i uderzających o nią książkę. Z początku poczuła się trochę zagubiona, nie mając pojęcia, co się dzieje. Właściwie, to mogła przysiądz, iż dostrzegła jeszcze parę ciemnych, rozwichrzonych czupryn, a odgłosy kroków na korytarzu jasno sugerowały, iż nie miała żadnych omamów, i ktoś zaglądał do jej sypialni… Ale zaraz, zaraz. To przecież nie była jej sypialnia – a przynajmniej nie ta w jej ukochanym mieszkaniu, na uroczych przedmieściach San Francisco. Nagle zrozumiała, iż połamane meble i krzywo wiszące obrazki nie znalazły się tu przez przypadek, a jej porozrzucane wokół ubrania leżały tu susząc się po wczorajszej ulewie. Na samo wspomnienie tej wichury, deszczu i zimna zrobiło jej się niedobrze. Nim jednak pozwoliła się sobie skrzywić, zrozumiała coś jeszcze. Że nie była tu sama…
OdpowiedzUsuń— Josh, co ty tu…?! — wyrwało jej się mimowolnie, gdy ujrzała tuż obok siebie sylwetkę jasnowłosego zwiadowcy, którego włosy niemal stały dęba, a klatka piersiowa była… och, była zwyczajnie naga. I wtedy ją tchnęło. Spojrzała w dół, w jednej chwili przypominając sobie, iż ma na sobie tylko stary sweter, który założyła, aby pozbyć się przemoczonych ubrań. Głupi, drapiący materiał podwinął się niemal do połowy ud, tak więc Katherine, natychmiast sięgnęła po jeden z leżących pod ręką koców i przykryła się szczelniej… niemal po samą brodę. Jednocześnie posłała jasnowłosemu mężczyźnie dość wymowne spojrzenie, w których tliła się zarówno złość, jak i subtelna mieszanka zdumienia oraz srogo zakrapianego skrępowania… — Czy to byli… twoi durni koledzy…? — westchnęła w końcu z rezygnacją, pojmując, co też właśnie się stało. Połowa grupy przyłapała ich śpiących razem, a sądzą po reakcji Josha, nie mieli bladego pojęcia o tym, iż do niczego między nimi nie doszło. Panicz Tyler tylko jej pomógł… i teoretycznie powinna być mu wdzięczna. No i właściwie, to nadal była, naturalnie… ale teraz miała ochotę wywalić go z łóżka, przy okazji zasadzając mu parę solidnych kopów. Zamiast tego jednak, zacisnęła usta w wąską linię, starając się uspokoić i policzyć do dziesięciu. Niestety, doszła jedynie do, trzech, ponieważ sama wyskoczyła z łóżka, i z narzuconym na ramiona kocem zaczęła zbierać z podłogi pojedyncze części garderoby, w tym własną bieliznę. Gdy w końcu skolekcjonowała wszystko, co było jej potrzebne, bez słowa ruszyła do wyjścia z pokoju i otworzyła drzwi, z zamiarem udania się do najbliższej łazienki (w której być może uda jej się powiesić na uchwycie od okna, lub przynajmniej opanuje dziwne drżenie rąk, z pewnością niespowodowane niską temperaturą…). Zatrzymała się jednak w samym progu, powoli odwracając za siebie i spoglądając na nadal siedzącego na łóżku mężczyznę. Powinna przynajmniej postarać się mu podziękować… jednak w tej chwili była tak zdenerwowana, iż ledwo panowała nad głosem.
Usuń— Posłuchaj, ja… — zaczęła dość stanowczym tonem, jednak zawahała się przez chwilę, ponownie tracąc na pewności. Odchrząknęła jednak cicho i zdołała posłać mu dość chłodne spojrzenie, które swoją drogą, kosztowało ją nie lada wysiłku i silnej woli. Nie dodała nic więcej. Opuściła pokój w niezwykłym pośpiechu, wpadając po drodze na stojących na schodach Franka i Maxa. Zamilkli na jej widok, ale ich głupkowate wyrazy twarzy dość jasno sugerowały, o czym myśleli. Katherine zacisnęła jednak zęby i nic nie mówiąc, zwyczajnie ich wyminęła, po chwili odnajdując bezpieczne schronienie za drzwiami łazienki.
Naprawdę miała nadzieję, iż utopi się pod prysznicem i tym samym ten koszmar się skończy… niestety, miała pecha (albo szczęście, zależy jak na to spojrzeć). Nie przytrafił jej się żaden, śmiertelny wypadek, który wybawiłby ją z opresji użerania się z tym szowinistycznym towarzystwem. No dobrze… może trochę przesadzała. Nie każdy ze zwiadowców zachowywał się jak Frank, albo jak Juan. Ale tak czy inaczej, nadal byli tylko nieznośnymi facetami – z dość ograniczonym poczuciem humoru oraz zubożałym zbiorem durnych żartów, które w tych okolicznościach mogły doprowadzić ją na skraj wylewu. Postanowiła jednak jakoś sobie z tym poradzić. To dlatego udała się prosto pod prysznic, aby spłukać z siebie wszelkie, negatywne myśli, i przy okazji jakikolwiek ślad dotyku bądź zapachu jasnowłosego zwiadowcy. Już ściągając z siebie ten durny sweter miała wrażenie, iż przesiąkł on charakterystycznym zapachem panicza Tylera, od którego tak bardzo chciała się uwolnić. Po piętnastominutowym podtapianiu się gorącą wodą (która miała wypłukać z jej głowy wszelkie wspomnienia minionej nocy, ale jakoś jej się to nie udało…), ubrała się w swoje suche już ubrania, zawiązując mokre włosy w wysokiego, luźnego koka, z którego parę ciemnych kosmyków wymsknęło jej się i opadły na jej zarumienione od ciepła oblicze. Tak właściwie, to fizycznie czuła się całkiem nieźle. Jedynie wzmożony ból mięśni sugerował, iż doświadczyły one dość przykrej przygody z zimnem i sztywnieniem. Jednak Katherine była pewna, iż pod koniec dnia ból minie, a ona wreszcie zapomni o tym, co wydarzyło się w jej sypialni…
OdpowiedzUsuńChcąc nie chcąc, po wykąpaniu się, musiała udać się na śniadanie. Nie chciała oglądać tych wszystkich, uśmiechniętych gęb, jednak po pierwsze, była już porządnie głodno (wczoraj nie zjadła przecież żadnej kolacji), a po drugie, nie zamierzała dać im choćby cienia satysfakcji, sugerując, iż wstydzi się ich obecności bądź własnego zachowania. To dlatego stanęła w progu kuchni z wysoko uniesioną głową i wyraźnie zaciętą miną, mierząc groźnym spojrzeniem każdego śmiałka, który tylko odważył się na nią spojrzeć. Widząc ją, ponownie zamilkli, przez co w kuchni zapadła niemal grobowa cisza. I dobrze – niech siedzą cicho i jej nie denerwują. A zwłaszcza ta konkretna czwórka, która szczególnie jej się naraziła… Mike chyba zdawał się być najbardziej zażenowany z zaistniałej sytuacji. Do spółki z Peterem, który udawał, iż bardziej od niej, interesuje go nadgryziona kanapka z ogórkiem. Pozostali również szybko wbili wzrok w swoje talerze, tak więc w momencie, gdy panna Holmes uniosła oczy na jasnowłosego zwiadowcę, czuła na sobie wyłącznie jego spojrzenie. Na chwilę czas jakby stanął w miejscu… a później gwałtownie wyrwał się do przodu, gdy Katherine dostrzegła grymas bólu na niknącym obliczu Josha, a następnie ujrzała, jak jego ramiona napięły się, a o zlew zabrzęczał upuszczany nóż. No i pięknie, właśnie o tym teraz marzyła… o daniu tym idiotom kolejnych tematów do plotek. Nic jednak nie mogła poradzić na to, iż jako medyk była odpowiedzialna za zdrowie przebywających z nią zwiadowców… a tak poza tym, to poczuła nieprzyjemny skurcz żołądka, gdy wreszcie zrozumiała, iż panicz Tyler się zranił. I to poniekąd z jej własnej winy. Głupek. Podjęła decyzję w dwie sekundy. Wyklinając, na czym tylko świat stoi, przemaszerowała kuchnię, mijając zajęty stół i podchodząc do Josha. Bez słowa, i bez patrzenia mu w oczy, chwyciła go za nadgarstek i obejrzała skaleczenie, jakiego się nabawił. Nie wyglądało groźnie… choć było całkiem spore, i mogło mu przeszkadzać w trzymaniu broni. Musiała je opatrzyć. Sama zimna woda nie wiele tu wskóra.
Usuń— Chodź ze mną — rozkazała stanowczo, i nie czekając na jego odpowiedź, pociągnęła go za sobą, ponownie mijając stół z siedzącymi cicho zwiadowcami. Jednak tym razem, wychodząc z kuchni, trzasnęła kątem łokcia szczerzącego się Franka. Cios w potylice przyjął z cichym jękiem, jednak Katherine nadal zamierzała udawać, iż był to jedynie feralny wypadek, bez cienia jakiejkolwiek złośliwości. Tak czy inaczej, wkraczając do salonu poczuła się odrobinę lepiej, wiedząc, iż przynajmniej jeden głupi buc dostał za swoje. Resztę załatwi jakoś później… — Usiądź — poleciła Joshowi, samej podchodząc do pozostawionego przy kominku plecaka z zaopatrzeniem medycznym i wyciągając z niego małą apteczkę.
W salonie nikogo nie było, i nikt nie powinien był im przeszkadzać – a przynajmniej taką miała nadzieję, gdy grzebała zawzięcie w plecaku, w poszukiwaniu tej przeklętej apteczki. Oczywiście leżała na samym dnie, i nim ją wyciągnęła, to zdążyła sobie jeszcze trochę poprzeklinać. Naturalnie w myślach, nie chcąc, aby ktokolwiek usłyszał, iż jest zła. Jeszcze tego jej brakowało, aby siedzący w pokoju obok debile znaleźli sobie dodatkowy temat do plotek, zadręczając pytaniami nie tylko swojego kolegę, ale nawet i samą pannę Holmes. Widziała po minie Juana, iż bardzo chciał coś powiedzieć… jednak nim zdążył otworzyć usta, ich już nie było. I całe szczęście, ponieważ Katherine zamierzała zjeść pożywne śniadanie, zamiast zajmować się mordowaniem jakiegoś przebrzydłego Latynosa. No trudno, tak czy inaczej wreszcie zostali sami, a ciemnowłosa kobieta wreszcie usiadła obok panicza Tylera, rozpakowując powoli zawartość apteczki.
OdpowiedzUsuń— Wiem, że jest w porządku, i że nie umierasz… — westchnęła w końcu, słysząc po raz dziesiąty to samo zapewnienie, które powinno ją było dość mocno zirytować, a jednak jakimś cudem obyło się bez dalszych rękoczynów. Uniosła na niego wzrok, odgarniając z czoła parę pojedynczych, ciemnych kosmyków włosów, które nadal pozostawały nieznośnie mokre po jej ostatniej wizycie w łazience. — Ale nóż nie musiał być w pełni czysty, a ja nie chcę, żeby przez tak małą ranę wdało ci się poważne zakażenie. Bo wtedy już nie będzie w porządku, i prawdopodobnie bez antybiotyków będę musiała uciąć ci rękę, rozumiesz? Masz jeszcze jakieś zastrzeżenia na ten temat…? — wyjaśniła mu łaskawie, unosząc jedną, ciemną brew i spoglądając na niego dość wymownie. No dobra… może z tym ucinaniem dłoni to trochę przegięła, ale gdyby naprawdę wdało mu się w to jakiekolwiek paskudne zakażenie, męczyłby się z tą dłonią, co najmniej parę tygodni, nim zdobyte lekarstwa okazałyby się być pomocne. Zarówno on jak i ona zapewne woleliby tego uniknąć. Nie mógłby wykonywać swojej pracy, a ona… no cóż, ona myślałaby o tym, iż powinna była mu coś wtedy powiedzieć, jakoś pomóc, a zwyczajnie go zignorowała. O nie, nie ma mowy. Nie będzie go miała na sumieniu. Już i tak wystarczyło, że niemal na okrągło o nim myślała. Miała już po dziurki w nosie tego parszywego poczucia winy, za każdym razem, gdy spoglądała mu w oczy…
— To zajmie tylko minutę — dodała już nieco spokojniej, oddychając głęboko. Ułożyła sobie jego dłoń na własnych kolanach, i powoli zaczęła przemywać ranę, używając do tego sterylnej gazy i wody utlenionej. Następnie wyciągnęła z apteczki średniej długości opatrunek, i poczęła nim pomału owijać skaleczoną rękę jasnowłosego zwiadowcy, ani przez chwilę nie odrywając oczu od wykonywanej czynności. Nawet, gdy już skończyła, wpatrywała się w jego obandażowaną dłoń, aby dopiero po kilki ciągnących się w nieskończoność sekundach, unieść na niego wzrok, z zamiarem powiedzenia czegoś bardzo ważnego… Jak zwykle, łatwiej było o tym pomyśleć, niż to zrobić. W końcu jednak zebrała się w sobie i odchrząknęła…
— Doceniam to, co dla mnie zrobiłeś — przyznała w miarę spokojnie, choć szamoczące się w jej piersi serce wcale nie ułatwiało jej zadania — Chcę, żebyś o tym wiedział… Ostatnia noc była… ona była…
— Pomyłką…? — Katherine drgnęła, gdy usłyszała czyjś rozbawiony ton głosu, a następnie ujrzała opartego o drzwi salonu, uśmiechniętego paskudnie Juana. Chyba miał całkiem niezłą zabawę obserwując ich i bezczelnie podsłuchując. — Widzisz, trzeba było skorzystać z zaproszenia prawdziwego mężczyzny, kiedy miałaś okazję. Kac moralny to kiepska sprawa… ale rozczarowanie partnerem jest chyba jeszcze gorsze. A przynajmniej tak mówią. Sam osobiście nigdy nie słyszałem żadnych narzekań… — wyszczerzył się kpiąco, na co panna Holmes miała ochotę zetrzeć mu z twarzy ten debilny uśmieszek. Ani chwili spokoju. Nawet od takich jak on. Szansa przepadła, nastrój prysł… To oznaczało, iż chyba mieli pecha.
Mogła się domyślić, iż pojawienie się Juana w salonie wszystko zepsuje… a już na pewno jeszcze bardziej skomplikuje. Ten durny pajac z przerośniętym ego działał jej na nerwy lepiej, niż czerwona płachta na byka, dlatego wcale nie była zdumiona, gdy siedzący tuż obok niej, jasnowłosy mężczyzna, spiął się podobnie jak i ona, a jego wzrok przybrał zdecydowanie poważniejszy wyraz. Nie podobało jej się jednak to, iż nastrój wiszący w powietrzu wyraźnie zyskał na wadze, stając się ciężki i nieporęczny. Wpływał on zarówno na ich własne zachowanie, jak i na reakcje stojącego nieopodal Latynosa. Katherine, skupiona na tym, aby równomiernie oddychać i tym samym powstrzymać się przed sięgnięciem po stojącą na stoliku nieopodal lampę, którą tym razem to ona mogłaby rzucić, niemal nie zauważyła, jak jasnowłosy zwiadowca podniósł się z kapany i ruszył ku swojemu koledze z zespołu. Dopiero, gdy dostrzegła, że miejsce tuż obok jest puste (a zatem musiała skupić się na powstrzymywaniu własnego gniewu mocniej, niż sądziła), uznała, iż sytuacja zaczęła powoli wymakać się spod kontroli. Natychmiast zamknęła apteczkę, i odłożyła ją na kanapę, samej wstając i przysłuchując się dość napiętej wymianie zdań, między Joshem a Juanem. Nie chciała, aby przerodziło się to w coś, co zmusi ją do opatrywania gęby tego oślizgłego indywiduum, dlatego chciała do nich podejść i ich rozdzielić. Nie miała konkretnego planu, ale naprawdę nie chciała, aby ten dzień stał się jeszcze gorszy niż był na początku, tak więc nie zamierzała stać z boku i bezczynnie się przyglądać, pozwalając, aby ta wymiana grzeczności przerodziła się coś, czego konsekwencje mogły być opłakane. Jednak nim zdążyła do nich podejść, wymyślając byle jaką wymówkę, w wejściu do salonu pojawił się nie kto inny, jak Samuel. Najwyraźniej skończył już śniadanie… albo nie spodobało mu się zniknięcie Juana i postanowił to sprawdzić. Wychodząc z kuchni mógł też usłyszeć tą cichą, acz dość specyficzną rozmowę i postanowił zainterweniować, nie chcąc dopuścić do przelewu krwi.
OdpowiedzUsuń— Juan, sprawdziłeś te garaże, jak cię o to prosiłem…? — mina dowódcy była dość kategoryczna, a jego wzrok jak zwykle wyrażał dość sporo powagi, i jeszcze więcej krytycyzmu, gdy spoglądał na krnąbrnego Latynosa, splatając ramiona na piersi. W pokoju zaległa cisza, przerywana jedynie cichym brzękaniem sztućcy o talerze w kuchni. Po upływie pięciu, może sześciu sekund, Juan wreszcie oderwał wzrok od twarzy panicza Tylera i przeniósł go na stojącego nieopodal Samuela. Nie wyglądał na zachwyconego, jednak nie odezwał się już ani słowem, wymijając ich i udając się w stronę podwórka. Katherine pomyślała, że tak oto kryzys został zażegnany… jednak najwyraźniej musiała się mylić, i zbyt wcześnie odetchnęła.
— Josh, chcę z tobą porozmawiać — tego panna Holmes raczej się nie spodziewała, jednak od razu domyśliła się, czego ta rozmowa mogła dotyczyć. Dla większości zespołu, to co odkryli niespełna półgodziny temu, było tematem do wesołych rozmów i żartów. Choć dla kogoś, kto odpowiadał za całą tą zgraję i dbał o porządek w grupie, mogło to wyglądać nieco inaczej. Samuel posłał jej znaczące spojrzenie, i Katherine dość szybko zrozumiała, iż powinna się ulotnić. Przynajmniej na razie. Schowała więc pośpiesznie apteczkę na jej odpowiednie miejsce i wyszła z salonu, posyłając jasnowłosemu zwiadowcy ostatnie, wyraźnie niepewne spojrzenie swych ciemnych ślepi. Nie chciała, żeby przez to wszystko miał jakieś kłopoty. Zresztą, sama również wolała ich uniknąć… na razie jednak nie mogła nic zrobić, więc poszła wreszcie do kuchni, gdzie znów niemal w kompletnej ciszy zabrała się za szykowanie sobie śniadania.
Pozostała część dnia upłynęła zadziwiająco spokojnie. A przynajmniej dla panny Holmes, która unikała towarzystwa szczerzących się do niej kolegów, preferując samotne pakowanie się oraz uzupełnianie swojego cennego dziennika. Wróciła do sypialni, i tam spędziła parę następnych godzin, starając się skupić na skrupulatnym zapisywaniu minionych dni, a także dotyczących ich spostrzeżeń. A było tego całkiem sporo, tak więc nie narzekała na nudę. Po obiedzie również miała, co robić. Znajdowali się już na obrzeżach San Francisco. Oznaczało to, iż musieli sprawdzić wszystkie swoje zapasy, łącznie z tymi zgromadzony w czasie wyprawy, i odpowiednio je zapakować i zabezpieczyć, ponieważ jutrzejszego dnia wracali już do Obozu. Samuel lubił otaczać się porządkiem, tak więc resztę popołudnia spędzili na uważnym pakowaniu zdobytej broni, jedzenia oraz części ubrań, które ustawiali i segregowali w bagażniku. To, co nie zmieściło się wewnątrz samochodu, musiało trafić na dach – również solidnie zabezpieczone, aby żaden wiatr ani deszcz nie narobił im dodatkowych szkód. Katherine udało się pracować niemal samej, jedynie od czasu do czasu współpracując z najmłodszym członkiem z ich załogi. Mike nie wydawał się być zainteresowany dręczeniem ją kolejnymi, durnymi dowcipami, tak więc panna Holmes zaznała odrobiny świętego spokoju, mogąc skupić się na wykonywanych czynnościach. Praca pozwalała jej zapomnieć o myśleniu, co uważała za niezwykle pomocne. A już zwłaszcza w dniu dzisiejszym, w którym natężenie jej własnych rozmyślań oraz szeroko zakrojonych wniosków mogłoby doprowadzić ją do niebywale bolesnej migreny… Szkoda tylko, iż ta dobra passa skończyła się pod wieczór, i jak zwykle wszystko musiało się skomplikować. Ostatniego wieczoru gotował Max – wrzucił on do wielkiego garnka mnóstwo pokrojonych kartofli, kiełbasy, fasoli i cebulki, a następnie dodał do tego, co najmniej trzy zamarynowane papryczki Chili. Katherine miała wrażenie, iż gdyby nie stojącą obok woda i ukrojony chleb, chyba umarłaby z przegrzania, ponieważ danie Maxa było potwornie pikantne. On jednak uważał, iż doskonale się spisał, a czerwone i spocone w niektórych przypadkach twarze kolegów uważał za pozytywny dowód swojego niebywałego kunsztu kulinarnego. Posiłek jedli w ciszy… i Katherine długo wydawało jej się, iż panowie byli zbyt wymęczeni konsumowaniem tego specyficznego gulaszu, i nie mieli już najmniejszej ochoty wracać do tego, co wydarzyło się zaledwie paręnaście godzin temu. Może już zapomnieli, a może uznali, że dalsze żarty o schadzce jej i Josha stały się zwyczajnie nudne i dziecinne…? No cóż, nie mogła się bardziej mylić. Skończyła, jako pierwsza (zapewne dlatego, iż połowę swoje porcji wylała do stojącej nieopodal doniczki, nie mogąc jej zwyczajnie przełknąć). Wstała od stołu, podziękowała ze ściśniętym gardłem (cholerne Chili) i podeszła do zlewu, zamierzając umyć swoją miskę i jak najszybciej wrócić do siebie… I wtedy się zaczęło. Jeden komentarz pociągnął drugi, a śmieszna uwaga wywołała salwę zadowolenia i nieukrywanego rozbawienia. Katherine ponownie zaczęła rozważać serię brutalnych morderstw. Miała w dłoni łyżkę, i za pomocą tej jednej broni byłaby w stanie zrobić tym pajacom bardzo dużą krzywdę. Poczynając od wydłubania im ich gałek ocznych, a na bolesnym wybiciu zębów kończąc…
OdpowiedzUsuń